Chapter Text
John pamiętał ten dzień dokładnie. Wracał ze szkoły z torbą przewieszoną luźno przez ramię, gdy usłyszał krzyki. Jedna jego część kazała mu iść przed siebie, nie słysząc, a druga zawrócić. John był dobrym człowiekiem. Zawrócił. Skierował się w stronę dźwięku i zaczął biec, jakby prowadzony niewidzialną siłą. Kiedy dotarł na miejsce, zobaczył chłopca leżącego na chodniku, a nad nim trójkę innych z pięściami podniesionymi w górę.
- No dalej. Co teraz wydedukujesz ? – powiedział największy z grupy, ubrany w bluzę bejsbolową. Klasyczny przykład szkolnego dupka, pomyślał John.
Młody chłopak wyraźnie miał ślady pobicia. Jego koszula była rozerwana w kilku miejscach, ciemne loki w piasku, plecak i książki rozrzucone na chodniku, a całe jego wargi pokryte były krwią.
- Z tej perspektywy wyglądasz na jeszcze większego debila. – powiedział chłopak leżący na chodniku, dotykając ust, jednocześnie uśmiechając się zawadiacko. -Dziękuje, że wyprowadziłeś mnie z błędu. Myślałem, że osiągnąłeś apogeum w tym temacie, a tymczasem …
Gdy odbiorca obelg wymierzał cios, John rzucił się na niego, powalając go na ziemię. Jeszcze wtedy nie wiedział, że podjął jedną z najważniejszych decyzji w swoim życiu, o wszystkim miał się dopiero przekonać.
Zaczął okładać osiłka pięściami, kiedy poczuł, że ktoś ciągnie go za koszulkę. Upadł na chodnik z głuchym łoskotem, ale szybko się podniósł i zdążył uchylić przed uderzeniem. Złapał przeciwnika za rękę i wykręcając ją, przyparł go do ściany budynku.
- Spieprzajcie stąd, albo złamie mu rękę – krzyknął John.
Grupka chłopaków zaśmiała się tylko.
- Trzech na jednego, kolego. Twój chłoptaś złapał okazję i uciekł. No co, warto było ?
John zwolnił uchwyt i zaczął się cofać. Rozejrzał się szybko. Rzeczywiście, brunet musiał uciec. Świetnie, po prostu cudownie. Trzech mięśniaków, wyraźnie wkurzonych, szło w jego kierunku. John odwrócił się i zaczął biec przed siebie. Skręcił w jedną z uliczek, a potem w kolejną, ciągle słysząc za sobą krzyki. Gdy skręcił po raz kolejny, wpadł na ścianę.
Odwrócił się i na końcu uliczki zobaczył swoich prześladowców, którzy zacierali ręce, wyraźnie uradowani perspektywą przyszłych wydarzeń.
- Długo mam jeszcze czekać ? - John usłyszał wyraźnie rozbawiony, głęboki głos. Spojrzał w prawo i zobaczył bruneta przewieszonego przez okno budynku, z ręką wyciągniętą ku niemu. Nie wiedział kto był w większym szoku. On, czy grupka chłopaków, która właśnie zerwała się do biegu w jego stronę. Bez namysły rozpędził się i skoczył, chwytając się ręki bruneta. Poczuł, że ktoś łapie go za kostkę, ale jego wybawca jednym, sprawnym ruchem wciągnął go do środka. Zrobił to z taką siłą, że obaj z impetem wpadli do pokoju i upadli na podłogę. John po chwili zdał sobie sprawę, że leży na chłopaku. Uniósł się na łokciach i teraz dopiero uderzyło go jak bardzo chłopak, którego uratował, był przystojny. Może przystojny to nienajlepsze określenie. Był najzwyczajniej w świecie piękny. Miał bladą cerę, oczy o niemożliwym kolorze tęczówek i niesforne loki dodające mu uroku.
Dopiero po chwili zrozumiał niezręczność sytuacji i szybko wstał.
Brunet również się podniósł i odchrząknął jakby lekko zdezorientowany.
- Zważając na to, że włamałem się do tego mieszkania, a po stanie biurka jestem w stanie stwierdzić, że właścicielka mieszkania wyszła na spacer z psem i niedługo powinna wrócić to radzę byśmy jak najprędzej opuścili to miejsce.
Wziął swój plecak i zaczął iść w kierunku drzwi. John ruszył za nim.
Kiedy znaleźli się w bezpiecznej odległości, John oparł się o ścianę budynku i zaczął się śmiać. Nie śmiał się tak od niepamiętnych czasów. Brunet patrzył się na niego chwilę z niezrozumiałym wyrazem twarzy, ale po chwili na jego bladej twarzy zaczął igrać nieśmiały uśmiech.
