Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Relationship:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Stats:
Published:
2020-04-18
Words:
1,928
Chapters:
1/1
Comments:
4
Kudos:
15
Hits:
106

i jeszcze chwila

Summary:

"- Czekałem na to cały dzień... - Sarawat mamrocze mu do ucha.
Kiedyś nastanie taki dzień, Tine powtarza sobie, kiedy Sarawat na jego kolanach nie będzie przyprawiał go o rumieniec i przyspieszone bicie serca.
Kiedyś. Może. Muszą próbować. Praktyka czyni mistrza i tak dalej."

Notes:

Polish only, sorry.

Randomowa scenka, której nie mogłam pozbyć się z głowy.

Work Text:

- Nie, dzięki - to wszystko, co mówi Sarawat, kiedy Man próbuje przesunąć się na ławce i zrobić mu miejsce.

Zamiast tego mija go i rusza w stronę Tine’a. Sarawat nie jest pewien kiedy dokładnie Tine zjawił się na boisku. Kiedy się rozstawali wczesnym popołudniem, chłopak wspominał o bibliotece i projekcie, który od dawna czekał na ukończenie, więc Sarawat szedł na trening z nastawieniem, że zobaczą się dopiero wieczorem.

Tymczasem, proszę. Niespodzianka.

Tine siedzi na drugim końcu tej samej ławki, w otoczeniu swoich przyjaciół, okulary przeciwsłoneczne na nosie, butelka wody w ręce. Wygląda jak młody gwiazdor w przerwie między zdjęciami, Sarawat myśli i czuje to znajome ciepło powoli rozlewające gdzieś głęboko pod żebrami, nie jak ktoś, kto spędził ostatnie kilka godzin ślęcząc nad stertą podręczników i notatek.

Kiedy Sarawat zatrzymuje się przed nim, Tine przerywa rozmowę i uśmiecha się do niego.

Sarawat kiwa do niego głową na powitanie, czubkiem buta rozsuwa jego stopy i siada na jego kolanie.

- Mam rezerwację - rzuca jeszcze w stronę Mana. Tamten unosi tylko kciuk w odpowiedzi.

- To co masz, to kościsty tyłek - Tine mamrocze obejmując go w pasie i przyciągając do siebie. Ostatnie czego potrzebuje, to rozbita o krawężnik głowa albo inna medyczna awaria. To jeden z powodów. Drugi jest taki, że zwyczajnie lubi, kiedy Sarawat siada na jego kolanach. Bo to bardzo często wiąże się z ramieniem obejmującym jego szyję i pocałunkiem gdzieś w skroń lub policzek.

O, dokładnie tak jak teraz.

- Czekałem na to cały dzień... - Sarawat mamrocze mu do ucha.

Kiedyś nastanie taki moment, Tine powtarza sobie, kiedy Sarawat na jego kolanach nie będzie przyprawiał go o rumieniec i przyspieszone bicie serca. Kiedyś. Może. Muszą próbować. Praktyka czyni mistrza i tak dalej.

- Jak piłkarz może mieć tak kościsty tyłek? - pyta go z udawanym poirytowaniem, podając mu butelkę wody.

Chłopak pachnie dokładnie jak ktoś, kto spędził ostatnie kilkadziesiąt minut uganiają się w pełnym słońcu po boisku za piłką, włosy kleją mu się do spoconego czoła, a policzki pokrywa rumieniec. Tine za nic nie zamieniłby się na miejsca z kimkolwiek innym.

Kiedy Sarawat odkręca butelkę, odchyla głowę do tyłu i upija kilka łyków, Tine nie może nie patrzeć na krople potu spływającą wzdłuż odsłoniętej szyi i znikające pod kołnierzykiem zakurzonej koszulki.

Przełyka głośno.

I stanowczo ignoruje ciche rozbawione parsknięcia gdzieś za swoimi plecami.

 - Z iloma dokładnie tyłkami piłkarzy miałeś do czynienia, żeby wiedzieć, jak bardzo powinny czy nie powinny być kościste, co? - Sarawat pyta go poprawiając się w miejscu. Ściąga mu okulary i zahacza je na kołnierzyku własnej koszulki.

