Work Text:
Sam siedział w salonie i coś czytał, kiedy Lucyfer stanął przed nim z jakąś kopertą w rękach.
Winchester uniósł wzrok znad książki, patrząc to na niego, to na kopertę, którą trzymał.
— Nie mów, że chcesz rozwodu — zażartował Sam, ale nagle spoważniał, widząc minę swojego partnera. — Bo nie chcesz, prawda? Nawet ślubu jeszcze nie mamy. Interwencja była dla twojego dobra, z resztą nie skończyła się źle. Powiedziałbym, że fantastycznie, więc jeśli coś zrobiłem źle, to…
— Sam — przerwał mu diabeł. — Uspokój się, wszystko jest w porządku. To nie papiery rozwodowe, a zwykłe bilety.
— Bilety? — zdziwił się Winchester. — Na co?
— Na Comic Con! — krzyknął z entuzjazmem archanioł.
Sam wpatrywał się w niego tępo.
— Na Comic Con? — upewnił się, a gdy Lucyfer potwierdził, Winchester wziął od niego kopertę z której wypadły bilety. — Po co chcesz tam jechać?
Diabeł westchnął, załamany brakiem zrozumienia.
— Sam — jęknął. — To Comic Con! Tam jest wszystko! Tam jest „Lucifer”!
Sam roześmiał się i pociągnął go na swoje kolana.
— Mogłem się domyśleć, że to o to chodzi — mruknął, przyciągając go do pocałunku. — Interwencja nic nie dała, co?
— Żartujesz? — Lucyfer spojrzał na niego z niedowierzaniem. — Takim jej zakończeniem tylko bardziej mnie zachęciłeś.
Winchester jęknął, a szatan się uśmiechnął. Wiedział już, że wygrał.
