Chapter Text
Kiedy tego dnia Reynauld wchodzi do wnętrza klasztornej kaplicy, ktoś już w niej jest.
Krzyżowiec marszczy brwi, kiedy dostrzega postać siedzącą na podłodze pod jednym z łuków przy samym ołtarzu. Nie jest nią Junia - którą spodziewałby się tutaj spotkać, nawet o tak późnej porze; nie jest to nawet stary kapłan, ale akurat to nie dziwi mężczyzny. Dawno zauważył, że wiecznie rozdygotanego duchownego nie interesuje ani pełnienie swoich posług, ani stan tego miejsca. Godne pożałowania – jednocześnie jednak nie aż tak zaskakujące. Cokolwiek gnieździło się na tych ziemiach, zatruwało przecież także umysły ich mieszkańców...
Gdy pochodzi bliżej, zdaje sobie sprawę, że owszem, zna tę osobę. Chociaż pomieszczenie oświetla głównie słaby blask dogasających pochodni, wokół niej rozstawionych jest parę zapalonych świec, a zarówno charakterystyczny, egzotyczny ubiór, jak i cudzoziemski wygląd Alhazreda uniemożliwia pomylenie go z kimkolwiek innym. Spoczywająca tuż przy jego boku ludzka czaszka rozwiewa resztki jakichkolwiek wątpliwości.
Na dźwięk kroków, odbijąjących się echem od kamiennych murów, okultysta lekko unosi głowę; spostrzega Reynaulda i kiwa mu lekko na powitanie. Zaraz potem wraca do przerwanego zajęcia - do przeglądania porozkładanych dokoła zwojów i dzienników.
Reynauld z daleka dostrzega na nich wzory rytualnych okregów, pogańskie symbole – i to wystarcza, by zawrzała w nim krew. Niewiele myśląc, szybkim krokiem podchodzi do okultysty.
- Jak śmiesz?! - syczy, uniesiony gniewem. Alhazred odwraca się gwałtownie, z zaskoczeniem spoglądając na górującego nad nim młodszego mężczyznę. - To święte miejsce! Skąd pomysł, że wolno ci tu przeprowadzać jakieś zakazane rytuały?!
- Ach…
Okultysta wykonuje subtelny ruch, jakby zamierzał sięgnąć po leżącą obok czaszkę; zapewne jedynie odruchowo, bo - być może pod wpływem wrogiego spojrzenia Reynaulda - natychmiast cofa dłoń. Rychło w czas. Krzyżowiec nie ma przy sobie broni, ale to nic nie znaczy. Widział moce okultysty użyte w walce. Prędzej połamałby mu palce, niż pozwolił teraz dotknąć się do swojego talizmanu.
Ostatecznie, ciemnoskóry mężczyzna składa dłonie na kolanach. Gdy się odzywa, mówi z całkowitym opanowaniem.
- Bez obaw. Potrafię uszanować nietykalność świątyni. - Powoli zwraca spojrzenie w kierunku Reynaulda. - Jestem cywilizowanym człowiekiem, nie jakimś... barbarzyńcą.
Mimo pozornego spokoju okultysty, i własnych burzących się emocji, Reynauld wychwytuję wyraźnie brzmiącą w jego głosie nutę urazy. Krzyżowiec wypuszcza głośno powietrze z płuc, na moment wytrącony z równowagi. Jego gniew nieco słabnie; wciąż nie jest jednak przekonany co do zamiarów Alhazreda. Potrafi uszanować? Ciężko w to uwierzyć, widząc jak siedzi w kręgu na wpół wypalonych świec, i… Krzyżowiec pociąga nosem. W powietrzu unosi się ślad specyficznego, roślinnego zapachu. Olejek? Kadzidło? Coś dodanego do wosku?
Twarz Reynaulda musi oddawać jego myśli - Alhazred wzdycha i kręci głową. Podążając za spojrzeniem drugiego mężczyzny, zwraca się w stronę zebranych dzienników, leżących luźno kartek.
- Nie odprawiam tu żadnych rytuałów – podkreśla raz jeszcze. - Jestem natomiast uczonym. Pragnę wiedzy – a dawny właściciel tych ziem zostawił swojemu spadkobiercy bibliotekę pełną fascynujących tekstów. Ksiąg, dzienników… także własnych notatek.
