Chapter Text
While I’m far away from you, my baby
I know it’s hard for you, my baby.
Because it’s hard for me my baby
And the darkest hour is just before dawn. [1]
– Nigdy nie byłaś zbyt mądrą dziewczyną, Hope.
– Nie, mamo. – Hope wpatrywała się w filiżankę herbaty. Bez mleka, tylko ze słonecznym plasterkiem cytryny, podana w odpowiedniej filiżance ze spodkiem z pasującym wzorem liści róży. Miała otrzymać podobny zestaw, kiedy wychodziła za mąż, ale Lyall nie chciał mugoli na przyjęciu.
Jej matka chrząknęła głośno.
– Zawsze mówiłam, że jest do niczego. Taki człowiek, bez rodziny, bez kościoła. I nigdy nie wyjaśniłaś, co dokładnie robił w pracy.
– Pracował w samorządzie lokalnym. – odpowiedziała Hope. Odstawiła filiżankę na mały stolik w salonie matki.
– Rada? – zapytała mama, nieco się rozjaśniając – To już coś. Czy zostawił emeryturę? Coś w ogóle?
– Trochę. Ale chcę ją zatrzymać dla Remusa.
Jej matka znów chrząknęła. Uważała, że to głupie imię. Hope próbowała pójść na kompromis i dała też synowi imię swojego ojca, ale Remus John brzmiało jeszcze gorzej, według jej matki.
Pani Jenkins wolała udawać, że synek Hope w ogóle nie istnieje, nawet gdy spał w sypialni na górze. Hope chciała teraz do niego zajrzeć – przytulić go – ale nie odważyła się wstać. Jej matka nazwałaby to rozpieszczaniem, a Hope nie chciała kłótni. Dużo spał – to pewnie normalne dla pięciolatków.
Ale Remus nie był normalnym pięciolatkiem, już nie.
Ból uderzył Hope głęboko w klatkę piersiową, złamane serce. Pochyliła głowę, pozwalając włosom opaść do przodu, zamknęła oczy i pozwoliła łzom spłynąć po rzęsach. Westchnęła. Potrzebuję cię, Lyall. Jak mogłeś mi to zrobić?
– A co zamierzasz robić dla pieniędzy? Nie utrzymam cię, nie w moim wieku.
– Myślałam, że mogę wrócić na giełdę. – powiedziała Hope, ledwo przekraczając szept. – Gethin powiedział, że mogę wrócić, jeśli będę chciała. Zawsze potrzebują operatorów.
– Z tego co pamiętam, miał do ciebie słabość. – Powiedziała jej matka. Brzmiała na zamyśloną. Tak naprawdę nie rozmawiała teraz z Hope, tylko planowała. Hope dobrze znała sposób, w jaki działał umysł jej matki, zawsze knujący, porządkujący i wygładzający. Wprowadzała poprawki. Ostatnie sześć lat było błędem, który wkrótce miał zostać naprawiony.
Dla Hope nie było to nic nowego, inni ludzie podejmowali za nią decyzje przez całe jej życie. Najpierw matka, która poradziła jej, by wcześnie skończyła szkołę i podjęła pracę w centrali telefonicznej. Potem Lyall, za którym podążyła do zupełnie innego świata. Teraz on odszedł, a ona wróciła do matki. Nigdy nie byłaś zbyt mądrą dziewczyną.
Nawet nie zapytano jej o pogrzeb. Wszystkim zajęli się jego ludzie – dziwni mali mężczyźni w szatach, którzy potrafili załatwić wszystko machnięciem różdżki. Byli bardzo mili dla Hope, ale traktowali ją jak dziecko – i to wyjątkowo głupie. Jeden z nich zabrał wszystkie rzeczy Lyalla – jego książki i różdżkę. Pozwolono jej zatrzymać dom, ale doradzono, by go sprzedała.
– To naprawdę dom czarodziejów, pani Lupin – uśmiechnęli się cienko – Nie nadaje się do zamieszkania przez mugoli. Oczywiście, może pani spróbować...
Ale nie. Zaklęcia nałożone przez Lyalla nie wpuściłyby jej więcej, a poza tym potrzebowała pieniędzy. Czarodzieje niejasno interesowali się Remusem, choć starała się ukrywać go przed wzrokiem innych. Lyall wzbudził w niej strach przed Bogiem. Jeśli ktokolwiek podejrzewałby, co stało się z jej małym chłopcem, zabraliby go i zamknęli.
