Actions

Work Header

goodbye; yoongi

Summary:

Nigdy nie wiesz, gdzie leży granica ludzkiej wytrzymałości.
Nigdy nie wiesz, która rozmowa okaże się być ostatnią.

Yoongi marzy o tym, by nareszcie odpocząć i nikt już nie może odwieść go od podjętej decyzji. Ostatni tydzień swojego życia chce spędzić na pięknie małych chwil, by należycie się pożegnać i niczego już nie żałować.

 

© mevvik; 2018
one- shot znajduje się również na wattpadzie

Work Text:

 

 

poniedziałek

 

      Gwiazdy świeciły nad głowami dwójki chłopców, którzy zdecydowali się pić alkohol w ciepłą, czerwcową noc. Obaj byli niepełnoletni, więc gdyby tylko ktoś ich na tym przyłapał, ponieśliby poważne konsekwencje, ale żaden z nich tego się nie bał. W końcu kto mógłby ich znaleźć, gdy leżeli na zbiorniku wodnym ze wzrokiem utkwionym w obezwładniającą wielkość wszechświata? Byli zbyt daleko od wścibskich spojrzeń, a w towarzystwie świecących punkcików na niebie czuli się bezpiecznie. Cały świat zdawał się bowiem kurczyć tylko do nich i tego, co mieli przed sobą. Nic innego dla nich nie istniało.

        Gdy byli mali wierzyli, że każda gwiazda była duszą zmarłej osoby, a Min Yoongi — choć już dobrze wiedział, że to wielka bujda — wciąż pragnął w to wierzyć. Chciał bowiem stać się jedną z nich, by ludzie mogli rozkoszować się jego pięknem i by mogli odnaleźć w nim spokój. W jego ciele utknęła bowiem zbyt roztrzaskana dusza, która pragnęła wolności. Wolności, którą Min Yoongi zamierzał jej dać.

        — Nienawidzę piwa — postanowił wyznać, uznając, że to ostatnia okazja do uwolnienia niewypowiedzianych słów. Nawet tych z pozoru błahych, które w rzeczywistości pod sobą skrywały dużo więcej.

        — Więc dlaczego je ze mną ciągle pijesz?

        — Bo lubię pić piwo w twoim towarzystwie. Wtedy smakuje odrobinę lepiej. — Słów, które bał się wcześniej powiedzieć głośno.

        Hoseok kompletnie nie spodziewał się po Yoongim takiego wyznania. Po każdym — nawet kasjerce w osiedlowym sklepie, która nie pałała do niego sympatią od momentu, gdy próbował ukraść lizaka — ale nie po tym zamkniętym w sobie osobniku. Jeszcze bowiem nie słyszał nigdy z jego ust nic na temat uczuć, które targały jego sercem czy tego, ile tak właściwie znaczą dla niego poszczególni ludzie. Teraz natomiast usłyszał w tych prostych zdaniach to wszystko, co wcześniej było głęboko w nim skryte. Chłopak wiedział, że to dziwne i wręcz niepokojące, ale zupełnie zignorował głosik w jego głowie, który cicho mu to szeptał. W końcu co złego mogło się wydarzyć?

        — Gdy siedzimy razem i patrzymy na te cholerne gwiazdy, świat wydaje się być odrobinę bezpieczniejszym miejscem. Kurczy się do naszej dwójki i jest zwyczajnie dobrze.

        Słowa te w uszach Hoseoka brzmiały pięknie i ogrzewały jego serce, co skutecznie tłumiło niepokój, który w nim zakiełkował. Dlaczego jego hyung mówił mu takie wyznania? Czemu akurat dzisiaj? Ale pytania te pojawiały się w jego głowie i niemalże od razu znikały. Bał się odpowiedzi, jakby przeczuwając co miało nadejść.

        — Bro, no homo — zażartował więc, wierząc, że to najlepsze wyjście z sytuacji. Ucięcie tematu dowcipem. Ucieczka.

        — Jesteś śliczny — Yoongi próbował mówić głosem zachwyconej idolem nastolatki, zaraz jednak wracając do swojego — ale nie na tyle, by poruszyć moje serce. No homo, bro.

        — Ej! A co niby jest ze mną nie tak?!

        Obaj chłopcy uciekli do świata żartów, udając, że nic dziwnego nie miało chwilę temu miejsca. A raczej Hoseok udawał, a Yoongi mu na to pozwalał. W końcu było mu to nawet na rękę — uniknął dzięki temu niewygodnych pytań, na które nie miał ochoty odpowiadać. Mógł za to po prostu cieszyć się obecnością przyjaciela i napawać się bezpieczeństwem, które ten mu dawał. Ten ostatni raz chciał napełnić swoje serce jego ciepłem, choć ciepło to i tak nie mogło już go uratować. Było na to zwyczajnie za późno.

        A gdy się rozstawali Hobi nawet nie zwrócił uwagi na to, że jego hyung zamiast "do następnego" użył słowa "żegnaj".

        — Żegnaj — powiedział, a w myślach dodał: — Dziękuję za każdą wspólną chwilę. Bądź szczęśliwy, to jedyne o co cię proszę.

        Po tym każdy z nich poszedł w swoją stronę, w głowie mając zupełnie inne myśli.

 

 

wtorek

 

      Kim Taehyung słodko spał, gdy Min Yoongi wprosił się do jego sypialni, by bez żadnego ostrzeżenia zrzucić go wraz z kołdrą z łóżka. Powietrze momentalnie wypełniły głośne jęki początkowo wyrażające ból, a następnie protest, gdy tym pierwszym nie udało się powstrzymać intruza przed rozsunięciem grubych zasłon i wpuszczeniem oślepiającej lawiny światła do małego pokoju na poddaszu. Wcześniej pomieszczenie to służyło jedynie za składzik, ale gdy piątka dzieci państwa Kim zaczęła dorastać i każdy zażyczył sobie własnych czterech ścian — musieli sobie jakoś poradzić. A wyszło im to dobrze, nawet bardzo dobrze, bo mała przestrzeń z niebieskimi ścianami prezentowała się — przynajmniej zdaniem Yoongiego i właściciela tego małego królestwa — bardzo przytulnie. Było to jedno z tych miejsc, w których człowiek czuł się na swoim miejscu.

