Actions

Work Header

theJOLLYROGER

Summary:

pirate!au

Harry wychowuje się z ciotką i wujem, pomagając w ich gospodzie. Rodzice zostawili go z dziwną mapą, dlatego marzeniem chłopaka jest, by wypłynąć w morze i odszukać zaginionych rodziców. Plany komplikuje pojawienie się Lorda Voldemorta — postrachu siedmiu mórz, który wie, czym tak naprawdę jest Harry.

Notes:

(See the end of the work for notes.)

Chapter 1: I.

Chapter Text

Harry próbuje uspokoić swój głośny oddech i szalejące niczym stado pędzących koni serce. Wie, że każdy jeden dźwięk, niewłaściwie postawiona stopa mogą go zdradzić.

Księżyc wisi wysoko na gwiaździstym niebie, rozświetlając mały port miasteczka Plockton i ukazując statek, na który właśnie skrada się Harry, w całej okazałości. Dziób z przerażającą rzeźbą węża szeroko rozwierającego paszczę, wysokie maszty z czarnymi żaglami, lśniące zielenią drewno burty i powiewającą na lekkim, nocnym wietrze banderę Jolly Roger — przerażająca czaszka z dwoma skrzyżowanymi piszczelami u dołu.

Harry wspina się po śliskiej drabince sznurowej najciszej jak potrafi, korzystając z okazji, że załoga Nagini — okrętu straszliwego Lorda Voldemorta — upija się w pobliskiej tawernie, wydając ukradzione złoto.

Zagadką jest, dlaczego przybili do portu w Plockton — małego miasteczka na północy Szkocji. Wody otaczające miejscowość były zdradliwe, mało kto po nich żeglował, dlatego też mieszkańcy łowili jedynie przy brzegu, a żyli z handlu z miejscowościami na lądzie, nie kwapiąc się na długie żeglugi, gdyż groziło to zatopieniem całego statku przy sztormie. W Plockton nie ma nic, absolutnie nic, co mogłoby interesować piratów.

— Piraci. 

Harry waży to słowo na własnym języku, sprawdzając jak ono brzmi wypowiadane na pirackim statku. Od zawsze marzył, by nim zostać i odnaleźć rodziców, dlatego gdy tylko nadarzyła się okazja, postanowił się zakraść i wypłynąć z Plockton — uciec od nieznośnego wujostwa i zacząć żyć przygodami. 

Nowe życie było niesamowicie kuszące, dlatego Harry całkowicie ignoruje potencjalne niebezpieczeństwo i podciąga się na pokład okrętu. Ostrożnie stawia kroki na wypolerowanym drewnie, rozglądając się po okręcie. Jedynym źródłem światła jest delikatny blask księżyca i pojedyncza lampa naftowa zwisająca z jednego z masztów. 

Stwierdzając, że najlepszym miejscem, by się schować będzie ładownia, Harry kieruje tam swoje ostrożne kroki, nie ma pewności, czy któryś z piratów nie został na czatach. Podsłuchał jednak, że sam kapitan zajmował się czymś związanym z Insygniami Śmierci, co w sumie było zabawne, bo każdy wiedział, że to tylko bajka, legenda. Zresztą co takie magiczne artefakty miałyby robić w Plockton?

Gdy już wyciąga rękę, by sięgnąć drzwi, na jego nadgarstku zaciskają się bardzo długie i bardzo blade palce.

Chociaż pewnie to wina księżyca, myśli Harry.

— Złodziej? Odważnie sobie poczynasz. — Głos wysokiego mężczyzny jest głęboki i niski. Harry próbuje wyrwać rękę z silnego uścisku, ale bezskutecznie — palce pirata są jak z żelaza.

— Żaden złodziej! — usprawiedliwia się Harry, nadal podejmując bezowocne próby uwolnienia się. — Ja tylko...

— Ty tylko...? — Mężczyzna przyszpila Harry'ego do ściany, ramieniem przyciskając szyją chłopaka. Podnosi lampę, by oświetlić mu twarz, a Harry mruży oczy przed rażącym światłem.

— Och — mówi, teraz sprawiając wrażenie nie zirytowanego, ale wręcz zadowolonego. — Znalazłem cię — mówi, śledząc opuszką palca bliznę w kształcie błyskawicy na czole Harry'ego.

Harry wreszcie otwiera oczy, by spojrzeć w te należące do mężczyzny — krwawe z pionowymi źrenicami. 

— Voldemort — mówi, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi. Ma przed sobą najbardziej krwiożerczego pirata, jakiego świat widział. Ten człowiek obcinał języki za niepochlebne opinie, rozciągał na kole za obelgi... Co zrobi z nim? Z intruzem, który włamał się na jego ukochany statek?

— We własnej osobie.  — Lord Voldemort śmieje się głośno, jakby zachwycony tym spotkaniem. 

