Work Text:
13 lutego 1719 r., Pałac Błękitny w Cerasie
Ciężkie, dębowe drzwi uchyliły się, a wykładana drogimi panelami podłoga zaskrzypiała pod ciężarem stawianych przez chłopaka kroków. Jeon Jeongguk – piastujący honorowe stanowisko głównego służącego następcy cesarza – ziewnął cicho i odsunął żakardowe story. Do komnaty wpadły promienie słońca, rozświetlając przestronne wnętrze. Złote ornamenty na eleganckiej boazerii zalśniły figlarnie, witając z Jeonem kolejny już dzień.
— Dzień dobry, Wasza Wysokość — powiedział miękko, kierując słowa w stronę ogromnego łoża.
Postać owinięta w satynową pościel nie raczyła odpowiedzieć. Jedynie poruszyła się nieznacznie, odwracając twarz od źródła natrętnego światła. Przyszły władca po chwili jednak uchylił powieki i westchnął cierpiętniczo. Przeczesał palcami ciemne loki, po czym podniósł się do pozycji siedzącej, przecierając oczy knykciami. Rozejrzał się leniwie po pomieszczeniu, aż napotkał wesołe spojrzenie Jeongguka, który wyjmował z szafy lnianą koszulę, karmazynowy, zdobiony haftami szustokor i pasujące do niego ciemne pończochy.
— Co mamy dziś w planach? — zapytał mężczyzna, ześlizgując się z posłania i wsuwając stopy w miękkie bambosze.
— Spotkanie z pańskim ojcem w sprawie jutrzejszego dnia, a później przymiarki peruki i maski na bal — odpowiedział służący. — Wszystko musi leżeć idealnie, prezencja Waszej arcyksiążęcej Mości jest przy tej okazji wyjątkowo znacząca — dodał.
Choć prawda była taka, że na dostojnej sylwetce arcyksięcia Kim Taehyunga dobrze leżałby nawet płócienny worek. Jeongguk z zachwytem przyglądał się jego pięknej twarzy, która bardziej pasowała do jednej z rzeźb w pałacowym ogrodzie, niż do prawdziwego człowieka. Ciemne oczy sennie spoglądały na otaczającą go rzeczywistość, a pełne usta były lekko uchylone, łapczywie łapiąc rześkie powietrze.
— Wieczorem możemy... — zaczął, lecz nie dane było mu skończyć, gdyż widok, jaki zastał, gdy skierował swój wzrok kilka centymetrów niżej, zaparł mu dech w piersiach.
Taehyung nie miał na sobie nic, oprócz obuwia i niedbale zawiązanej na biodrach chusty, która i tak zakrywała niewiele. Stał dumnie i prosto, wręcz emanując władczością, która leżała w jego naturze. Wyrzeźbione przez lata ćwiczeń fechtunku i jeździectwa mięśnie napięły się pod wpływem nagłego ruchu. Jego mleczna skóra, której gładką fakturę sługa miał ochotę zbadać na wszelkie sposoby, pokryła się gęsią skórką przez chłód panujący w komnacie.
— Wypadałoby kończyć zdania, chłopcze — zauważył, uśmiechając się kpiąco.
Zdawał sobie sprawę ze swojej atrakcyjności, ale nie lubił jej wykorzystywać w niezbyt moralny sposób. Za to kochał wzbudzać podziw swoją wiedzą i doświadczeniem.
— Ach, tak. — Jeon poprawił kosmyk ciemnych włosów wpadający mu do oczu. — Wieczorem może Wasza arcyksiążęca Mość odpocząć, gdyż lord Hohenstauf przesunął obrady sejmowe na najbliższy piątek.
Arcyksiążę skinął głową, przyjmując słowa chłopaka. Cieszył się z takiego obrotu spraw, gdyż już od wielu dni nie miał wolnej chwili dla siebie.
Sytuacja polityczna w Asperii nie przedstawiała się najlepiej. Państwo to istniało na mapach Europy dopiero od trzech dekad, czyli od momentu, kiedy święty cesarz rzymski Leopold I podarował Kim Sejongowi – generałowi koreańskich wojsk, tym samym dziadkowi Taehyunga – fragment ziem swojego państwa w zamian za pomoc w wojnie z Imperium Osmańskim. Przez ostatnie trzydzieści lat Suwerenne Cesarstwo Neoazjatyckie rozwijało się, tworząc wszystko od podstaw. Do Asperii – jak krócej nazywano owe cesarstwo – napływali kolejni mieszkańcy, którzy z czasem zaczęli tworzyć naród z własną kulturą, sztuką oraz ustrojem. Jak dotąd zadowolony z warunków życia lud asperski stanął przed niemałym problemem, który podzielił go i wywołał liczne spory. Mianowicie nie wszyscy do końca zgadzali się z postanowieniami wprowadzonej konstytucji, gdyż nie uwzględniała ona sekularyzacji, która według przeważającej części społeczeństwa była niezbędna. Rząd kategorycznie odmawiał oddzielenia się od Kościoła. Cesarza Kim Taegeuka i papieża Klemensa XI łączył bowiem potajemny pakt, który umacniał wpływy kleru na Cesarstwo Asperskie, a także pozycję władcy na arenie międzynarodowej.
