Actions

Work Header

Polowanie na zakochany październik

Summary:

Seria publikowanych codziennie drabbli, tworzonych z okazji Inktobera (challengu dedykowanego rysownikom, ale czemu z niego nie skorzystać). Pojawi się dużo miłości, dużo Viktuuri i jeszcze więcej szalonej improwizacji. No bo czego właściwie chcieć więcej? ;)

Notes:

Cześć i czołem!

Zwariowałam, to pewne. Miałam ograniczać pisanie, ale nagle (czyt. dziś) mi się przypomniało, że przecież październik to miesiąc twórców i pewnej szczególnej akcji, przeprowadzanej już od wielu lat w licznych mediach społecznościowych. Słyszeliście może o Inktoberze? To taki specjalny, międzynarodowy challenge, w którym ludzie przez cały miesiąc mają codziennie rysować coś na zadane wcześniej hasła. Cel jest taki, żeby rozwinąć wyobraźnię, zachęcić do systematyczności i sprawić sobie masę radochy. Niestety, ponieważ rysować specjalnie nie umiem - czy może raczej w ogóle nie jest to moja forma przekazu - dlatego zdecydowałam się na taki szalony ruch i zamiast rysunków będę przez miesiąc publikować fanfik, na podobnej zasadzie jak działa "Archiwum", dość luźno osadzone w czasoprzestrzeni Dziabowersum. Co z tego wyniknie? Czas pokaże.

Poniżej macie hasła ustalone na cały miesiąc:
https://pbs.twimg.com/media/EDb4l2lU8AA0-1r.jpg

Właśnie według tego szablonu postaram się codziennie publikować jakiegoś krótkiego (albo niekoniecznie) drabbelka. Oczywiście ważna fraza-klucz - postaram się. Czasami nie będę miała dostępu do komputera, czasami będę zwyczajnie zajęta, czasami hasło sprawi mi niesamowitą trudność, dlatego może mi się nie udać trzymać tego postanowienia absolutnie cały miesiąc. Ale po raz pierwszy od wielu tygodni czuję taki specyficzny rodzaj wewnętrznego podjarania, który sprawia, że mam ochotę pisać, a nie tylko "odwalać pańszczyznę". Jeśli czujecie się na siłach, Wy też dołączcie do akcji :)

A teraz - zapraszam do lektury i komentowania! :D

Chapter 1: ring / obrączka

Chapter Text

***

- Yuuri! - Z łazienki dobiegło zawołanie tak pełne żałości i przerażenia, że Japończyk w jednej chwili porzucił przygotowywaną miskę z karmą dla Makkachina i w te pędy puścił się w głąb mieszkania, by zaraz dotrzeć do Viktora. Blady jak ściana, zupełnie osłupiały narzeczony pochylał się nad umywalką i wyglądał tak, jakby próbował zakląć rzeczywistość, aby ta cofnęła się chociaż o bezcenne pięć minut. - Yuuri, moja obrączka...!

- Wpadła? - odgadł i czym prędzej podszedł do Rosjanina.

- Zdjąłem ją tylko do kąpieli, a kiedy chciałem założyć z powrotem... nagle mi się wyślizgnęła... no i to sitko jakoś tak dziwnie się uniosło i...

- Rozumiem. - Chociaż wydawało się, że krew odpłynęła również z japońskich policzków, to jednocześnie myśli oczyściły się ze zbędnych informacji, a zmysły jakby wyostrzyły. To nie był czas na panikę. Musieli działać. Yuuri sięgnął do kieszeni po swój telefon, sprawnym kliknięciem uruchomił latarkę i skierował światło w stronę odpływu umywalki. - Raczej nie masz na stanie żadnych kolczyków, co nie?

Viktor uniósł brwi, ale nie chciał dopytywać o szczegóły, tylko bezradnie pokręcił głową.

- Nie szkodzi. Nawet nie miałem na to nadziei. W takim razie... - Japończyk zagryzł usta, obmyślając w głowie dalszy plan działania. - ...czy dasz radę znaleźć jakąś agrafkę? Albo chociaż cienką wsuwkę?

Tym razem odpowiedź była twierdząca, a Viktor wyskoczył z pomieszczenia i poleciał szukać potrzebnych akcesoriów. Yuuri za to zakończył ekspertyzę odpływu i zaczął rozglądać się po łazience, starając się znaleźć inne, nie do końca konwencjonalne narzędzia. Zaraz sięgnął w stronę półki, gdzie znajdował się kubek ze szczoteczkami do zębów, i wyciągnął stamtąd opakowanie nici dentystycznej. Okej. Chyba był już prawie gotowy.

- Mam! - Nie minęła nawet minuta, kiedy w progu łazienki ponownie zjawił się Viktor, unosząc z dumą zaciśniętą dłoń. - Mam trzy agrafki!

- Super. O, ta powinna się świetnie nadać. - Yuuri przejął najmniejszą z agrafek, rozpiął ją i kilkoma sprawnymi ruchami przywiązał nić dentystyczną do większego z końców zapinki. - A teraz weź telefon i poświeć mi tutaj przez chwilę...

Japończyk z opanowaniem godnym zawodowego szambonurka zapuścił prymitywną wędkę do odpływu i manewrował nią przez kilkanaście dobrych sekund, aż wreszcie łyżwiarz zdecydował się wypuścić wstrzymywane do tej pory powietrze i wyciągnął nić, na krańcu której dyndała teraz lekko ubrudzona, ale wciąż błyszcząca jak szalona obrączka.

- Yuuri! - Viktor nie wiedział, co miał zrobić z rękami (chyba bał się, że gdyby rzucił się na narzeczonego, to mógłby ponownie zrzucić biżuterię do kanalizacji), dlatego uniósł je do twarzy i przycisnął do policzków, kompletnie oszołomiony sprawnie przeprowadzoną akcją ratunkową. - Yuuri...! Jesteś... niesamowity...!

- E tam. To tylko zwykła fizyka i może odrobina szczęścia. Dobrze, że po całym dniu poza domem nie korzystaliśmy jeszcze z umywalki i że rury były suche - odparł ze stoickim spokojem, ale kiedy wreszcie odłożył wędkę i spojrzał wprost na Viktora, zrozumiał, jak wielki ciężar spadł właśnie z ramion Rosjanina. - Nie martw się. Nawet gdybym nie dał rady jej wyłowić, to obrączka i tak zatrzymałaby się w kolanku. Wystarczyłoby je odkręcić. W akademiku koleżanki często miewały takie problemy z biżuterią, dlatego mam w tym wprawę.

- Yuuri... - Mimo to Viktor wciąż wydawał się szczerze urzeczony poziomem zaprezentowanego profesjonalizmu. - No i co ja bym bez ciebie zrobił?

- Szczerze? - Wtedy Yuuri uśmiechnął się, ujął prawą dłoń narzeczonego i wsunął złoty krążek z powrotem na należne mu miejsce. - Po prostu nie miałbyś obrączki do wyławiania.

- O nie. Nie zgadzam się. To ja już wolę regularnie wpadać w tarapaty... i mieć cudownego specjalistę, który będzie mnie z nich ratować - uznał jednak Viktor, w podzięce przytulając do piersi swoje dwa najcenniejsze skarby: ten złoty i ten absolutnie najukochańszy.