Actions

Work Header

Przebudzenie Donquixote

Summary:

Wskrzeszony Corazon powraca po trzynastu latach. I własnym oczom nie wierzy. Co tu się podziało? I dlaczego wszędzie pełno piratów?

Notes:

Z najpiękniejszymi życzeniami urodzinowymi dla Księżycka Clio! Oby po Roku Zarazy wszystko stanęło na nogi, jak Cora-san! Samych najpiękniejszych przebudzeń! Sto lat!

Chapter 1: Przebudzenie Donquixote

Chapter Text

PRZEBUDZENIE DONQUIXOTE

 

Lawa nie było nigdzie widać.

Rozejrzał się ukradkiem, ale nic nie wydawało się znajome. Ta sytuacja była bardziej dziwaczna, niż cokolwiek, co go wcześniej spotkało. Nawet uwzględniając ten wieczór, kiedy starsi kadeci podmienili jego papierosy na halucynogenne skręty. Wtedy szybko zasnął i niewiele pamiętał – a dziś… Dzisiaj zdawało mu się, że śni, ale miał też wrażenie, że dopiero przed chwilą się obudził…? Nie wiedział, gdzie się znajduje i dlaczego nie ma na sobie nawet skraweczka ubrania. Czyżby Doffy postanowił jednak zostawić go przy życiu? Może opatrzył jego rany – Roscinante nie widział na sobie ani jednego siniaka – i skazał na wyrafinowane tortury w postaci siedzenia na golasa przed bandą obcych ludzi? Jednak – przedziwna rzecz – w ogóle nie czuł się zagrożony. Przez lata pracy jako szpieg przyzwyczaił się do nieustającego napięcia. Teraz – czuł tylko spokój. Raczej nie rozpoznawał twarzy, które raz po raz się nad nim pochylały, ale spomiędzy ludzkiej ciżby usłyszał znajomy głos.

- No odezwijże się, chłopcze! Żyjesz? Poznajesz mnie? Mów coś! Jak się czujesz?!

Wytężył wzrok, usiłując dostrzec za kolorowymi plamami odzieży znajomą osobę. Ach, oto i on. Siedział na wielkim głazie, a tuż przy nim koza, którą tak mocno ściskał pod pachą, że omal nie wykręcił jej łba. Wielkie dłonie zaciśnięte na kozim rogu drżały, a mocny głos wielkiego Buddy osobliwie się łamał.

- Powiedz coś! Roscinante!

Roscinante patrzył – i własnym oczom nie wierzył.

- Sengoku-san! Coś ty ze sobą zrobił?!

Jego mentor spojrzał po sobie, jakby lekko zdziwiony. Owłosione łydki wystawały z plażowych spodenek, dekorowanych w palmowe liście. Starannie zapleciony warkocz brody, biały jak śnieg, chował się pod pomarańczowym krawatem. Mężczyzna z zakłopotaniem poczochrał się po siwiuteńkich włosach.

- Nic przecież…?

- Sengoku-san! – Roscinante naprawdę się teraz zaniepokoił. – Czy przyjechałeś tu w przebraniu? Myślałeś, że nikt cię nie rozpozna, jak zafarbujesz się na biało? Chyba zwariowałeś! Może wyglądasz z piętnaście lat starzej, ale to nadal ty! Każdy głupi cię rozpozna! Co się dzieje?!

Rozejrzał się dookoła. Dużo młodych ludzi – i ani jednego munduru Marynarki w polu widzenia. Czyżby mieszkańcy Minion postawili go na nogi? Wyglądali… Wyjątkowo barwnie. Z boku nieduży chłopak w rozchełstanej kamizeli i słomkowym kapeluszu rechotał radośnie, jakby właśnie opowiedziano mu najlepszy dowcip świata. Przy nim chudzielec z długim nochalem i gęstwiną czarnych włosów, ściśniętych pod gumką od gogli, szeptał coś gorączkowo do trzymanego na rękach… Pluszaka? Jak na zabawkę, reniferek w słodkim kapelusiku o wiele za bardzo podskakiwał, a obaj z długonosym chłopakiem wyglądali na bardzo wzruszonych i przejętych. Może to skarlały Mink? Obok stał jeden, ale prawidłowego wzrostu, przynajmniej dla tego gatunku – sporo ponad dwa metry białego niedźwiedzia w schludnym, pomarańczowym kitelku. Ten osobnik z kolei gapił się na Roscinante z szeroko otwartą niedźwiedzią paszczą, a z oczu ciurkiem leciały mu łzy. Może widok gołego faceta był dla Minka obraźliwy? Roscinante nie był tego zupełnie pewien, ale niezależnie od reakcji miśka chętnie by się ubrał. Po tych wszystkich latach w masce kierowego arlekina i w pancerzu czarnych piór nawet przy Lawie czuł się dość niezręcznie, gdy ściągał koszulę, a teraz grupa obcych ludzi oglądała go sobie w całej okazałości jak gdyby nigdy nic.

Lawa nie było nigdzie widać.