- To była najbardziej dziwna rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem, a nawet nie wiem jak masz na imię. – powiedział John, uspokajając się.
- Sherlock. Sherlock Holmes. A Ty jak mniemam jesteś … - Sherlock zaczął dedukować, a John słuchał. Słuchał i próbował zapanować nad zachwytem rozlewającym się po całym jego ciele.
Sherlock skończył dedukować oczekując pogany. Reakcja Johna wprowadziła go w osłupienie. John zaoferował kolację, a Sherlock się zgodził. Szli razem przez park i John poczuł się bezsprzecznie szczęśliwy, tak po prostu. Wszystko miało swoje miejsce, wszystko pasowało do siebie w jakiś niewytłumaczalny sposób. Szum liści, śmiech dzieci, skrzypienie huśtawek. Wszystko układało się w jedną całość, której John wcześniej nie widział. Zrozumiał, że jeśli pozwoli, by ten niesamowity człowiek został w jego życiu z dnia na dzień będzie dostrzegał więcej.
- - -
Sherlock wiedział, ze tamtego pamiętnego dnia wpuścił najlepszego człowieka, jakiego nosiła ta ziemia, do swojego życia. Na początku bał się. Próbował trzymać Johna na dystans, ale on, niczym nie zrażony wracał za każdym razem. Samotność opuściła Sherlocka wraz z codziennymi wspólnymi spacerami, ogłuszająca cisza zamieniła się w przyjemne milczenie podczas, gdy oglądali razem filmy, a wyzwiska rzucane w szkole, powodowały dziką wściekłość Johna i potok nieznanych Sherlockowi wcześniej przekleństw, co było dla Sherlocka zabawne i w sumie za te wyzwiska był wdzięczny.
Sherlock nie zapraszał Johna do domu. Wiedział, że gdy to zrobi, John ucieknie. Zostawi go i w końcu znajdzie sobie kogoś, kto na niego zasługuje. Zawsze kiedy John odprowadzał Sherlocka do domu, ten żegnał się z nim daleko od podjazdu i dalej szedł sam, jak gdyby sama zbyt bliska odległość mogła zepsuć Johna, tak jak niszczy Sherlocka od lat. Powrót do domu był dla Sherlocka jak kubeł z zimną wodą. Kiedy tylko otwierał drzwi, czuł tę obezwładniającą bezradność i poczucie winy. Cicho zdejmował buty i wchodził po schodach do swojego pokoju. W lepsze dni na tym się kończyło. W gorsze ojciec wracając do domu, pijany, trzaskał drzwiami i szukał broni. Sherlock zbiegał wtedy do niego, wyrywał mu pistolet, słuchał obelg pod swoim adresem, czekał aż smutek zastąpi gniew i patrzył jak człowiek, który wini go za samo istnienie, opada na kolana i pogrąża się w otchłani rozpaczy.
Sherlock wracał wtedy do siebie, otwierał szafę i z dolnej półki wyjmował stary album ze zdjęciami. Szukał tego, na którym są wszyscy razem i gładził zdjęcie mamy palcem, starając się powstrzymać natłok wspomnień, który sprawiał mu fizyczny ból.
- - -
John wiedział, że Sherlock nie chce rozmawiać o swoim domu, więc nie pytał. Szanował wolę przyjaciela. Za każdym razem, gdy spotykali się rano Sherlock był jak puste naczynie. Patrzył się w jeden punkt, wyglądając jakby promienie światła były w stanie skrzywdzić jego kruchą powłokę. John miał ochotę wtedy nim potrząsnąć i kazać mu opowiedzieć co go tak krzywdzi, żeby mógł temu zapobiec. Ale nie robił tego. Wiedział, że pewnego dnia Sherlock sam to zrobi, więc czekał.
Gdy czas mijał, Sherlock otwierał się przed Johnem, niczym kwiat skuszony promieniami słońca. Śmiał się, czasem nawet żartował. Sherlock sprawiał, że John żył. Był jak jego powietrze. Kiedy John to zrozumiał, zrozumiał również, że dzień w którym Sherlock go opuści, będzie jego ostatnim i musi ciężko pracować, by tak się nie stało.
John nienawidził ich pożegnań. Wiedział, że ten roześmiany chłopak, w którym jest tak cholernie zakochany jutro znów będzie rozerwany na kawałki. Obawiał się, że przyjdzie dzień, w którym nie będzie potrafił złożyć go na nowo.