— Wyśmienicie — mruknął. — Więc pomóż mi się ubrać. Ojciec nie może na mnie czekać.
×××
Wypuścił dym z płuc, rozkoszując się cierpkim smakiem kubańskiego tytoniu. Zakręciło mu się w głowie, lecz był już przyzwyczajony do tego uczucia.
— Ile razy prosiłem cię, żebyś nie palił tej szatańskiej fajki w moim towarzystwie, Taehyung? — zapytał cesarz Taegeuk, zasiadając w obszernym fotelu przy dębowym biurku, na którego blacie siedział arcyksiążę.
Chłopak zeskoczył z mebla i poprawił poły odzienia. Niechętnie zgasił cygaro i bezceremonialnie wyrzucił je przez uchylone okno. Nie pierwszy raz to robił, więc nie czuł przy tym żalu marnotrawstwa, gdyż zdążył zauważyć, że za każdym razem i tak znajduje je później na swojej komodzie. Musiał przyznać, że Jeongguk był nieocenionym pomocnikiem i dzięki jego spostrzegawczości zaoszczędził mnóstwo czasu i pieniędzy. Transport tytoniu z Sewilli, gdzie urzędował jego dystrybutor, nie był w końcu ani tani, ani prosty.
— Wystarczająco wiele, żebym i tak cię nie posłuchał, ojcze. — Oparł się plecami o ścianę i ze skrzyżowanymi ramionami spoglądał w puste oczy Taegeuka. — Poza tym, to cygaro, nie fajka. Jest znacznie poręczniejsze i zapalenie go nie jest tak czasochłonne.
— Zostanę przy fajkach. — Cesarz posłał synowi zniechęcone spojrzenie znad opuszczonych na nosie okularów. — Ja tam wolę mieć kontrolę nad tym, co palę.
— Rób, jak uważasz. — Taehyung jedynie wzruszył ramionami. — Zdążyłem już zauważyć, że Asperia w ogóle nie kwapi się do podążania za postępem w nauce i technologii.
— Nie wezwałem cię tu po to, żebyś znów prawił mi bezczelne morały. Odziedziczyłeś ten okropny charakter po twojej matce. Europejczycy tak mają. Żałuję, że to ja będę ostatnim władcą o czysto azjatyckiej krwi. Szacunek mam w genach. — Młodzieniec na te słowa jedynie wywrócił oczami, nie komentując głośno hipokryzji swojego ojca.
— A więc, po co właściwie tu jestem?
— Chcę się upewnić, że będziesz wiedział, jak jutro się zachować. Myślę, że zdajesz sobie sprawę z tego, jak ważny jest dla nas ten bal.
Taehyung skinął potwierdzająco głową. Podszedł do biurka i chwycił w dłonie przewiązany wstążką stosik listów, na których widniała różnobarwna gama pieczęci wielu władców. Jedynie te z Saksonii oraz Polski miały identyczne kolory.
— August II potwierdził swoją obecność? — zapytał, przesuwając palcem po rozerwanej kopercie, jednak nie zaglądając do treści listu.
— O kim ty mówisz, chłopcze? — Starszy Kim zmrużył oczy.
— Ojcze, najwyraźniej to chyba nie mnie powinieneś edukować odnośnie jutra. Fryderyk August, król Saksonii, w krajach słowiańskich znany jako król August II. Czy potwierdził, że przybędzie na maskaradę?
— Owszem. Myślisz, że odpuściłby sobie okazję do chwalenia się na prawo i lewo tym swoim pałacykiem? — zakpił.
— Pałacem Zwinger?
— Zwinger-Sringer, nasz Pałac Błękitny niczym od niego nie odstaje.
Arcyksiążę z trudem ukrył śmiech. Widział zazdrość wymalowaną na twarzy Taegeuka i nie potrafił jej zrozumieć. Mimo więzów krwi byli swoimi przeciwieństwami i kierowali się zupełnie różnymi ideałami.