O niego chciał zapytać najpierw, ale może lepiej było nie ściągać na chłopca uwagi? Skoro Sengoku-san był tutaj, mogło być więcej żołnierzy Marynarki. Teraz, gdy ope-ope-no-mi należał do Lawa, lepiej mu będzie na wolności niż pod nachalną opieką Rządu. Ale… Czy zdołał uciec? A jeśli Doffy dopadł go i zabrał? Co się wydarzyło? Wrócił wzrokiem do Sengoku i zdumiał się, widząc, że jego mentor ma nisko spuszczoną głowę i… Płacze?

- Sengoku-san! Co się stało!

- Nic, chłopcze, nic. – Mężczyzna otarł oczy końcem warkocza. – Brakowało mi ciebie. To znaczy… Martwiłem się o ciebie. Hej! Kiedy wreszcie będę mógł go uściskać?!

Bez majtek?! Roscinante uważał Sengoku za swojego mentora, zastępczego ojca i najlepszego przyjaciela, ale zwykle zakładał przynajmniej bieliznę, zanim się uściskali. Nie zdążył się jednak tym pomartwić, bo ktoś klęczał już przy jego boku, macał jego ramię i mamrotał pod nosem coś, co przypominało…

Doom?

Na dłoni mężczyzny Roscinante dostrzegł wymowny literowy tatuaż, tworzący słowo DEATH. Zgon i zguba, jedno pasowało do drugiego. Czyżby to wreszcie Śmierć przyszła po młodszego z braci Donquixote? Wbiła się w obcisłe, łaciate dżinsy, przyczesała króciusieńką czarną bródkę, założyła złote kolczyki i przyszła po swoją ofiarę. Ale żeby nie przyniosła nawet kosy? Mężczyzna, na oko sądząc – rówieśnik samego Roscinante, dobierał się do niego gołymi rękami i jeśli chciał go pozbawić życia, powinien był się za to zabrać od zupełnie innej strony. Nie, facet raczej próbował… Sprawdzić mu puls? Obie dłonie miał wytatuowane i lekko drżące, a z palców wydobywały się kręgi niebieskawej poświaty. Miał czarne, lekko kędzierzawe włosy i pochmurną twarz pociągającego drania.

- Nie ruszaj się, gamoniu – burknął nieznajomy, kiedy Roscinante spróbował delikatnie odsunąć się od jego natarczywych dłoni. – Muszę sprawdzić, czy wszystko z tobą w porządku. Ja… Jestem lekarzem.

- Ach. – Kiełkujące zainteresowanie natychmiast zniknęło za grubym murem chłodu. – To możesz już sobie iść. Wszystko ze mną w porządku. Wybacz, ale nie przepadam za lekarzami.

Mężczyzna przechylił głowę, żeby spojrzeć na niego. Miał szare oczy, pełne podszytej goryczą determinacji. Znajome? Roscinante gdzieś już widział taką siłę w spojrzeniu, utopioną w niegasnącym smutku. Ale skojarzenie było odległe i nie pasowało do tej opalonej, męskiej twarzy ani zadziornych tatuaży. Tymczasem zgromadzeni dookoła ludzie szeptali między sobą z coraz większym ożywieniem. Wysoki mężczyzna w kimonie – samurajskim, a może kobiecym? - kiwał głową z oszczędnym, ale ciepłym uśmiechem, a stojący za nim człowiek w pstrokatym garniturze, zasłaniający sobie twarz kolorową gitarą, śmiał się piskliwym, magicznym śmiechem zawodowego gawędziarza.

- Yohohoho! Yohohohoho!

Sengoku podniósł się na nogi i zaczął pomału zbliżać się do swojego podopiecznego. Jego ruchy i ostrożne kroki wzbudziły w młodym oficerze narastający niepokój. Coś tu się nie zgadzało. Coś tu było nie tak, jak powinno.

Lawa nie było nigdzie widać.

A ten lekarz wciąż go wymacywał.

- Idź sobie – oznajmił mu wprost Roscinante. – Nie lubię lekarzy!

Przez ostatnich kilka miesięcy zdążył wręcz znienawidzić całą tę tchórzliwą, zakłamaną kastę pozbawioną cienia empatii. Nawet profesorowie w renomowanych klinikach gotowi byli małego chłopca potraktować gorzej niż trędowatych w izolatce. Ten tu łobuz, choć przypominał  raczej pirackiego oficera niż jednego z hipokrytów w białych kitlach, z pewnością okaże się takim samym padalcem jak doktorzy w szpitalach. A w dodatku nawet na wyraźną prośbę pacjenta ani o cal się nie odsunął! Niech ma za swoje, a co.

- Powinieneś bardziej na siebie uważać – szepnął aksamitnie Roscinante wprost do odsłoniętego ucha mężczyzny. – Dopiero co miałem bezpośredni kontakt z osobą zarażoną Syndromem Bursztynołowiu… Prawdopodobnie również zarażam…

Oho? Te słowa wywołały żywą reakcję, ale nie wstręt ani strach, których się spodziewał. Nie, obcy mężczyzna zamarł zupełnie, szeroko otwartymi oczami wpatrzony w swojego pacjenta. Jego twarz wykrzywiały emocje – ale jakie? Gniew? Szok? Rozpacz? Roscinante nie zdążył się nad tym zastanowić, bo reniferek o słodkim pyszczku skoczył na ziemię i podbiegł do niego, stukając kopytkami i roniąc rzęsiste łzy.

