Actions

Work Header

Czasem wystarczy obecność

Chapter 20: To, czego nie trzeba mówić

Chapter Text

Tsu'tey został.

Nie ogłosił tego nikomu. Po prostu następnego ranka był obok Jake'a w ogrodach, jakby przerwa w ogóle nie istniała.

Tyle że istniała.

Było to widać w drobnych rzeczach.

W tym, jak Tsu stał odrobinę bliżej niż kiedyś.

W tym, jak jego spojrzenie częściej wracało do Jake'a, jakby
sprawdzał, czy wszystko w porządku.

W tym, że reagował na każdy silniejszy podmuch zapachu tsyìpìk, choć udawał, że nie.

Jake też to czuł.

I ignorował najlepiej, jak potrafił.

— To ma być mieszanka pod tsa'heyli? — zapytał Tsu, kucając obok niego i nabierając garść gleby.

— Za mało włókien.

Jake prychnął.

— Dzień dobry to za mało dramatyczne powitanie?

— Włókna — powtórzył Tsu spokojnie.

Jake westchnął, sięgając po pleciony kosz.

— Widzisz? Już się czegoś nauczyłem. Kiedyś bym się z tobą kłócił.

— Nadal możesz.

— Dziś nie mam siły.

Tsu spojrzał na niego uważniej.

— Trenowałeś rano.

To nie było pytanie.

Jake wzruszył ramionami.

— Muszę utrzymać formę. Zanim wrócę.

Tsu zamarł na ułamek sekundy.

— Kiedy wrócisz — poprawił cicho.
Jake nie podniósł wzroku, ale kącik jego ust drgnął.

— Dokładnie.

Pracowali razem w ciszy przez dłuższą chwilę. Dla postronnych mogli wyglądać jak po prostu dwóch Na'vi zajętych obowiązkiem.
Ale między nimi napięcie było jak napięta cięciwa łuku.

Niewidoczne.

Gotowe.

Jake wyprostował się, przeciągając plecy. Syknął cicho.

Tsu był przy nim od razu.

— Nadal boli?

— Już mniej. Teraz to raczej... ciągnięcie.

Tsu zawahał się sekundę, potem położył dłoń na środku jego pleców, krótko, stanowczo. Ciepło przeniknęło przez skórę, znajome i stabilne.

Jake znieruchomiał.

Zapach tsyìpìk odpowiedział natychmiast, pogłębiając się w powietrzu.

Tsu powoli cofnął rękę.

— Twoje ciało nadal się zmienia — powiedział cicho. — Nie możesz udawać, że tego nie ma.

Jake odwrócił głowę, patrząc na niego spod przymrużonych powiek.

— Nie udaję.

— Więc?

Chwila ciszy.

— Uczę się z tym żyć — odpowiedział w końcu Jake. — Ale to nie znaczy, że przestaję być sobą.

Tsu skinął głową.

— Widzę to.

I to było wszystko.

Żadnych wielkich deklaracji.

Żadnych obietnic.

Tylko zrozumienie, które nie potrzebowało słów.

Po południu usiedli na skraju ogrodów, jedząc w ciszy prosty posiłek. Słońce przeświecało przez liście, rzucając jasne plamy światła na ich ramiona.

— Wiesz — powiedział nagle Jake — że teraz wszyscy myślą, że jesteś tu, żeby mnie pilnować?

— Pilnuję — odparł Tsu spokojnie.
Jake parsknął śmiechem.

— Wiedziałem.

Tsu spojrzał na niego z boku.

— Ale nie dlatego, że jesteś słaby.

Jake uniósł brew.

— A dlaczego?

Tsu milczał chwilę, obserwując ogród.

— Bo jesteś ważny.

Jake nie odpowiedział od razu.
Nie żartował. Nie uciekł od tematu.
Tylko siedział obok niego, ramię prawie dotykające jego ramienia.
I po raz pierwszy od wielu tygodni nie czuł, że musi wszystko dźwigać sam.

Nie dlatego, że ktoś robi to za niego.

Tylko dlatego, że ktoś stoi obok.
A czasem to wystarcza.

Po posiłku nie wrócili od razu do pracy.

Siedzieli dalej na skraju ogrodów, w półcieniu ogromnych liści. W dole płynął wąski strumień, a powietrze było ciężkie od wilgoci i zapachów roślin.

Jake oparł łokcie na kolanach, obracając w palcach pustą misę.
— Jak było? — zapytał w końcu.

Tsu nie musiał pytać, o co chodzi.
— Spokojnie. Za spokojnie. Zwierzęta zmieniają trasy. Jakby coś je płoszyło głębiej w lesie.

Jake zmarszczył lekko brwi.

— Coś dużego?

— Możliwe.

Cisza znów między nimi osiąść jak miękki mech.

— Brakuje ci tego — powiedział nagle Tsu.

Jake spojrzał na niego kątem oka.

— Czego?

— Tropienia czegoś, co może cię zabić.

Jake uśmiechnął się pod nosem.

— Brzmi źle, kiedy mówisz to na głos.

— Ale prawdziwie.

Chwila.

— Tak — przyznał cicho Jake. — Brakuje mi tego.

Nie wstydził się tego. Nie próbował udawać, że praca w ogrodach wypełnia każdą część jego natury.

— Ale nie tęsknię za byciem ślepym na wszystko inne — dodał po chwili.
Tsu przyjął to lekkim skinieniem głowy.

— Widzisz więcej teraz.

— Muszę. Ktoś musi widzieć nie tylko zagrożenie, ale i to, co po nim zostaje.

Ich ramiona w końcu się zetknęły.

Przypadkiem.

Żaden się nie odsunął.

Zapach syel'va znów lekko się nasilił, reagując bardziej na bliskość niż na emocje. Tsu wziął wolniejszy oddech, kontrolowany.

— To wciąż nowe dla mnie — powiedział cicho.

Jake zerknął na niego.

— Dla mnie też.

— Nie chodzi tylko o zapach.

— Wiem.

Chodziło o to, jak ciało Jake'a reagowało szybciej niż myśli. Jak przestrzeń między nimi wydawała się teraz mniejsza, bardziej naładowana.

Ale nie było w tym presji.

Była świadomość.

I wybór, by niczego nie przyspieszać.

W końcu Jake wstał, wyciągając rękę w stronę Tsu.

— Chodź.

Tsu spojrzał na nią, potem na niego.

— Gdzie?

— Pokażę ci, co już umiem. A potem ty pokażesz mi, gdzie zwierzęta zmieniły szlaki.

W oczach Tsu błysnęło coś znajomego. Uznanie.

— Dwie ścieżki jednego dnia — powiedział.

Jake uśmiechnął się lekko.

— Dokładnie.

I ruszyli razem między drzewa.
Nie jak wojownik i ktoś, kto musi go chronić. 

Nie jak Omega i Alfa.

Tylko jak dwaj Na'vi, którzy uczą się iść obok siebie w świecie, który ciągle się zmienia.

Notes:

Mam nadzieję że to lekkie opowiadanie wam się podoba.
Dziękuję za czytanie i komentowanie 💙