- Tak wyglądasz lepiej.

- Sam je kupiłeś!

Tine wbija mu palce w bok, czuje twarde mięśnie i rozgrzaną skórę pod luźną koszulką. Sarawat nawet nie drgnie, drań.

- To wszystko twoja wina - Boss przerywa im nagle. Jego oskarżycielski ton i palec wycelowane są prosto w niego.

Mija ich, rzucając im tylko przelotne spojrzenie, pochyla się nad otwartą chłodziarką i zaczyna kopać w niej w poszukiwaniu czegoś zimnego do picia. Tine wcześniej widział jak zaraz po zakończeniu treningu chłopak ściągnął z siebie przepoconą koszulkę i wsunął ją za pasek spodenek. Z porzuconej na brzegu murawy torby wyciągnął ręcznik i zarzucił go sobie na ramiona niczym pelerynę.

 - Przez ciebie przesiaduje całymi dniami w klubie muzycznym i produkuje tylko kolejne hymny pochwalne na twoją cześć, nic innego go nie interesuje.

- Ach tak? - Tine opiera głowę na ramieniu Sarawata i mruga zalotnie. Sarawat nie odpowiada. Wzrusza tylko ramionami i upija kolejny łyk wody. Tine uśmiecha się sam do siebie. Sarawat może udawać niewzruszonego, ale byli razem wystarczająco długo, żeby Tine zdążył choć w części rozgryźć na jakich zasadach działa. Wystarczy spojrzeć na delikatny rumieniec, na ten uśmiech który pojawia się na jego ustach na ułamek sekundy i zaraz znika. Tine był dużym fanem zawstydzonego Sarawata.

Boss mówi coś jeszcze, coś o ostatnim przegranym meczu (trudno, jak długo nie grali z działem architektury, wynik się nie liczył) i o tym, w jakiego beznadziejnego przyjaciela zmienił się ostatnio Sarawat (nieprawda i Tine jest gotowy znokautować każdego, kto będzie twierdził inaczej), ale Tine bez problemu ignoruje go.

Nieco dalej Fong i pozostała dwójka stoją z telefonami wycelowanymi gdzieś w stronę boiska, gdzie po drugiej stronie murawy grupa dziewczyn z kolorowymi transparentami zmierza powolnym krokiem w stronę bramy. Nawet z tej odległości Tine rozpoznaje twarze kilku z nich. Wnioskując po tym z jakim spokojem opuszczają boisko, Tine jest prawie pewien, że spora część z nich należy do jednego z tych mniej agresywnych odłamów jednego z wielu fanklubów Sarawata. To, albo i im całodzienny skwar dał się we znaki.

To się kiedyś źle skończy, Tine decyduje słysząc kilka gwizdnięć i znajomy dźwięk robionych zdjęć. A później serie „ochów“ i „achów“, kiedy cała trójka porównuje swoje dzieła. Skończy się podbitym okiem lub wybitym zębem. Jedna czy dwie z nich to cheerleaderki, Tine widział, co potrafią zrobić z pomponem i jak wysoko niektóre z nich podnoszą nogę. Nawet teraz, z Sarawatem u boku, wciąż jeszcze czuje zawroty głowy na samą myśl. Niewielkie bo niewielkie, ale jednak.

Sarawat jest ciężki na jego kolanie. Cięższy niż można by się spodziewać widząc go biegającego z gracją po murawie. Ale to przyjemny ciężar. Tine czekał na niego przez większą część dnia, odkąd Sarawat cmoknął go na pożegnanie i z torbą przerzuconą przez ramię, i ze zniecierpliwionym Bossem targającym go za łokieć oznajmił, że czas na trening.

Sarawat mówi coś o wspólnym obiedzie, o powrocie prosto do mieszkania i próbie przed zbliżającym się koncertem. Jego głos jest cichy i niski, słyszalny tylko dla niego. Tine czuje jego powolny, ciepły oddech na swoim policzku, a w głowie powoli zaczyna się tworzyć lista rzeczy, jakie jeszcze zdążyliby dzisiaj zrobić. Kilka z tych obrazków

-oboje w piżamach-

-mrożona herbata pod ręką-

-Sarawat z gitarą na brzegu łóżka-

wyglądały szczególnie zachęcająco.