Jakby chcąc podkreślić swoją wypowiedź, bierze w dłoń jedną z luźnych stron i podsuwa drugiemu mężczyźnie. Krzyżowiec przeskakuje po niej wzrokiem; jest zapisana drobnym odręcznym pismem, które przy blasku świec zdaje się rozpełzać po papierze.
- Liczę, że niektóre z nich rzucą odrobinę światła na to, z czym może przyjść nam się zmierzyć podczas naszych wypraw. Tak więc, poświęcam czas na studiowanie ich. - Alhazred odkłada kartkę. - Nic więcej.
Słowa okultysty mają sens – jednak… Reynauld mimowolnie zaciska mocniej pięści.
- To nie jest odpowiednie miejsce – cedzi przez zęby, kładąc nacisk na każde jedno słowo. Dlaczego uznał za stosowne zakłócanie spokoju świątyni? - Powinieneś był więc pozostać w bibliotece.
Zdobywa się na zduszenie w sobie gniewu i odrobinę łaski. Da mu jeszcze jedną szansę, ostatnią na wyjście stąd z własnej woli. Jeśli tego nie zrobi, wyrzuci go siłą – wraz z jego wszystkimi przeklętymi lekturami, z czaszką i każdą jedną świecą.
Alhazred musi widzieć ogień w jego oczach. Opuszcza głowę, ze znużeniem pociera nasadę nosa. Zgarbiony, z opadniętymi ramionami, wygląda nagle na dużo bardziej zmęczonego.
- Wybacz mi – odzywa się. - Masz rację, nie powinienem był... To był zły pomysł, przepraszam.
Krzyżowiec powoli kiwa głową. Oczywiście. Alhazred, choć niecodzienny w sposobie bycia, jest spokojny i stroni od konfliktów. Potrafi to docenić. Powstrzymuje więc zniecierpliwienie i tylko przygląda się bez słowa, jak okultysta powoli zbiera razem parę kartek, nadgryzionych być może nie tylko zębem czasu. Niespokojne światło drga na twarzy starszego mężczyzny, pogłębiając cienie pod jego oczami, podkreślając długi łuk nosa i wyraźne kości policzkowe.
W pewnym momencie, Alhazred zatrzymuje się w pół ruchu.
- Przybyłem w to miejsce spodziewając się nieprzyjaznego otoczenia. Rzeczywistość przekroczyła jednak moje oczekiwania...
Czy Reynauld słyszy w jego głosie rezygnację? Czy ma rozumieć to jako słabo zamaskowaną aluzję? Zanim poświęca tym kwestiom więcej czasu, drugi mężczyzna prostuje się i spogląda mu prostu w twarz.
- Cokolwiek się tu gnieździ – wywiera swój wpływ na całą okolicę. Jestem pewien, że również czujesz tę ciężką, duszącą atmosferę. Zostały mi udostępnione nie tylko księgi, ale i miejsce do pracy nad nimi. Moim błędem było zostawać tam na dłużej, niż było to konieczne.
- Co się stało? - Reynauld nie może powstrzymać odrobiny ciekawości. Alhazred tylko kręci głową.
- Nieistotne. Chciałem powiedzieć… Nie ufam temu miejscu. - Twarz okultysty wykrzywia ponury uśmiech. - W pewnym sensie masz rację. Nawet tylko zajmując się swoją pracą, ściągam na siebie uwagę i wystawiam się na cel.
Jakby na potwierdzenie tych słów, jedna ze świec gaśnie. Alhazred mocniej zaciska palce na swych dziennikach. Schyla się, by zebrać pozostałe kartki.
- Potrzebuję każdego wsparcia, jakie mogę zdobyć – Pospiesznie zagarnia swój talizman. Reynauld z jakiegoś powodu nie może się powstrzymać od zerkania w puste oczodoły czaszki.
Może to tylko jego wyobraźnia… ale ma wrażenie, jakby odwzajemniała spojrzenie. Czy też... jakby z jej wnętrza przyglądało mu się coś dużo bardziej złowieszczego…
- Nie powinieneś szukać go tutaj – odzywa się bez zastanowienia, nie odwracając wzroku.
Ostatnia świeca gaśnie z cichym sykiem, kiedy okultysta ściska jej knot palcami. Mężczyzna prostuje się i spogląda prosto w oczy Reynaulda.