– Czy wykazywał jakieś magiczne zdolności? – zapytał wysoki, cichy mężczyzna. Miał długą białą brodę i przenikliwe niebieskie oczy, a Hope była nim przerażona.
Przytaknęła.
– Czasami sprawia, że wszystkie talerze unoszą się w powietrzu. – Potwierdziła.
(Nie wspomniała o niczym innym, co zrobił Remus. Że za pierwszym razem, gdy zaszła w nim zmiana; za pierwszym razem, gdy jej biedne dziecko zostało wywrócone na lewą stronę przez tę okropną klątwę, był tak przerażony, że zniknął za drzwiami, a Lyall musiał w końcu zabarykadować go w szafce z porcelaną. Być może to był ostatni dzwonek dla Lyalla).
– To bardzo dobrze – uśmiechnął się starzec – Otrzyma list do Hogwartu po swoich jedenastych urodzinach.
Nie wiedziała, co na to odpowiedzieć, ale starała się wyglądać na zadowoloną. Hope chciała, żeby Remus był taki jak jego ojciec – w każdym razie lepszy niż bycie takim jak ona – ale nie mogła sobie wyobrazić, jak kiedykolwiek dostanie się do takiej ekskluzywnej szkoły, nie teraz.
– Hope, słuchasz mnie? – warknęła jej matka. Hope zamrugała i podniosła wzrok.
– Przepraszam, mamo.
– Pytałam o chłopaka. Powiedziałaś, że poczyniłaś przygotowania?
– Tak.
Staruszek, który pytał o Remusa, też jej w tym pomógł. Był miły. Powiedział, że to zależy wyłącznie od niej, ale że zna kogoś, jeśli będzie potrzebowała pomocy. Kogoś, kto będzie dyskretny. Skontaktował ją z panią Orwell, która prowadziła dom dla chłopców. Znajdował się on w Essex, ale może Remusowi poszłoby lepiej, gdyby rozpoczął naukę w Anglii – w Walii nie było lepszych możliwości. Hope wiedziała, jakie to trudne, czuć się jak wyrzutek, a Remus miał już tego dość.
– Zabiorę go jutro. – powiedziała Hope do matki. – Pojedziemy pociągiem.
– Mam iść z tobą, skarbie? – Jej matka złagodniała. Zawsze tak robiła, gdy Hope była posłuszna.
Hope potrząsnęła głową. Łzy spływały jej po policzkach, ale już tego nie zauważała. Trudno było uwierzyć, że nie wyschła jak rodzynka przez te wszystkie łzy, które ostatnio wylała. Jej matka wstała i usiadła na brzegu sofy. Objęła Hope ramieniem i delikatnie ją ścisnęła.
– Już dobrze, kochanie. To właściwa rzecz. Najlepsza rzecz. Jesteś jeszcze młoda, odbijesz się od dna. Za rok będzie tak, jakby to się nigdy nie wydarzyło, obiecuję ci.
Hope przetarła oczy i wstała, odsuwając się od matki.
– Sprawdzę, co u niego.
– Nie wiem, czy to mądre...
– Zamierzam sprawdzić co z moim synem, mamo.
Weszła powoli po wąskich schodach. Brązowy dywan, brązowa tapeta. Po Lyallu wszystko wydawało się takie przyziemne. Czuła się jak Judy Garland na końcu Czarnoksiężnika z krainy Oz – huragan minął, a świat powrócił do czerni i bieli. Hope nigdy nie rozumiała, dlaczego Dorotka tak cieszyła się z powrotu do domu. Kto nie wybrałby koloru?
Na szczycie ciemnego, małego podestu Hope zobaczyła troje zamkniętych drzwi. Pokój rodziców, łazienka i sypialnia z dzieciństwa. Właściwie to jej obecna sypialnia, dopóki nie zaoszczędziła wystarczająco dużo na ucieczkę. Znów pomyślała o pieniądzach Lyalla. Nie, to nie należało do niej.
Powoli otworzyła drzwi. Nie skrzypiały, ale dywan zawsze się zaczepiał i wydawał nieprzyjemny dźwięk, jeśli się go popchnęło. Wewnątrz cienkie, żółte zasłony były zaciągnięte, rzucając na wszystko ciepły, maślany blask.
