Chapter Text
Słońce nie ubłagalnie zbliżało się ku końcowi widnokręgu. Tło całego Fontaine stawało się czerwone, a z czasem i całkowicie ciemne. Drobne światełka oświetlały główne miasto regionu Fontaine. Nie padało już od kilku dni – ostatnia rozprawa miała miejsce w deszczowy wieczór. Krople zawsze spadały po osądzeniu winnego. Focalors się cieszyła, ale nie Neuvillette, który pozostawał z kamienną twarzą. „Bezduszny”, „apatyczny”, „bez emocji”, tak był określany Szef Wymiaru Sprawiedliwości przez mieszkańców Fontaine. Inaczej widziany był przez meluzyny, z którymi pracował, witał się codziennie, odwiedzał. Wszystko robiły ze wzajemnością, aż pewnego dnia wysłały list, w którym stwierdziły, że Neuvillette był dla nich jak ojciec. Opieka nad nimi zapewniała mu spokój o ich życia. Nie wszystkie miały możliwość wyjścia, by zwiedzić Fontaine – dyskryminacja, ataki bądź nagłe porwania.
Jedna z meluzyn poruszyła się, budząc pozostałe ze snu. Kolejno przecierały oczy, przeciągały się i wstawały. Wszystkie były na trawie, a nie jak pamiętają, z głowami na kolanach bladowłosego mężczyzny. Jedna rozejrzała się w poszukiwaniu ich opiekuna. Zauważyła go na krańcu wysuniętej formacji skalnej, która nieznacznie pięła się w górę. Meluzyna widziała, jak końce płaszczu powiewały na wietrze. Z tyłu widziała blade włosy związane nisko czarną kokardą, oraz dwa długie, niebieskie elementy, które lekko rozświetlały ciemne okolice mężczyzny. Stał wyprostowany, patrząc gdzieś w dal. Stąd można było zauważyć, jak główny region Fontaine żył swoim życiem. Światła określały poczynania ludzi. Było widać Operę Epicles, Sąd, która górowała nad innymi elementami krajobrazu. Meluzyna podeszła do mężczyzny i pociągnęła go za rękaw płaszcza. Musiała go wybudzić z zamysłu. Spojrzał na nią. Jego oczy błyszczały bladym kolorem.
- Już jest noc? - zapytała, gdy wyciągnęła dłoń w stronę czarnego nieba.
W odpowiedzi uzyskała skinienie głowy. Mężczyzna wydawał się wiedzieć coś, o czym nie chciał mówić, więc milczał. Cisza budziła się między nimi. Pozostałe meluzyny podeszły do nich, pochylając swoimi główkami. Wiedziały.
- Coś się dzieje, monsieur Neuvillette? - zapytała meluzyna. - Czuję, że coś się dzieje.
- Nie martw się. To nic poważnego. - odpowiedział, ponownie wpatrując się w daleki budynek sądu. Zmienił temat. - Powinniście wrócić do swojej wioski. Odprowadzę was.
Jego głos jak zawsze był dostojny i poważny, bez nuty innej emocji. Meluzyny wydawały się być bardziej zaniepokojone niż zawsze o swojego Szefa Sprawiedliwości. Nigdy nie był przy nich taki.
- Same pójdziemy. - odpowiedziała jedna, uzyskując skinienia główkami innych. - Za to monsieur powinien pójść na występ Lyneya i Lynette. Następnym razem opowie nam monsieur o tym! Chcemy wiedzieć, jak to było!
W odpowiedzi ponownie milczenie i skinienie głową.
- Dobrze. Bądźcie ostrożne. - zwrócił uwagę, gdy wszystkie zaczęły powoli odchodzić od niego.
Meluzyny pomachały swoimi drobnymi rączkami, kierując się ku swojej wiosce, która znajdowała się trochę daleko. Jednakże nie chciały więcej zawracać głowy mężczyźnie. Wydawał się być zamyślony, jakby wyczuwał coś, co miało nadejść w noc, zaraz po występie lub w trakcie magicznego pokazu. Stał jeszcze przez kilka długich minut, nie zwracając uwagi na to, jak wiatr robił się silniejszy.
- To było przepyszne! - powiedziała głośno Sigewinne, gdy wtapiała swoje usta w przepyszne makaroniki.
Siedziała wraz z Wriothesleyem nad wodą, w okolicach miasta, by nie narażać małej dziewczynki na niepotrzebne niebezpieczeństwo. Z Fortecy Meropide było trochę drogi, więc mężczyzna wziął dzień wolnego od pracy. Mimo bycia szefem fortecy musiał tym razem się zgodzić na propozycję Sigewinne. Zaniedbywał ją od bardzo długiego czasu, a co za tym szło, dziewczynka domagała się coraz większej uwagi. Rękawice bokserskie ucierpiały na tym najbardziej – obklejone naklejkami, które było trudno zdrapać. Wymieniał zdania z nią, czasami podjudzając ją i denerwując błahostkami, które nie powinny nikogo złościć. Śmiał się za każdym razem, gdy widział, jak nadymała swoje policzki w geście sprzeciwu.
- Nie smakują ci? - zapytała, przechylając głowę w bok, uszka również poruszyły się. - Myślałam, że..
Zauważył w jej oczach głęboki smutek, jakby zepsuł jej dzień swoim zachowaniem. Westchnął, biorąc niewielki kęs kolorowego makaronika.
- Nie są najgorsze. - odpowiedział z lekko pełnymi ustami. - Nie lubię słodkiego, pamiętasz?
Uszka Sigewinne tylko przez chwilę były wysoko w górze. Jej oczy zaświeciły w szczęściu. Zdawała się nie uznawać drugiej części odpowiedzi. Cieszyła się tylko z tej pierwszej. Pomachała nóżkami, które miała we wodzie. Butki i skarpetki miała obok siebie, dalej od wody, by nie zostały zmoczone przez niewielkie fale. Czuła zimno, ale w ciele ciepło. Przy Wriothesleyu nie musiała się obawiać o nic. Bronił, pomagał, czasami radził..