- Ale jak to nie lubisz? Mnie też nie lubisz? Nikogo nie lubisz? Ale jak to?

Roscinante zagapił się na niego ze zdumieniem. O co maleństwu chodziło?

- Chopper też jest lekarzem! – wyjaśnił mu z wyraźną dumą chłopak w słomkowym kapeluszu. – Chopper jest świetnym lekarzem i nie można go nie lubić. No weźże!

Reniferek tak rozpaczał, że trzeba byłoby mieć serce z kamienia, aby go natychmiast nie pocieszyć.

- Lubię cię! – Roscinante swoją wielką dłonią ostrożnie poklepał rzekomego lekarza po rogach. – Lubię cię, lubię.

- No! – Głowa pod słomkowym kapeluszem przytakiwała energicznie. – Nasi lekarze wszyscy są super.

- Ja też jestem super! – wyrwał się ktoś z boku. Słusznego wzrostu mężczyzna o podgolonej wysoko głowie, na której czubku pyszniła się kita żółtych włosów. Miał okulary na nosie, sympatyczne zmarszczki śmiechu wokół oczu i wydawał się być bardzo rozbawiony całą sytuacją. – Też jestem lekarzem i nie chcę, żebyś mnie nie lubił!

Roscinante znał tego faceta. Widywał jego twarz na listach gończych. Co tu robił Feniks Marco? Krążyły plotki, że Białobrody zamierzał swojemu zaufanemu oficerowi powierzyć cały oddział i statek, ale dlaczego miałby kręcić się tutaj? Może polowali na ope-ope-no-mi? Czy Białobrody też był gdzieś w pobliżu? Lepiej byłoby dostać się w jego ręce niż w bezlitosne sieci Doffy’ego, ale co mogła oznaczać obecność znanego pirata, gdy był tu również admirał Sengoku?

- Synu. – Sengoku przykucnął przed nim i położył dłoń na jego ramieniu. – Jakie jest twoje ostatnie wspomnienie? Co się działo tuż przedtem, zanim obudziłeś się tutaj?

Gdy oficer zawahał się, popatrując niepewnie po obcych twarzach dookoła, mentor uspokajająco uścisnął jego ramię.

- Możesz mówić śmiało. Wszyscy tutaj są twoimi sprzymierzeńcami. Nawet te rechoczące błazny. – Machnął niedbale ręką za siebie. – Mów. Co pamiętasz?

- Byłem na Minion – odparł szczerze Roscinante. – Wywiązała się walka i powstało zamieszanie. Vergo mnie pobił, a Doffy…  Postrzelił mnie. Myślałem, że tam zginę. – Pokręcił głową. To niepodobne do jego brata, żeby zostawiać sprawę niedokończoną. Dziwne. Ale nie czuł się ani trochę martwy. Przeciwnie. Czuł się świetnie, choć było mu coraz bardziej zimno w plecy. Czy naprawdę można tu mówić o wszystkim? Swoje życie gotów był zaryzykować, ale nie życie Lawa.

- Ukradłem coś mojemu bratu. Ukradłem i uciekłem. A na Minion… Ukryłem skarb w skrzyni. Czy został uratowany? – Patrzył błagalnie na Sengoku, mając nadzieję, że mentor zrozumie pytanie ukryte w pytaniu. Ale skąd miałby wiedzieć o Lawie? – Czy mój skarb został uratowany?

- Drogi chłopcze. – Starszy mężczyzna uśmiechnął się serdecznie, a w oczach znowu błysnęły mu łzy wzruszenia. – Twój skarb jest… Cały i zdrowy. Uratowałeś go.

Och. Czy na pewno? Czy mówili o tym samym? Roscinante zagryzł wargę, nie wiedząc, czy może uwierzyć w to zapewnienie. Zamiast uspokoić, zdezorientowało go tylko. Gdzie był i co się wydarzyło? Dlaczego Sengoku-san zdjął insygnia Admirała Floty, zostawiając tylko wierzchni płaszcz admiralski? Dlaczego otaczali ich błaźni, a wytatuowany lekarz kurczowo trzymał go za łokieć, nawet nie udając, że mierzy tam puls czy inną saturację?

- Dosyć tego! – rozległo się gromko za plecami Roscinante. – Koniec cackania się z tym maminsynkiem!

Głos był ochrypły, jakby przeżarty dymem i mile znajomy. Tylko jedna osoba nazywała oficera  Donquixote „maminsynkiem” z taką sympatią w głosie. Odwrócił głowę, by spojrzeć na mówiącego – i zdębiał.

- SMOKER?!

- Siema, Roscinante. – Mężczyzna, który jeszcze przed chwilą wydawał się Smokerem, ale przecież nie mógł nim być, kiwnął głową w oszczędnym powitaniu. Wyglądał… Jak kawał twardego skurwysyna? Nosił rozchełstaną białą kurtkę, spod której dumnie świecił gołą klatą, szeroką jak rufa pirackiego niszczyciela. W zębach miał dwa cygara, pod pachą jakiś rodzaj broni o dwóch czarnych ostrzach, a jego twarz sprawiała wrażenie, jakby od zeszłej zimy, kiedy Roscinante ostatni raz go widział, spędził kolejnych piętnaście lat na knajpianych burdach . Co tu się w ogóle wyprawiało?

