Chapter Text
Gdyby Mark Lee miał odpowiedzieć na pytanie, co doprowadziło go do tego momentu w jego życiu, najprawdopodobniej bez większego zastanowienia powiedziałby: piosenka. Chwilę później jednak pokiwałby głową, uśmiechnął się kącikiem ust i poprawił się, mówiąc cicho: zepsuty odkurzacz.
(...)
- Dlaczego nigdy nie grasz tej piosenki w dzień, kiedy jest więcej ludzi?
Przed Markiem stał chłopak. Trochę młodszy od niego, trochę niższy. Siwe włosy z wyraźnym ciemnym odrostem opadały mu na brązowe, żywe oczy. Opalona skóra na policzkach zaróżowiła się od mrozu, który przybrał na sile po tym jak zaszło słońce. Kanadyjskie zimy były nieubłagane i sam Mark, pomimo tego, iż żył w Toronto od urodzenia, miał problemy z graniem na jednej z ruchliwych ulic miasta, próbując nie odmrozić sobie palców, które potrzebne mu były do bycia ulicznym grajkiem. On, ulica, jego gitara i tłum przechodniów, szepczących gdzieś w tle, gdy grał piosenkę za piosenkę, czekając aż ktoś z szarej tafli ludzi przełamie się, żeby wrzucić mu do pokrowca na gitarę parę dolarów. Co jakiś czas przystawało przy nim zagubione dziecko, które kiwało się w rytm muzyki, dopóki zatroskana matka nie przywołała go i nie znikał w plątaninie nóg, rąk i głów.
Bo widzisz, czytelniku, dni Marka Lee były całkowicie takie same. Codzienność miała szaropopielaty posmak bylejakości i ciągnęła się niczym guma do żucia przyklejona do podeszwy buta. Budzik witał go o siódmej rano, krzykliwym przypomnieniem o zaczynającym się nowym dniu. Mark leżał na wznak, patrząc się na swój biały sufit, na którym tańczyły pierwsze promienie słońca i myślał o tym jak kiedyś było mu o wiele lepiej. Przed śmiercią jego matki, przed tym jak Lucas… Przed tym jak Lucas zdecydował się wyjechać do Nowego Yorku, zostawiając go samego. Kiedy jego użalanie się nad sobą doprowadzało, że łzy napływały mu do oczu, zaciskał mocno zęby i nie zważając na kilka kropel spływających mu po policzkach, wstawał, by przygotować się do pracy w warsztacie swojego ojca.
Jego ojciec wstawał o wiele wcześniej od niego. Krzątał się po mieszkaniu, sprzątając tu i ówdzie oraz robiąc śniadanie. Kiedy Mark zjawiał się w kuchni, bez słowa stawiał przed synem kubek z kawą i siadał po drugiej stronie ich wąskiego stołu, żeby przeczytać gazetę i zapalić papierosa. Mark i jego ojciec nigdy nie byli ze sobą blisko, pomimo tego, że Mark był jedynym dzieckiem w ich rodzinie. Pan Lee nie był wylewnym człowiekiem i nie nadużywał czułości w stosunku do swojego syna. Kiedy umarła jego żona, a Mark zdecydował się porzucić swoje studia i przeprowadzić się do domu, by pomóc ojcu w prowadzeniu warsztatu, wydawać się było, że ich relacje w żaden sposób się nie polepszyły. Ale Mark nauczył się czytać swojego ojca w ciągu ostatniego roku lepiej, niż się spodziewał i wiedział, że poranna kawa zrobiona w jego ulubionym kubku, była wyrazem ojcowskiej miłości. I śmiał twierdzić, że było to lepsze niż miliony uścisków i wylewnych ‘kocham cię, synu’.
Zaczynali pracę w warsztacie przy dźwięku starego radia, które wymagało kilku szturchnięć, by w końcu trafiło na właściwą stację. Zacinało i momentami uciążliwie skrzeczało, jednakże było czymś co stanowiło pewną całość. Radio było w ich rodzinie niemal przez całe życie Marka, a jego mama zwykła podśpiewywać do starszych piosenek, kiedy był dzieckiem. Miało w sobie jej cząstkę i dlatego ani jego ojciec, ani tym bardziej Mark nie chcieli wymieniać go na nowy model.
Po kilku godzinach pracy, kiedy większość spraw została załatwiona, Mark wracał do swojego do pokoju po gitarę, ubierał się cieplej i wychodził na przystanek autobusowy, by złapać kurs do centrum. Ustawiał się w swoim ulubionym miejscu i grał znane przeboje, żeby zarobić choć parę dolców. Kiedy jednak zapadał zmierzch i ludzie znikali w cieple swoich domów i mieszkań, a na ulicach krążyło niewiele dusz, zwykle głęboko zamyślonych i nie zwracających uwagi na co się wokół nich dzieje, Mark milkł na jakiś czas. Dopiero po chwili jego palce znajdowały właściwe miejsce na strunach, a myśli z poranka wracały ze zdwojoną siłą. Jego własna piosenka wylewała się na ulice Toronto, a ten, dla którego (albo raczej - przez którego) była napisana był tysiące kilometrów za daleko, by ją...