— Ja nie chciałem nic ukraść. Przysięgam!

— Spokojnie, nie zabiję cię.

— Nie? — pyta Harry cienkim głosem.

— Zmykaj stąd, zanim wezmę cię ze sobą.

— Ale ja właśnie chcę... — Harry przerywa, bojąc się tego, gdzie mogą zaprowadzić go takie słowa. 

— Nie martw się, wrócę po ciebie — mówi i robi krok do tyłu. Po czym chwyta chłopaka za kołnierz koszuli i wyrzuca za burtę. 

Harry z głośnym pluskiem wpada do wody. Gdy się wynurza po krótkiej szamotaninie pod wodą, by wypłynąć na powierzchnię, czuje na sobie spojrzenie krwawych oczu, jak wypala dziurę w jego plecach.

— Wrócę! — solennie obiecuje jeszcze Voldemort, gdy Harry wczołguje się na brzeg. Z jakiegoś powodu Harry czuje, że kapitan Nagini mówi prawdę, a waga tych słów sprawia, że przeszywają go dreszcze. Tylko Harry nie potrafi jeszcze zdecydować, czy to ze strachu, czy wręcz przeciwnie — z ekscytacji. 

*miesiąc później*

Początek jesieni wita małe miasteczko na skraju Szkocji ciepłymi promieniami słońca. Plockton to urokliwa miejscowość przy brzegu zatoki Loch Carron, często zdradzieckiej i wyrażającej gniew Posejdona częstymi sztormami. Jednak ta cecha ma swoją zaletę — spokój. Nikt nie przypływa, nikt nie odpływa. 

Harry nienawidzi tej cechy z całego serca, a parszywego Plockton jeszcze bardziej. Ta mieścina jest symbolem jego niewoli.

— Chłopcze! — rozlega się ostry głos ciotki Petunii. — Nie obijaj się! Zanieś te kufle i wracaj! Zlew pełen garów czeka od godziny! — dodaje z warknięciem. Harry przewraca wymownie oczami, ale posłusznie chwyta metalowe kufle wypełnione pieniącym się trunkiem i zanosi je do stolika pod ścianą, gdzie w cieniu dwóch jegomościów rozmawia ściszonymi głosami.

Nawet mu nie dziękują, gdy stawia ich zmówienie. Harry prycha i odwraca się, by sprzątnąć z sąsiedniego stolika. Stawia puste miski i kubki najwolniej jak potrafi i przysłuchuje się rozmowie.

— Skurczybyk się pieni — mówi jeden chrapliwie. Jego czarną brodę przecinają srebrne kosmyki i czerwone koraliki. — Mówię ci John, to nie wróży nic dobrego — dodaje i wypija duszkiem połowę kufra, a piana osiada na sumiastych wąsach.

— No ba! Będzie jatka jak nic. — Jego kompan unosi kufel w samotnym toaście i upija łyk. Wydaje się być starszy, ale może to wpływ siwej jak księżyc brody.  — Voldemort nie przeboleje, że Dumbledore znalazł diadem. Wyrwie go z jego trupich rąk, mówię ci!

— Oho! Nie lekceważ starego Albusa, korsarzy na tych wodach najdłużej w końcu. Nie da się zabić! Diadem należy się jemu.

— Powiadają jednak — ten z siwą brodą ścisza głos — że Sam-Wiesz-Kto ma oka na czymś innym.

— Nie gadaj...

— No...

— Przecież to bzdurna legenda! Bujda dla dzieci! 

Harry marszczy brwi. Unosi tacę po brzegi wypełnioną brudnymi naczyniami i zerka w stronę lady, gdzie ciotka Petunia liczy pieniądze. Rozmowa dwóch pijaków przypomina mu jego spotkanie z Lordem Voldemortem. Harry ma w pamięci te czerwone oczy mrożące krew w żyłach i te dziwne słowa. 

— Co się gapisz?! — warczy ten z czerwonymi koralikami. 

Harry wzrusza ramionami.

— Nic — mruczy pod nosem.

— Przynieś jeszcze dwa! — krzyczy drugi, unosząc kufel.

— A macie czym zapłacić? — Harry unosi brew, patrząc po ich żebraczych ubraniach i słomianych kapeluszach.

— Spokojna twoja głowa! Śmigaj po to piwo! 

— Już, już. — Harry spokojnym tempem odchodzi, po drodze zabiera jeszcze puste kufle. Jeszcze nie ma wieczoru, a niektórzy już są napici i zaczynają sprawiać problemy. Na przykład jakiś facet w granatowej kamizelce dobiera się pod spódnicę kobiety spitej tak, że nie rozróżnia męża od obcego zupełnie człowieka. Nie trzeba długo czekać, by jej mąż przydzwonił tamtemu w zęby. 