Jego palce odruchowo zaciskają się na biodrze Sarawata. Wsuwa je pod brzeg koszulki i opuszkami gładzi gładką skórę.

Sarawat wzdycha i Tine na chwilę zapomina, gdzie jest i że on i Sarawat nie są tutaj sami.

Tylko na chwilę.

- ... mrugnij dwa razy, to wystarczy.

Głos Mana wyrywa go z zamyślenia. Nie zauważył, kiedy chłopak wstał ze swojego miejsca i stanął tuż przed nimi. Jego spojrzenie jest poważne, brwi zmarszczone, ale Tine widzi cień uśmiechu tańczący na jego wargach. Tine już dawno temu nauczył się, że to wszystko razem nie wróży nic dobrego. Zdarzało się, że Sarawat wciąż jeszcze czasami wspominał jak z początku Ohm i pozostali z podziwu godnym zaangażowaniem zwykli uprzykrzać mu życie i komplikować plany i jak zazdrośni potrafili być o czas jaki Tine poświęcał Sarawatowi. Ale żadna z tych rzeczy nie mogła równać się z dziwacznymi poczuciem humoru i jeszcze dziwniejszymi zwyczajami, jakie lubili czasami praktykować Boss i Man.

- Co się dzieje? - Tine szepcze zdezorientowany do Sarawata, w nadziei, że może on wie, co wydarzyło się przez tę krótką chwilę, kiedy Tine wyłączy się zupełnie, ale ten kręci przecząco głową.

- Wiem, że wszyscy jesteśmy tutaj przyjaciółmi i że te twoje trzy klauny... Nie patrzcie tak na mnie, wiecie, że mam rację! Te twoje trzy klauny skoczyłyby za tobą w ogień, Tine, ale ja? Znaczy my, Boss, chodź tutaj i popatrz na to. My to co innego.

Tine patrzy oniemiały, jak wywołany chłopak podchodzi do nich, siorbiąc głośno coś z oszronionej puszki. Podchodzi, zatrzymuje się tuż przed nimi i patrzy. Oboje patrzą. Chwilę zajmuje mu zorientowanie się gdzie i dlaczego.

Sarawat podskakuje zaskoczony w miejscu, kiedy dłoń Tine’a z głośnym plaśnięciem ląduje na jego udzie, gdzie nogawka szortów przesunęła się nieco wyżej, odsłaniając blade, delikatne ciało.

- Co jest? - Sarawat syczy przez zęby.

Tine czerwieni się. Jeszcze bardziej. Mieszanina irytacji i wstydu wzbiera w nim powoli. Irytacji na samego siebie. Na tę dwójkę. Na Sarawata. To ostatni raz, kiedy pozwolił mu wyjść z domu w spodniach krótszych niż do kostek.

- To podchodzi pod kanibalizm... - Man kontynuuje, opierając ręce na biodrach. - Sarawat, człowieku, jeśli potrzebujesz pomocy tylko mrugnij. Wiesz, że jesteśmy tu dla ciebie.

Jego dłoń na udzie Sarawata wbija się w delikatne ciało i Tine chowa twarz w jego ramieniu.

- Zrób coś z nimi - mamrocze w materiał jego koszulki. Jego uszy płoną żywym ogniem.

Sarawat patrzy to na niego, to na nich. Chwyta jeden z jego palców i delikatnie unosi dłoń Tine’a i zagląda, co się pod nią ukrywa.

- O to wam chodzi? - pyta. Tine nie musi go widzieć, żeby wiedzieć, że zadziorny, szeroki uśmiech pojawia się na jego twarzy.

Ramię zarzucone dookoła jego szyi znika. Zamiast tego Tine czuje palce na swoim karku, a później wyżej, we włosach. Palce drugiej dłoni splątuje z palcami Tine’a na swoim udzie i zanim Tine ma czas zareagować w jakikolwiek sposób, ku jego zaskoczeniu i kompletnej grozie, rozsuwa nogi szerzej i przesuwa ich połączone dłonie, unosząc brzeg szortów jeszcze wyżej. Odsłaniając jeszcze więcej drobnych siniaków i delikatnych zadrapań.