- Ostatnio często padało.. - stwierdziła Sigewinne, próbując zburzyć powoli dłużącą się ciszę. - Myślisz, że wodny smok płacze?
Wriothesley spojrzał zdumiony na dziewczynkę z czerwonymi oczami. Myślał, że coraz mniej osób uosabiało postać smoka z kimkolwiek lub czymkolwiek. Dawna przypowiastka, która miała pomagać dzieciom nie kłopotać rodziców w czasie deszczów. Miały mieć nadzieję, że wodny smok usłyszy ich prośby i przestanie płakać. Czasami widywał Sigewinne, która stała przy otwartym oknie, by co jakiś czas powtarzać: „Wodny smoku, wodny smoku nie płacz!”. O dziwo, gdy za każdym słyszał te słowa wybiegające z jej ust, deszcz bardzo często ustawał i pojawiało się słońce. Brzmiało to nieprawdopodobnie i tak każdy to odbierał. Tylko czasami Neuvillette spoglądał na nią trochę poruszony, gdy mówiła mu o tym. Przy Wriothesleyu sędzia próbował pozostać neutralny, ale nie zawsze umiał. Po długim czasie strażnik więzienny zaczął rozumieć pewną zależność – gdy Neuvillette nie był w najlepszym nastroju, deszcz skapywał z nieba, gdy był smutny, lało jak z cebra. Powoli łączył to z teorią, że to Szef Wymiaru Sprawiedliwości miałby być „wodnym smokiem”, ale nie mógł zbyt w to uwierzyć. Nie miał jednoznacznych dowodów, a pytanie się go o to, nie oznaczało, że dostanie odpowiedź.
Mimo iż byli razem od jakiegoś czasu, Wriothesley nie czuł, żeby między nimi została zburzona gruba ściana. Może tylko czasami opadały skrawki muru, ale nie na tyle, by móc całkowicie zrozumieć uczucia sędziego. Zresztą.. Dlaczego miałby płakać? Wriothesley rozumiał, że ciążąca na nim praca była nie zawsze przyjemna, czasami dołująca i dobijająca, ale.. nigdy nie widział, żeby Neuvillette uronił chociaż jedną łzę przy nim.. Będzie musiał w końcu zapytać o to. Przecież do końca ich żyć, jego ukochany, nie mógł kłamać prosto w twarz, bez względu na to, czy chciał, czy robił to dla dobra obu. Oglądanie go w czasie deszczu nie należało do przyjemnych czynności. W szczególności, gdy mimo kamiennej twarzy, nie mógł uronić ani jednej łzy, ani jednej szczerej lub fałszywej łzy. Patrzył przez okno na miasto albo pracował przy papierach, gdy Wriothesley postanowił w deszczowy dzień, poprawić mu humor swoją obecnością. Nie zawsze wychodziło, ale sędzia zawsze doceniał chociażby nieudane starania. W takie okresy wolał, żeby był przy nim. Zwykła rozmowa wystarczała, gdy odgadnąć uczucia drugiego, zgrabnie chowając swoje.
Wriothesly na samą myśl, przypomniał sobie, że nigdy nie zobaczył pełnego uśmiechu ukochanego.. Jednak był wyrozumiały i za każdym razem wystarczyły mu lekko uniesione kąciki ust z pięknie ozdabiającymi oczami znad papierów. Neuvillette nigdy nie wyrażał swoich emocji wprost, właściwie to nie chciał ich pokazywać. Dlatego wcześniej, sędzia zareagował w biurze Wriothesleya bardzo speszony, nie do końca pewny. Przecież zawsze mógł ktoś wejść, prawda? Mu przeszkadzały publiczne czułości, a nadzorcy więzienia, wręcz przeciwnie, ale nie naruszał tej sfery w żaden sposób. Rozumiał, że sędzia mógł nie chcieć tego.. Bez problemu strażnik przenosił swoje czułości, gdy byli sami, chociaż tego czasu było niewiele.
- Wriothesley! - powtórzyła dziewczynka, leciutko pociągając płaszcz mężczyzny do siebie. - Wriothesley! Słuchasz mnie?
Jej krzyki dobiegły do uszu mężczyzny, który odwrócił głowę ku niej. Niespodziewany ruch zaskoczył dziewczynkę. Nieznacznie odskoczyła, chlupiąc wodą. Nastała niezręczna cisza. Przerwał ją tym razem Wriothesley.
- Słucham. Coś się dzieje?
- Nie odpowiadałeś.. i.. patrzyłeś gdzieś daleko.. - powiedziała, ściągając uszka w dół. - Chciałam ciebie zapytać o coś..
Mężczyzna zaniepokojony spojrzał w jej oczy, które wyrażały obawę i strach. Zaskoczyła go.. Milczał, dając jej przyzwolenie na mówienie.
- Czy tutaj powinny być roboty..?
- Jakie roboty? - zapytał, wstając z ziemi.
Przygotował się w razie potrzeby do ataku i obrony Sigewinne, która nie powinna w ogóle uczestniczyć w takich walkach z uwagi na jej małe oraz słabsze ciało. Spojrzał w stronę, gdzie powinien zauważyć roboty wspomniane przez dziewczynkę. Niczego nie zauważył.
- Nie ma tutaj robotów, Sigewinne.. - powiedział, uspokajającym tonem głosu zanim..
- Uważaj! - krzyknęła, próbując pociągnąć mężczyznę w bok.
Zdążył uniknąć ataku nadchodzącego zza niego. Sigewinne przycisnął do siebie, gdy tylko znaleźli się przynajmniej dwa metry od robota. Wriothesley skierował oczy ku przerażonej dziewczynce, która przyciskała się do jego płaszcza. Miała małe łzy w oczach ze strachu.. Wiedział, że musiał ją bronić nie ważne, jaka była tego cena. Mógłby nawet oddać za nią życie. Pogładził jej ramię.
- Sigewinne, nie wychylaj się.