— Ależ oczywiście. Widzę też, że zjawi się książę Lichtensteinu. — Uniósł lekko swoje ciemne brwi.
— Tak. I jego jedenaścioro dzieci — prychnął cesarz. — Zważając na to, że zjawi się tu też dziewięcioletni król Francji, to sala balowa zamieni się w żłobek.
— Z tego, co mi wiadomo, mały Ludwik ma pojawić się ze swoim regentem.
— Racja. Z Filipem i jego gromadką nieślubnych bachorów.
— Więc po co ich wszystkich zapraszałeś, skoro będą ci tak przeszkadzać? — zapytał chłopak, tracąc powoli cierpliwość do ojca. Ostatnimi czasy prawie każda rozmowa między nimi kończyła się kłótnią.
— Nie zadawaj głupich pytań. — Mężczyzna wstał gwałtownie, podnosząc głos. — Dobrze wiesz, że musimy jakoś uspokoić opinię publiczną po twoich ostatnich wystąpieniach, a taki bal będzie stwarzał piękne pozory?
— Ale po co nam one, skoro możemy po prostu dojść do porozumienia z ludem? — Taehyung pokręcił głową z pogardą. — Szczególnie, że to oni mają rację. Papież powoli wchodzi nam na głowę, przez co ciągle stoimy miejscu
— Nic nie rozumiesz, dziecko.
— Mam pieprzone dwadzieścia pięć lat, nie jestem już dzieckiem. — Arcyksiążę walnął z całej siły zaciśniętą pięścią w biurko, którego kruche nóżki załamały się pod naporem uderzenia.
Młodszy Kim szybko pożałował, że włożył w ten gest tyle siły, bo cienka skóra na wierzchach jego dłoni przetarła się, a na dokumenty leżące wśród drewna spłynęły pojedyncze krople krwi, mieszając się z wylanym atramentem. Z trudem ukrył grymas bólu i mimo wszystko wstydu, że nie opanował swoich emocji w porę.
— Pamiętaj, że każdy władca może zostać obalony — wysyczał przez zaciśnięte zęby do osłupiałego cesarza i odwrócił się na pięcie, zmierzając ku wyjściu.
— Racja. Jednakże nie każdy następca tronu będzie miał okazję na nim zasiąść. — Taegeuk uśmiechnął się chytrze. — Myślę, że twój brat nie będzie taki krnąbrny jak ty. Wielki cesarz Kim Namjoon. Azaliż to nie brzmi pięknie? Wyswobodziłby kraj z żałoby po moim pierworodnym, który niestety zmarł, służąc w asperskiej armii.
Taehyung rozwarł szeroko oczy, a jego plecy przeszedł nieprzyjemny dreszcz, lecz było za późno na dopowiedzenie czegokolwiek, gdyż w drzwiach, które zdążył otworzyć, pojawił się uśmiechnięty Jeongguk. Na jego twarz w ułamku sekundy powrócił niczym niezmącony wyraz.
— Nie dasz rady mnie zastraszyć. Bo obawiać się śmierci, obywatele, to nic innego jest, jak tylko mieć się za mądrego, choć się nim nie jest* — rzucił, po czym skierował wzrok na służącego. — Wróć do swojej komnaty, Jeon, będę potrzebował cię dopiero wieczorem. Muszę się przewietrzyć.
Po tych słowach wyszedł, wyraźnie przejęty.
×××
Jeongguk był co najmniej zdziwiony nagłą zmianą planów. Zazwyczaj znajdował się przy Taehyungu niemal całą dobę. Zostawiał go samego tylko na niecałe sześć godzin, kiedy to kładł się spać w swoim niewielkim pokoiku, który znajdował się na niższym piętrze, gdzie mieszkała również reszta licznej służby. Życie tam znacznie różniło się od tego prowadzonego wśród arystokracji. Dwa zupełnie różne światy zajmowały ten sam pałac. Jeden z nich był cichy, wymuskany i pozornie idealny, drugi za to był głośny, zbereźny i pełen niedoskonałości. Ten biedniejszy należał do tego bogatego, usługując mu, lecz to właśnie on jako jedyny był szczęśliwy. Ludzie należący do niego potrafili się prawdziwie śmiać i cieszyć z każdej drobnej radości, każdego kęsa chleba i każdej przeżytej sekundy.