Pierwsza bójka odhaczona. Harry widzi kątem oka jak wuj Vernon podchodzi do awanturników cały czerwony na twarzy. 

— Dwa piwa — mówi Harry. Odstawia naczynia z boku, bo w zlewie nie ma miejsca. Podnosi ciężkie wiadro i wlewa wody, patrząc jak resztki jedzenia odczepiają się i pływają w obrzydliwej miksturze.

— Baryłka pusta, przynieś nową z piwnicy. — Kobieta nawet na niego nie spogląda.

— Przecież nie uniosę... — Harry desperacko rozgląda się za Dudleyem, ale ten nierób pewnie jak zwykle zaczepia z kolegami kobiety na targu rybnym. 

— Bez wymówek! I trzeba zamieść podwórze jeszcze! — krzyczy za nim.

— Sama sobie je zamieć — warczy pod nosem Harry i ze złości kopie nogę od stolika. 

— Hej! — Z krzesła podnosi się otyły mężczyzna w białej koszuli poplamionej piwem. Harry przełyka ślinę i z paniką spogląda na wzrost olbrzyma. W wątłym świetle świec widzi zmarszczone gniewnie brwi i to wystarcza, by szybko przekalkulował swoje szanse. Z przekleństwem na ustach obraca się i ucieka na podwórze. 

Rozgląda się, ale nikt go na szczęście nie goni. Z westchnieniem siada na najniższym schodku i spogląda na pochmurne niebo. Otacza go szarość i smród miasteczka przesiąkniętego wonią zgniłych ryb. Harry podnosi się i zaczyna zamiatać. Nie chce wracać do środka, bo wie, że powrót najpewniej skończy się nowymi siniakami. Dlatego zaczyna zamiatać śmieci i liście, pogwizdując prostą melodię. 

— POTTER!

Harry podskakuje na donośny głos wuja, a miotła wypada mu z rąk. Chłopak odwraca się w stronę rozgniewanego mężczyzny, który marszczy brwi.

— Tak? — pyta cicho i schyla się po miotłę. Zaciska palce mocno na trzonku i wyczekuje nadchodzącej reprymendy. Zamiast tego zostaje zdzielony ręką po głowie. Kuli się i cofa o krok.

— Co to miało być?! — grzmi. — Petunia cię po piwo wysłała! A ty się obijasz! Nie dość, że cię utrzymujemy, nierobie, to ty jeszcze okazujesz taką niewdzięczność!

— Pracuję więcej od ciebie i Dudleya razem wziętych! — Harry szybko żałuje odważnych słów, gdy na twarz wuja Vernona wpełzają wręcz purpurowe plamy.

— I śmiesz jeszcze... — warczy i chwyta jasną koszulę Harry'ego przepasaną czerwoną szarfą. Przybliża ich twarze i charczy: — Żadnej kolacji. A teraz marsz do piwnicy! ALE TO JUŻ! — dodaje, widząc, że Harry się nie rusza.

Chłopak rzuca wujowi gniewne spojrzenie i otrzepuje czarne spodnie. 

— Wiesz co? Dość cię mam! I tego gówno wartego życia! — warczy i wybiega. Od razu skręca w prawo, opuszczając wąskie, kręte uliczki, by wyjść na główny deptak tuż przy morzu. 

Krew nadal buzuje w uszach, gdy szybkim marszem przemierza ulice. Gdy dochodzi do portu, siada na murku i podpiera się łokciami. Spogląda na ciemniejsze niebo i na szybko płynące chmury; wzmaga się wiatr. 

Co on teraz zrobi? Gdzie się podzieje? Przecież nie ma żadnych przyjaciół czy znajomych, nikt nie przyjmie rozwydrzonego gówniarza od Dursleyów. Rozżalony spogląda na szalejące fale. Morze to jego marzenie. Uosobienie wymarzonej wolności.

Wiatr wzmaga się, targa włosami chłopca i materiałem luźnej koszuli. Robi się chłodniej, a samo morze zaczyna śpiewać szumiącą pieść. Harry odchyla głowę i czuje pierwsze krople deszczu na twarzy. Nie pamięta rodziców, ale tęskni za nimi okropnie. Jedyne, co po sobie zostawili to list z dziwnymi wskazówkami, ale żeby dostać się na miejsce oznaczone iksem na mapie, Harry musiałby wypłynąć w morze. A kto chciałby przygarnąć tak wątłego chłopca jak on, w dodatku z tak osobliwą przypadłością, która daje o sobie znać w najmniej odpowiednich chwilach?

Harry wzdryga się; zrobiło się naprawdę zimno. Chłopak podnosi się i spogląda w stronę horyzontu. Przed nim majaczy zarys okrętu. A Harry bardzo dobrze zna ten piracki statek.

Przed sobą ma Nagini.