- Dobrze..! - krzyknęła przerażona przez łzy.
- Zajmę się nim.
Poczuł silniejszy uścisk na swoim ubiorze. Prawdopodobnie chciała mu przekazać, by uważał na siebie..
Neuvillette przybył na występ w Operze Epicles jak zawsze wcześniej. Zanim usiadł w pustej sali, spojrzał w górę, na miejsce, gdzie powinna siedzieć Furina. Nie mylił się. Właśnie tam ją zobaczył. Swoim wzrokiem śledziła każdy krok sędziego, który kilka chwil wcześniej wszedł na salę sądową. Dostojne ruchy, spokojny chód.. A wszystko połączone z zimną maską Neuvillette, która nie została zrzucona publicznie. Chciała to zmienić. Zamierzała pokazać prawdę całemu Fontaine, na żywo, a nie tylko z jej pustych słów, które mogły zostać podważone prostym zdaniem, że sędzia zawsze był apatyczny i bez emocji. Każdy osąd był wypowiadany przez jej pustą marionetkę, która wykonywała rozkazy za każdym razem, bez sprzeciwu. Poruszała sznurkami, nakazując nowe ruchy. Czasami jednak zrywała linki i decydowała o samej sobie, zmieniając poglądy Furiny na zabawkę. Czy to był występ, w którym wszystko zostanie zerwane? Zerwana maskarada zakończona ukazaniem prawdy? Uznała, że poczeka na pokaz magii, mający pozostawić lub zmienić wszystko. Jedna karta z dwiema stronami. Która z nich zwycięży i zostanie pokazana?
Była ciekawa, gdy zobaczyła, jak w stronę sceny zbliżał się Lyney z mężczyzną. Prawdopodobnie ostatnie poprawki przed rozpoczęciem. Teatralnie ziewnęła, zakrywając przy tym usta. Znów zwróciła uwagę Neuvillette, który tym razem odwrócił wzrok i usiadł na swoim miejscu. Założył nogę na nogę. Czekał.. Nie wiedział tylko, ile będzie musiał czekać, ale nie przeszkadzało mu to. Zawsze przychodził wcześniej. Czasami porozmawiał z kimś, ale to raczej należało do szczególnych rzadkości. Po co było rozmawiać z kimś, kto nie odczuwał szczerych emocji? Niektórym zdawało się, że rozmawiali z kimś podobnym do pustej lalki, która tylko istniała i nie rozumiała czegoś takiego, jak uczucie. Gdyby wiedzieli, że ktoś zdążył odkryć prawdę kryjącą się za tą zimną maską..
Neuvillette widział, jak Lyney chodził po scenie, czasami za nią, za kulisami, po sali sądowej, która zamieniała się w miejsce pokazu magii. Jaka ironia.. Sąd i Opera w jednym, a wszystko to dla uciechy Focalors, zasiadającej najwyżej ze wszystkich. Uśmiechała się podstępnie, gdy obserwowała poczynania krzątających się osób po operze, która kilka godzin wcześniej była salą rozpraw. Sąd – dla Neuvillette, Opera – dla Focalors. Największą władzę mieli tylko w jednym, gdy w drugim rolę przejmowała strona przeciwna. Zanim Focalors przyjrzała się sędziemu, światła zaczęły przygasać, a wszystko było tylko dla testu. Lyney nie chciał zawieść publiki, mającej się zjawić za nawet kilka minut.
Sędzia obserwował przygotowania, jakby był stróżem nad czymś, co planował magik oraz jego asystentka. Nie chciał, by doszło do czegoś niezaplanowanego. Przeczucie mówiło mu jednak coś całkowicie innego.. Działo się coś za Operą, czego nie mógł skontrolować i sprawdzić. „Gdzie jest Wriothesley z Sigewinne?” pytanie milczące, do samego siebie. Strażnik więzienny obiecał mu, że przyjdzie wcześniej z dziewczynką. Ona sama była pomysłodawcą, by pójść ten jeden raz, wspólnie na pokaz magii Lyneya i Lynette. Nadarzyła się okazja, ale.. ani Sigewinne ani Wriothesley nie przybyli przed czasem. Sala napełniała się ludźmi, którzy przyszli zobaczyć dzisiejszy pokaz, który miał okazać się czymś niesamowitym..
- Witamy na pokazie magii Lyneya i Lynette! - zawołał magik, biorąc dłoń siostry i unosząc ją w górę. Pokłonili się. - Dzisiejszego wieczoru..
Na reszcie zdania Neuvillette się nie skupił. Nie usłyszał, odizolował się. Jego myśli zaprzątała teraz niewielka obawa, niepewność związana z Wriothesleyem i Sigewinne.. Gdzie oni byli? Dlaczego nie było ich wcześniej? Dlaczego się jeszcze nie zjawili? Więcej pytań niż odpowiedzi, a to.. Spóźnianie się strażnika więziennego było niecodzienne, szczególnie, gdy obiecał sędziemu przyjść wcześniej, przed rozpoczęciem pokazu magii. Jednakże.. wciąż go nie było.. Spojrzał na scenę, gdzie niedawno stał Lyney z Lynette. Nie było i ich. Tylko coś na wzór szafy. Światło skierowało się ku drugiej stronie sali. Tam również było to samo. Naprawdę zamyślił się nad tak błahą sprawą jak obawa o Wriothesleya? Ta niepewność nie okazała się tak mała, jak początkowo myślał. Wiedział, że było coś nie tak.. Ale postanowił poczekać.. Może w końcu, by przyszedł i pokazał sędziemu, że wszystko było w porządku oraz nie było, o co się bać.
Minuty dłużyły się w nieskończoność. Sztuczka z przenoszeniem się z szafy do drugiej została pokazana, karty, woda.. To wszystko Neuvillette już widział raz, ale na pewno nie wszyscy na sali. Nic nie potrafiło odwrócić uwagi Szefa Wymiaru Sprawiedliwości od obawy, rosnącej niepewności w sercu.. Musiało się coś dziać z Wriothesleyem i Sigewinne, skoro nadal ich nie było przy nim.. Tylko.. Co się działo? Może musiał wrócić do fortecy Meropide, do swoich obowiązków, które nie mogły zostać od tak rzucone w kąt bez opieki..? A może jednak..?