Kolejnym zdziwieniem dla chłopaka był fakt, że drzwi do wspólnego pokoju jego i Jung Hoseoka – jego przyjaciela i pałacowej złotej rączki – były zamknięte, chociaż znając rozkład dnia współlokatora wiedział, że powinien on znajdować się w środku. Westchnął, po czym zapukał nieco zbyt mocno, gdyż był zirytowany. Nie miał przy sobie klucza. W końcu miał wrócić dopiero późnym wieczorem, a Hoseok i tak zawsze zapominał zakluczać izdebkę. Co więc podkusiło go, żeby zrobić to akurat wtedy?
Odpowiedź nadeszła dopiero po kilku minutach. Była zdenerwowana i patrzyła na Jeona z chęcią mordu w ciemnych oczach. Długimi palcami zapinała ostatnie guziki eleganckiej koszuli, jasne włosy przykleiły jej się do spoconego czoła, a oddech szalał, mimo prób uspokojenia go.
Jego odpowiedź nazywała się Min Yoongi i miała wyjątkowo czerwone usta.
Zaraz za Yoongim w progu pojawił się Jung, zasłaniający swoje prawie nagie ciało kocem.
— Gguk? Co robisz tu tak wcześnie? — Kopnął leżący na posadzce pasek, ukrywając go pod piętrowym łóżkiem. — Nie wybierasz się może jeszcze na spacer?
— Nie. Muszę z tobą coś przedyskutować. Sam na sam. — Znacząco spojrzał na Mina.
— I tak już się zbierałem — skłamał blondyn, nawet nie siląc się na jakiekolwiek wyjaśnienia. — Do jutra, Hoseok-ah. — Posłał kochankowi ciepły uśmiech, który tak bardzo nie pasował do postaci wiecznie posępnego sekretarza cesarskiego. Jeongguk nigdy wcześniej nie widział, żeby ten mężczyzna okazywał jakieś emocje. A w szczególności te pozytywne.
Lica majstra zalały się czerwienią, kiedy szeptem pożegnał się z Minem. Chwilę później, kiedy w pokoju został już sam z przyjacielem, odwrócił się do niego i powiedział:
— To świeża sprawa, miałem ci powiedzieć, naprawdę.
Jeongguk machnął jedynie na to ręką.
— Nie mam zamiaru wchodzić ci do łóżka z butami, Seok. — Oparł się o rozklekotaną komodę. — Mamy do przegadania poważniejszą sprawę.
— Jaką? — zapytał Hoseok, zakładając na siebie odrobinę za małą – zapewne należącą do sekretarza – białą sukmanę, którą szczelnie okrył zarówno zmarznięte ramiona, jak i uda.
— Co to do cholery jest? — Jeon z kpiącym uśmieszkiem wskazał na kawałki gumy porozrzucane po blacie i podłodze.
— Mój nowy wynalazek – nadmuchiwaniec. Pomyślałem, że takie stałe bańki, nie z mydła, lecz czegoś twardszego, byłyby piękną ozdobą na jutrzejszy bal — chłopak odpowiedział dumnie. — Ale jakoś tak wyszło, że Yoongi na nim usiadł i on... pękł — dodał smutno.
— Nadmuchiwaniec brzmi głupio. — Sługa skrzywił się. — Niech to będzie balon. A nawiązując do balu, to potrzebuję twojej pomocy.
— A co? Chcesz się przebrać za jakąś hrabinę i wyrwać tego całego TaeTae? — burknął sarkastycznie Jung.
— Skąd wiedziałeś? — Brunet rozpromienił się, wprawiając tym przyjaciela w osłupienie. — Masz klucze do garderoby arcyksiężnej. Nawet nie zauważy, jak zniknie jej jakaś suknia. Wejdę tam też bez problemu, bo w końcu mieszkam w tym pałacu.
— Co ja z tego będę miał, co? — starszy uniósł brew.
— To, że nikt nie dowie się o twoim romansie zakazanym i przez kościół, i przez prawo? — Jung aż przełknął ślinę wyjątkowo głośno.
— Którego sam masz się zamiar również dopuścić. I to w przebraniu. — Rudzielec wskazał na Jeona palcem. — Ale niech ci już będzie. Pomogę ci, bo się przyjaźnimy. Tylko nie mamy żadnej peruki.
— W takim razie masz jeszcze prawie całą dobę, żeby mi ją zrobić.
×××
Arcyksięcia zastał siedzącego na szerokim parapecie, z opasłym tomiszczem w dłoni i pustą butelką po wódce leżącą obok jego prawej nogi. Miał zamglony wzrok, a różane placki wyraźnie odznaczały się na bladych polikach. Z włosów wyplątał wstążkę, pozwalając opadać im swobodnie na jego szerokie ramiona. Na nich zaś znajdowała się długa peleryna, zajmująca większą część siedziska i podłogi w pobliżu okna. Po chwili oderwał się od lektury i spojrzał na Jeona, pod którym ugięły się kolana. Kim jednak inaczej zinterpretował nietęgą minę chłopaka.