-Hej, wszystko w porządku?
Ach, ale wracając do chłopaka. Ubrany był w puchową, ciemnozieloną kurtkę oraz gruby szalik, zasłaniający mu dolną wargę. Przyciśnięta do piersi podkładka na dokumenty ukazywała plik kwestionariuszy, część wypełnionych, a część pustych. Mówił z mocnym akcentem, gubiąc czasami właściwą gramatykę, a jego wysoki, melodyjny głos był Markowi dziwnie znany, jakby słyszał go już w swoim życiu. Ale to przecież niemożliwe, przecież nigdy nie widział tego chłopaka na oczy.
Mark zdjął palce ze strun i zamrugał kilka razy, nie wiedząc co powiedzieć. Więc wydobył z siebie tylko krótkie:
- Hm?
Chłopak w ciemnozielonej kurtce tylko przewrócił oczami i uniósł podbródek, wskazując na gitarę i na pokrowiec leżący na ziemi, w którym leżało parę zmiętych dolarów i jakieś drobne, z których Mark nie będzie mógł kupić nawet kolacji.
- Ta piosenka… Dlaczego nie grasz jej, kiedy wokół są ludzie?
-Och - Mark zacisnął ręce na gryfie, nie patrząc na chłopaka. Czuł się zawstydzony tym niecodziennym zainteresowaniem. - W czasie dnia wolę grać coś, co ludzie znają i za co będą chcieli dać mi pieniądze.
Chłopak uniósł brwi, przyciskając swoje kwestionariusze mocniej do piersi i popatrzył na pustkę w pokrowcu. Mark poczuł, że krew napływa mu do policzków, czuł jak się rumienią pod wpływem wzroku chłopaka i jego bezpardonowego stylu bycia. W jego codziennych wyprawach do centrum Toronto zwykle nikt mu nie przeszkadzał, czasami ktoś zaczął bić brawo po dobrze zagranym coverze lub grupka roześmianych dziewczyn zaczęła śpiewać razem z nim, idąc w swoją stronę, jednak nikt nie zadawał mu żadnych pytań. A szczególnie co do jego własnych piosenek, nad którymi siedział po nocach, szlifując je do perfekcji.
- I tak za dużo ich nie dostajesz - chłopak podniósł wzrok, przestępując z nogi na nogę - Widzę cię tu codziennie. Może gdybyś zagrał ten hit, to dostałbyś więcej pieniędzy. To twoja jedyna praca?
Serio, kim był ten chłopak?
- Uh, nie. Pracuje w warsztacie ojca, naprawiamy głównie zepsute odkurzacze - Mark odpowiedział, a potem ugryzł się w język. Po co w ogóle wdawał się w konwersację z tym dzieciakiem? Powinien spakować gitarę i iść do sklepu, żeby kupić coś na kolację. W lodówce świeciło pustkami, a Mark wątpił, by jego ojciec poszedł na zakupy. Od kiedy matka zmarła jego ojciec, wcześniej znany w całej okolicy, wycofał się głównie do swojego warsztatu, całkowicie zapominając o zewnętrznym świecie. - A to nie jest hit, tylko mój autorski…
Chłopak nie dał mu dokończyć. Na informację o tym czym zajmuje się Mark głośno złapał powietrze i otworzył usta ze zdziwienia, by za chwilę wciąć się gitarzyście w zdanie.
- Żartujesz sobie?! - chłopak zaśmiał się melodyjnie, a potem wskazał na siebie z ekscytacją - Mój odkurzacz nie działa!
- To...niedobrze?
- Oczywiście, że nie! Ale znalazłem ciebie! - chłopak niemal podskakiwał z radości, a potem z jego ust popłynął ciąg słów po koreańsku. Mark zrozumiał tylko niektóre z nich. Jako syn dwójki imigrantów powinien bardziej przykładać się do zaznajomienia się z językiem swoich przodków, ale jego rodzice, szczególnie jego matka, wyznawała zasadę, że Mark powinien zasymilować się jak najbardziej mógł. Z tego względu zarówno Korea, jak i jego rodzinny język, były mu bardzo, bardzo dalekie. Nigdy się tym nie przejmował. Aż do tej chwili, kiedy nie mógł poskładać o czym mówi pod głosem ten zwariowany chłopak. - Przyniosę go jutro, naprawisz go, prawda?