- Na to wygląda – mówi tylko.
Opuszcza kaplicę bez jednego słowa więcej, zostawiając krzyżowca sam na sam ze swoimi myślami.
* * *
Reynauld nie wie zbyt wiele o Alhazredzie.
Pierwszy raz spotkali się już tego dnia, w którym okultysta zawitał do posiadłości. Przybył rozklekotanym wozem – tym samym, którym miesiąc wcześniej szalony starzec przywiózł jego i Dismasa, oraz oczywiście dziedzica rodu. Prawdopodobnie zamienili ze sobą parę słów – na jaki temat, tego jednak Reynauld nie potrafi sobie przypomnieć. Pamięta za to doskonale własne zdziwienie na wieść, że ten uprzejmy, choć tajemniczy mężczyzna, o wątłej budowie i gładkich dłoniach, okażał się nie być przyjacielem nowych państwa na włościach, a badaczem mrocznych sił, do którego dotarły pogłoski o owianej złą sławą posiadłości.
Jego reakcja była może przynajmniej po części uzasadniona. Na miejscu były już dwie kobiety - młoda, lecz pełna płomiennego zapału mniszka Junia, i dobrze zadomowiona już Paracelsus, parająca się medycyną, zaintrygowana zarazą toczącą stworzenia w okolicznych lasach. Nawet ptasia maska kobiety przywodziła na myśl sępa, którego woń padliny przywabiła na okoliczne ziemie. Z nich dwóch przynajmniej Junia potrafiła władać cięższą bronią – ale jej domeną wciąż było kojenie ran towarzyszy. Reynauld był pewien, że kolejną najętą przez dziedzica osobą będzie ktoś dobrze wyszkolony w walce.
Patrząc na ostry profil Alhazreda, zawzięcie notującego coś na żółtawych stronicach, Reynauld doszedł do wniosku, że los najwyraźniej postanowił sobie z nich zakpić.
- Ahh… Wspomnicie moje słowa. Jego pierwsza wyprawa będzie jednocześnie ostatnią. - Paracelsus nie owijała w bawełnę, wypowiadając na głos obawy Reynaulda. - Junia mogłaby go przerzucić przez ramię…
- Ciebie by wzięła na drugie – przyciął tylko Dismas. Reynauld powstrzymał się od osądów. Wkrótce i tak mieli się przekonać, co też Alhazred miał do zaoferowania.
Jak się miało okazać - czarną magię.
Uprzedził ich wcześniej, rzecz jasna – ale to tylko trochę złagodziło szok pierwszego wrażenia. Co innego spodziewać się mamrotanych pod nosem klątw, co innego widzieć potężne półprzejrzyste macki, wyłaniające się za niespodziewającym się niczego wrogiem. Reynauld nie miał jednak czasu długo zastanawiać się nad tym, co widział – chwilę później przeciwnik został ciśnięty prosto pod jego nogi, i krzyżowiec bez wahania opuścił na niego miecz.
Gdy odnalazł wzrokiem okultystę, ten posłał mu słaby uśmiech. Mroczne sztuki, pomyślał Reynauld, odwracając się z niechęcią. Lepiej, żeby był tego wart.
Kiedy wiele godzin później zebrali się przy niedużym ognisku – jedynym źródle światła i ciepła wśród zapadającej szybko ciemności – zmarznięci, brudni i obolali, Alhazred odchrząknął niezręcznie, przerywając ciszę.
„Podobno śpiew podnosi na duchu, więc… może ja zacznę...”
Zdecydowanie, podniósł – przynajmniej w przypadku Dismasa, nie powstrzymującego nawet śmiechu. Junia przynajmniej miała tyle przyzwoitości, by zasłonić twarz dłonią.
„Nic do nas nie przypełznie w nocy! Takim nieludzkim wyciem wypłoszyłeś stąd wszystkich bandytów i dzikie psy!”
Reynauld wcisnął mu w ręce kawałek chleba, z nadzieją, że zacznie jeść, zamiast gadać. Alhazred skrył się szybko za kartami swojego dziennika, zakłopotany.
Jednak, poza tym krótkim komentarzem Dismasa, chociaż przez kilka krótkich minut faktycznie nie myśleli o tym, co mogło czaić się na nich w mroku.