        Yoongi nawet nie potrafił zliczyć ile spędził tu godzin, grając w głupie planszówki z młodszym bratem swojego przyjaciela. Każde jednak z tych posiedzeń zostawiły odrobinę ciepła w jego — i tak zbyt zmarzniętym — sercu. Zwłaszcza te, gdy zostawał z młodszym na noc, udając, że nie do końca jest to to, na co miał w tamtym momencie ochotę. Zdawało się wtedy to być dla niego ogromnym poświęceniem w imię przyjaźni, ale on po prostu wolał umierać z gorąca, przez przyciskające się do niego ciało niż umierać ze strachu, przez dźwięki kolejnej potwornej awantury, która miała miejsce w jego domu. Choć wcale tamtego miejsca domem nie powinien nazywać.

        — Ubieraj się — rozkazał starszy, patrząc z politowaniem na próby Tae schowania się pod kołdrą, by ocalić oczy od światła dnia. — Za pół godziny musimy być u fryzjera.

        Słowa te jednak sprawiły, że zaprzestał swoich działań.

        — Fryzjera? — zapytał niewyraźnie, a po krótkiej chwili jego jasna czupryna odważyła się wychylić spod miękkiego materiału. Ciemne oczy natychmiast odnalazły sylwetkę starszego, która była dla niego jedynie ciemnym konturem na tle jasnego nieba za oknem. Mimo tego przyglądał się jej uważnie, jakby miał przed sobą zupełnie nowy gatunek ptaka — a trzeba tutaj wspomnieć, że zwierzętom tym nie ufał za grosz po  i n c y d e n c i e  nad morzem, gdy mewa chciała go zjeść, tylko dlatego że nie chciał podzielić się kanapką, a następnego dnia inna postanowiła zabrudzić jego ubranie w niezbyt przyjemny sposób.

        — Czas zmienić kolor moich włosów.

        I to wystarczyło, by Taehyung zrzucił z siebie okrycie i natychmiast usiadł, a jego twarz wyrażała stanowczo zbyt wiele uczuć — od szoku po szczęście — by dało się jednoznacznie określić, co dokładnie działo się w jego głowie. Mieszanka ta malowała się w oczach Yoongiego co najmniej dziwacznie, ale przez te lata zdążył już się do tego widoku przyzwyczaić.

        — Naprawdę? — zapytał, a po jego tonie starszy poznał, że Kim jeszcze nie zdecydował, czy aby na pewno powinien mu wierzyć.

        — Czy myślisz, że jestem kimś, kto żartuje z czegoś takiego? — W jego głosie zabrzmiało coś na kształt kpiny, ale było to zbyt częste u niego zjawisko, by ktokolwiek jeszcze się tym przejmował. A już na pewno nie najmłodsze z dzieci państwa Kim.

        — Ale przecież mówiłeś, że dopiero po twoim trupie rozważysz farbowanie!

        — Zmieniłem zdanie. Jednak przed moim trupem.

        A w słowach tych zabrzmiało coś złowróżebnego — może było to winą tego, że w głowie Yoongi widział swoje nowe, czerwone włosy na tle białego wnętrza czarnej trumny — ale nie w uszach młodszego. Nie zamierzał on o nic dopytywać. Ba, on nie zamierzał nawet nic na ten temat myśleć, bo był w tym momencie zbyt szczęśliwy, a uczucie to zawładnęło całym jego umysłem, sprawiając, że chłopiec na wszystko inne stał się ślepy. Nawet na pustkę w oczach przyjaciela, która nie znikała, nawet gdy ten się śmiał. A robił to dużo częściej niż kiedykolwiek, choć tego Tae również nie zauważył. Yoongi natomiast nie miał mu tego za złe. Wręcz przeciwnie — cieszył się, że ostatni raz może widzieć jego uśmiech i ostatni raz może być jego powodem. Poranione serce nawet delikatnie zabolało go na tę myśl, ale podjął już decyzję i nikt nie mógł go od tego odwieść.

        A gdy włosy Yoongiego świeciły już po oczach wściekłą czerwienią, Tae powiedział:

        — Wyglądasz oszałamiająco, hyung. O-sza-ła-mia-ją-co!

        Ale starszy postanowił milczeć. Uśmiechał się tylko delikatnie z pustym wzrokiem utkwionym w nieokreślonym punkcie przed sobą. Wzrokiem człowieka, który był cholernie zmęczony, ale wkrótce czekał go upragniony odpoczynek, który jako jedyny jeszcze — na ironię — podtrzymywał go przy życiu.

        — Dziękuję Tae Tae — odezwał się dopiero po dłuższej chwili, gdy młodszy zupełnie już zapomniał, co mówił jakieś tysiąc słów temu. Zresztą... Przecież nie dziękował mu tylko za komplement.

        — Za co?

        — Za twój uśmiech, twoje żarty, twoje upierdliwe, choć odrobinę miłe, narzucanie się i wiele więcej. Jesteś dobrym dzieciakiem.

        Każdy powinien zobaczyć w tych słowach coś niepokojącego. W końcu wielu mogło je wypowiedzieć, ale nie Min Yoongi. On nie był na tyle sentymentalny. . A jednak słowa te padły właśnie z jego ust. Zrobił to. Zrobił to, bo chciał choć raz w życiu być szczery ze swoimi uczuciami. Choć przez jeden tydzień. A Taehyung zasługiwał, by wiedzieć, że nie był w jego oczach jedynie problemem.

