Chapter Text
Nazywał się Geralt z Rivii i był baristą, parzył kawy. Właściwie nie wiadomo, skąd się wziął ten przydomek "z Rivii". Wielu uważało, że "Rivia" to nazwa domu dziecka, w którym wychował się Geralt. Inni z kolei mówili, że Rivia wzięło się od przekręconego "rwał dziewczyny jak popadło, byle miały proste nogi i wszystkie zęby". Nigdy nie doszukasz się prawdy.
W każdym bądź razie, Geralt był baristą i parzył kawy w kawiarni o wdzięcznej nazwie Niespodzianka. Kawiarenka ta była naprawdę malutka – mieściła może z parę stolików, do tego jakieś krzesła, trzy nieduże kanapy. Wnętrze było jasne dzięki kremowym ścianom i wielkiemu oknu wychodzącym na zachód. Sąsiedztwo Niespodzianki było całkiem zacne – niedaleko znajdowała się biblioteka, wegańska restauracja, szpital, zakład pogrzebowy, Kefirek oraz Flisak; nieco dalej od głównej ulicy, nie tak daleko od rynku, była idealnym miejscem spotkań młodych ludzi. Przychodzili po kawę przechodząc nieopodal, czasem zatrzymywali się na nieco dłużej, skuszeni kodem do darmowego Wi–Fi, który mogli odebrać przy zamówieniu napoju.
Niespodzianka miała całkiem dobre przychody i właściciel oraz bariści nie narzekali. Narzekali za to klienci. Na wszystko. Bo gdyby nie narzekali, to byłoby zbyt piękne. I nudne. Oczywiście nie marudzili na kawę – to byłby dopiero wstyd! Tak więc, w porządku, marudzili na wszystko, ale nie na kawę.
Powiernikami tych narzekań byli Geralt, Lambert lub obaj – wszystko zależało od tego, komu trafiła się jaka zmiana. I nie mogli od tego uciec, wszak musieli utrzymywać kontakt z klientelą. Z początku Geralt czy Lambert denerwowali się niesamowicie, potem zaczęli się powoli przyzwyczajać, żeby w końcu nabyć umiejętność wyłączenia się całkowitego, gdy tylko ktoś zaczął gadać od rzeczy.
Klientela przychodziła różna. Od licealistów, po kobiety biznesu, czasem przychodziły nawet przedszkolaki. W kawiarni obowiązywał zakaz palenia, muzykę wybierał właściciel, a toaleta była ciemna i ciasna.
Toaleta wymaga osobnego akapitu. Droga do niej była prosta, chociaż nigdy byś nie zgadł i zawsze byś musiał pytać baristów, gdzie powinieneś się udać. Tak więc na wprost drzwi wejściowych, krótkim przedpokojem, minąć należało po lewej drzwi na zaplecze – chyba na zaplecze – i przy końcu skręcić w lewo. Tutaj były kolejne drzwi. Białe, eleganckie, z zepsutą klamką. Za nimi był tron. Czysty, porcelitowy tron. Na półeczce stała zapalona świeczka zapachowa, przy suficie dyndała żarówka, która ledwo co oświetlała. Pomieszczenie to było klaustrofobiczne i chyba na tym zależało projektantowi i jego pracodawcom – aby klienci nie przychodzili do Niespodzianki korzystać z toalety, a żeby napić się kawy. No oczywiście jeśli chcieli, mogli pić kawę w toalecie, ale to by było trochę niehigieniczne.
Wartym wspomnienia był mały zlew, który znajdował się tuż przed białymi drzwiami porcelitowego tronu. Zlew o tyle malutki, że mycie rąk owocowało zalaniem połowy podłogi w korytarzu. Nad zlewem wisiało pęknięte lustro, na ziemi zaś stał śmietniczek na zużyte ręczniki. Ze śmietniczka zawsze się wysypywało i nikt nigdy nie miał czasu tego posprzątać. Tak oto toaleta była idealnym zaprzeczeniem głównej części kawiarni.
