Chapter Text
Dzwonki u drzwi zadzwoniły i w progu pojawiła się ciepło uśmiechnięta, pobladła twarz Willa okolona muszelką ciemnych włosów. Gestem zaprosił do środka Lucasa, Dustina i Mike’a i czterech chłopców przyprószonych śniegiem, w zimowych ubraniach, stanęło pośrodku pustej karczmy. Jako jedyny ze swoich przyjaciół Will nie miał na głowie czapki i płatki śniegu opadły koronką na jego brązowe włosy. Mike otrząsał grzywkę ze śniegu, a Dustin stał z tyłu i rozglądał się po mrocznym, ciepłym wnętrzu.
– Wow – odezwał się Lucas, próbując wcisnąć do kieszeni dłonie w grubych, czarnych rękawiczkach, ale jego kieszenie były za małe i ukradkiem poddał się. – Rzeczywiście, tłumów to tu nie ma.
– To dlatego, że przyszliśmy o takiej godzinie – powiedział Mike przekonująco. Miał rzadko spotykaną zdolność emanowania spokojem, zupełnie inaczej, niż Nancy. Ale z oczu ich obydwu wyglądała ta sama niczym nieuzasadniona pewność, czegokolwiek by nie mówili. – Około szesnastej, siedemnastej zapewne prawie wszystkie stoły są zajęte, bo ludzie wtedy kończą pracę.
A może na świecie było wielu spokojnych ludzi, tylko Jonathan na nich nie trafiał. Will zwrócił się do Mike’a z uśmiechem:
– Nie, tu zawsze jest tak pusto. – I złapał wzrok Jonathana, a potem powędrował do pięcioosobowego stolika. – Dlatego właśnie przyszliśmy. No, może kupilibyśmy danie dnia, co, chłopaki?
Mike tupnął dwa razy butami na wycieraczce i natychmiast usiadł obok Willa, spokojny. Lucas dalej stał w miejscu. Dustin znalazł się pod kontuarem i przeczytał:
– Danie dnia: gulasz. Czy to jest dobre? – spojrzał się. Jonathan potrząsnał głową.
– Nie.
– Poproszę jeden. – Will wyjął z kieszeni zmięty banknot, który rano dała mu mama.
– Cztery – poprawił Mike.
– Nie… – Lucas zmarszczył się cały, Mike spojrzał na niego z czymś jakby wyrzutem, a potem z powrotem na Jonathana, niewzruszenie, i poprawił znowu:
– Trzy.
Dustin przebrał nogami.
– A może zaproponuję wam coś, co da się przełknąć? – zapytał Jonathan, wynurzając się zza lady.
– To jest tu coś takiego? – zdziwił się Will.
– Wszystko da się zjeść. – Lucas skrzyżował ręce na piersi, biodrem opierając się o stół najbliżej wyjścia. – Pytanie, czy się chce za to płacić… – Zmrużył oczy i spojrzał na ofertę wywieszoną nad ladą, w cieniu sufitu. – …Czterdzieści dolarów.
– Dziesięć – poprawili go Jonathan z Willem. Lucas miał popsuty wzrok przynajmniej od pół roku – o tym Jonathan mógł osobiście poświadczyć – a według Willa: odkąd się poznali w pierwszej klasie podstawówki. Z tym, że był mądry i przez kilka lat nie potrzebował wcale widzieć, co nauczyciel pisze na tablicy (słowa Willa), tym bardziej, że zawsze mógł drogą brutalnej przemocy, a niekiedy i chytrego podstępu, przywłaszczyć sobie zeszyt siedzącego z nim w ławce Dustina (słowa Dustina), innymi słowy, pożyczyć zeszyt Dustina na dziesięć sekund (doprecyzowanie Mike’a). Wydawało się, że Lucas nie chce nosić okularów, bo boi się, że będzie wyglądać w nich głupio (wyjaśnienie Mike’a) i straci wszystkie szanse u dziewczyn (Dustin). Spieprzajcie (Lucas). Po czym ze zbiorowym smutnym westchnięciem wszyscy czterej zgodzili się co do tego, że ich szanse u dziewczyn są i tak niewielkie; podczas wzdychania Will wyglądał najsmutniej ze wszystkich, chociaż Jonathan wiedział, że jego akurat ten problem nie dotyczył, bo co jakiś czas koleżanki ze szkoły interesowały się nim, o czym opowiadał Jonathanowi beznamiętnie.
– To może zjedlibyście pierogi? – zaproponował Jonathan, podczas gdy oni zaczęli rozkładać się z rzeczami na stole. Dustin wyjął paczkę chipsów, a Lucas Colę i strzałę do łuku, Mike kilka zeszytów, a Will blok rysunkowy.
– A jakie są?
– No… Ruskie…
Wcisnął ręce do kieszeni. Pracował tu pół roku, ale wciąż nie czuł się dobrze, obsługując klientów, nawet jeśli to byli tylko Will i jego przyjaciele. Chociaż musiał przyznać, że z nimi było prościej. Szczególnie ich wizyty w lecie pomogły mu oswoić się z odpowiadaniem na milion pytań o jedzenie, którego nawet nie jadł. Dustin zapisał mu nawet na serwetce ocenę wszystkich pięciu (obecnie dwóch) ciast z oferty od jednej do pięciu gwiazdek. Lucas werbalizował swoje oceny, mówiąc, czy nakarmiłby „tym” swojego psa. Will z początku starał się utrzymywać, że wszystko jest bardzo smaczne, chociaż jedyny z całej czwórki ledwo co ruszał jedzenie na swoim talerzu, a Mike wstawiał się za nim, dodając tylko, że „trochę, to znaczy o kilkanaście ziarenek, za dużo soli”. Jednak najcenniejszym, co wnieśli, było to, że odwracali uwagę od błędów Jonathana. Nie miało to aż tak wielkiego znaczenia, że zbił jedną szklankę, jeżeli Dustin zbił trzy, ani że wylał na podłogę lemoniadę, jeśli Mike wylał Lucasowi na głowę całą szklankę koktajlu w trakcie jednego ze swoich „epizodów”, jak to mówiła Karen Wheeler, a przytoczyła Jonathanowi Nancy.
– Ruskie ze skwarkami…
– Kwarkami?! – ucieszył się Dustin.
– Tak, może jeszcze z leptonami – parsknął Mike.
Zaczęli się przerzucać pojęciami z fizyki, o których na pewno nikt nie uczy dwunastolatków w
podstawówce. Jonathan poszedł do kuchni, a gdy wrócił z podgrzanymi pierogami, chłopcy siedzieli ciszej, odświętniej – czasami im się to zdarzało. Wpatrywali się wszyscy w otworzony na stole blok techniczny z rysunkami Willa. Jonathan pochylił się ciekawie, ale mróz ściął mu na chwilę krew w żyłach, gdy zobaczył i rozpoznał na kartkach ciemną postać, która pojawiła się na obrazkach Willa tamtej wiosny, niedługo przed tym, jak… Wyprostował się z powrotem, starając się nie patrzeć na Willa, chociaż kątem jednego oka widział, że Will spojrzał na niego, naraz przepraszająco i z jakąś usilną intencją, można by niemal powiedzieć, gdyby się go nie znało, że z prowokacją. Mike natomiast – co Jonathan zarejestrował kątem drugiego oka – chciał z Jonathanem wymienić porozumiewawcze spojrzenie, a jako że Jonathan nie chciał się z nim ani z nikim w tej sprawie porozumiewać, przeniósł wzrok na Lucasa, który był, jak zawsze, normalny, trochę nawet znudzony.
– Nie za mały jest w ramionach? – Wcisnął wyprostowany palec w punkt na kartce. – Skoro to ma być final boss, to mógłby wyglądać, no nie wiem, trochę groźniej.
Will zamrugał. Spuścił wzrok na kartkę.
– Albo mieć lepszą zbroję – podsunął Dustin.
– No nie chciałem o tym wspominać, ale rzeczywiście wygląda trochę, jakby był goły. – Lucas uniósł kącik ust w górę.
– Co wy gadacie? – Mike odezwał się o dwa tony wyżej niż inni. – Przecież… – Spojrzał na Willa, który patrzył na kartkę, i odetchnął krótko. – Moim zdaniem projekt jest w porządku.
– No jest w porządku, ale Will nas zapytał, co byśmy ewentualnie dodali, no to chyba mówię.
Mike wyraźnie chciał coś na to odpowiedzieć, ale tylko nadął policzki. Will wpatrywał się w swój obrazek już niebezpiecznie długo. Ciemna postać rzeczywiście nie była zbyt postawna, miała mackowate i obślizgłe ramiona, pewnie nie jak wrogowie z gier, w które Lucas grał, ani nie jak jego wyobrażenie niebezpieczeństwa, ale niektórych niebezpieczeństw nie dało się sobie wyobrazić.