— Nie martw się, na przymiarkach byłem sam i wróciłem wcześniej ze spaceru. Nie spóźniłeś się, chłopcze — wymamrotał niezbyt wyraźnie.
— To dobrze — odpowiedział zawstydzony Jeongguk, odkładając na szafkę wyciągnięte z kieszeni cygaro. — Znów znalazłem je na trawniku pod oknami cesarskiego gabinetu. Wasza Wysokość, radziłbym bardziej uważać przy paleniu.
— Nie muszę być uważny, kiedy mam ciebie — zauważył Taehyung. — Moja intuicja nie zawiodła mnie, kiedy wybierałem cię na mojego sługę. Kto sobie w drugim upodobał charakter i ducha dzielnego, ten zostanie przez całe życie, bo się w jedno stopił z tym, co trwa* — zadeklamował, a w uszach młodszego jego słowa zabrzmiały niemal dwuznacznie.
— Z czego to? — zapytał.
— Uczta, znalazłem to w dziale ksiąg zakazanych — wyjaśnił, uśmiechając się półgębkiem. — Ten pieprzony pseudopapieżyk bawi się w potępianie Platona. Bo czy wiesz, czym jest miłość platoniczna?
Jeongguk uniósł brew.
— Najwyższa forma miłości pozbawiona cielesności, prawda? — zawahał się, przeczuwając, że zapewne nie ma racji.
— Nieprawda. — Arcyksiążę pokręcił głową z dezaprobatą. — Prawdziwa miłość platoniczna to osiąganie najwspanialszego etapu uczucia, poczynając od miłości erotycznej, kończąc na czymś, co właściwie jeszcze trudno mi pojąć. Wódka nie ułatwia mi myślenia — zaśmiał się, mrużąc oczy.
Chwiejąc się, wstał z parapetu i ostrożnie stawiając kroki, podszedł do bruneta.
— A wiesz, że miłość męsko-męska według starożytnych była właśnie jedną z tych najpiękniejszych? — Pogłaskał policzek chłopaka, muskając delikatnie opuszkami palców jego szorstką skórę.
Pochylił się nad uchem Jeona i ciepłym oddechem, w którym łatwo wyczuć dało się alkohol, owiał jego płatek. Przygryzł równymi zębami jego kawałek, po czym mruknął nieporadnie i opadł w ramiona co najmniej zdziwionego sługi. Omal nie przewrócili się po tym niespodziewanym ruchu, lecz na szczęście młodszy należał do osób, którym Bóg siły nie pożałował.
— Połóż mnie spać, Ggukie, kręci mi się w głowie — wymamrotał.
Nie minęła minuta, kiedy Taehyung, pozbawiony górnej części ubioru i szczelnie opatulony ciepłą kołdrą, zasnął spokojnie z rozchylonymi ustami. Jeongguk przełknął głośno ślinę. Jego kruche serce, w całości oddane mężczyźnie, znajdowało się pod ostrzałem zbyt wielu emocji na raz. Dziwne zachowanie Kima tłumaczył sobie jego stanem upojenia. Pochylił się nad jego ciałem i drżącą dłonią odgarnął ciemne pukle z pięknej twarzy. Zawahał się jeszcze przez chwilę, po czym złożył delikatny pocałunek na wilgotnym czole Kima.
— Dobranoc, mój książę.
×××
14 lutego 1719 r., Pałac Błękitny w Cerasie
— Dawno nie widziałem tak płaskiej hrabiny — roześmiał się Jung, podziwiając efekty swojej pracy w odbiciu wysokiego lustra, które pożyczyła mu pani Choi. — Ale za to jakiej urodziwej.
Jeongguk nie mógł się nie zgodzić z przyjacielem. Nie spodziewał się, że w długiej do ziemi, błękitnej sukni będzie wyglądał tak wdzięcznie i kobieco. Pomyślał, że właściwie mu trochę to ubliża, gdyż na co dzień miał się za stuprocentowego mężczyznę. Ale Hoseok świetnie poradził sobie z powierzonym mu zadaniem. Szerokie ramiona i brak wcięcia w talii sprytnie zamaskował odpowiednio układając gruby materiał bajecznego stroju.
Miał także szczerą nadzieję, że arcyksiężna nie rozpozna wśród tłumu swojej własności...