        — Jesteś taki kochany, hyung — pisnął młodszy, nie widząc nic. Złote klapki zasłaniały jego oczy, a Yoongi mu na to pozwalał, bo tak było lepiej. A radość Tae była pięknym widokiem. Widokiem, którego nie zniszczyło nawet "żegnaj", będące ich pożegnaniem już na zawsze.

 

 

środa

 

      W kawiarni nie było dużego ruchu. Większość ludzie w tym czasie musiała pracować lub siedzieć w szkole, ale Min Yoongiego to już nie dotyczyło. W końcu i tak lada dzień miał zostawić to wszystko za sobą, więc dlaczego wciąż miałby udawać, że ma przed sobą jakąś przyszłość? Że przejmuje się swoją edukacją i ma plany na resztę życia? Czuł się od tego wolny, a to dodawało dziwnej lekkości poranionemu sercu.

        Jego oczy zdawały się byś puste, gdy bawił się papierowymi serwetkami. Próbował jakoś zabić czas, a przyjemna struktura pod jego palcami zdawała się być do tego idealnym obiektem. Uważnie badał fakturę, zdając sobie sprawę, że prawdopodobnie po raz ostatni może ją poczuć. Że po raz ostatni jego zmysły mogą doświadczyć uroku otaczającej go rzeczywistości. A myśl ta sprawiała, że nagle wszystko wydawało się odrobinę piękniejsze i mniej groźne. Jakby świat wokół niego na moment stał się dużo lepszym miejscem. A wszystko dlatego że Min Yoongi wkrótce miał znaleźć upragniony spokój.

        — Przepraszam, że musiałeś tyle czekać. I woooow. Jakie świetne włosy! Odważnie. — Jego cieszenie się rzeczywistością przerwał przyjemny dla ucha głos chłopaka, który usiadł naprzeciwko niego. Miał on na sobie typowy stój dla pracownika kawiarni, w której obecnie się znajdowali, a czarne włosy wpadały mu do oczu. Zdecydowanie można było nazwać go przystojnym, ale Yoongi nie podzielał tego zdania. Dla niego Kim Seokjin przypominał raczej krzyżówkę jaszczurki z lisem. Lepka skóra, która kojarzyła mu się z kłamstwami i puszysty ogon, który ostrzegał przed intrygami. Ale nie był on złą osobą, a Yoongi — ku swojemu zdziwieniu — nigdy nim nie gardził. Bo Kim Seokjin był okropnym plotkarzem, ale jego serce zdawało się wciąż być czyste. Po prostu był niczym ciekawskie dziecko, które chce wszystko wiedzieć, by potem podzielić się swoją wiedzą z całym światem.

        — Obiecałem kiedyś tutaj wpaść, więc oto jestem. — Obietnicę tę Yoongi złożył z grzeczności — co nie było częstym zjawiskiem — i nigdy nie zamierzał jej spełnić, ale ostatnie wydarzenia jak i te nadchodzące zmusiły go do zmiany zdania. — Co u ciebie, hyung?

        Yoongi nigdy wcześniej nie zadał tego pytania. Bo to zupełnie do niego nie pasowało. Bo to nie było w jego stylu. Bo oznaczało zbyt duże jak na niego zaangażowanie. Teraz jednak z uwagą słuchał o trudach zbierania przez Seokjina wystarczającej kwoty, by studiować na miejscowym uniwersytecie... tak naprawdę obojętne co. Bo Seokjin kompletnie nie wiedział, czego chciał od życia, ale żył z poczuciem, że musi zrobić coś wielkiego. Że musi coś osiągnąć. Byli z Yoongim swoimi idealnymi przeciwieństwami.

        — A co u ciebie? — Wywód zakończyło pytanie, na które Yoongi tylko czekał. — Słyszałem, że Jisoo jest w ciąży. Niesamowite! Gratuluję. Choć będzie wam ciężko połączyć bycie rodzicami ze szkołą, co? Więc może nie powinienem gratulować? Przepraszam.

        Słowa wychodziły z ust chłopaka bez żadnej kontroli. Każda jego myśl została wypowiedziała, a Yoongi zdał sobie sprawę, że pierwszy raz nie działa mu to na nerwy. Wiedział, że ciekawski znajomy poruszy ten temat — w końcu był kuzynem byłej dziewczyny Mina i informacja o ciąży Jisoo musiała dojść do kogoś takiego jak Kim Seokjin. W końcu głownie po to tutaj przyszedł. Bo prawda musiała ujrzeć światło dzienne, a starszy chłopak na pewno miał się tym zająć. Bo Yoongi chciał, by Jisoo nareszcie poniosła jakieś konsekwencje swojej głupoty — a może po prostu chciał by cierpiała tak, jak on cierpiał przez wszystkie poniżenia z jej strony.

        — Kim Jisoo jest w ciąży — potwierdził — ale nie ze mną.

        Słowa te zawisły między dwójką siedzącą przy stoliku przy oknie. Ciepłe promienie słońca ogrzewały ich twarze, ale serce Yoongiego pozostawało zimne. Bo w końcu dla niego było już za późno.

         — Ale jak to? — zaczął dociekać starszy, a Yoongi pierwszy raz nie zamierzał niczego ukrywać. Prawda wychodząca z jego ust przyniosła mu spokój. Potrzebował tego równie mocno, co cierpienia Jisoo. Chciał, by ludzie patrzyli na nią równie krzywo, co na niego. Była to jego mała zemsta, która zupełnie do niego nie pasowała, ale o której marzył od kilku tygodni. Tygodni pełnych dodatkowych dawek bólu.