Nagle na scenie usłyszał głośny dźwięk, który musiał być jękiem bólu człowieka. Wszyscy spojrzeli w miejsce, gdzie wcześniej stał asystent Lyneya. Dym stopniowo opadał. Powoli odsłoniła się pierwsza figura. Był to mężczyzna o rudych włosach i szarawym ubiorze - Childe. Czerwony element opadał z jego ramion. Obok niego stała kobieta.. Neuvillette wstał, patrząc uważnie na dwie postacie. Chwilę później zauważył biało-czarne włosy, strój w odcieniach bieli, szarości i czerni, oraz wyróżniające się czerwone elementy. Stukot butów stawał się głośniejszy, odbijający się echem po przerażonej sali.
- Czyli tak wygląda sąd w Fontaine! Co za żart! - krzyknął Childe, gdy spojrzał na Archonkę oraz Szefa Wymiaru Sprawiedliwości.
- Jak śmiesz tak mówić! - odkrzyknęła Focalors, zbliżając się do krańca barierki. - Fontaine szczyci się sądem jak i operą!
- Czy powiedziałem coś o Operze? - przekomarzał się Fatui Harbringer, uśmiechając się wrednie.
Focalors momentalnie poczuła się urażona, wycofała się w tył i próbowała wybełkotać cokolwiek, lecz nic nie powiedziała. Milczała, silnie zaciskając dłonie w pięści. Zazgrzytała zębami.
- Zresztą i to jest jakąś komedią! - dopowiedział Childe, śmiejąc się. - Co to w ogóle ma być?!
Wskazał na scenę, później na Focalors i ostatecznie na wszystkich zebranych na sali. Dym z czasem opadł, pokazując postać, która kryła się w nim. Jej oczy były czarne, ale z dwoma czerwonymi kreskami na środku. Jej dłonie były czarne..
- Radzę, żeby pan Tartaglia zaprzestał. - usłyszał rudowłosy, gdy wokół niego pojawiły się fioletowe światła, przypominające pioruny. „Deluzja” pomyślał Neuvillette. - Sąd to nie miejsce na takie coś.
Słysząc to Fatui Harbringer, zaśmiał się jeszcze głośniej, jakby miał zaraz pęknąć ze śmiechu. Kobieta obok spojrzała na Childe ostrym i zimnym wzrokiem. Chwyciła go za ramię, zacisnęła palce i przysporzyła mu tym bólu. Jej oczy mówiły, żeby nie lekceważyć przeciwnika, ale jednocześnie wydawała się mieć go dość. Nie chciała walczyć z jakimś tam sędzią! Ważniejsza była gnoza, a nie mężczyzna, który był żywą tarczą dla Archonki! Zimny wzrok powędrował z Focalors na Neuvillette, który stał bliżej. Był najbliżej sceny. Reszta widowni uciekła. Na sali pozostała dwójka Fatui z Archonką i Szefem Wymiaru Sprawiedliwości.
- Jak to nie jest sąd! - wybuchł Tartaglia.
Skoczył do przodu, by uderzyć Neuvillette. Nagłe uderzenie i.. Długa cisza. Furina obserwowała ze swojego balkonika. Patrzyła zaskoczona. Nie ruszyła się, by pomóc. Sędzia dałby sobie radę bez niej, prawda? Prawda? Chłopak został przybity do ziemi. Był nieprzytomny. Nie zdążyła zauważyć uderzenia. Wszystko stało się w ułamku sekundy! Tak! W końcu coś się działo! W końcu! Arlechino wciąż stała na scenie. Obserwowała nieprzytomnego Tartaglię oraz Neuvillette, który stał zaraz obok. Jej wzrok mierzył mężczyznę przed nią. Nie mógł być zwykłym człowiekiem, skoro tylko moment zajęło pokonanie jednego ze zwiastunów, ale.. Childe to nie było wyzwanie! Nastało bardzo długie milczenie między Arlecchino a Neuvillette.
- Nudy! - krzyknęła Furina, zwracając uwagę obu na siebie. - Nic się nie dzieje! Zróbcie coś w końcu! A było już tak ciekawie!
Arlecchino patrzyła na Archonkę nieprzyjemnie lodowatym wzrokiem. Przeszywało to na tyle, że Focalors nie odezwała się więcej na kilka minut. Musiała stać się widzem sceny przed nią. Musiała pozostawić wszystko bez komentarza, a może nawet.. Zostawić ich wszystkich samym sobie? To.. nie byłoby głupie. W którym miejscu Neuvillette miałby sobie nie poradzić?! Powoli wstała ze swojego miejsca, odchodząc w cień. Zeszła na dół, gdzie mogła z innej perspektywy oglądać rozgrywającą się akcję.
- Myślę, że Archonka powinna walczyć. - stwierdziła Arlecchino, postępując kilka kroków w przód. Echo rozchodziło się po pustej sali. - Wystawianie pionka zamiast siebie..
Tym razem ton głosu brzmiał na zawiedziony, ale również podirytowany. Dlaczego sama Focalors nie chciała stanąć do walki o gnozę? Na pewno wiedziała, że po to była ta cała szopka.
- Dlaczego miałabym walczyć z tobą? - zapytała, robiąc nieznaczne ruchy. - Przecież niczego ode mnie nie chcesz, prawda?
Fatui spojrzała zdziwiona na Focalors, która nie miała żadnego pojęcia, dlaczego miałaby walczyć. Na pewno słyszała o tym, jak Harbringerowie zabierali gnozy, by oddawać je Tsaritsie. Więc dlaczego.. Dlaczego Furina próbowała odepchnąć tą myśl.. Nawet, gdy stała przeciwko swojemu losowi, nie przyznawała się do niego. Kim w oczach Focalors była Arlecchino? Służącą archonki Shnezna? Mało znaczącą postacią w jej przedstawieniu? Czy prawdziwe zagrożenie, od którego próbowała uciec? Na pewno nie chciała kończyć swojego aktu, nie w takim momencie. Nagle zachichotała, przesuwając dłonią po włosach.