— Mam wrażenie, że zaraz się uduszę — sapnął Jeon, siłując się ze sztywnym i zdecydowanie za mocno związanym gorsetem.
— Nie marudź. Chcesz być piękna,musisz cierpieć. — Starszy jak na złość zacisnął kolejną sznurówkę. — Jeszcze tylko peruka.
Majster chwycił w dłonie ogromną konstrukcję, która wyglądała bardziej jak dziwny rodzaj sztuki niżeli coś, co ktoś miałby nosić na głowie. Gromada połyskujących złotych ptaków przytwierdzona była do upudrowanych na biało drogocennych włosów. Całość dopełniała plątanina niebieskich tasiemek. Wszystko wyglądało na bardzo ciężkie i nieporęczne. Brunet szybko przekonał się też, że właśnie takie było, kiedy peruka znalazła się na jego głowie, przypięta licznymi szpilkami.
— Błagam, nie wykonuj żadnych gwałtownych ruchów. — Jung odsunął się ostrożnie, z obawą spoglądając na przechylającego się chłopaka.
Pisnął niemęsko, kiedy nos sługi zderzył się z blatem mahoniowego biurka.
— Jak ja mam z tym chodzić? — zapytał, bliski płaczu.
— Och, taka silna i niezależna kobieta jak ty poradzi sobie ze wszystkim — usłyszał kolejną tego dnia salwę perlistego śmiechu. — Zaufaj mi, jestem inżynierem.
Wywrócił oczami i podniósł się do pionu, z trudem utrzymując równowagę. Kaszlnął, kiedy jego drogi oddechowe niespodziewanie zaatakowała chmura pudru, który oblepił przy okazji grubą warstwą jego twarz.
— Nadal nie wierzę, że arcyksiążę uwierzył w tę twoją bajeczkę o migrenie i zwolnił cię z dzisiejszych obowiązków — mruknął Hoseok, tworzący urocze pieprzyki na twarzy Gguka.
— Zapewne brzmiałem przekonująco.
— Tak to sobie tłumacz — prychnął. — Kim ma do ciebie słabości nawet bez tej całej szopki z udawaniem.
Twarz Jeona zalała fala krępującej czerwieni, którą dojrzeć dało się nawet pod ciężkim, wręcz trupim makijażem. Poczuł, jak zwinne palce współlokatora zakładają wymyślną maskę na jego przymrużone oczy i wiążą ją w tyle, chowając supeł w sztucznych włosach.
— Przyszły cesarz nigdy nie pokochałby nic nie znaczącego chłopaka — zakończył smutno temat.
×××
W sali balowej spodziewał się sztywnej atmosfery, podniosłych słów i pełnych wyższości spojrzeń. A co zastał w rzeczywistości?
Przerażający gwar, głośną orkiestrę i mnóstwo pijanych ludzi.
Nikt nie zauważył jego przybycia. Bo kto przejmowałby się kolejną osobą wśród ogromnego, zamaskowanego tłumu? Z zapartym tchem podziwiał pięknie przyozdobioną salę balową i ukradkiem podbierał słodkości z bogato zastawionych stołów. Starał się wypatrzeć wśród tłumu znajomą sylwetkę, którą przecież studiował uważnie każdego dnia, ale za każdym razem, kiedy myślał, że ją wychwycił, zlewała się z resztą. Zrezygnowany sączył więc kolejną szklankę kompotu. Nie był pewien, czy była to już czwarta, czy może czternasta, ale delikatny smak świeżych malin pieścił jego kubki smakowe.
Wyobrażał sobie, że usta Kima smakują tak samo dobrze, po czym raczył się głębokim łykiem napoju.
W końcu dostrzegł postać w złotej masce, którą bez wątpienia był jego arcyksiążę. Przez chwilę stał z rozdziawioną buzią, oszołomiony pięknem mężczyzny. Srebrzyste guziki przyszyte w dwóch rzędach na jego śnieżnobiałej tunice lśniły niemal tak pięknie, jak onyksowe tęczówki, kiedy sunął po parkiecie. Jeongguk poczuł ukłucie zazdrości widząc, jak Taehyung trzyma piękną i smukłą kobietę w swoich ramionach. Rozmawiali o czymś żywo, uśmiechając się przy tym szeroko. Mimo tego żadne z nich nie pomyliło kroków menueta. Wyglądali idealnie.
Wyglądali jak zakochani.