        Gdy Seokjin zdobył już wszystkie informacje na temat puszczalskiej kuzynki, a jego przerwa dobiegła końca, pożegnali się krótkim „żegnaj", które było ich ostatnimi słowami skierowanymi do siebie. A Yoongi — choć miał wyrzuty sumienia — był z siebie cholernie dumny.

 

 

czwartek

 

      Zachodzące słońce przyjemnie otulało swoim ciepłem ciało Min Yoongiego, którego wzrok utkwiony był w gładkiej tafli jeziora. Odbijała ona otaczającą go rzeczywistość — tak jakby w mętnych wodach znajdował się inny świat, który przypominał ten chłopaka, ale był znacznie spokojniejszy. Czerwonowłosy zapragnął aż zanurzyć się w nim i już nigdy nie wypłynąć, ale wiedział, że musiał zostawić to na inny dzień. Bo jego tydzień pięknych, ostatnich spotkań jeszcze się nie skończył. Bo to jeszcze nie był na to czas.

        — Ktoś mógłby podejść do ciebie i cię zabić, a ty nawet byś tego nie zauważył. — Czyjeś ciało zwaliło się na trawę obok chłopaka, a w głosie przybysza dało się wyczuć rezygnację. Bo Kim Namjoon wiedział, że żadne reprymendy nie wpłyną na jego przyjaciela. Mimo tego wciąż próbował, choć nie pokładał w tym żadnych nadziei. — I naprawdę masz pomidora na głowie. Myślałem, że Taehyung próbuje mnie wkręcić. Co ty znowu wymyśliłeś?

        Yoongi szeroko uśmiechnął się na te słowa. Zawsze narzekał na matkowanie swojego przyjaciela, ale w rzeczywistości ogrzewało to jego serce. Namjoon był bowiem jedyną osobą, która próbowała go czegoś nauczyć i wychować na ludzi, choć był od niego starszy o zaledwie dwa lata. Był dla niego lepszym ojcem niż jego własny i lepszą matką niż ta, którą posiadał. Bo Yoongi miał wrażenie, że przyjaciel naprawdę chce dla niego jak najlepiej. Ale nawet to nie było wystarczające, by zatrzymać go przy życiu.

        — Halo, co to za uśmiech? Gdzie dawka narzekania na powitanie? — Starszy szturchnął go łokciem w bok, chcąc tym sposobem skłonić go do jakiejś reakcji.

        — Po prostu cieszę się, że jesteś Kim Namjoonem — wyznał, a słowa te zupełnie do niego nie pasowały. Z u p e ł n i e. Bo nawet jeśli naprawdę kochał swojego przyjaciela, to nigdy nie miał w zwyczaju tego okazywać. Pokazywanie uczuć było dla niego zbyt przerażające, ale starszy nigdy od niego tego nie wymagał. On po prostu wiedział. I tym razem również usłyszał w tych słowach głos serca Min Yoongiego. Podejrzanie głośny i wyraźny, ale nie doszukiwał się w tym niczego złego. Uznał to po prostu za postęp. Kroczek do przodu.

        — No tak. Każdy wolałby spotkać mnie niż seryjnego mordercę.

        — Myślę, że kryminały wyżarły ci już mózg i wszędzie doszukujesz się zagrożeń i przestępstw. Ogranicz telewizję i książki. Wyjdzie ci  to na dobre.

        Tym razem oczy Min Yoongiego nie były aż tak puste, choć uważny obserwator zobaczyłby w nich wygasającą powoli duszę. Nie było w nim już bowiem nadziei na lepsze jutro. Nie było woli walki ani chęci do życia. Min Yoongi marzył już bowiem tylko o upragnionych odpoczynku i nawet ludzie, których zdawał się kochać, nie mogli go zatrzymać. Bo było już za późno na cokolwiek. Bo w tym kruchym ciele było zbyt wiele ran wyżłobionych przez cierpienie. Bo nikt, kto czuł tak wiele, nie potrafił wytrzymać tak długo.

        Minuty mijały, a słońce powoli znikało za horyzontem schowanym za ścianą drzew. Dwaj chłopcy jednak nie śledzili uważnie jego trasy, zbyt skupieni na sobie. Min Yoongi chciał bowiem poświęcić przyjacielowi całą swoją uwagę ten ostatni raz. A Namjoon był szczęśliwy, myśląc, że jego towarzysz ma dzisiaj wybitnie dobry humor. Dopiero po dłuższym czasie postanowił poruszyć ten temat.

        — Wydajesz się być dzisiaj w lepszym stanie. Leki nareszcie działają czy to zasługa terapii? A może jest jeszcze coś o czym nie wiem?

        Namjoon nie wiedział o wielu sprawach. O tym, że Yoongi nie bierze już leków i zrezygnował z terapii, która i tak nie przynosiła efektów. O tym, że całe jego uda i klatka piersiowa były w bliznach i świeżo wydrapanych ranach, bo tylko w ten sposób udawało mu się uczepić życia. O tym, że połowa szkoła odwróciła się od niego, a jego była już dziewczyna, która była temu winna, regularnie go zdradzała aż w końcu wpadła. O tym, że w jego domu było coraz gorzej i krzyki przerodziły się już w rękoczyny, których ofiarą stawał się chłopak, gdy jego matki nie było w domu i nie miał kto nawrzeszczeć na jego pijanego ojca. O tym, że zakochał się w nieodpowiedniej osobie i zaczął przez to obrzydzać sam siebie. Ale każdy, kto tego nie wiedział, czuł się zwyczajnie lżej, a Min Yoongi już wystarczająco uprzykrzył życie swoim znajomym.

        — Nie przesadzaj. Po prostu dzisiaj jestem dla ciebie miły.

        — Nadzwyczaj miły — zauważył starszy. — Zwyczajnie miły jesteś dla mnie zawsze. Nawet gdy chodzisz tylko ze skwaszoną miną i narzekasz na wszystko, co jest w zasięgu twojego wzroku. I gdy sypiesz sarkazmem i ironią w każdą stronę świata.