- Ja… - Marka aż zatkało i nie wiedział, co z siebie wykrztusić. Ale chłopak patrzył na niego z taką nadzieją w oczach, uśmiechając się od ucha do ucha, że trudno mu było czegokolwiek odmówić. - Okej, okej. Jeśli go zobaczę, to spróbuję coś z nim zrobić, dobrze?
- Tak! - chłopak podniósł zaciśniętą w pięść dłoń w górę i zaśmiał się jeszcze raz. Mark czuł, jakby ktoś go zaczarował. Czuł, jakby jego nogi wrosły w ziemię i jedyne na co mógł patrzeć to światło z ulicznych lamp odbijające się w oczach chłopaka i zaróżowione od mrozu policzki. - Jutro w tym samym miejscu, pamiętaj!
I wtedy chłopak pomachał mu, odwrócił się i odszedł szybkim krokiem, wyciągając z kieszeni swojej kurtki telefon i dzwoniąc do kogoś, mówiąc przy tym szybkim koreańskim, z którego Mark wyłapał tylko: “Renjun-ah! Nie zgadniesz co udało mi się załatwić!”
Mark przez następne dwie minuty nadal nie załapał, co tak naprawdę się przed chwilą stało. Patrzył za chłopakiem, który dawno zniknął za rogiem ulicy i próbował logicznie ułożyć w całość ostatnie piętnaście minut swojego życia. Kiedy mu się to jednak nie udało, westchnął tylko i zaczął zbierać swoje rzeczy. Rzuciwszy ostatni raz okiem w stronę, w którą udał się ten zwariowany chłopak, Mark zarzucił gitarę na ramię i ruszył w kierunku przystanku autobusowego.
Następnego ranka, kiedy otworzył oczy w jego myślach nie było śladu Lucasa, a opalona skóra, siwe włosy i melodyjny śmiech. Codzienność smakowała o ciut lepiej.
(...)
Nie byłoby przesadą powiedzieć, drogi czytelniku, że Mark spędził cały następny ranek oraz przedpołudnie na rozmyślaniu o chłopcu o siwych włosach, który wparował do jego życia, jakby zawsze miał w nim swoje miejsce. Najśmieszniejszą i jednocześnie najbardziej tragiczną rzeczą w tym wszystkim był fakt, że Mark nie znał nawet jego imienia. Chłopak zdał sobie sprawę, że nie zdążyli się sobie przedstawić. I prawdopodobnie więcej się nie spotkają, pomimo zapewnień chłopaka, że spotka Marka następnego dnia. Takie rzeczy się po prostu nie zdarzały. Na pewno nie w życiu Marka Lee.
A więc kiedy nastała pora, kiedy Mark zwykle ruszał do centrum, zawahał się przy drzwiach. Zastanawiał się czy nie wziąć ze sobą narzędzi. A co jeśli chłopak naprawdę przyjdzie? Mark pokiwał głową i zaczął sznurować buty. Nawet nie wiedział, skąd u niego taki zapał, żeby spotkać tego dziwnego chłopaka w ciemnozielonej kurtce. Jego pytania były zbyt intymne, jakby byli dobrymi przyjaciółmi, a Mark nigdy nie lubił ludzi, którzy wpychali mu się butami do życia i udawali, że go znają. Nie, dzisiaj zaliczy kolejny całkowicie spokojny dzień, zarobi kilkanaście dolarów, wróci do domu, weźmie prysznic, będzie pisał przez pół nocy piosenki i uśnie z głową na biurku, jak każdego dnia.
I rzeczywiście, przez pierwszą godzinę wszystko było tak jak zawsze. On, jego gitara i tłum przechodniów, zmierzających w sobie tylko znane kierunki. Mimo że dzień przebiegał mu bez zarzutu, Mark był podirytowany i zastanawiał się, czy po prostu nie zebrać swoich rzeczy i nie wrócić wcześniej do domu, kiedy usłyszał jednostajny stukot gdzieś z prawej strony. Nie przerywając śpiewania i grania, obrócił głowę i jego oczom ukazał się Chłopak w Ciemnozielonej Kurtce, ciągnący za rurę odkurzacza, który podskakiwał na kocich łbach, którymi wybrukowana była ulica. Ludzie odwracali głowy, jakby nie mogli uwierzyć, co właśnie zobaczyli i uśmiechali się zjadliwie pod nosami. Jednakże chłopak nie zwracał na to uwagi, idąc w kierunku Marka żwawym krokiem, a odkurzacz podskakiwał za nim i stukotał jak szalony. Mark przerwał grę i rozdziawił usta ze zdziwienia, kiedy chłopak zaczął machać do niego z daleka, pragnąc po prostu zapaść się pod ziemię.