(Te o chaotycznym wzorze, to ślady po jego ustach, kilka innych po zębach. Tine wciąż doskonale pamięta dźwięki, jakie wydobywały się z gardła Sarawata, kiedy pracował nad nimi ostatniego wieczora. Te ciemniejsze, układające się w półokręgi, to ślady po jego palcach, zadrapania to paznokcie, kiedy rozchylał jego uda. Z drżącymi dłońmi zaciśniętymi boleśnie na włosach i zachrypniętym głosem odbijającym się półmroku o ściany ich sypialni, każdy mógłby się czasem zapomnieć, Tine tłumaczy sobie. Poza tym, to nie jest tak, że Sarawat ma coś przeciwko...)

- O to? - Sarawat pyta jeszcze raz i dodaje z dumą, - Trzeba umieć ładnie poprosić.

Man wyrzuca ramiona w powietrze i udaje, że się czymś dławi.

Boss stoi bez słowa, z puszką przyciśniętą do ust i zadumanym wyrazem twarzy. Potem ściąga ręcznik z ramion i powoli, jakby podchodził do dzikiego zwierza, rozkłada go na kolanach Sarawata, przykrywa ich połączone dłonie, konstelacje pamiątek pod kilku ostatnich wspólnie spędzonych wieczorach. Czubkami palców poklepuje Sarawata po kolanie.
- Wiecie, że was kocham. Jak braci. Adoptowanych - mówi patrząc im po kolei w oczy. - Ale niektóre rzeczy zachowajcie dla siebie, ok? Dla naszego dobra?

Patrzy to na jednego, to na drugiego. Przez chwilę wygląda tak, jakby się nad czymś zastanawiał. Po chwili dodaje:

- Poza tym nie wszyscy tutaj mieli tyle szczęścia i nadal są singlami. No. Takie zachowanie jest zwyczajnie niegrzeczne.

Kiwa głową, a później odwraca się i poklepuje Mana po ramieniu kilka razy.

Sarawat śmieje się pod nosem, jego ramiona drżą.

Tinę wzdycha głośno.

Późne popołudnie zmienia się powoli we wczesnym wieczór. Za kilka minut cała ich gromada zacznie się zbierać, rozpoczną się negocjacje, kto wraca z kim, kto co chce dzisiaj zjeść i gdzie (Nie, Peuk, ty nie masz prawa głosu!). Torba Sarawata leży na ziemi u ich stóp, samochód czeka na parkingu. Gdyby teraz wstali i odeszli, może żaden z tych dzbanów by tego nie zauważył, Tine zastanawia się. Wystarczy kilka sekund przewagi i przy dobrych wiatrach za góra dwadzieścia minut byliby w mieszkaniu. Sami. To był ciężki dzień. Należy mu się jakaś nagroda.
- Hej... - Sarawat tracą go delikatnie brodą, pociera policzkiem jego policzek. Tinę czuje jak ukryte pod ręcznikiem palce zaciskają się na jego własnych.
- Hej...
Widzi jak spojrzenie Sarawata wędruje w stronę jego torby. Chłopak unosi brwi pytająco i Tine nie może się nie uśmiechnąć. A więc nie jest jedynym, który planował ucieczkę.

- Na trzy? - pyta.

Ręcznik ląduje na ziemi u ich stóp, kiedy Sarawat wstaje i sięga po swoją torbę. Jeszcze raz szybko rozgląda się dookoła, czy aby na pewno zabrał wszystko (telefon, ubranie na zmianę, Tine, wszystko jest) i obaj ruszają w stronę wyjścia. Tine słyszy za plecami nawoływanie i głośne przekleństwa przemieszane z wybuchami śmiechu i niewybrednymi żartami. Ktoś gwiżdże. Ktoś inny oznajmia wszystkim w zasięgu kilkuset metrów, co zrobi im obu, jeśli nie zwolnią.

Obok niego Sarawat parska śmiechem. Odwraca się do podążającej za nimi grupy i wytyka w ich stronę język.

Przez całą drogę na parking ani na chwilę nie puszcza jego ręki.