        — To brzmi jakbym był naprawdę beznadziejnym przypadkiem.

        — To brzmi jakbyś był wyjątkowy.

        A serce Yoongiego w tym momencie boleśnie zakuło. Nie chciał słuchać takich rzeczy. Nie teraz. Nie gdy już wiedział, że wszystko nareszcie chyli się ku końcowi. Dlatego zdecydował się zakończyć to spotkanie. W końcu Namjoon rano wstawał do pracy. Zanim jednak mógł to zrobić czuł, że musi powiedzieć kilka słów.

        — Ty też. Świetnie radzisz sobie w życiu i jesteś naprawdę dobrym człowiekiem. Pewnie nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, ile razy mi pomogłeś. Ile razy dzięki tobie poczułem się lepiej i ile razy świat wydał mi się piękniejszy tylko dzięki twoim słowom. — Westchnął. — Jesteś naprawdę świetnym przyjacielem i ciężko jest mi się z tobą pożegnać. To najtrudniejsze pożegnanie.

        — Pożegnanie? O czym ty do cholery mówisz?

        — O tym, że jutro wstajesz wcześnie do pracy i musisz się wyspać.

        — Yoongi, kręcisz. O co w tym chodzi?

        — Spokojnie. Patrzysz na mnie, jakbym to ja był seryjnym i czaił się na twoją duszę. — Spróbował zażartować, wiedząc, że powiedział zbyt wiele. Ale Namjoon na to zasługiwał. Zasługiwał na prawdę. Ale nie całą.

        — Po prostu brzmisz cholernie dziwnie. Dziękuję za te słowa, ale... Zachowujesz się nie jak ty. Coś się stało?

        — Uznałem, że zasługujesz, żeby to usłyszeć. Tyle.

        A Namjoon nie spróbował dalej drążyć tematu. Miał zbyt wielki mętlik w głowie i już sam nie wiedział, czy tylko dramatyzuje, czy może naprawdę w słowach swojego przyjaciela usłyszał coś, co go przeraziło. Bał się jednak odpowiedzi na pytania, które rodziły się w jego głowie, więc postanowił ich nie wypowiedzieć. Może gdyby postąpił inaczej, wszystko skończyłoby się inaczej? Nigdy nie dane było im się tego dowiedzieć. A gdy się pożegnali, Namjoon naprawdę czuł się dziwnie. Tak jak Yoongi. Ale było już za późno, by cokolwiek zmienić.

 

 

piątek

 

      Wiekowy, drewniany regał zdawał się uginać pod ciężarem książek, które musiał dźwigać. Większość z nich była tomikami poezji, której to Min Yoongi ani trochę nie rozumiał i nie widział sensu w wydawaniu na nią pieniędzy. Zwykle unikał jej jak ognia, a jednak teraz zaczął żałować swojej decyzji. Korzystając więc z wolnego czasu, którego nie miał jak zapełnić, wylosował książkę i otworzył ją na przypadkowej stronie. Jego oczy przebiegały powoli po tekście próbując wyciągnąć z niego jak najwięcej, co wcale nie było tak łatwym zadaniem. Nie w przypadku Min Yoongiego. Ostatnia część wiersza jednak zdawała się sięgnąć do jego serca:

Cóż ja zrobiłam, nieszczęśliwa
że bez kaloszy grzęznę w smole,
że ogień płaszczem mnie okrywa,
że hańbę nosić mam na czole,
przez wieczność, której nie ubywa?

        Co takiego zrobił Min Yoongi, że nie mógł mieć beztroskiego życia? Że za uczuciem bezpieczeństwa musiał biegać, bo samo nie chciało go odwiedzić? Że ludzie uwielbiali się na nim wyżywać i rzucać mu dodatkowe kłody pod nogi? Czym zawinił? Za co karał go los? Czy zrobił coś potwornego w poprzednim życiu?

        Nie znał na te pytania odpowiedzi. Nikt nie znał.

        — Hyung, myślałem, że nie znosisz poezji — odezwał się głos za jego plecami, a chłopak zaraz odwrócił się w jego stronę, spoglądając na przybysza wciąż lekko nieobecnym wzrokiem.

        Jeon Jeongguk stał w drzwiach swojego pokoju, ubrany w paskudny mundurek, do którego noszenia to zmuszała go szkoła, czego ten nienawidził całym sobą. Ciągłe marudzenie jednak znudziło mu się już po kilku tygodniach od jego kupna, ale Yoongi wciąż wyraźnie pamiętał ich wyśmiewanie zgniło-żółtego materiału.

        — Chciałem dać jej ostatnią szansę — wyjaśnił, odkładając książkę na miejsce.

        — I jak?

       — Nie jest tak zła jak zapamiętałem.

        Młodszy chłopak zaśmiał się na te słowa i wszedł do swojego pokoju, odkładając plecak obok łóżka, na które zaraz opadł, a Yoongi postanowił usiąść obok jego zmęczonego ciała, nie zamierzając stać obok regału, który w każdej chwili groził zawaleniu. Zresztą wszystkie meble w tamtym pokoju zdawały się być już stanowczo zbyt wysłużone. W końcu naprawdę mało osób potrafiło zrozumieć magię antyków, a Jeongguk należał do tej mniejszości. Cały jego pokój był nimi wypełniony, a na jednej ze ścian wisiały stare, czarno-białe fotografie wykonane przez jego dziadka, który przez kilka lat w ten sposób uwieczniał otaczający go świat. Antyki, poezja, muzyka klasyczna i malarstwo — z tego zdawało się składać jestestwo Jeona.

