Actions

Work Header

I'm a Doctor dammit, not a biologist!

Summary:

Nowa misja załogi Enterprise. Lądowanie na niezbadanej planecie z której w niewyjaśniony sposób zniknęły wszystkie formy życia. Co może pójść źle? Prawda?

Chapter Text

McCoy wiedział od początku, że ta misja to bardzo zły pomysł. Zresztą jak każda na którą namówił go Jim. Lądowanie na niezbadanej planecie z której w niewyjaśniony sposób zniknęły wszystkie formy życia. Co mogło pójść źle? Prawda? Pocieszał się tylko tym, że jeszcze tylko dwa tygodnie i na jakiś czas wydostanie się z tej śmiercionośnej puszki. Są zaledwie dwa tygodnie od Stacji York, na której załoga Enterprise miała spędzać krótki urlop. Tylko to pozwalało mu myśleć, że ta ostatnia misja musi skończyć się dobrze. A nie tak jak zwykle. Cóż. Jak to mówią, nadzieja matką głupich.

- Pomocy! – stłumiony głos chorążego Sandersa dochodził z zarośli.
McCoy przeklął i przestąpił ostrożnie ponad zgrubiałym pędem rośliny, która zdawała się pokrywać większą część polany. Zauważył, że grube odnogi wyglądały jak pędy bluszczu lub innej pnącej rośliny, tyle tylko, że przekrój najcieńszej z nich miał grubość jego nogi. Macki niewątpliwie miały jedno źródło z którego dobiegało wołanie młodego chorążego.
- Jim! Spock! Tutaj! – zawołał McCoy zanim zrobił kolejny krok w stronę źródła jęków.
Nie było czasu na zastanawianie. Zwiad miał wylądować na planecie jak zwykle, w zwartej grupie. Oczywiście jak zwykle wynikły problemy z przesyłem. Jak zwykle ktoś ucierpiał. McCoy zaklął znowu widząc powykręcane ciało Sandersa. Chłopak był przytomny, ale blady jak kartka papieru i mokry od potu. Każdą kończynę miał owiniętą ciasno pnączem, które zdawało się pulsować i zaciskać coraz mocniej jak boa dusiciel.
McCoy rozejrzał się za pozostałymi członkami zwiadu. Jego komunikator rozbił się w trakcie lądowania. Uderzył głową w twardą skałę i spadł dwa metry w dół po stromej skarpie. Na szczęście niczego nie złamał, a skończyło się tylko na płytkim rozcięciu na ramieniu i kilku zadrapaniach na czole i policzku. Rozdarta niebieska koszula zabarwiła się na czerwono w okolicy rany, a otarte czoło piekło jak cholera. Mógł mieć też lekki wstrząs mózgu, bo kręciło mu się w głowie, ale nie miał pewności. Nie było czasu na badanie trikorderem. Niemniej, widząc wykrzywioną pod nienaturalnym kontem, otwarcie złamaną i oplecioną dziwną rośliną nogę Sandersa stwierdził, że nie może narzekać. Krew młodego oficera kapała na macki, co, jak wydawało się McCoyowi sprawiało, że roślina poruszała się trochę szybciej i zaciskała mocniej uścisk. Zupełnie jakby chciała wycisnąć z chłopaka ostatnią kroplę krwi.
- Doktorze! – załkał znowu chłopak.
- W porządku, Sanders – McCoy przełknął ślinę zbliżając się ostrożnie i wyciągając fazer. – Zaraz cię uwolnimy.
- Nie! – odpowiedział ostro oficer. Jego oczy płonęły jak od gorączki. McCoy znowu zaklął w duchu. – On mnie nie wypuści. Już za późno. Uciekaj…Aaaaa!
Roślina nagle poruszyła się gwałtownie wciągając Sandersa głębiej. Jego czerwona koszula prawie zniknęła w gąszczu, a z jego szeroko otwartych ust wydobył się zduszony jęk. Bez chwili zastanowienia McCoy skoczył w środek plątaniny i wycelował fazer w mackę, która oplatała klatkę Sandersa. Ku jego uldze roślina zatrzęsła się pojedynczą konwulsją i zaczęła wycofywać zostawiając ciało chłopaka. McCoy zaklął po raz kolejny i starał się odplątać jego nogi, jednocześnie uważając, aby samemu się nie unieruchomić. Po kilku próbach udało mu się uwolnić chorążego i z niemałym trudem odciągnąć od plątaniny. W międzyczasie chłopak stracił przytomność z bólu, co nie było dziwnym biorąc pod uwagę otwarte złamanie nogi. McCoy ułożył go delikatnie na ziemi i sięgnął do torby, która była przypięta do jego paska. No właśnie… była. Z irytacją zauważył, że musiała odpaść w trakcie szarpaniny i teraz leżała na plątaninie macek. Oślizgłe pnącze przesuwało się coraz dalej w gąszcz jakby starało się uciec.
- Hej! To moje! – warknął sięgając po torbę i odwracając się w kierunku nieprzytomnego chorążego.
Nie zdążył zrobić nawet jednego kroku, kiedy galaretowata macka niespodziewanie szybko złapała go za kostkę i powaliła na ziemię. Przewracając się uraził zranione ramię i na chwilę zrobiło mu się ciemno przed oczami. Oszołomiony poczuł coś zimnego i mokrego pod koszulą na swoich plecach. Bezwiednie wciągnął powietrze i na chwile wstrzymał oddech. Lodowata macka sunęła pod materiałem w górę do świeżej rany na ramieniu, jakby wyczuwając krew. Nie był w stanie nic zrobić. Nie mógł się poruszyć, ani nawet krzyknąć. Kiedy w końcu macka dotarła do rozcięcia poczuł wślizgujące się pod skórę w głąb jego ciała obezwładniające zimno. Jakby lodowaty język próbował wyssać krew z jego rany. Otworzył usta w niemym krzyku i ostatkiem sił sięgnął do przypiętego do paska fazera. Nie odpinając go nacisnął przycisk i wtedy ogarnęła go ciemność.