Geralt z Rivii był baristą i parzył niesłychanie dobre kawy. Był w tym fachu chyba najlepszy. Wiedział ile kawy – co do ziarnka! – wsypać, ile mleka – co do kropli! – wlać. Potrafił robić finezyjne wzory na piance, których nie skrytykowałby zwycięzca Mistrzostw Świata Baristów.
Lambert piekł ciasta. I czasem muffinki. W sumie nie było tutaj co tłumaczyć. Co prawda też był dobry w swojej robocie, jednak chyba nie na tyle, aby wspomnieć o tym jeszcze dwa razy, jak w przypadku Geralta.
Niespodzianka była otwarta od poniedziałku do soboty, w godzinach od ósmej rano do godziny dwudziestej pierwszej i w sumie żaden z klientów nie zastanawiał się nigdy, skąd wzięła się nazwa tej uroczej kawiarenki. Albo nikt nie miał odwagi zapytać. Jeszcze.
Największy tłok był w weekendy w godzinach popołudniowych. Czasem zdarzały się chwile, gdy masa ludzi pojawiała się nagle i zupełnie niespodziewanie – jak na przykład w środę o godzinie siedemnastej czy w poniedziałek o godzinie dwunastej. Ani Geralt, ani Lambert nie rozpracowali nigdy grafików swoich klientów i już dawno przestali próbować rozplanować sobie jakieś dłuższe przerwy – zawsze ich plany rujnowały jednostki spragnione kawy czy ciasta, niech ich wszystkich szlag! Oczywiście bariści nigdy głośno nie narzekali na swoich klientów. Ale wiadomo, że chętniej siedzieli by na stołku i patrzyli w ścianę, niż robili w pośpiechu kawę latte z syropem orzechowym i dodatkami wszelakiego rodzaju.
– Kurrrwa, Coffe Heaven jest niedaleko, tam takie bajery – mruczał pod nosem Geralt. – A może jeszcze miód do tego? No i oczywiście, napiwku nie dadzą.
Wypłata była skromna – najniższa średniej krajowej. Ale przynajmniej nie na ćwierć czy półetatu. Cały etat, dziękuję bardzo.
Brzdęk!
Geralt zdziwiony spojrzał przez ramię na klienta.
Brzdęk! Brzdęk!
Pierwszy raz od dwóch tygodni ktoś wrzucił cokolwiek do puszeczki z ręcznie napisanym "NAPIWKI :)". Cud. Niesamowite!
– Dziękuję – burknął barista i wrócił do pienienia mleka.
Tak, powoli kojarzył klienta. Często przychodził do Niespodzianki i gadał jakieś głupoty o równouprawnieniu i niesprawiedliwości społecznej. Chłopczyk wyglądał na jakieś osiemnaście lat, a więc był młody i miał całe życie przed sobą, wszystkiego jeszcze musiał się nauczyć. Czasem przynosił również ulotki i pytał czy może zostawić, aby zainteresowani ludzie brali i czytali. Dzięki Melitele, ulotki nie dotyczyły równości i nierówności, a reklamowały jakiś zespół. Geralt w sumie nigdy ich nie przeglądał i chował je pod ladę, gdy tylko wspomniany klient wyszedł.
– Kawa latte z syropem orzechowym, kardamonem oraz cynamonem – mruknął Geralt stawiając szklankę na podstawce. – Rogal za chwilę się podgrzeje, musi pan poczekać.
– Nie śpieszy mi się – odparł chłopak uśmiechając się nieśmiało. Sięgnął po słoiczek z cukrem trzcinowym i posłodził kawę trzema łyżeczkami. Geralt nie skomentował. Nie chciał. Nie potrafił. Nie znał słów, aby wyrazić swoje zdziwienie, oburzenie oraz obrzydzenie taką mieszanką.
– Macie jeszcze te ulotki, co wam ostatnio dałem? – spytał klient cicho. Spojrzał na Geralta swoimi wielkimi, sarnimi oczami i zatrzepotał nieprzyzwoicie długimi i gęstymi rzęsami. – Bo w razie czego mam przy sobie zapas, wy tak chętnie je rozdajecie, najlepiej u was schodzą. Może... może wreszcie ktoś jeszcze przyjdzie na koncert.