        — Czy twoje odwiedziny mają coś wspólnego z naszą ostatnią rozmową? — W głosie gospodarza dało się wyczuć dziwną nutę, na której określenie brakowało jednego słowa. On po prostu wiedział. Wiedział, co Yoongi zdecydował się zrobić i wiedział, że nie może go przed tym powstrzymać. Kilka miesięcy temu sam był w identycznej sytuacji i zrobił to, co jego hyung planował, ale nie wszystko poszło zgodnie z jego planem, więc przeżył, za co naprawdę był wdzięczny całemu światu. Nieudana próba samobójcza sprawiła, że chłopiec nagle zobaczył życie w lepszych kolorach. Zapragnął oddychać, doświadczać i po prostu być. Chciał, by jego znajomy również mógł się tak poczuć, ale nie udało mu się wprowadzić nadziei do serca Min Yoongiego. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to życie nie należało do niego i nie mógł zmusić hyunga do niczego, czego ten sam nie chciał. Starał się to szanować, choć było to potwornie trudne i nieprzyjemnie ściskało jego serce.

        — Przyszedłem się pożegnać. — Odpowiedź ta była potwierdzeniem.

        Jeon westchnął ciężko, zamykając oczy, a Yoongi postanowił położyć się obok niego. Między nimi zawisła cisza pełna krzyczących myśli, które nie znalazły swojego ujścia. Młodszy zrobił już wszystko, co był w stanie i miał tego świadomość. Nie próbował się oszukiwać. Wiedział, że już jakiekolwiek słowa odnośnie zmiany decyzji nie będę miały znaczenia.

        — Kiedy?

       — Jak już załatwię wszystkie sprawy.

        — Ile jeszcze ci ich zostało?

        — Jedna.

        Grobowa cisza ponownie ogarnęła granatowy pokój. Yoongi czekał a Jeongguk próbował oddychać. Wydawało mu się, że zrobiło się nagle okropnie duszno, jakby ktoś otworzył drzwi do samego piekła, z których buchał nieprzyjemny żar. Chłopiec nie miał jednak siły wstać i choć uchylić okno. Czuł się zrezygnowany, przytłoczony i nieszczęśliwy, ale starał się nie tonąć w negatywnych uczuciach, które próbowały rozerwać jego serce. Jeszcze nie teraz.

        — Oni wiedzą? — A przez oni miał na myśli przyjaciół Yoongiego, choć doskonale znał odpowiedź na to pytanie. Musiał jednak się odezwać, by przytrzymać się obecnej chwili.

        — Nie.

        — Kiedy ostatni raz byłeś w szkole?

        — Czy to przesłuchanie? — W normalnych okolicznościach Yoongi zaśmiałby się w tym momencie, ale nie dzisiaj. Dla niego również było to ciężkie, choć jednocześnie wciąż czuł dziwną lekkość w sobie.

        — Po prostu staram się dobrze zapamiętać twój głos, hyung.

        Następne wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Nagle młodszy chłopak znalazł się w objęciach swojego znajomego i dzielnie próbował udawać, że po jego policzkach wcale nie zaczęły lecieć mu łzy. Było to bezcelowe, ale jego determinacja była godna pochwały.

        — Przepraszam — odezwał się po dłuższej chwili Yoongi, sam nie wiedząc za co konkretnie. Może za to, że dodatkowo obciążył dzieciaka, który już miał wystarczająco pod górkę? A może za to, że podjął taką a nie inną decyzję?

        — A ja dziękuję. To twoje życie, twoje decyzje. Nie mogę cię przed tym już powstrzymać, bo wiem, że już naprawdę zdecydowałeś. Po prostu moje serce już zaczęło cię opłakiwać, hyung, choć przecież wciąż jeszcze jesteś tutaj ze mną. Jestem ci jednak wdzięczy, że mi zaufałeś i że wcześniej tyle razy mogłem na ciebie liczyć. — Słowa te były niewyraźne, ale Min Yoongi doskonale je zrozumiał.

        — A ja dziękuję, że mogłem cię poznać dzieciaku. Spotkanie kogoś tak silnego jest zaszczytem.

        Potem już żaden z nich nic nie powiedział. Jeon trząsł się, a Yoongi go przytulał, dopóki ten nie zasnął. Dopiero wtedy starszy podniósł się z łóżka. Podszedł do zabytkowego biurka i napisał na jednej z karteczek, które na nim leżały, numer telefonu, który znał doskonale. Po chwili myślenia dopisał: "Zajmijcie się sobą nawzajem" i wyszedł, wiedząc, że zostawia Kooka i Tae w dobrych rękach.

 

 

sobota

 

      Wnętrze kawiarni nie było szczególnie ładne. Niewygodne, drewniane krzesła, brązowe ściany, jasna podłoga i kilka sztucznych kwiatów, które dzielnie próbowały ożywić to miejsce. Min Yoongi nie przepadał za patrzeniem na ten widok, ale frytki z serem i ziołami, które tu serwowano w śmiesznie niskiej cenie, były warte zniesienia tak nieciekawego wnętrza. Dlatego czerwonowłosy potrafił patrzeć tylko w dwa miejsca — na pyszny posiłek i na piękną twarz Park Jimina, z którym to zwykł tutaj przychodzić.

        Chłopak zajadał ze smakiem frytki, maczając je w sosie czosnkowym i zdawało się, że coś tak banalnego sprawia mu prawdziwą radość. Min Yoongiemu natomiast radość sprawiało obserwowanie przyjaciela. Jego serce wtedy szalało i zaburzało spokój, który w ostatnich dniach czuł. Miał wrażenie, że odebranie sobie możliwości patrzenia na tą pulchną twarz, to najgorsza kara jaką mógł sobie wymierzyć. Wiedział jednak, że jego masochistyczne zapędy musiały zostać zniszczone. Jego dusza potrzebowała wolności i zamierzał jej ją dać. Był przekonany, że to jedyna słuszna decyzja. Najlepsza jaką mógł podjąć.