- Ojej.. Czyżbym czegoś nie wiedziała? - zabrzmiała jak dziecko, które było ciekawskie. - Zresztą. Nieważne.
Arlecchino wbiła lodowaty wzrok w postać Furiny, powoli odchodzącej w cień sali. Uciekała, unikała swojej przyszłości, która została już dawno wyrysowana przez los. Skoro to robiła, miała możliwość jej zmiany lub nie wiedziała, że tak się musi zadziać. Knave nie musiała przejmować się Focalors. Prędzej czy później ją dorwie i odbierze gnozę. Do tego czasu miała obowiązek pozbycia się ciążącego problemu tuż przed nią. Nie był to problem o naturze ludzkiej. Prawdopodobnie nie był człowiekiem. Na pewno nim nie był. Jej przekonania zostały potwierdzone przez oczy sędziego. Źrenice pionowe i wąskie. Takie to było nieludzkie! Jednakże musiał długo ukrywać to, kim był. W gazetach ani razu nie było artykułu, że Neuvillette to nie człowiek. Skąd u ludzi przekonanie, że Szef Wymiaru Sprawiedliwości to istota równa im? Wszyscy czuli się bezpiecznie. Nie wiedzieli, iż jedną z najwyżej postawionych osób w Fontaine był smok o ludzkim ciele. Ile to musiał już żyć? Ciekawe.. Zdążyła usłyszeć głośny huk drzwi. Wyszła. Po prostu wszystko zostawiła w rękach jej sędzi. Milcząca cisza nastała w sali. Cicho, aż..
- Haha.. - wyjęczał głos blisko Neuvillette.
Wzrok kobiety przerzucił się na chłopaka leżącego przy Neuvillette. To musiał być cud, że Childe oprzytomniał tak szybko albo moce abbysu uodporniły jego ciało na teki sytuacje. Bez większego myślenia, rudowłosy wstał, wycofał się kilka kroków w tył. Zdziwił się, gdy nie otrzymał żadnego ataku od sędziego. Dlaczego nie zaatakował mimo tak łatwego celu? Przecież miał szansę. Arlechino wyciągnęła swoje czarne palce wprzód, w stronę Neuvillette, który patrzył na nią w milczeniu. Mógł wymówić tak wiele praw, ile złamała razem z chłopakiem, ale nic nie powiedział. W tym momencie nie miało to sensu. Nagle kobieta zacisnęła dłoń w pięść i znalazła się mniej niż metr przed sędzią. Była prawie gotowa do ataku, gdy zauważyła, że pojawił się świecący kolor przed nią. Nie doszło nawet do starcia dwóch postaci. Arlecchino została odepchnięta przez wodę.. Jej oczy błyszczały między kroplami wody opadającej między nimi.
- Tak beze mnie?! - wykrzyczał Childe, tworząc swoją elektro broń.
W końcu nadszedł czas, by zaatakować go. Tym razem nie miał szans, aby odeprzeć ich atak! Nie tym razem! Rudowłosy doskoczył i próbował uderzyć. To samo zrobiła Arlecchino.
Całą scenę z innego balkonu oglądała Furina, która po pierwszym dźwięku wróciła na salę, ale zasiadła w innym miejscu, dalej od sceny, by móc wszystko obejrzeć. Jej oczy rozszerzyły się, gdy Neuvillette został zaatakowany przez obie strony w tym samym momencie. Po sali rozszedł się dźwięk głuchego odbicia elektro broni. Co zrobił z Arlecchino? Odepchnął? Zablokował..? Dopiero do oczu Archonki doszedł obraz z błyskającą barwą niebieskiego. Woda.. I nagle ze stałości wszystko stało się nagłe, bez okiełzania, bez pana, który mógłby kierować ich poczynaniami.
Przewagę wydawał się mieć Neuvillette, gdyż stał bez najmniejszej rany. Jego włosy były już w nieładzie, puszczone luźno, bez żadnej kokardy. Niebieskie elementy błyszczały jeszcze bardziej. Skupiały uwagę obu Fatui. Childe bez namysłu rzucił się po raz kolejny. Rozciął skórę na nadgarstku. Mały sukces! Krew znalazła się na elektro broni. Powolnie skapywała na ziemię. Chłopak czuł, że Neuvillette nie walczy na całość.. Nie chciał zniszczyć sądu, ale jednocześnie nie zamierzał pozwolić Fatui dokonać kolejnych złych czynów. Arlecchino pstryknęła palcami i nagle pojawiły się czerwone ostrza, jakby zrobione z krwawych szkieł. Sędzia znalazł się w beznadziejnej sytuacji.. Ostrza ruszyły. W ostatniej sekundzie zdołał się uchronić ponownie wodą. W tej walce to on był obrońcą, a Arlecchino i Childe atakującymi..
Wriothesley uderzył robota ogromną siłą. Rozwalił mu cały tułów jednym ciosem. Nagle kupa metalu opadła na ziemię głośnym hukiem i pozostała bez ruchu. Strażnik uśmiechnął się, poprawiając rękawice na swoich rękach. Zanim zdążył się odwrócić, usłyszał rozpaczliwy krzyk dziewczynki.. Sigewinne.. Płakała, próbowała zasłonić się swoimi drobnymi rączkami. Łzy ściekały po jej policzkach.. Robot miał uderzyć lada moment.. Wriothesley nie zdążyłby.. Głośnie dźwięki machiny i nagle odgłos silnego huku.