Chłopak odsunął się od stołu z zamiarem opuszczenia sali. Zrozumiał, że jego obecność tu niczego nie zmieni, a jedynie złamie jego młodzieńcze serce. Żałował, że w ogóle wpadł na ten pomysł i jeszcze wciągnął w to Hoseoka. Żałował, że kiedykolwiek pomyślał, że jego zauroczenie stanie się odwzajemnioną miłością, że jako mężczyzna może kochać innego mężczyznę. Ze łzami w oczach pchał się w stronę głównych drzwi po drugiej stronie pomieszczenia, łokciami torując sobie drogę. W ręce nadal trzymał kielich z napojem, co było wybitnie lekkomyślne, gdyż zaledwie chwilę później jego zawartość znalazła się na czyimś ubraniu. Zatrzymał się i spanikował.
— Tak m-mi przykro, j-ja to spiorę, o panie — dukał, trzęsąc się.
— Taką mam nadzieję.
Jego wnętrzności zrobiły fikołka, kiedy podniósł głowę, a zirytowany wyraz twarzy arcyksięcia Kima uświadomił mu, że jeszcze bardziej pogorszył swoją sytuację.
— Wino nie spiera się łatwo, muszę się koniecznie przebrać — westchnął starszy.
"Wino?", pomyślał sługa i skarcił się w myślach za swoją głupotę. Już wiedział, skąd wzięły się te zawroty w jego głowie.
— P-pójdę z Waszą Arcyksiążecą Mością i z-zabiorę Waszej Arcyksiążecej Mości ubranie do pralni. — Jeon skłonił się nisko, niezbyt wiedząc, co tak właściwie robi.
Taehyung zaśmiał się pokrzepiająco i wystawił hrabinie (no prawie hrabinie) ramię, pod które wsunęła swoją odrobinę za dużą dłoń. Wydostali się z sali, czując na sobie wścibskie i niezbyt dyskretne spojrzenia wielu osób. Szli korytarzem, który wyłożony był miękką wykładziną, a muzyka cichła z każdym przytłumionym krokiem. Jeongguk dobrze wiedział, gdzie zmierzają, ale dał się kierować, nie wychodząc ze swojej roli. Obecność mężczyzny sprawiła, że jego moralne rozterki przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Przy nim wariował.
Przy nim się zapominał.
W końcu zatrzymali się pod cesarską garderobą i weszli do niej. W pomieszczeniu panował półmrok, ale młodszy nie miał problemu z dostrzeżeniem opadającego na podłogę zabrudzonego munduru i postawnej sylwetki Kima. Aż zrobiło mu się duszno.
No chyba, że to wina alkoholu.
Przyszły władca odwrócił się do swojego towarzysza i uśmiechnął półgębkiem.
— Jak się zwiesz, piękna pani? — zapytał nieco sarkastycznie, lecz schylający się po odzienie Jeon nie wyczuł tego.
— Lim Yerim — odparł pewnie.
Taehyung prychnął i podszedł do niego nieco bliżej.
— Oh, naprawdę? — Przejechał dłonią po tyle jego głowy i rozplątał wstążkę, na której trzymała się maska. To samo uczynił ze swoją.
Rzucił je niedbale w kąt, nie martwiąc się, że popękają.
— Oczywiście, że tak — oburzył się sztucznie.
— A to szkoda. — Ostentacyjnie opuścił kąciki ust. — Bo miałem nadzieję, że w walentynki wyznam uczucia swojej miłości, ale najpierw ode mnie uciekła, wymyślając beznadziejną wymówkę, a teraz próbuje zrobić ze mnie głupka.
— C-co? O czym, arcyksiążę mówi? — Jeongguk miał wrażenie, że zaraz zemdleje, a serce wyskoczy mu z wypchanej ścierkami piersi.
— Nie zgrywaj się, chłopcze, tylko powiedz mi prawdę. — Gniewnie zmarszczył brwi, lecz jeszcze bardziej zmniejszył dzielący ich dystans.
Sługa nie odezwał się, uparcie milcząc. Wiedział, że Kim i tak już mu nie uwierzy. Przeklął w duszy Hoseoka, którego charakteryzacja najwyraźniej wcale nie była taka dobra.
— Niech będzie, nie musisz nic mówić — warknął i pochylił się nad wystraszonym chłopakiem.
I Jeon przekonał się, że Taehyung smakuje jak wanilia, nie maliny.
