Actions

Work Header

Przecież zawsze wracasz

Summary:

Smuga zawsze do nich wraca. Do niego.
Ale żeby wracać, musi też ciągle odchodzić.
I to jest takie proste, on po prostu zawsze odchodzi po to, by potem znów wrócić. Zawsze.

Work Text:

Zawsze wychodzi. 
Zawsze z tym małym, nieobecnym uśmiechem, bo jego myśli są już wtedy bardzo daleko od nich. Od wszystkich. Od świata. Od niego.

I to boli.
Boli, że nigdy niewypowiedziana prośba nigdy nie zostaje wysłuchana.

Za każdym razem on po prostu wychodzi za próg, bezszelestnie, zamykając za sobą drzwi.
Jakby nigdy go nie było.
Jakby był duchem, piękną i zarazem tak przykrą zjawą, podmuchem wiatru z innego świata, którego nie można zatrzymać przy sobie.
Ucieka przez palce, wymyka się. Nigdy nigdzie nie zostaje.

Znów znika.
I choć przecież wróci, jak zawsze wracał, żaden powrót nie jest na stałe.
Bo potem znów zniknie, jak sen z nastaniem dnia.
Może rzeczywiście był po prostu snem... dziwnym, cudownym, niewytłumaczalnym snem, z którego rankiem pamięta się tylko strzępy.
Ale nie da się chcieć przestać go śnić.
Choćby nigdy do nikogo nie należał, zawsze z tą samą radością się go przyjmie.
Nawet jeśli każdy jego powrót to początek kolejnego odejścia.