Nie.. Nie..! Żeby to nie była prawda! Wriothesley błagał archonów, wszystkich, żeby to, co myślał nie okazało się prawdą. Nie chciał stracić jednej z najbliższych mu osób.. Mógł tracić innych, ale nie ją.. Z rozpędu wbiegł w dym piachu i uderzył znów z całej siły, nie zważając na inne dźwięki dobiegające do jego uszu. To nie było ważne.. Najważniejsze było to, czy żyła.. Kolejne dwa roboty upadły na ziemię. W żyłach Wriothesleya buzowała krew. Adrenalina uderzała mu do głowy. Wszystko stało się w kilka chwil, w których nie mógł pojąć, co zrobił. Uderzał bez namysłu, by obronić tą ważną osobę.. Patrzył, jak metalowe części wpadły do lodowatej wody.
Nagle oprzytomniał.. Rzucił rękawice na piach i podbiegł do miejsca, gdzie wciąż unosił się dym piachu, gdzie dojrzał trochę krwi.. Nie myślał, gdy chwytał kogoś w swoje ramiona. Czuł ciepło.. i słabe rączki na swoich plecach.. Słyszał, jak dziewczęcy głos był strachliwy, bała się, płakała.. Na pewno myślała, że było po niej.. Czuł, jak drżała w jego ramionach.. Była przerażona i nie chciała puścić go za żadne skarby..
- Już, już.. - mówił łamiącym się szeptem, by uspokoić płaczącą Sigewinne. - Już wszystko jest dobrze.. Jesteś bezpieczna..
Właściwie sam nie był pewien swoich słów, w którym pokładał największe nadzieje.
- Bałam się..! Bałam się..! - wykrzykiwała piskliwym i płaczliwym głosikiem, gdy przytrzymywała Wriothesleya blisko siebie.
Mężczyzna westchnął i powoli wstał z ziemi, podnosząc ją ze sobą. Trzymał w swoich ramionach najpiękniejszą dziewczynkę, o której mógłby tylko pomarzyć. Siedziała i przyciskała główkę do jego piersi, przy której czuła się bezpiecznie. Rączki trzymała blisko siebie. Twarz schowała, by Wriothesley nie patrzył na nią w takim stanie.. Zawsze mówiła, że się nie bała i że odwaga to jej drugie imię, ale wszystko prysło w ułamku sekundy, gdy stanęła oko w oko ze śmiercią.. Uszka zniżyły się postrzegalnie. Ruch dziewczynki zwrócił uwagę mężczyzny, który spojrzał na całe jej ciałko w poszukiwaniu ran. Miała kilka zdrapań na nogach. Odetchnął z ulgą, że nie stało się nic poważniejszego niż ogromny strach oraz drobne rany. Ostrożnie poczochrał jej włoski. Dłoń nadal drżała. Nie był w stanie kontrolować swojego strachu.. Co by zrobił, gdyby stracił Sigewinne przed swoimi oczami? Nie mógłby poradzić sobie z utratą ukochanej osoby..
- Przestań..! Boli..! - piszczała, próbując odepchnąć dłoń, która przeczesywała jej włosy. - Nie jestem taka krucha!
- To boli czy nie? - przekomarzał się z nią, próbując zapomnieć o zanikającym strachu. - Mimo wszystko jesteś moją kruszynką.
Sigewinne usłyszała delikatny śmiech, który miał pocieszyć ich obu. Uśmiechnęła się i objęła jego szyją, tuląc ją do siebie.
- Dziękuję.. - powiedziała cicho, mrucząc blisko jego ucha.
Wolną ręką poklepał jej plecy, uspokajając ją tym samym. Złożył pocałunek na bladym policzku. Dziewczynka zaczęła mruczeć lekko niezadowolona. Kopała go nóżkami w geście sprzeciwu, ale tak naprawdę doceniała jego gest..
- Sigewinne.. Czy boli ciebie coś oprócz kolan? - zapytał, trzymając drobną postać w ramionach.
- Nie.
Wriothesley uśmiechnął się od razu i przytulił ją silniej do swojej piersi. Dziewczynka nie protestowała, ciesząc się, że mężczyzna był obok niej.. Tulił ją.. Otulał ciepłem.. Koił i przeganiał cały strach i ból..
- Sigi.. - zaczął Wriothesley lekkim głosem. - Tak się bałem o ciebie..
Poczuła drobne kropelki, gdy strażnik to powiedział.. Oczka skierowała na jego twarz.. Łzy wytyczały przeróżne drogi z jego oczu, suwając po policzkach, aż z nich opadały na włosy, czoło dziewczynki. Silnie przytulił ją do siebie.. Swój skarb, którego chciał bronić chociażby za cenę życia..
- Nie bój się.. Jestem cała! - uśmiechnęła się jak słoneczko w najbardziej deszczowe dni. - To dzięki tobie!
Uszka poruszyły się w rytm jej weselszego humoru, próbując pocieszyć Wriothesleya. Oboje stworzyli dla siebie oddzielne miejsca w sercach, by nie zapomnieć o sobie i o tym, kim byli dla siebie. Kto dokuczałby strażnikowi słodkimi napojami, jeśli nie Sigewinne? Kto troszczyłby się o nią, jeśli nie strażnik?
- Moja Sigi..
Adrenalina powoli opuszczała jego żyły, zastępując ją zmęczeniem, ale i błogim spokojem. Patrzył uśmiechnięty na jej nadęte policzki. Może jednak zaprzestanie mówić na nią „Sigi”? Haha.. Nie było to ważne.. Chciał pokazać jej, jak bardzo była skarbem w jego sercu..
- Wrio..? - próbowała skrócić jego imię.
Jednocześnie miała nadzieję, że mężczyzna zwróci jej uwagę, ale nic takiego się nie stało. Zobaczyła, jak jego oczy skupiły się na czymś w oddali.. Spojrzała.. Opera Epicles.. Dlaczego się tam..
- Cholera! - krzyknął nagle, strasząc Sigewinne. - Jesteśmy spóźnieni!
- J-jak to? - zająknęła się, gdy chwytała puch płaszcza.
- Neuvillette na pewno na nas czeka! Teraz to na pewno martwi się o nas, Sigi. - zaśmiał się, myśląc o zmartwionej twarzy sędziego.