- Nie musisz się z nim cackać. – Karykatura Smokera zwróciła się wprost do Sengoku. – Sam wiesz najlepiej, że to twardy gość. Im szybciej powiemy mu całą prawdę, tym lepiej.

Admirał pokiwał głową.

- Rzeczywiście… Synu, ty lepiej najpierw wygodnie usiądź.

- Siedzę – mruknął tamten, nadal wpatrzony w odmienionego Smokera. Jego młodszy przyjaciel z Akademii rozrósł się znacząco tu i ówdzie, nabawił się paskudnej blizny przez pół twarzy, zrezygnował z golenia głowy i noszenia munduru.

- Smoker… Wyglądasz jak łajza spod ciemnej gwiazdy. Znaczy, jeszcze bardziej niż zwykle – zażartował Roscinante, próbując ukryć niepokój. Jak długo był nieprzytomny? Obaj jego znajomi oficerowie wyglądali na bardziej… Zużytych? Nadgryzionych zębem czasu?

- Powiedział co wiedział, a sam siedzi goły jak święty turecki – dociął mu przyjaciel. – Posłuchaj mnie uważnie. Mamy ci dużo do powiedzenia. Jest sporo złych nowin, ale znacznie więcej dobrych.  Co chcesz usłyszeć najpierw?

- Może naprzemiennie? Daj najpierw jakąś złą nowinę? – zaproponował ostrożnie Roscinante. Smoker zawahał się, a Sengoku przyszedł mu z pomocą.

- Na przykład… Nie jesteś już Władającym. Straciłeś nagi-nagi-no-mi.

Co?! Mężczyzna odruchowo spróbował przywołać znajomą, zaufaną moc ciszy, ale niczego nie poczuł. Welon milczenia nie zapadł, wszystkie szepty, oddechy i szelesty doskonale było słychać. Dziwne – przedziwne uczucie, nic bolesnego czy przykrego, tylko zupełna pustka w miejscu, do którego zwykle sięgał po norioku. Jak to się stało? Czy był reanimowany? A może przeszedł śmierć kliniczną i jego Diabelski Owoc opuścił nosiciela, uznając go za martwego? Przedziwna sprawa.

- A… Jakaś dobra wiadomość?

Tym razem Sengoku się zawahał, ale Smoker od razu wybrał odpowiednią nowinę.

- Vergo jest trupem – oznajmił z mocą.

Ach! To rzeczywiście była wspaniała nowina. Więc nici Doflamingo, wżarte głęboko w strukturę Marynarki Wojennej, zostały wyrwane z korzeniami! Gdy podczas nierównej walki z Vergo Roscinante pojął, z kim ma do czynienia i co to oznacza dla Floty, był zrozpaczony swoją niemocą. Wiedział, że tak mistrzowsko umiejscowiony szpieg Doflamingo będzie mógł bezkarnie krzywdzić rzesze ludzi swoimi łajdactwami, niszcząc przy okazji zaufanie cywili do żołnierzy. A oficer Donquixote pierwszy dał się mu zgnieść na miazgę! Nie zdołał zatrzymać Vergo, wiedział więc, że mogą minąć całe lata, nie dwa, nie trzy, ale może i dziesięć lat, zanim ktokolwiek go powstrzyma – a wtedy już będzie za późno, by wykorzenić nawarstwione zło. Za tę słabość najbardziej siebie przeklinał, gdy szykował się na śmierć pod stopami Doflamingo. A teraz – okazało się, że jednak przeżył, a przeklęty Vergo był trupem! Jak zdołali go namierzyć tak szybko?! Być może Law złożył zeznania oficerom Floty? Ale czy dobrze go potraktowali? Roscinante Donquixote miał dość tych wszystkich pytań. Chciał wszystkiego się wreszcie dowiedzieć. Jak to powiedział Smoker? Dość cackania się.

- Zróbmy inaczej. Powiedz mi po prostu wszystko naraz. Po kolei, ale wszystko – zażądał stanowczo. – Muszę wiedzieć, bo zaraz tu zwariuję. Co się stało po tym jak… Straciłem przytomność?

Cisza.

Ukradkowe spojrzenia, nerwowe pocieranie rąk i policzków. Wytatuowane palce przesunęły się z powrotem na puls pacjenta i tam już zostały, jak przyklejone. Oficer nie zawracał już sobie głowy odpychaniem medyka i pozwolił trzymać się za rękę. Mężczyzna nie był bynajmniej niemiły dla oka, a jeśli okaże się szują, zawsze będzie czas podpalić na nim te łaciate dżinsy.

- Mówcie! – ponaglił Roscinante. – Co stało się potem?

Cisza.

- Co…

- Umarłeś, Cora-san! – To klęczący przy nim lekarz wreszcie przerwał milczenie. – Umarłeś!