Geraltowi chyba przez moment zrobiło się głupio. Chyba.
– Właściwie – zaczął. – Jeszcze mamy parę. Może następnym razem.
– Jutro grają! – rozentuzjazmował się chłopak. – Dam panu, może uda się jeszcze kogoś zachęcić! – Rzucił torbę na ladę i zaczął w niej pospiesznie szperać. Niemal rozlał swoją kawę.
– Jutro mamy zamknięte – odetchnął z ulgą Geralt. – Dawać nam teraz ulotki to by była strata papieru. Już lepiej rozdać na ulicy, nie sądzisz...?
Klient spojrzał znów na baristę i poprawił okulary – te typu zerówki i w grubych, modnych oprawkach.
– Jutro przecież piątek – powiedział chłopak. – Coś się stało? Czemu zamykacie?
– Inwentaryzacja – odrzekł bez zawahania Geralt. – Cały dzień i całą noc, a potem jeszcze pół dnia i znów noc.
– Ach... aha. – Młody wziął do ręki kawę i nabrał na łyżkę piankę. Najwidoczniej stracił humor na cokolwiek. Nawet na swój cholernie słodki napój.
– Ale nie martw się – rzucił barista wyciągając z opiekacza rogala i pakując go do papierowej torebki. – Jeśli dzisiaj ktoś przyjdzie to na pewno mu powiem o koncercie. Masz moje słowo.
– Dzisiaj – mruknął klient zerkając na zegarek przy drzwiach. Było za pięć do dwudziestej pierwszej. Nic na to nie powiedział. Westchnął smutno i odgarnął grzywkę z przykrej blizny na prawym oku.
– Oni naprawdę dobrze grają – szepnął. – Dlaczego ludzie nie przychodzą?
Poważnie? pomyślał Geralt. Zebrał parę papierowych ręczników, spryskał ladę i zaczął ją wycierać. Chłopak mógłby już sobie iść, do cholery. Nie było mowy, żeby robić dzisiaj nadgodziny, nawet jeśli ten chłopaczek wyjątkowo rzucił parę groszy jako napiwek.
Barista rzucił okiem na słoiczek. Dwa złote? Serio? Dobrze, nie będzie narzekać. Ale zapamięta te dwa złote, zapamięta.
– Może to te ulotki – mruknął Geralt wyrzucając ręczniczki. – Czcionka jest trochę nieczytelna przez ten kolor. No i można by było zmienić krój. Times New Roman się trochę przejadł i nie przyciąga oka, rozumie pan.
– Tak pan myśli? – spytał chłopak nieco żywiej. – Ojej, skoro tak... To–to następnym razem użyjemy innej! Dzięki za podpowiedź!
A teraz spadaj.
– Och, a co pan sądzi o tym? – Klient znów rzucił torbę na ladę i wyciągnął z niej stosik ulotek. Wskazał Geraltowi na mapkę na dole kartki. – Daliśmy to, żeby ludzie wiedzieli gdzie trafić. Myślisz, że to dobry chwyt? W końcu nie każdy wie gdzie jest Koło, prawda?
Koło było klubem, w którym najczęściej odbywały się koncerty. KAŻDY wiedział, gdzie było Koło.
– Mhhh – odparł Geralt, co w sumie nie było ani "tak", ani "nie". Rzucił okiem na górę ulotki. Wielki napis "Attack of Dragon" wydawał się być nazwą zespołu. O matko.
– Jest chyba wszystko co powinno być. Data, godzina, miejsce, mapka, nawet adres strony gdzie można posłuchać paru kawałków. Hej, słuchał pan może? Tak? I co pan sądzi?
– Nie słuchałem. Nie miałem czasu.
– O–o, to ja wiem, to ja mam pomysł!
Barista przyglądał się, jak klient wyciągnął z kieszeni iPoda i zdjął z szyi słuchawki, żeby podać je Geraltowi.