- Pokaz musi już trwać od jakiegoś czasu.. - wydukała, próbując dojść do jakiegoś małego wniosku. - Myślisz, że będzie zły na nas..?
- Na pewno nie, gdy wyjaśnimy mu sytuację. Nie bój się. - zapewniał ją. - Pamiętasz, żeby kiedykolwiek był zły na ciebie?
W odpowiedzi uzyskał delikatne, przeczące ruchy głową. Spokojnie pogładził jej ramię.
- Właśnie, Sigi, właśnie..
Powoli zaczął iść, zostawiając głębokie ślady na piasku, które z czasem zostały zalane przez kojące wody Fontaine. Zmierzali w stronę Opery Epicles, by, być może, zdążyć jeszcze na kilka sztuczek od sławnego rodzeństwa.
- Ugh! To nie ma sensu! - wykrzyczała Furina, rzucając znudzone spojrzenie na środek Opery. - Nic wielkiego się nie zadziało! Jak tak mogłeś..?
Pomachała dłonią zniechęcona. Nawet raczyła ziewnąć, by pokazać, jak domagała się akcji. Jej oczom ukazał się najnudniejsza scena: Neuvillette stał przy dwójce powalonych Fatui, którzy najprawdopodobniej byli nieprzytomni. Jego wzrok podążył z nich na Focalors, oceniającą całe widowisko.
- Nie dałeś im nawet szansy! - wykrzyczała zirytowana, myśląc o tym, co mogłoby się wydarzyć, gdyby sędzia pozwoliłby im więcej zdziałać.
- Tworzyli zagrożenie, Lady Furina. - jego głos odbijał się równo zimno po każdym kącie sali. - Szczególnie dla ciebie.
Focalors zaśmiała się niekontrolowanie, by później znów uspokoić się i otrzeć łzę śmiechu. To było dobre, naprawdę! Miałaby być w niebezpieczeństwie przez Fatui, których rangi były jedne z niższych?
- Dzięki tobie nic mi nie jest, prawda? - w jej tonie było słychać nutkę radości, pewności siebie i odwagi. - Zostaniesz nagrodzony! Cieszysz się, prawda? Prawda?
- Oczywiście.
Furina nadymała policzki, widząc, że w rzeczywistości Neuvillette nie podzielał radości. W końcu..! Każdy chciał dostać coś od samej Archonki Fontaine, a on?! On po prostu nie interesował się tym! Nie brał jej prezentu na poważnie, jakby.. to było nic nie warte.. Czy to tak widział jej starania?
- Przestań być taki sztywny! - zabrzmiała rozpaczliwie, mimo tego, po jej policzkach nie spływały łzy. - Dlaczego taki jesteś?! Zimny! Okrutny! I bez serca! Nie ma w tobie żadnej empatii!
W odpowiedzi usłyszała ciszę. Nic nie powiedział. Ani jedno słowo nie pojawiło się na jego ustach. Czyżby zasmakował goryczy? Czy była pierwszą, która mu to przekazała? Zresztą.. Co ją to obchodziło. Musiał zmierzyć się z konsekwencjami swojego postępowania.
- Hmpf! - zrobiła obrażoną minę, założyła ręce na piersi i odwróciła się tyłem do sceny. - Posprzątaj bałagan, który sam narobiłeś! Będę czekać, aż skończysz!
Kątem oka zerkała, czy Neuvillette wziął się za zadanie, które mu zleciła, czy może jednak pozostał obojętny. Oglądała to z niepewnej perspektywy. Zrobił to i tamto. Nie wykonał tego i tamtego. Teatralnie ziewnęła. Panowało milczenie, które trwało do końca „porządkowania” sceny. Zarówno Arlecchino jak i Childe nadal leżeli w tym samym miejscu, gdzie wcześniej. Nic nie przerywało błogiego milczenia, aż do czasu..
- Neuvillette?! - wykrzyczał męski głos, gdy drzwi zostały silnie otworzone.
Sędzia spojrzał zaskoczony na przybyłego mężczyznę, który trzymał blisko siebie dziewczynkę. Wskazywała swoją rączką w przód. Na twarzy strażnika pojawił się uśmiech, bardzo wyraźny uśmiech. Sigewinne machała rączką.. Wyraz twarzy Wriothesleya się zmienił.. Miał coś powiedzieć, ale..
Nagle Neuvillette poczuł przeszywający ból.. Wzrok podążył z dziewczynki i strażnika na własną klatkę piersiową. Sączyła się z niej krew, która powoli skapywała na scenę opery. Trzy zakończenia ostrzy. Jedno niby to fiolet, dwa inne to szklana czerwień. Dla sędziego nastała głucha cisza.
Focalors kilka sekund wcześniej wyciągnęła dłoń, próbując ostrzec Neuvillette.. Przynajmniej krzyknąć albo użyć swoich mocy, by go osłonić, ale nie zdążyła.. W jej oczach pojawiły się słone łzy, które powoli sunęły po jej policzkach. Czuła zimno.. Nie.. Widziała, jak Arlecchino i Childe wstali ze sceny, by oglądać dzieło, jakie wspólnie dokonali. Jeden z głowy, lecz musieli się wycofać.
- To była niezła współpraca, prawda Arlecchino? - zaśmiał się Childe, górując nad leżącym ciałem sędziego.
- Moce abbysu są naprawdę trujące dla elementarnych bestii, Childe. - powiedziała silnym tonem Knave. - To była tylko kwestia czasu.
Wymiana zdań między dwójką Harbringerów była głośna, czyście słyszalna dla reszty osób w sali operowej. Furina była zaskoczona.. Spodziewała się, że zaatakują, ale dlaczego Neuvillette..?! Sigewinne płakała i była przerażona, gdy tylko krew pojawiła się na scenie. A Wriothesley..? Nie mógł uwierzyć w to, co się stało.. Nie rozumiał, o czym rozmawiali do siebie Fatui, ale nie obchodziło go to. Najważniejszym było pokonanie ich i..