W jego głosie brzmiało coś między wielką pretensją i równie wielką rozpaczą. Roscinante potarł czoło pod gęstą grzywką. Wszystko w nim protestowało przeciw tej rewelacji. Przecież żył? Owszem, przez te wszystkie rozpaczliwe minuty na Minion spodziewał się śmierci, przygotował się na nią i gdy zamykał oczy, wiedział, że się więcej nie obudzi. Ale obudził się – właśnie przed chwilą – jakby w zupełnie innym świecie. I przez te kilka ostatnich chwil zdążył już ucieszyć się, że żyje, a potem przywiązać się do tej myśli na nowo. Niełatwo było uwierzyć, że jego najgorsze przewidywania jednak się spełniły.

- Ja… Aż tak źle ze mną było? – zapytał ostrożnie.

- Byłeś całkiem martwy – potwierdził Smoker. Oczy mu pociemniały, nagle zrobił kilka długich kroków i zacisnął dłoń na ramieniu przyjaciela. Teraz we trzech z Sengoku i bezimiennym lekarzem trzymali go kurczowo, jakby zaraz miał się znowu wymknąć w objęcia śmierci.

- Pochowałem cię – dopowiedział Sengoku. Znowu miał łzy w oczach, ściskał swego wychowanka za kolano i kręcił głową, aż podskakiwał biały warkoczyk brody. – Pojechałem… Zidentyfikować twoje ciało. Potem cię pochowałem. Opłakałem. A potem… Potem już zawsze cię opłakiwałem.

- Patrz, jak przez ciebie posiwiał! – burknął gniewnie Smoker, a zszokowany Roscinante aż się żachnął. Czy to przez niego?! Czy aż tyle rozpaczy sprawił ukochanemu mentorowi, że ten postarzał się w oczach i z dziarskiego bruneta w kilka dni zmienił się w siwego jak gołąbek starca?!

- Kolego Łowco! Lepiej zamknij gębę! – Amator złotych kolczyków i czarnych tatuaży nie posiadał się z oburzenia. – Zobacz, co narobiłeś! Cora-san tak się przejął! Nie słuchaj go, Cora-san! To tylko głupie gadanie Białego Łowcy.

Biały… Łowca? Kiedy Smoker dorobił się swojego wymarzonego, sensacyjnie brzmiącego przydomka? Ostatnim razem, kiedy Bellemere wyciągnęła ich na pożegnalnego dymka, który przedłużył się jak zawsze do wielogodzinnej pogawędki, wymyślili wersję „Dymny Łowca” - między innymi śmiechu wartymi przezwiskami. „Biały Łowca” brzmiało nawet lepiej, prosto i dumnie.

Ale.

Ale.

Cora-san?

Kto tu już drugi raz nazwał go „Cora-san”?

Jakby odgadując jego myśli, długonosy chłopak wyrwał się do przodu i pochylił się nad Roscinante.

- Czy możemy cię nazywać Corazonem? Albo Corą? Nie będzie ci przykro?

- Czemu ma mu być przykro? – zdumiał się ten w słomkowym kapeluszu. – Przecież to jest Corazon. Cora. Jak inaczej mielibyśmy go nazywać?

- Ma imię i nazwisko. – Długonosy przewrócił oczami. – I nawet rangę oficerską Floty. A tamto wymyślił Doflamingo. Piki, trefle, karo i kiery.

- Mingo się już nie liczy. – Machnięcie ręką tak niedbałe, jakby chodziło o podrzędnego wioskowego  złodziejaszka, znowu zszokowało Roscinante. Doffy… Nie liczył się?! To byłoby zbyt piękne, żeby mógł uwierzyć.

- Jesteś Corazon, co nie? Dla skrótu Corao. Prawda, Corao?

Temu akurat nie chciał zaprzeczać. Zwłaszcza, gdyby Doffy już się nie liczył. To jedno chciałby sobie po nim zostawić.

- Jestem Cora-san.

- No!

- Koniec przegadywanek! – uciął stanowczo Smoker. – Zaraz go będziecie o wszystko pytać, ale teraz niech wreszcie usłyszy prawdę. Sengoku-san, pan niech mu powie. A wy, pirackie szumowiny, morda w kubeł!

Pirackie szumowiny?

Wyglądali na takich, to fakt. Ale czemu w takim razie zadawali się z nimi praworządni oficerowie Floty? Czy świat stanął na głowie przez te kilka dni jego… Bycia nieżywym?

- Byłeś martwy, nieżywy, pogrzebany, pochowany. – Sengoku znowu pokręcił głową. – Ale teraz żyjesz i tym razem bardziej na siebie uważaj, ty szalony chłopaku! Żadnych akcji bez wsparcia!

- Ten gamoń już nigdzie więcej sam nie pójdzie. Dopilnuję tego – burknął czarnowłosy lekarz. W jego głosie brzmiała żelazna obietnica i Corazon poważnie się zaniepokoił. Co ten facet na niego szykował?

- Cisza miała być! – Smoker dmuchnął dymem w medyka, ale ten tylko zakręcił palcem i błękitna poświata wyeliminowała bez śladu cały obłok.

- Roscinante… Pewien Diabelski Owoc pozwolił nam ciebie uratować. Jesteś znowu z nami – cały i zdrowy. Twoje ciało odtworzyło się identyczne, jak było w dniu twojej śmierci, oprócz oczywiście obrażeń i mocy nagi-nagi-no-mi. Powstałeś z martwych.