– Mam ich kilka utworów – powiedział chłopak. – Proszę posłuchać, może się nawet spodoba!
Założył bariście słuchawki na głowę – musiał niemal wejść na ladę, żeby dosięgnąć mężczyznę – i włączył odtwarzacz. Albo spróbował go włączyć. Wyświetlacz nie zaświecił, żadna muzyczka nie zagrała. W kawiarni słychać było jedynie hałasy z ulicy.
– Bateria mi padła, cholera! – niemal zapłakał klient zabierając od Geralta swój sprzęt. – Ale proszę wejść na stronę z tej ulotki, stamtąd można ściągnąć. O, a jak się panu spodoba – Znów zaczął szperać w swojej torbie. Wyciągnął kawałek kartki i zaczął na niej coś zapisywać. – To jeszcze polecam Aen Seidhe. Trochę trudno ich dostać, ale może je pan ściągnąć z mojego chomika. O, tu jest adres. – I wcisnął bariście zapisaną kartkę.
Geralt przyjrzał się jej nic nie mówiąc, w duchu ciesząc się, że klient zaczął dopijać swoją kawę. Chomik chłopaka nazywał się "Iorweth".
– Iorweth – powtórzył barista. Spojrzał na młodego, który przypatrywał mu się zdziwiony. Chłopaczek wyglądał śmiesznie, z mlekiem przy górnej wardze. Jak dzieciak. – Iorweth – powiedział znowu.
– Iorweth – przytaknął chłopak. – Może mi pan tak mówić.
– Geralt – odparł Geralt machinalnie. Chociaż nie był pewien, czy powinien zdradzać klientowi swoje imię tak bezpośrednio.
– Gwynbleidd – szepnął Iorweth.
– Co?
– Gwynbleidd. To znaczy biały wilk! Aen Seidhe wiele razy o tym śpiewali. Teraz tak na ciebie... Możemy przejść na ty?
– Chyba – mruknął barista.
– Teraz tak na ciebie spojrzałem i mi się skojarzyłeś z białym wilkiem.
– Ja rozumiem, że się od wtorku nie goliłem, ale to chyba lekka przesada, nie sądzisz?
– Nie, nie! – spłoszył się Iorweth. – Chodzi o te białe włosy! Chyba... I–i te żółte ślepia i pociągła twarz. No dobra, może ten lekki zarost też. Ale głównie włosy i oczy, tak.
– Hmm... Dziękuję? – odparł niepewnie barista zabierając z lady pustą szklankę. Podszedł z nią do zlewu. Iorweth ruszył z miejsca i przystanął parę kroków za Geraltem.
– Przyjdziesz na kon...?
– Nie – wtrącił. – Ale zapraszam w sobotę na kawę. Nie zapomnij rogala. Pewnie już wystygł.
W wolnym tłumaczeniu znaczyło to "idź sobie, i tak zabrałeś mi dostatecznie wiele czasu". Geralt komunikował się z klientami używając rogali jako eufemizmów.
– Wpadniemy całym zespołem! – rozradował się Iorweth. – Poznasz wszystkich członków! Saskia jest niesamowita.
Barista spojrzał przez ramię na chłopaka.
– Saskia? – spytał.
– Saskia. Wokalistka.
Geralt uśmiechnął się krzywo.
– Zatem chętnie poznam – mruknął. – Ale to w sobotę. Zapraszam.
– To–to ja idę! Do zobaczenia w sobotę!
Padła jakaś mrukliwa odpowiedź i Geralt niemal rzucił się do drzwi, gdy usłyszał dźwięk dzwonka zawieszonego przy suficie. Barista przekręcił zamek, opuścił żaluzje i spojrzał na małą salkę. Podłogi do umycia, ciasta i kawy do schowania, ekspres do przeczyszczenia, no i są jeszcze przecież naczynia w zlewie. Było paręnaście minut po dwudziestej pierwszej i Geralt nienawidził zamykać kawiarni po godzinach. No to wróci do domu później niż zwykle.
W sumie nic nowego.