- Myślę, że to na tyle z naszego pokazu! - wykrzyczał rudowłosy, wybiegając innym wyjściem z sali wraz Arlecchino, która ostatni raz rzuciła morderczy wzrok na Furinę. - Do zobaczenia!
Śmiech chłopaka rozbiegł się po sali, gdy zatrzasnął drzwi zaraz za sobą.
- Neuvillette..? - szeptała Focalors, szybko próbując się zbliżyć do sędziego. - Neuvillette! To nie czas na takie dramy!
Znalazła się zaraz obok niego. Szturchała, trzęsła, ale bez żadnej reakcji..
- Neuvillette.. Przestań! - krzyczała rozpaczliwie. - Proszę.. Przestań..!
Focalors poczuła silny chwyt na ramieniu, który sugerował, że nie była sama.. Został jeszcze Wriothesley i ta mała.. Zanim coś powiedziała, została brutalnie odepchnięta w tył, nie pozwalając jej na więcej krzyków. Wziął w ramiona sędziego.. Jego twarz była blada jak zawsze.. jak porcelana.. Piękność, która została ubrudzoną krwią..
- Sigewinne, nie patrz. Zamknij oczy. - zawołał do niej Wriothesley, który sam próbował powstrzymać się od łez i łamiącego się głosu. - Błagam ciebie, odwrócić wzrok..
Uzyskał jednak przeczące machanie główką. Tego mógł się po niej spodziewać.. Ciemnowłosy delikatnie próbował go podnieść, ale zauważył brak reakcji.. Zatrzymał się i przytulił go do swojej piersi. Nie był w stanie zakazać sobie płaczu. Łzy z jego policzków spadały na bladą twarz Neuvillette.
Kiedy ponownie otworzył oczy, widział ciemne włosy, białe oczy, które się zbliżały do jego twarzy. Mimo tego, że Wriothesley go dotykał, nie czuł tego.. To bolało. Nie czuł dotyku.. Kątem oka zauważył małą dziewczynkę o bladoniebieskich włosach i uszkach.. Sigewinne patrzyła na nich z łzami w oczach, przyciskała do siebie drobne rączki. Machała główką na boki. Wriothesley mówił coś do niej, ale słyszał wszystko, jakby był pod wodą. Głuche dźwięki, które nie miały dla niego sensu. Nie rozumiał, co się wydarzyło.. Wpatrywał się w rozmazaną postać swojego ukochanego. Coś mówił.. Nie rozumiał..
Wriothesley musiał go lekko podnieść z ziemi, gdyż jego obraz zmienił kąt. Nie widział jedynie sufitu. Mógł zauważyć inne elementy sądu.. Jego pole widzenia zostało zasłonięte przed czarny ubiór ramienia. Oko mimowolnie się przymrużyło.. Czyżby przecierał jego oczy? Zauważył drobny błysk na palcu mężczyzny.. łza? W końcu został przyciśnięty do piersi. Nie czuł tego, nie był w stanie powiedzieć, czy odczuwał bijące ciepło.. Jego obraz delikatnie się trząsł.. Wriothesley płakał..? Spojrzał w górę, na twarz jego ukochanego. Po jego policzkach spływały słone, przezroczyste łzy pełne bólu i rozpaczy. Delikatnie lądowały na bladych licach sędziego, który powoli mrużył oczy. Światła stawały się bledsze, coraz mniej wyraźnie, tak samo działo się z postacią mężczyzny, który był obok niego. Neuvillette otworzył usta, ale nie wiedział, co wyszeptał.
Wriothesley próbował umilić jego ostatnie chwile, ale szybko zrozumiał, że to nie miało najmniejszego sensu.. Jego ukochany nie reagował na dotyk, nie czuł.. Ale.. Może wiedział, że tulił go, przyciskał do śmierci, mówił cicho, że go kocha bezgranicznie, że życie bez niego nie będzie takie samo..? Może rozumiał potok łez niekończącego się bólu? Nagle do jego uszu dobiegł cichy, delikatny, łamiący się głos Neuvillette, który szeptał..
- Kocham cię..
Te proste słowa wywołały rozpacz w duszy Wriothesleya, który nie mógł powstrzymać się od nagłych łez, które nabiegały do jego oczu. Co to były za słowa, które nie dały rady dobiec do uszu sędziego? Strażnik jeszcze silniej przytulił Sędziego do siebie.. nie reagował na żadne formy dotyku, dźwięków.. Tak jakby pozostał mu tylko obraz przed oczami, ale.. to również przestało budzić w nim reakcje.. Nie chciał, by do tego doszło, lecz nic nie mógł zrobić.. Mógł tylko trzymać ukochanego w swoich ramionach i tulić go, próbując dać mu ostatnie momenty ciepła, które uciekało z ciała sędziego coraz szybciej.. Zaczął czuć samotność.. Ból.. Cierpienie.. Nie.. Nie chciał dopuścić do jego śmierci.. ale..
- Ja ciebie też kocham.. - Po tych słowach uśmiechnął się ciepło do Neuvillette.
Musiał odpuścić i pozwolić swojemu ukochanemu odejść.. Po raz ostatni przytulił jego lekko ciepłe ciało, pogładził jego delikatnie chłodne policzki, ucałował te blade czoło.. Po raz ostatni uciekło z niego całe szczęście, które dał mu Neuvillette od dnia, kiedy wyznali sobie miłość.. To wszystko było już przeszłością.. Ostatni raz, na pożegnanie, delikatnie pocałował jego chłodne usta.
Po tym przyciskał ciało bez duszy do swojej klatki piersiowej. Dopiero pozwolił sobie na głośny płacz, głośne skomlenie, ogromny potok łez.. Chciał dodać otuchy ukochanemu w ostatnich chwilach życia.. I Dał mu.. żeby nie bał się śmierci.. Ciało Neuvillette szybko stało się zimne w ramionach ukochanego, dzięki któremu nie bał się oddać w ręce śmierci..
Tego dnia niebo zapłakało po raz ostatni.