- Yohohoho! Możemy założyć klub! Yohohoho!

- Cisza!

Sengoku zajrzał swemu wychowankowi głęboko w oczy.

- Trochę to zajęło czasu. Długo cię z nami nie było, synu.

Koniec omijania tematu.

- Jak długo? – spytał zwięźle. Admirał tym razem tylko lekko się zawahał.

- Jakiś czas temu minęło... Trzynaście lat.

Trzynaście lat.

Trzynaście… lat?

Trzynaście lat?!

Siedział jak skamieniały, serce tłukło się boleśnie w piersi, umysł próbował nadążyć za tym, co usłyszał. Trzynaście lat?! Nie dni, nie tygodnie nawet, ale całe lata upłynęły?! W ogóle nie mieściło mu się to w głowie. Przecież dopiero przed chwilą, przed momentem pokazał Lawowi swój pożegnalny uśmiech i szykował się na nadejście Doffy’ego. Przecież ledwo co siedział w śniegu na Minion, dosłownie przed chwilą…

Umarł.

Zginął na Minion, tak jak się spodziewał. Doffy zastrzelił go raz a dobrze. Minęły całe lata, wszyscy jego bliscy się pozmieniali, może już nie żyli? Sengoku-san się postarzał, Smoker wydoroślał, Doffy miał czterdziestkę na karku, a Law… Law był… Dorosły?! Czy na pewno żył?! Czy przetrwał?! Czy wydobrzał?! Jeśli Lawowi udało się przeżyć i pokonać chorobę, jeśli odzyskał prawo do życia…

To już pal sześć śmierć.

Corazon Donquixote uspokoił się trochę. Trzynaście lat kłuło niepojętym szokiem w serce, ale raz już zgodził się umrzeć i pogodzi się z tym znowu, zwłaszcza że śmierć należała do przeszłości i teraz bez wątpienia żył. Musiał jednak dowiedzieć się więcej.

- Uspokój się, durniu! Ciśnienie ci podskoczyło! – beształ go lekarz. Emocje aż z niego biły gorącem i Roscinante nieco się zdziwił, że obcy człowiek – w dodatku, jeśli wierzyć Smokerowi, piracka szumowina – tak się przejmuje jego zdrowiem.

- Nie mam kłopotów z ciśnieniem, ani z sercem, ani z płucami, ani w zasadzie z niczym oprócz… Skłonności do drobnych stłuczeń – oznajmił kąśliwie. – Nigdy w życiu nie potrzebowałem pomocy medycznej… Do czasu. – Skrzywił się na samo wspomnienie. – Jeśli nie jesteś gotowy zmierzyć się z przypadkiem Syndromu Bursztynołowiu, to naprawdę możesz już sobie iść.

Wytatuowane palce na jego nadgarstku drżały coraz mocniej – czyżby nareszcie wystraszył tego podejrzanego faceta? Ale do tej pory na wzmiankę o przeklętej chorobie Fleavance medycy darli się wniebogłosy, uciekali i za żadną cenę nie dotknęliby ciała osoby zakażonej Syndromem, nawet małego dziecka. A ten człowiek nadal dotykał Corazona i trzymał jego rękę tak zaborczo, jakby wręcz nigdy nie zamierzał jej puszczać. Patrzył mu teraz prosto w oczy – twarz miał spiętą, wzburzoną, czoło zmarszczone, ale Roscinante nadal nie potrafił odczytać jego emocji. Czy ten człowiek był jego wrogiem? Sengoku-san nie pozwoliłby, żeby zajął się nim ktokolwiek spoza kręgu zaufania. Ale byli tu piraci! Feniks Marco! Co się podziało ze światem przez te trzynaście lat? Zanim zdążył wprost o to zapytać, nieznajomy lekarz przemówił. Głos miał ochrypły i ledwo słyszalny.

- Syndrom Bursztynołowiu został… Całkowicie wyeliminowany ze świata.

Teraz to dopiero był szok. Wyeliminowany?! Co to znaczyło?! Co się stało z Lawem?! Sengoku-san zapewnił, że jego skarb został uratowany, ale przecież on nie miał o niczym pojęcia! Może Doffy dorwał jednak chłopca?! Jeśli ten by mu się sprzeciwiał, mogło dojść do najgorszego. A wtedy Marynarka mogła odzyskać ope-ope-no-mi. Co, jeśli właśnie o tym mówił Admirał?! Corazona nie obchodziła moc operacjowocu, tylko mały chłopiec, który stał na krawędzi życia i śmierci. Co się z nim stało?! Całe to piekło Minion nie mogło pójść na marne!

- Co się stało z Lawem?! – Spróbował wstać, złapał Smokera za ramię. – Gdzie jest Law?!

- E? Jak to gdzie? – zdziwił się tamten. – Siedźże, maminsynku. Dopiero co ożyłeś!

- Jestem młody i zdrowy, to ty wyglądasz jak ruina kadeta! – odparował odruchowo Roscinante. Podczas misji w Familii Doflamingo tak bardzo brakowało mu normalności – przyjaciół, przed którymi niczego nie musiał udawać, przekomarzanek , marzeń i nadziei. Dawniej bez końca drażnił się ze Smokerem, wykorzystując swoje starszeństwo. Teraz… Był o ładne dziesięć lat młodszy?! Law miałby więc… Dwadzieścia pięć? Dwadzieścia sześć?