Jej czarna suknia żałobna wisiała na drzwiach szafy. Kupiła ją specjalnie, ponieważ nigdy wcześniej nie miała nic czarnego, kosztowała fortunę. Wszyscy byli w szatach, przyjaciele Lyalla, a ona czuła się dziwnie.
Dziwnie było wrócić do tego pokoju. Wszystko wydawało się małe i stare, choć tak naprawdę minęło zaledwie sześć lat, odkąd ostatni raz tu spała. Wszystko wciąż było na swoim miejscu. Jej mała, pomalowana na biało wiklinowa toaletka, która prawdopodobnie wciąż miała ukrytą paczkę papierosów w jednej z dolnych szuflad, wraz ze szminkami i cieniami do powiek, o które walczyła z ojcem, gdy miała piętnaście lat. Plakat The Monkees na ścianie nad łóżkiem, obok grafiki Arthura Rackhama.
Najdziwniejszy ze wszystkiego był mały chłopiec skulony na lawendowej narzucie. Wciąż mocno śpiący, ze złotymi lokami, pucołowatymi policzkami i grubymi, małymi pięściami. Jej serce przyspieszyło, tak jak od pierwszej chwili, gdy trzymała go w ramionach. Jej synek.
Ostrożnie usiadła na łóżku i położyła się obok niego. Lekko się poruszył, ziewnął i przeciągnął. Lekko przesunęła palcami po jego policzku. Uwielbiała tę idealną dziecięcą skórę, tak miękką i nieskalaną. Z wyjątkiem tego, że miał teraz skazę. Małe zadrapanie tuż pod szczęką – można by je uznać za zwykłe zadrapanie. Dzieci zawsze wpadały na różne rzeczy, przewracały się. Nie Remus. On był takim ostrożnym chłopcem, uważał na wszystko.
Owinęła swoje ciało wokół jego, odwracając się plecami do reszty pokoju. Kiedy Remus urodził się po raz pierwszy, nie była w stanie wstać z łóżka przez kilka dni, ale był tak spokojnym małym dzieckiem, że oboje leżeli w ten sposób, dotrzymując sobie towarzystwa. Lyall przychodził z pracy i dołączał do nich. Owijał swoje długie kończyny wokół Hope, a ona otulała nimi Remusa, zamykała oczy i czuła się taka bezpieczna i szczęśliwa.
Gdyby tylko Lyall tu teraz był. To za jego dotykiem tęskniła najbardziej. Był tak wysoki, że nawet gdy Hope nosiła najwyższe obcasy, mógł oprzeć brodę na czubku jej głowy. Łzy zakłuły ją w oczy i położyła delikatnie dłoń na piersi Remusa, czując jak unosi się i opada.
Czasami, w te popołudnia, kiedy mała rodzina leżała razem w łóżku, Lyall śpiewał Remusowi starą kołysankę. Hope nigdy wcześniej jej nie słyszała, ale uwielbiała sposób, w jaki ją śpiewał. To był jedyny raz, kiedy można było usłyszeć miękki szkocki akcent w jego głosie. Nuciła teraz kilka taktów, zastanawiając się, czy Remus pamięta, że jego tata śpiewał dla niego i tylko dla niego.
Baloo, my boy, lie still and sleep
It grieves me sore to hear thee weep
If thou'lt be silent I'll be glad
Thy moaning makes my heart full sad.
Baloo, my boy, thy mother's joy
Thy father bred me great annoy
Baloo, baloo, baloo, baloo
Baloo, baloo, lu–li–li–lu. [2]
Och, Lyall Lupin, ty draniu. Nienawidzić kogoś, kogo nie można było nie kochać, było ciężarem nie do udźwignięcia. Jak mógł postawić ją w takiej sytuacji? Musiał wiedzieć, że sama sobie nie poradzi. Nie była magiczna, jak on. Nie była silna. I nigdy nie była zbyt mądrą dziewczyną.
Znowu płakała, ale Hope nauczyła się płakać bez wydawania dźwięków. Może po prostu była matką, choć nie wiedziała, jakie miała prawo do tego tytułu. Przyciągnęła ciepłe, małe ciało syna blisko siebie, nie dbając o to, czy go obudzi. Czuła jego malutkie serduszko bijące przy jej własnym.
Pamiętaj o tym, błagała go cicho. Kocham cię, kocham cię, kocham cię.
[1] The Mamas & Papas – Dedicated to the One I Love, rok wyd. 1967
[2] Kołysanka to „Lady Anne Bothwell's Lament” znana też jako „Baloo my boy”.