* * *
Reynauld przebywa w osadzie już prawie miesiąc, lecz wciąż nie może zdecydować, czy bardziej niepokoją go perspektywy wypraw w mroczne ostępy lasów otaczających Stary Trakt lub w ponure korytarze Ruin, czy momenty, kiedy z jakiegoś powodu zmuszony jest zostać na miejscu. Większość okolicznych mieszkańców w jego oczach wygląda jak widma, snujące się cienie ludzi. Zniszczone budynki przedstawiają się niewiele lepiej. Najgorsza jest jednak bezczynność. Ale póki jednak rozklekotane wozy z prowiantem nie dotrą na miejsce, póki znachorzy nie przygotują kojących ziołowych maści, póki Paracelsus nie nawarzy nowych antidotów – a przede wszystkim, póki ich pracodawca nie rozplanuje dokładniej, jaki powinien być ich następny ruch – pozostaje mu cierpliwe czekanie.
- Zgadnij, dokąd wyprowadziła nas ta suka Bolama!
Zarówno Reynauld, jak i rozmawiający z nim stary kapłan równocześnie odwracają głowy w stronę wydeptanej ścieżki, którą zmierza w ich stronę wyraźnie wzburzony Dismas. Duchowny unosi brwi; zaniepokojony krzyżowiec natomiast pospiesznie rusza na spotkanie drugiemu mężczyźnie. Te słowa nie wróżyły dobrze…
- Świnie! - W oczach Dismasa płoną ognie. - Pieprzone świnie w akweduktach!
Reynauld zatrzymuje się w pół kroku.
- Co… - zaczyna słabo – ale Dismas nie daje mu dokończyć.
- No, świnie! - powtarza znowu, jakby to miało wszystko wyjaśnić. - Patrz tylko, jak mnie urządziły!
Nim Reynauld zdążyłby zaprotestować, brzeg wytartego swetra wędruje w górę, a pasek w dół – odsłaniając przed nim i starym kapłanem świeżą ranę na biodrze, zasypaną podejrzanym żółtawym proszkiem. Krzyżowiec może bardziej doceniłby równy ścieg zbliżający jej brzegi razem (bez wątpienia dzieło wprawnej ręki Paracelsus) – gdyby nie przykuwające wzrok pasmo ciemnych włosów, biegnące od pępka w dół-
Reynauld przytomnieje i odzyskuje głos.
- Nie obnażaj się tutaj! Miej trochę ogłady! - W pierwszym odruchu chwyta bandytę za nadgarstki. Dismas wyszarpuje się i patrzy na niego jak na niespełna rozumu.
- A tobie co?! Gdzie z łapami…!
Starszy opat odchrząka, zwracając uwagę Reynaulda.
- To chyba sprawa pilnej wagi… - odzywa się nerwowo - jak zawsze; w połączeniu z wychudłą twarzą i wiecznie rozdygotanymi rękoma, w wiszących na nim szatach, przypomina bardziej stracha na wróble, niż żywego człowieka. - Zostawię was samych...
Zerka z odrobiną lęku na Dismasa – jak na niebezpiecznego szaleńca. Reynauld nie może go winić za tę ocenę.
- Tak, ja... Oczywiście. - Krzyżowiec kiwa głową. - Wybacz, ojcze. Przemyślę twoje słowa.
Kapłan z wyraźną ulgą oddala się, jak szczur umykający do swojej nory. Mężczyźni patrzą w milczeniu na jego malejącą sylwetkę.
- Więc – Reynauld odwraca się w końcu do Dismasa. – Co to wszystko ma znaczyć? - Znów czuje ukłucie niepokoju. - Nie mów mi, że...
Czy Dismas wrócił sam?
Reynauld uważnie obrzuca go wzrokiem – ale nie wydaje się, by odniósł jakieś ciężkie rany… Bandyta opacznie rozumie jego troskę, bo wykrzywia usta pod swoją czerwoną chustą.
- Nie patrz tak na mnie, jeszcze nie zwariowałem. Chociaż coraz mi do tego bliżej. Aaa, przeklęte podziemia… - Macha ręką. - Chodź, co będziemy tak stali…
Dismas siada na zmarzniętej ziemi pod samotnym, ogołoconym z liści drzewem. Reynauld staje nad nim; jego cierpliwość zaczyna się szybko kończyć.