Ich usta po spotkaniu się tkwiły parę sekund w bezruchu, by zaraz zacząć ocierać się o siebie z czułością. I choć wiedzieli, że to, co robią jest złe, nie mieli zamiaru przestawać. Tracili oddechy, skrupuły i strzępki poprawności. W końcu stracili też grunt pod nogami, kładąc się na niezbyt wygodnej zielonej kanapie. Ich kończyny, języki i serca plątały się ze sobą, tworząc symfonię piękniejszą niż ta, którą pozostawili na sali balowej. Szpilki utrzymujące perukę młodszego znikały jedna po drugiej, w końcu umożliwiając zdjęcie wadzącej ozdoby. Całowali się tak jeszcze długo i namiętnie, jakby jutra miało nie być, jakby czas zatrzymał się dla nich w małej garderobie.
Ale wcale tak nie było. I obaj dobrze o tym wiedzieli i w momencie, w którym odsunęli się od siebie, odzyskali przynajmniej zdrowy rozsądek.
— Jeongguk-ah, naprawdę nie zrozumiałeś nic z tego, co mówiłem wczoraj? — zdziwił się Kim.
Jeongguk odpowiedział dopiero po chwili, kiedy udało mu się złapać powietrze.
— Byłeś pijany.
— Ty teraz też jesteś. I dlaczego zwracasz się do mnie tak nieoficjalnie, kochany? Nie jestem już twoim księciem? — Taehyung przekręcił głowę odrobinę w prawo.
— Zawsze nim byłeś i będziesz, Tae, ale wypowiadanie twojego imienia w tak cholernie nieformalny sposób sprawia mi niesamowitą przyjemność — tłumaczył się.
Odpowiedział mu krótki pocałunek i cztery słowa, które znaczyły dla niego więcej niż wszystkie bogactwa tego pałacu.
— Jeon Jeongguk, kocham cię.
×××
15 lutego 1719 r., Pałac Błękitny w Cerasie
Jeongguk stawił się w pracy tego dnia znacznie wcześniej i znacznie weselej uchylił ciężkie, dębowe drzwi, a wykładana drogimi panelami podłoga zaskrzypiała pod ciężarem stawianych przez chłopaka kroków jakby ciszej. Jeon Jeongguk – piastujący honorowe stanowisko głównego służącego następcy cesarza, a teraz też jego kochanka – tym razem nie ziewnął nawet cicho, gdyż ostatniej nocy spał dobrze jak nigdy. Zamaszyście odsunął żakardowe story. Do komnaty wpadły promienie słońca, rozświetlając przestronne wnętrze jeszcze jaśniej niż zwykle. Złote ornamenty na eleganckiej boazerii zalśniły wyjątkowo figlarnie, witając z Jeonem kolejny, piękniejszy dzień.
— Dzień dobry, mój kochany książę — powiedział miękko, kierując słowa w stronę ogromnego łoża.
Jakież było jego zdziwienie, kiedy nie odpowiedziało mu żadne westchnięcie, ani też żaden szmer satynowej pościeli. Posłanie było idealnie zaściełane.
Było puste.
Jeongguk pokręcił głową, będąc pewnym, że arcyksiążę nie wrócił w nocy z balu, zasypiając na którejś z ogrodowych ławek. Był już przy wyjściu, kiedy zauważył list na komodzie, włożony pod niedopalone cygaro. List zaadresowany do niego – Jeon Jeongguka. Drżącymi dłońmi rozerwał niedbale odciśniętą pieczęć cesarską. Rozbieganym wzrokiem prześledził koślawy tekst, pełny kleksów, jakby pisany w pośpiechu. Osunął się na ziemię pod naporem zalewających go emocji.
Dokument, który trzymał dawał mu nowe życie.
Ale też odbierał mu do niego wszelkie chęci.
"Najdroższy, Jeongguku!
Przykro mi, że muszę się żegnać z Tobą w ten sposób. Szczególnie myśląc o wczorajszych wydarzeniach. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że pewnego dnia ojciec zapragnie się mnie pozbyć, ale nie sądziłem, że zrobi to tak szybko. Jeżeli zapytasz, gdzie się znajduję, to zapewne usłyszysz, że otrzymałem nagłe wezwanie do wojska i biorę właśnie udział w powstaniach na południu kraju. To akurat będzie prawdą, lecz nie wierz im, że wrócę.
Lata spędzone z tobą przy moim boku były trudne, ale przetrwałem je dzięki Twojemu wsparciu. Proszę, wspieraj też mojego brata, by nie poddał się głupocie Taegeuka.
I zawsze o mnie pamiętaj, nieważne, gdzie się znajdziesz, nieważne, z kim się zwiążesz.
Od tego momentu jesteś wolny. W kopercie znajdziesz dokument, który o tym prawi.
Totus tuus,
Arcyksiążę Suwerennego Państwa Neoazjatyckiego – Kim Taehyung"
×××
* Platon, Uczta