- Potrzebuję dwóch rzeczy. Natychmiast. – oznajmił Smokerowi tonem nie znającym sprzeciwu.

- Nie dymka przecież? To nowe ciało jeszcze nigdy nie paliło papierosa – burknął tamten. – No, co byś chciał?

- Na pewno jest głodny! – wyrwał się chłopak w słomkowym kapeluszu. – Sanji już szykuje bankiet! Będzie cała góra mięsa!

- Chicho bądź, Królu Piratów. Czego potrzebujesz, synu? – wypytywał Sengoku.

- Majtek! – wykrzyknął Roscinante żałośnie. Król piratów?! Nowe ciało?! Nagle poczuł, że jest na krawędzi histerii i zaraz wybuchnie, bynajmniej nie z powodu bielizny. – Chcę się ubrać! I niech mi ktoś nareszcie powie, co się stało z Lawem!

- Zszedł na psy – burknął Smoker głosem, w którym rozbawienie walczyło z ewidentnie udawaną surowością. – Stoczył się do rynsztoka, na samo dno morza. Zebrał piracką załogę i ruszył w świat, wyrywając ludziom serca gołymi rękami.

Corazon śmiertelnie by się przeraził taką perspektywą, ale dobrze znał ten dobroduszny ton Smokera  - kojarzył go wyłącznie ze spokojem i… Przyjaźnią? Twardy i agresywny kadet Smoker takim miękkim tonem przemawiał niezmiernie rzadko i wyłącznie o tych nielicznych ludziach, których lubił.

- Niektórym raz wyrwać serce to za mało! – czarnowłosy lekarz warknął na oficera jak morski drapieżnik. – Ale zawsze można to jeszcze poprawić!

- SHihihihi! Shihihihi! – zaśmiewał się młodzieniec w kapeluszu. – Torao na dnie morza! Na dnie morza! Shihihihihi! Sama prawda!

- Cicho bądź, Luffy! – zgromił go reniferek. – Pan Corazon się zmartwił. Proszę pana, z Torao wszystko jest w porządku! Jest wspaniałym piratem! Znaczy, wspaniałym kapitanem! Znaczy, wspaniałym Chirurgiem Śmierci!

- Law-dono to prawdziwy bohater! – zapewniał urodziwy samuraj.

- Izo mówi prawdę! – przytakiwał życzliwie uśmiechnięty Marco. – Może pan być spokojny, Oficerze Donquixote. Law wyszedł na ludzi. To znaczy… W naszym rozumieniu, a my jesteśmy piratami, więc…

- Twój Law to teraz istna gwiazda! Supernowa nawet! – Smoker doskonale się bawił zakłopotaniem Roscinante, co odrobinę uspokoiło kiełkującą histerię. Bardziej by go jednak uspokoiły suche fakty i spodnie. Czemu ci wszyscy złośliwcy musieli się nad nim znęcać?! I czemu w obliczu bandy złośliwców nadal nie opuszczało go poczucie bezpieczeństwa? Gdyby tylko powiedzieli wreszcie, co z Lawem!

- Laaaaw-saaan! Laaaw-san!

- Trafalgar Law!

- Laaaw-san!

Odległe okrzyki już wcześniej było słychać, ale dopiero teraz stały się na tyle wyraźne, że dotarły do uszu Corazona. Również pozostali je usłyszeli – wszyscy zamilkli i odwrócili głowy, żeby zobaczyć, kto się zbliża. Biegła do nich dziwnie niedobrana para – młoda dziewczyna o pięknej figurze, w kolorowej bluzeczce i płaszczu narzuconym na ramiona, oraz potężny, równie szeroki co wysoki osobnik w pomarańczowym kimonie. Miał niebieską skórę i czarne, kędzierzawe włosy, zebrane w kitę na czubku okrągłej głowy. Roscinante znał skądś tę błękitną kulę niszczącej siły.  Pojawiała się na listach gończych Słonecznej Bandy Fishera Tigera. Nie zdążył się jednak nawet zdziwić obecnością kolejnej pirackiej gwiazdy, bo oboje biegnący dotarli do nich i zatrzymali się. Syn Mórz Jinbei sapał lekko i kręcił głową, wyciągając przed siebie ręce. Trzymał w nich…

Białą czapkę z futra foki.

Serce Corazona jakby nagle podeszło mu do gardła, a potem spadło w dół i zaczęło obijać się o klatkę piersiową. Dudniło mu w uszach, dławiło w gardle, nic już nie widział na oczy, tylko ten jeden przedmiot. To nawet nie była właściwa czapka. Zamiast kapelusika z rondem miała fason kaszkietu z daszkiem i pewnie w ogóle nie miała nic wspólnego z niczym. Ale oni wołali…

- Trafalgarze Law! Wyshamblesowałeś suchy chleb za burtę! – Przedstawicielka Floty tupnęła nóżką. Z bliska widać było, że jej płaszczyk ma elitarne oficerskie epolety – takie same, jak zgodnie ze swoim stopniem powinien nosić Roscinante. Nieznajoma podparła się pod boki, karcąco kręciła głową, a jej oczy ciskały gromy zza szkieł okularów.

- Czarna Noga szaleje i grozi, że zaraz założy Maskę Soby, żeby zrobić z tobą porządek! Nie może zrobić panierki, bo wyrzuciłeś cały zapas ususzonego chleba!

- Och, jej! – przejął się reniferek. – Wszyscy zginiemy!

- Torao strasznie się denerwował od wczoraj – mruknął długonosy, z lękiem osłaniając głowę rękami. – Chodził po wszystkich naszych statkach, zaglądał w każdy kąt i wyżywał się na każdym znalezionym skraweczku chleba. Wątpię, żeby gdzieś przetrwała choćby sucha bułka.

Dziewczyna odwróciła się, żeby na niego spojrzeć – i dopiero wtedy zauważyła Corazona.

- Aaach! A więc to już! Dlaczego nic nie mówiliście?!

Roscinante z pewnością dostałby zupełnego kręćka, próbując połączyć czarne nogi z maską i sobę z suchym chlebem. Ale nie usłyszał z tego ani jednego słowa. Wpatrywał się w czapkę z futra foki i bał się drgnąć, żeby nie zniknęła. Tymczasem nieznajoma kobieta wydawała się ogromnie uradowana i podniecona.

- Ach! Tak bardzo się cieszę! Panie oficerze Donquixote! To taki zaszczyt! Strasznie się cieszę, że wszystko się udało!

- Weź się w garść, Tashigi, ten maminsynek jest teraz raptem parę lat starszy od ciebie – burknął Smoker.

- Jak wspaniale! – entuzjazmowała się nadal. – Widzę, że wszystko poszło doskonale! – Obejrzała Roscinante dokładnie od czubka głowy aż do pasa, po czym nagle spłonęła krwistoczerwonym rumieńcem i gwałtownie odwróciła głowę w bok.

- Do… Doskonale – dokończyła piskliwym, zakłopotanym głosikiem. – Do… Dorodny Niebiański Smok!

Ach.

Na to musiał odwrócić głowę od białej czapki. Zmrużył oczy – a najbliżej stojący aż się cofnęli o pół kroku, gdy temperatura nagle gwałtownie spadła. Ciepłe oczy Corazona w mgnieniu oka zmieniły się w lodowate, bezdenne jeziora.

- Nie jestem. Niebiańskim. Smokiem.

Niewiele pamiętał z piekła, które odebrało mu rodziców i ostatecznie zmieniło brata w odrażającego potwora. Jednego się jednak nauczył: Niebiańskie Smoki były dla ludzi złem, do którego on nie chciał już nigdy przynależeć. Był oficerem Marynarki. Mógłby nawet być piratem – był nim z całego serca, kiedy to Law pytał. Ale niech nikt się nie waży nazwać go Niebiańskim Smokiem.

- Dobrze to słyszeć. – Syn Mórz Jinbei uśmiechnął się serdecznie. Złowrogie kły i groźne brwi nie zdołały odjąć temu uśmiechowi ciepła. – Bardzo dobrze to słyszeć. Law-san, zostawiłeś czapkę na beczkach z colą. Ten nasz wskrzeszeniec  będzie tak już zawsze goło chodzić? Pułkowniczka gotowa zemdleć.

Corazon nadal bał się drgnąć. Futro foki bieliło się niewinnie i eksponowało ciemne łatki. A biały niedźwiedź otarł oczy rękawem, podszedł do ryboczłeka, odebrał mu czapkę i z widocznym na pysku zadowoleniem nasadził ją na czubek głowy czarnowłosego lekarza o wytatuowanych dłoniach.

- Kapitan piratów Serca w całej okazałości – pochwalił drżącym głosem Sengoku-san.

- Mój kapitan! – podkreślił miś.

- Nasz Torao! – Ten uśmiech spod słomkowego kapelusza mógłby porwać w morze tysiące okrętów.

- Law-dono! – Samuraj z szacunkiem pochylił głowę.

- Trafalgar Law. – Smoker wystawił palec w odpowiednim kierunku, na wypadek, gdyby Roscinante jeszcze nie skojarzył faktów. Ale wszystko było już jasne. Pirat Law – kapitan Law? Doktor Law? – stał tuż obok z nisko spuszczoną głową, ręce wcisnął w kieszenie, a spod foczej czapy spływała po policzku łza. Corazon ruszył w jego stronę – nagle zatrzymał się, zawahał. I z pełną premedytacją zahaczył stopą o laskę dziwaka w pasiastym garniturze. Sekundę później młócił już bezradnie rękami powietrze, kolana się ugięły, stopy rozjechały, a Oficer Donquixote z hukiem wylądował na ziemi, leżąc na plecach z rozłożonymi rękami jak karykaturalny akt śnieżnego anioła.

Law znalazł się przy nim w mgnieniu oka.

- Cora-san! Ty gamoniu! – Potrząsał nad nim pięścią, a szare oczy ciskały gromy. – Ty niezdaro! Jak możesz tak na siebie nie uważać! Przecież mogłeś skręcić sobie kark! Cora-san!

Ach.

- Mój. Law.

 

 

 

.