- O co tu się rozchodzi? - Marszczy nos, gdy dociera do niego ciężki, zwierzęcy odór ciągnący od Dismasa. Nawet na wolnym powietrzu jest niemal nie do zniesienia. - Cuchniesz.
- Też byś śmierdział, gdybyś przeszedł przez to, co ja – prycha bandyta. - Nie uwierzysz, co jeszcze się tutaj gnieździ…
I opowiada mu o tym, co przypadkowo odkryli podczas ostatniej wyprawy. O tym, jak pies ich nowego towarzysza wyprowadził ich w połączony z krętymi korytarzami podziemi posiadłości labirynt starych akweduktów. O zamieszkujących go istotach – kroczących na tylnych kończynach człekokształtnych świniach, ucztujących na gnijącym ludzkim mięsie, i padlinożernych pędrakach, większych od dorosłego mężczyzny.
Reynauld zaczyna rozumieć wzburzenie mężczyzny. Ostrożnie opuszcza się na ziemię obok, zważając na swoją nogę. Modlitwy Junii na razie jedynie po części uleczyły jego rany. Nie uśmierzyły jeszcze do końca bólu, ani nie przywróciły jej pełni sprawności.
- Przynajmniej Para nazbierała sobie różnego świństwa, będziemy mieć ją z głowy na następny tydzień… - kończy wreszcie Dismas.
- Wyszliście stamtąd cało, to najważniejsze – mówi najzupełniej szczerze Reynauld – pod wpływem impulsu, naprawdę. Przez twarz drugiego mężczyzny przebiega cień zaskoczenia. Zaraz jednak Dismas macha lekceważąco ręką, odwracając wzrok.
- Tak, tak… Przede wszystkim, z cięższymi sakiewkami – śmieje się.
Reynauld marszczy brwi, już żałując swoich słów. Jak mógł tak… Oczywiście, Dismasa przyciągnęły tu jedynie kosztowności. Wie o tym, i nie powinno go to dziwić – Dismas to zwykły oprych i morderca… Mimo wszystko, czuje się rozczarowany.
„Nie traktuj go jak równego sobie kompana”, upomina sam siebie. „Nie jest tego wart.”
Czuje suchość w ustach i odwraca wzrok.
„Mordercy i heretycy...”
- Paracelsus miała rację. Ten nasz szaman długo tu nie wytrzyma.
Krzyżowiec z ociąganiem spogląda znów na towarzysza. Dismas w międzyczasie wydobył skądś poobijaną, metalową piersiówkę i z namaszczeniem zabrał się za dobieranie do jej zawartości. Reynauld przygląda się, jak odsuwa chustę, odsłaniając szpetne blizny przecinające usta, i bierze solidny łyk.
- Od początku było z nim coś nie tak, później… - Wyciera wargi wierzchem dłoni. - Później było tylko gorzej. Do jutra weźmie nogi za pas - albo nie wróżę mu zbyt długiego życia… - Uśmiecha się bez wesołości. - Chociaż, może to i lepiej, przynajmniej nie będę mieć szalonego maga za plecami.
Podsuwa piersiówkę towarzyszowi. Reynauld tylko unosi dłoń w odmawiającym geście.
- Wolę nie.
- Dobrze by ci zrobiło. Nie będę pić sam, a z tą wariatką Para wolę nie spędzać więcej czasu, niż muszę. - Chowa pojemnik i znowu zasłania twarz. Kiedy znów się odzywa, materiał nieco tłumi jego słowa. - Co ci tak zajmuje czas? Rozmowy z tym starcem?
- Kwestie wiary. Nic, co by cię interesowało – mruczy Reynauld.
- Ahh, pewnie...
Dismas nie ciągnie tematu. Podnosi się, opierając dłonie o kolana. Reynauld podąża w jego ślady. Krzywi się lekko, czując ukłucie bólu. Nie umyka to uwadze starszego z mężczyzn.
- Co z twoją nogą? Junia jeszcze się nią nie zajęła? Myślałem, że ta jej magia może góry przenosić…
- Junia…
Reynauld przypomina sobie słowa starszego kapłana. Jego strapiony wyraz twarzy, gdy opowiadał, że mniszka z sobie tylko znanych powodów zamknęła się w odosobnieniu w jednym z zimnych, kamiennych pomieszczeń piwnic opactwa.
- Junia poświęca swój czas obcowaniu ze Światłością – oświadcza w końcu. - Moje rany mogą zaczekać.
Dismas marszczy brwi, jakby na końcu języka miał już uwagę o wygadywanych przez drugiego mężczyznę bzdurach… ale w końcu zbywa to machnięciem ręki.
- To są te „kwestie wiary”, które obmawialiście?
Reynauld stara się nie pokazać po sobie zaskoczenia tym, jak szybko Dismas połączył fakty. Niechętnie przytakuje.
- Jej zachowanie niepokoi opata.
- Niepokoi? - Dismas parska śmiechem. - Niechby go niepokoiły żywe trupy na tych ziemiach, nie dziwactwa Junii!
Krzyżowiec nie odpowiada. Jest niemal wdzięczny za ból w nodze, odwracający jego uwagę od ich wcześniejszej rozmowy.
Powietrze jest chłodne, wilgotne; czuć w nim już pierwsze oznaki nadchodzącej zimy. Dismas zwalnia, zrównując krok z kulejącym Reynauldem. Pod stopami trzeszczą mu zmarznięte liście. Przed bramami opactwa Reynauld reflektuje się i zatrzymuje w pół kroku. Dismas zerka na niego przez ramię, pytająco unosząc brew. Najwyraźniej spodziewał się, że krzyżowiec dalej też będzie mu towarzyszył.
- Powinienem sprawdzić, co z Junią.
- Więc jednak się martwisz? - rzuca zaczepnym tonem Dismas. Po chwili wyraz jego twarzy – tej części twarzy, której nie zasłania chusta – łagodnieje. - Robi się coraz zimniej. Ogrzejesz się, Paracelsus da ci jakieś mazidło, ulży twojej nodze...
Propozycja Dismasa brzmi rozsądnie…
… ale Reynauld miał dawniej towarzyszy broni – prawdziwych, zjednoczonych z nim we wspólnym celu, walczących o słuszną sprawę, nie tylko… tylko... zwabionych bogactwami, jakie mogli zdobyć...
„Mordercy i heretycy...”
Zbytnie bratanie się z resztą najemników w posiadłości… Nie może w ten sposób splamić ich pamięci.
Prostuje się dumnie. Popełnił już dzisiaj jeden błąd - nie zamierza go powtarzać.
- Ktoś inny bardziej na nim skorzysta – oświadcza.
Dismas patrzy na niego dłuższą chwilę, zmieszany, jakby natrafił w nieoczekiwanym miejscu na łamigłówkę, której nie potrafi rozwiązać. Jego poznaczone siwizną włosy poruszają się, łagodnie unoszone chłodnymi podmuchami wiatru. Ostatecznie, mężczyzna wzrusza lekko ramionami.
- Jak tak mówisz...
Reynauld przytakuje machinalnie. Dismas odchodzi; z daleka Reynauld widzi, jak poprawia kołnierz płaszcza, gdy zimny wiatr przybiera na sile.
Krzyżowiec tylko rozciera dłonie i obejmuje się ramionami, kuśtykając z powrotem, by schronić się przed chłodem wieczoru.
* * *
Junia opuszcza opactwo nazajutrz – z twarzą bladą, ale pełną spokoju. Jej ręce nie drżą, jak wcześniej, a słowa modlitwy, którą uzdrawia wciąż niezaleczone rany towarzyszy, są pełne mocy. Z tak młodą, jasną twarzą i księgą w dłoniach, Reynauldowi przywodzi na myśl posąg świętej.
W pomieszczeniu, w którym zamknęła się na ostatnie kilka dni, wciąż czuć krwią – choć Junia sumiennie usunęła wszelkie jej ślady. Reynauld nie zadaje mniszce pytań. Zamiast tego, w podzięce za leczenie, przynosi jej wieczorny posiłek.
Mija parę bezczynnych dni - aż wreszcie dziedzic tych ziem, ciemnowłosy mężczyzna o przenikliwym spojrzeniu, zarządza kolejną wyprawę. Reynauld przywdziewa zbroję, przygotowuje miecz. Ruiny posiadłości, zdające ciągnąć się w nieskończoność, wciąż napawają grozą, wciąż zalewane są przez hordy nieumarłych. Nie może pozwolić, by taki stan utrzymywał się ani chwili dłużej.