        — Zaraz zjem wszystko — zagroził Jimin, wkładając do ust kolejną frytkę, a Yoongi uważnie obserwował, jak znika pomiędzy jego pełnymi wargami. Jak zwykle zamówili jedną porcję, którą przyszło im się dzielić, bo była wystarczająco duża, by zapełnić ich brzuchy.

        — Smacznego.

        — Poważnie? Dobrowolnie poddajesz się w walce o zjedzenie jak najwięcej fryteczek? — Jimin nawiązał do wyścigów, które czasami robili. Wygrywał ten, kto zjadł większą ilość punktów. Dzisiaj jednak Yoongi nie miał na to ochoty. Ostatnio praktycznie w ogóle nie jadł, zupełnie nie czując takiej potrzeby. Starał się zmuszać do przeżucia kilku kanapek rano, by mieć siłę dotrwać do końca tego tygodnia, ale nic poza tym. W końcu po co miał karmić ciało, które w krótce i tak miało zostać jedynie martwą powłoką? Nie widział w tym najmniejszego sensu.

        — Ten ostatni raz pozwolę ci wygrać.

        W słowach tych kryło się drugie dno. Było to ich ostatnie spotkanie, więc i ostatnia szansa do wygranego pojedynek — o ile można było mówić o uczciwej wygranej, gdy przeciwnik postanowił się poddać niemalże na starcie. Park Jimin jednak nie usłyszał w tych słowach tego, co powinien, ale świat nie miał o to do niego pretensji.

        — No, no. Nie sądziłem, że doczekam takich czasów.

        Jimin jadł, a Yoongi pogrążał się w swoich myślach.

        Przypomniał sobie ich pierwsze spotkanie, kiedy nauczyciele zmusili ich do wspólnego projektu, choć nowy uczeń w oczach czerwonowłosego wydawał się zbyt nudnym osobnikiem, by poświęcić mu swoją uwagę. Doskonale pamiętał uśmiechy, które Park mu posyłał i ciepłe słowa, które pokrzepiały jego serce, pozwalając przetrwać. Nie mógł też zapomnieć o zazdrości, którą czuł, gdy przyjaciel poznał swoją obecną dziewczynę i to jej postanowił poświęcać najwięcej uwagi. W jego głowie znowu zabrzmiały słowa Jisoo, która jako pierwsza dostrzegła miłość w oczach Yoongiego, gdy patrzył na swojego przyjaciela. Według niej był pedałem, podróbką faceta, obrzydliwą kreaturą, na którą patrzenie mogło wywołać jedynie wymioty. A Min Yoongi zgadzał się z każdym jej słowem, choć raniły one niczym wbijane w jego ciało ostrze noża. Jimin zmienił szkołę kilka miesięcy temu, więc nie mógł wiedzieć, z jakim obrzydzeniem ludzie zaczęli patrzeć na czerwonowłosego, który po prostu nie panował nad wyborami jego serca. Jego życie niespodziewanie zmieniło się w jeszcze większe piekło, tak jakby nie miał już wystarczająco problemów.

        Yoongi rozpadał się na milion kawałeczków, a Jimin tego nie dostrzegał, choć miał go przecież przed sobą. Nie potrafił zobaczyć nic poza jego wyobrażeniem o swoim przyjacielu. Bo w jego oczach Min był spokojną skałą, której nie mógł ruszyć nawet największy wiatr. Stworzył w swojej głowie fałszywą wizję jego osoby i nie mógł dostrzec nic poza nią. A dusza Min Yoongiego coraz szybciej umierała.

        Spotkanie to miało być pożegnaniem. Ich ostatnim wspólnie spędzonym czasem, które nie powinno przynieść kolejnej dawki cierpienia. A jednak serce Yoongiego krwawiło, choć wciąż w nim mieszkał spokój. W końcu wszystko miało wkrótce się skończyć, a myśl ta dodawała nastolatkowi siły.

        Nie był dzisiaj szczególnie rozmowny. Wolał słuchać historii swojego przyjaciela, by po raz ostatni móc obserwować emocje, które malowały się na jego pięknej twarzy. Nic poza tym się w tej chwili dla niego nie liczyło. Chciał poświęcić mu całą swoją uwagę chociaż ten ostatni raz, dlatego zdecydował się nawet odprowadzić go pod dom. Nie chciał rozstawać się z nim zbyt szybko, choć nie zamierzał też tego przedłużać. Po prostu musiał się z nim należycie pożegnać, by uwolnić swoje poranione serce.

        — Wiesz — zaczął, gdy byli już pod małym domkiem, w którym mieszkała rodzina Parków — twój uśmiech wiele razu pomógł mi przetrwać ciężkie chwile. Jestem ci winny za to podziękowania.

        — O, jak oficjalnie — zaśmiał się chłopak. — Cieszę się, że mogę choć trochę cię uszczęśliwić. Ludzie jak ty powinni mieć jak najwięcej szczęśliwych wspomnień.

        Jimin wiedział o problemach Yoongiego. Nie o wszystkich, ale wiedział. Przegadał z nim o tym wiele nocy, podziwiając jego siłę, dzięki której ten radził sobie z przeciwnościami losu. A przynajmniej wierzył, że tak właśnie było.

        Min Yoongi wziął głęboki wdech i przytulił do siebie przyjaciela, by móc poczuć ciepło bijące z jego ciała, a mniejszy od razu odwzajemnił uścisk. Był przyzwyczajony do takich gestów i nie widział w nich nic dziwnego. Nie wiedział, że czerwonowłosy nie lubi dotyku ludzi. Że stroni od naruszania przestrzeni osobistej, nawet gdy zna już kogoś dłużej. Po prostu jego relacja z Jiminem była inna, ale ten nie miał o tym pojęcia.