I dlatego Andrzej Wilmowski nawet słowem nie protestuje, gdy wśród powszechnej radości, jeden człowiek znika z salonu pana Nixona w Manaus.
Dlatego po prostu idzie za nim do holu, wiedząc, co zobaczy. Widział to już tyle razy.
Dlatego nie ma siły powiedzieć jednej prostej rzeczy...
"Przestań
Przestań odchodzić.
Przestań mnie ciągle zostawiać.
Przestań.
Jeśli masz odejść, to idź. 
Jeśli cię to męczy, uwolnij się.
Ale nie wracaj do mnie zza morza tylko po to, by znów odejść.
Nie mówi tego.
Nie mówi nic.
W ciszy podchodzi do przyjaciela, który spokojnym, pewnym ruchem ładuje broń, nim doczepi ją do kabury przy pasie.
Smuga unosi na niego wzrok. Uśmiecha się blado. I chyba czeka na jakieś słowa...
Ale nie dostaje ich... Bo Wilmowski już wie, że spędzi kolejne pół roku czekając na niego, by wrócił na chwilkę i znów zniknął.
I choć nigdy go za to nie winił, tamtej nocy nie ma już siły udawać, że jest mu z tym dobrze.
Po prostu patrzy na niego.
Smuga waha się w pół ruchu, bo chwila milczenia jest zbyt długa, by nazwać ją naturalną. 
Bardzo powoli odkłada broń na szafkę. 
- Tak? 
Wilmowski chce coś powiedzieć. Widać to w jego oczach, widać w tym jak stoi w pół kroku na progu. 
Ale nic nie mówi. 
Krzywi twarz w uśmiechu i kręci głową. 
Przez chwilę po prostu na siebie patrzą. 
Smuga nie rozumie, szuka odpowiedzi, błądząc spojrzeniem po jego twarzy. Szuka oznak emocji, stara się odkryć jego myśli... jakby stał wobec dzikiego zwierzęcia albo kogoś, kto nie jest w stanie wyjaśnić mu nic w żadnym znanym mu języku. 
I po części ma doczynienia z tą drugą sytuacją. 
Bo Wilmowski nie umie nic powiedzieć. Nie umie nic wyjaśnić. 
Powoli cofa się o krok, zahaczając ramieniem o framugę. 
- Uważaj na siebie. 
- Oczywiście - Smuga uśmiecha się lekko, jakby zapomniał, że coś mu nie grało - Ty też. 
Wilmowski bezsensownie kiwa głową. 
Przez chwilę waha się, czy by nie podać mu dłoni. Ale potem rezygnuje, bo nie ma pewności, czy starczyłoby mu sił, by potem ją tak po prostu puścić. 
Uśmiecha się jeszcze słabiej, jeszcze mniej szczerze. 
- I wróć kiedyś... 
- Wrócę - mówi Smuga cicho. 
Mówi tak od lat. I wraca, zawsze wraca. 
Po raz pierwszy Wilmowski nie chce patrzyć, jak zamkną się za nim drzwi, pierwszy odwraca się, raz jeszcze kiwając mu głową. 
I wraca do reszty, która nawet nie dostrzegła jego zniknięcia. 
Nie ma pojęcia, że Smuga po raz pierwszy nie ma pewności, czy powinien wyjść... 
Patrzy za nim, choć bardzo szybko traci go z oczu. Bardzo powoli opuszcza wzrok. 
Bo czuje wyraźnie, że coś w tych oczach krzyczało do niego tylko jedno słowo.. 
"Zostań
Odpina pas z bronią i wiesza go z powrotem, razem z kurtką.
Powoli, zawieszając na moment ruch.
A potem wraca do salonu, mijając głośno rozmawiających Tomka, Sally, Marę i Haboku.
Rozgląda się w tłumie, który choć liczy tylko kilkanaście osób, jemu wydaje się być gęsty i zupełnie niepotrzebny.
Wyłapuje znajomą postać przy oknie, obok Tadka, który żywo coś opowiada.
Wilmowski siedzi tyłem do wyjścia, jakby bał się, że nie zapanuje nad odruchem i pójdzie za nim, jeśli będzie tam patrzył choć chwilę dłużej.
Smuga starannie maskuje zdenerwowanie, gdy do nich podchodzi. Unosi dłoń, gdy kapitan Nowicki kiwa na niego głową.
Wilmowski odwraca się przez ramię.
Z niezrozumieniem wpatruje się w niego przez dobrą chwilę.
Tadek coś gada. Coś nawija w tle, ale przyznać należy, że żaden z nich go nie słucha.
Smuga uśmiecha się delikatnie.
- Mam wrażenie, że popsuliście pana Wilsona - rzuca zupełnie naturalnie, z cichym rozbawieniem, bo rzeczony pracownik Nixona nie przypomina już w ogóle mieszczucha sprzed wyprawy i głośno coś omawia z Haboku i Tomkiem, ku uciesze Sally.
Na to Nowicki parska śmiechem, kiwa głową radośnie.
Ale jeśli cokolwiek odpowiada, Smuga go nie słyszy. Bo w tamtej chwili istnieją dla niego tylko jasne oczy, które ze zdumionych robią się gorzko zrezygnowane.
- Ucieknie ci statek - mówi cichym, martwym głosem Wilmowski.
Smuga patrzy wprost na niego, gdy unosi brwi i niemal naturalnie zdziwiony pyta:
- Jaki statek?
Wilmowski nie rozumie, mrużąc lekko oczy, pyta więc głosem, z którego starannie wyrzuca oznaki, jak wiele znaczy dla niego to pytanie:
- Nie znikasz nigdzie?
Smuga uśmiecha się delikatnie, gdy siada obok. To jest ten sam, lekko nieobecny uśmiech, co zawsze. 
Ale nie może myślami być nigdzie daleko, gdy patrzy wciąż wprost na niego i cicho odpowiada:
- Nie, to byłoby wredne, skoro dopiero co odszukaliście mnie w amazońskiej głuszy. 
- Tak - Wilmowski powoli kiwa głową - To byłoby wredne.
- Po za tym - ciągnie łagodnym, spokojnym głosem Smuga - Na całym świecie nie ma takiego miejsca, gdzie wolałbym być teraz zamiast tutaj.
I wreszcie widzi jak na twarz Wilmowskiego wraca delikatny uśmiech.
Przez chwilę nie może uwierzyć, że tyle lat był zbyt ślepy, by dostrzec jak jasno lśnią te oczy, gdy patrzą prosto na niego.
Nie wierzy też, że musiał zniknąć nad Amazonką, by zrozumieć, że nigdy nie powinien był od tych oczu uciekać... 

 

Series this work belongs to: