Work Text:
-Gdzieś się wybierasz?- Sherlock usłyszał za sobą karcący głos Johna, kiedy cicho przemykał w stronę drzwi wyjściowych.
-Sprawa. Lestrade. Jestem potrzebny.- detektyw starał się wyglądać niewinnie.
-Na pewno?- John po 5 latach razem nie zawsze rozpoznawał kiedy Holmes kłamał, ale tym razem było to oczywiste- i ta sprawa nie ma oczywiście nic wspólnego z telefonem od Irene?
-John. Nie dziś.- John uśmiechnął się w myślach, ofiara to morderca.
-Przecież to tylko dziecko.
-Ale...
-Sam chciałeś. To twoje geny więc weź za nie odpowiedzialność.
-Nikt mi nie powiedział, że są tak...
-Upierdliwe? Głośne? Denerwujące? A to tylko twoja połowa. Dodać jeszcze...
-Proszę.- ostatnia deska ratunku. John nigdy nie odmawiał gdy prosił.
-Nie. Ostatnim razem się wymigałeś. Dziś zostajesz. Ja w przeciwieństwie do ciebie naprawdę pracuje.
Sherlock spojrzał na niego z wyrzutem. Doktor wiedział ,że detektyw kocha Hamisha. Na swój pokopany sposób nawet to okazywał. Tylko nie umiał porozumieć się z dzieckiem. Genialnym, ale nadal bardzo małym dzieckiem. A jego próby ucieczki od opieki na synem były próbą ucieczki przed nim samym. Prawie dosłownie. (Precyzyjniej w 50%)
-Już są. To ja was zostawiam. -doktor szybko wziął kurtkę i wyszedł nim Sherlock zdążył zaprotestować.
Ostatni z pacjentów opuścił gabinet. John przeciągnął się na krześle i spojrzał na zegarek. 18:10. Zaraz wróci na Baker Street. Tylko najpierw kupi coś do zjedzenia bo jego chłopcy na pewno nic nie ugotowali. Zmysł praktyczny każdego mężczyzny-geniusza przebywającego w ich zagraconym domu zawsze zdumiewał Johna. A raczej zupełny jego brak.
Na 221 B Baker Street powitała go cisza. W kuchni nikogo nie było. W salonie pusto, w sypialni Sherlocka pusto.-Gdzie do cholery oni są.- zaniepokojony otworzył drzwi swojego dawnego pokoju. Przez kilka chwil nie był pewien czy dobrze trafił. Na środku pomieszczenia stała wielka drewniana łódź-jak oni ja tu wnieśli?-przemknęło mu przez głowę, cała podłoga przykryta została niebieskim materiałem, łóżko zaś całe zasypane, o zgrozo, piaskiem. John podszedł na palcach do łodzi. Na dnie ujrzał Hamisha ubranego w piracki kapelusz wtulonego w śpiącego Sherlocka. Holmes-ojciec wyglądał o wiele bardziej niesamowicie. Z przepaską na oku i domalowanymi wąsami. Watson walczył z ogarniającym go rozbawieniem, które chwile potem zostało zastąpione wzruszeniem. Wglądali tak spokojnie. Wziął koc z szafy i przykrył swoich korsarzy. Nie chciał ich jeszcze budzić.
Za drzwiami sypialni John pozwolił sobie na cichy śmiech. -I tak jedyny detektyw konsultacyjny Sherlock Holmes spełnił swoje marzenie i został piratem.-szepnął do siebie i poszedł po aparat.