Jonathan wyciągnął rękę i chciał potarmosić włosy Willa, ale zamiast tego zastygł, bo zgięta w dół szyja Willa wydawała się bezwładna, ciągnięta ku stołowi przez ciemną głowę pochyloną nad stołem. Głowa Willa rzucała cień na rysunek, a rysunek rzucał cień na dzisiejszy i tak już zmierzchający dzień, od okien wiał chłód, żaden z chłopców się nie odzywał.
– Ej, dobra, sorry, jeśli jestem mega głupi, ale mnie zastanawia, czemu ten gościu ma trzy stopy – powiedział nagle Dustin i trzy pary oczu zwróciły się ku niemu, skonfundowane.
– To jest OGON! – zawołali naraz Mike z Lucasem, tym samym oburzonym tonem, z tą samą miną, Will włączył się na „…ogon”, ale jego głos brzmiał głębiej, niż dwa pozostałe; Will wyglądał z powrotem jak autor obrazka, który narysował to, co chciał; nie to, co chciało zostać narysowane.
– Rzeczywiście wygląda trochę jak stopa – dorzucił swoje Jonathan, a jego ręka już spokojnie powędrowała do głowy Willa, ale zamiast potarmosić włosy brata, pogłaskał je tak, jak robiła to mama – mocnym ruchem, jakby chciała sprawdzić, czy Will pod włosami ma skórę, a pod skórą czaszkę. Will na chwilę zadarł głowę, ale nie miał czasu się denerwować, bo zaczęli z chłopakami żywo dyskutować.
Planowali kampanię jeszcze przez ponad cztery godziny, po czym Lucas i Dustin wrócili na rowerach do domów, a Will i Mike zostali jeszcze i o czymś do siebie szeptali przy stole, rysując coś razem w bloku, Will lewą ręką zapełniał swoją kartkę w czasie, w którym Mike prawą ręką zdążył wydłubać coś drobnego, monochromatycznego w rogu swojej kartki. Jonathan zerkał na nich co jakiś czas zza lady, przeglądając zdjęcia, i zastanawiał się, jak to jest być tylko połową samego siebie, a swoją drugą połowę mieć w kimś, na zewnątrz siebie, i nie mieć jej bez tego kogoś. Jak to jest, gdy ta część ciebie, którą ktoś inny w sobie nosi, znika. Jak się czuje taki brak. On sam też odczuwał brak; ale przez cały czas był całością, miał obydwie ręce, obydwoje oczu, nie rozpadał się na kawałki. Nikt, kogo znał, nawet jeśli bardzo tę osobę lubił, nie nosił w sobie ani cząsteczki jego. Mógł je zobaczyć tylko na swoich zdjęciach – tych, które on robił, absolutnie nie na tych, na których był, bo takie nie istniały, a nawet jeśli zaistniały, to jego twarz, bezbarwna niczego na nich nie wyrażała; poza tym mieli z Willem takie same nosy i miał usta takie same, jak mama, więc, no, czasem mógł zobaczyć swój nos albo swoje usta. To tyle.
Zrobiło się późno, ciemno, a śnieg nie przestawał padać, więc zapakowali dwa małe, chociaż większe niż kiedyś rowery do bagażnika i zawieźli Mike’a do domu, na drugą stronę Hawkins. Mike się przed tym z uprzejmości wzbraniał, nie za długo, bo nie przeszkadzała mu wizja dodatkowych piętnastu minut rozmowy z Willem, ale za to intensywnie.
– Dosyć, Mike, nie będziesz sam wracał o tej porze – uciął Jonathan. Nie cierpiał myśleć o tym w ten sposób, a jednak miał poczucie, że jest coś winien Mike’owi, który przez ostatnie miesiące tyle razy odprowadzał Willa pod sam dom. Mike patrzył się na niego jeszcze chwilę bez słowa, zanim ustąpił.
Gdy zatrzymali się na podjeździe Wheelerów i Jonathan oparł skamieniałą – z zimna czy ze zmęczenia – dłoń na kierownicy, a na sekundę na tej dłoni i skamieniałe czoło, pochwycił w lusterku poważne oczy Mike’a.
– Dziękuję. – powiedział Mike. Dało się w tym usłyszeć wielką literę i kropkę. Mike wyciągnął długą rękę przez całe auto i Jonathan skręcił tułów, żeby ją uścisnąć. Uścisk był za poważny i koleżeński, tak inny od muśnięcia w ramię i żółwika luźno zamkniętych dłoni, którymi Mike pożegnał się z jego bratem. Jonathan po raz kolejny tego dnia zauważył na białej, delikatnej twarzy Mike’a Nancy, ale nie tę samą, co wcześniej.