        — Możesz mi coś obiecać?

        — Co takiego?

        — Nie próbuj na siłę spełniać oczekiwań innych ludzi, ubieraj się cieplej, żeby nie zachorować, nie ignoruj nauki, przestań gubić swoje rzeczy i zrób wszystko, by być szczęśliwym, dobrze?

        — Dziwnie mówisz — stwierdził, a w jego głosie dało się słyszeć zaskoczenie. — Czemu mam ci coś takiego obiecać akurat teraz?

        — Po prostu chcę mieć pewność, że o to wszystko zadbasz, nawet gdy nie będzie mnie przy tobie.

        — Yoongs, przecież ty zawsze jesteś przy mnie, żeby truć mi na ten temat. Jesteś w tym jeszcze gorszy niż moja mama!

        — Obiecaj — naciskał, więc Jimin postanowił się poddać, nie rozumiejąc, o co chodzi w tej całej sytuacji, ale nie zmierzał też dociekać:

        — Okej, okej. Obiecuję.

        Uścisk Yoongiego zelżał i odsunął on delikatnie przyjaciela tak, by móc spojrzeć na jego twarz.

        — Przepraszam.

        — Za co przepraszasz? — Park coraz mniej rozumiał.

        — Za to, co teraz zrobię, ale ten jeden raz nie zamierzam się powstrzymywać.

        Jimin chciał zadać dziesiątki pytań, które nagle narodziły się w jego głowie. Chciał zrozumieć, co właśnie się działo i chciał odkryć sens dziwnego zachowania przyjaciela. W jego sercu narodziło się ziarenko niepokoju, bo niewątpliwie działo się tutaj coś dziwnego, ale poznanie odpowiedzi na dręczące go pytania, nie było mu dane. Niespodziewanie bowiem twarz Yoongiego przysunęła się niebezpiecznie blisko jego własnej, a ich usta na kilka sekund się połączyły. Momentalnie czas zaczął lecieć zupełnie inaczej, za nic mając wszelkie prawa, którymi powinien się kierować. Oddechy zmieszały się ze sobą, a dwa ciała zupełnie sparaliżowało. Yoongi nie próbował pogłębiać pocałunku. Musnął jedynie kilka razy delikatnie te pełne usta, które kusiły go od tak długiego czasu, by następnie odsunąć się na stosowną odległość. Widział szok na twarzy przyjaciela. Widział to, że ten obecnie wydaje się być zupełnie oderwany od rzeczywistości i uznał, że to idealny moment, by po prostu odejść, zanim wydarzy się coś, co kompletnie go zniszczy.

        — Żegnaj, Jiminnie — powiedział i odwrócił się na pięcie, by zaraz zniknąć za zakrętem. Park natomiast wciąż tkwił w tym samym miejscu, ledwo oddychając, choć jego serce zdawało się pracować szybciej niż kiedykolwiek, a bladą dłonią dotknął swoich ust, które przyjemnie go mrowiły.

 

 

niedziela

 

        Deszcz nieprzyjemnie stukał w okno, przez które siedemnastoletni chłopak obserwował poruszane wiatrem konary drzew. Wzrok jego był pusty, a twarz nie wyrażała żadnych emocji. Gdyby nie powoli poruszająca się klatka piersiowa, można byłoby nawet pomylić go z trupem. Z tak bladą skórą i ciemnymi sińcami pod oczami, które były efektem brakiem snu, zdecydowanie wyglądał jak ktoś, kto jedną nogą jest już na drugim świecie. Może nawet było to prawdą? W końcu Min Yoongi już dawno się poddał. W końcu Min Yoongi już dawno podjął decyzję. Bo na swoje cierpienie nie znalazł lekarstwa.

        Drzwi do pokoju zaskrzypiały, a w progu pojawiła się pomarszczona kobieta, która nigdy nie mogła uchodzić za piękność. Uparcie próbowała zatuszować to toną makijażu, ale robiła to niestety dość nieudolnie, przez co wyglądała wręcz pokracznie. Eleganckie ubrania i schludnie upięte włosy ratowały jednak sytuację, sprawiając, że prezentowała się po prostu przeciętnie. Ot, zwykła kobieta po czterdziestce o chłodnych oczach i niczym ciekawym w sobie.

        — Znowu leżysz cały dzień w łóżku? — W jej głosie dało się słyszeć złość i coś jeszcze. Może cień bezradności? W końcu nie mogła nic zrobić, choć chciała. Naprawdę chciała, ale nie potrafiła. Widziała bowiem, jak jej syn się rozpadał, ale była zbyt dumna, by poruszyć ten temat.

        — Najwyraźniej. — Chrypa zniekształciła słowa, które padły ze strony nastolatka, ale kobieta doskonale je zrozumiała. Były one niczym policzek wymierzony w jej stronę. Bolały, a ból ten potrafiła tylko zamienić w złość.

        — Dlaczego? — zapytała, a głos jej zadrżał od wściekłości. Martwiła się, ale nie wiedziała, jak to okazać, więc ukryła to uczucie głęboko w sobie. Jej syn natomiast przez jej ton po raz pierwszy nie czuł się jak śmieć, bo doskonale wiedział, że nie miało to już znaczenia. Dlatego też nic nie odpowiedział, a kobieta po prostu nie pytała o nic więcej. Wycofała się z jego pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Nie zapytała syna, jak się dzisiaj czuje i nie zainteresowała się, czy cokolwiek jadł. Uciekła, nie mogąc patrzeć na tą martwą powłokę, która niegdyś była jej dzieckiem.

        Dzieckiem, które następnego dnia miało zostać odnalezione martwe.

        Bez pożegnania.

        Bo tym razem Min Yoongi nie miał nikomu już nic do powiedzenia.