Serio, kim był ten chłopak? Tak, drogi czytelniku, wiem, że to pytanie już padło, ale cóż… W takim momencie warto je powtórzyć.
- Jestem, już jestem! - zawołał chłopak, przedzierając się wprost przez grupkę zszokowanych ludzi, których prawie uderzył rurą od odkurzacza i stanął przed Markiem, uśmiechając się od ucha do ucha. - Nie stać mnie na taksówkę, a nie chciałem się z tym pakować do autobusu, więc musiałem przejść z tym od mojego mieszkania tutaj. Gotowy? Może pójdziemy gdzieś, gdzie jest cieplej. Poza tym umieram z głodu.
Mark nabrał powietrza do ust, chcąc coś powiedzieć, ale był tak zdziwiony widokiem przed sobą, że kompletnie go zamurowało. Dopiero kiedy chłopak stojący przed nim chłopak podniósł brwi, wyraźnie czekając na odpowiedź, Mark zamrugał i zdjął dłonie ze swojej gitary.
- Ja...nie wziąłem ze sobą żadnych narzędzi - powiedział speszony, drapiąc się po skroni. Zaczął się czerwienić, widząc coraz więcej twarzy skierowanych w ich stronę. Chłopak opuścił rurę od odkurzacza, którą do tej pory trzymał przyciśniętą do piersi, imitując Marka trzymającego swoją gitarę, a jego uśmiech zniknął. Widząc to, Mark przeklął w duszy wszystkie swoje dzisiejsze decyzje. Mógł wziąć swoje narzędzie. Albo, co lepsze, po prostu nie wychodzić z domu.
- Myślałem… myślałem, że się dogadaliśmy? - mruknął chłopak, przestępując z nogi na nogę. Na początku Markowi wydawało mi się, że jest na niego zły, ale to nie było to. Chłopak był zażenowany. Przełknął ślinę i przygryzając wargę. - Zrobiłem z siebie idiotę, ciągnąc ten rupieć przez pół miasta, co nie?
Mark miał ochotę powiedzieć “tak”. Nie odważył się. Głównie ze względu na to, że nie tak go wychowali rodzice, a szczególnie matka. Gdyby dowiedziała się, co zrobił prawdopodobnie miałaby już w swojej ręce kapeć i goniła swojego dorosłego syna aż do czasu, kiedy mogłaby przywalić mu nim w tył głowy. “Nie takiego syna wychowałam, Mark Lee. A teraz przeproś i postaraj się naprawić, co zepsułeś”.
- Nie, to moja wina. - odpowiedział w końcu. - Nie wiedziałem, czy mówisz poważnie i po prostu nie wziąłem ze sobą narzędzi. Ale jeśli pójdziemy w jakieś cieplejsze miejsce mogę się mu przyjrzeć, jeśli chcesz.
Chłopak podniósł wzrok i na jego twarzy zagościł nieśmiały uśmiech. Na ten widok coś podskoczyło w żołądku Marka, który wstrzymał oddech na krótką chwilę. Dopiero teraz zwrócił uwagę na konstelację pieprzyków na jego lewym policzku, znikającą pod szalikiem na szyi chłopaka. W jednej chwili Marka opanowała niesamowita chęć, by zobaczyć czy szlak pieprzyków ciągnie się wzdłuż szyi chłopaka, a może jeszcze dalej. Chciał zobaczyć je wszystkie.
- Niedaleko jest kawiarnia, do której chodzę, kiedy jest za zimno na zbieranie ankiet i rozdawanie ulotek. Mają tanią kawę i dobre jedzenie - chłopak wyrwał go z rozmyślań, wskazując bliżej nieokreślony kierunek swoją brodą. - A więc?
(...)
Chłopak nazywał sie Lee Donghyuck, ale wszyscy mówili na niego Haechan. Przedstawili się sobie w trakcie krótkiego spaceru do kawiarni, stojącej tuż na rogu. Cichą, zbyt ciemną przestrzeń wypełniały regały ze starymi książkami, których nikt już nie ruszał, a obicia dość wygodnych foteli, były wytarte, a z niektórych wystawały kawałki wypełnień. Na szczęście usiedli w części dla niepalących, ale mimo to musieli przebić się przez chmurę dymu, otaczającą palaczy, którzy siedzieli nad gazetami i co chwila podnosili swoje papierosy do ust. Mark od razu polubił to miejsce, a Donghyuck zdawał się być jego częstym gościem. Za ladą powitał ich młody chłopak, Koreańczyk, który wydawał się być w ich wieku. Musiał znać towarzysza Marka, bo tylko przewrócił oczami, gdy ten rzucił po koreańsku “to co zwykle, Jaem” i zwrócił się od razu w stronę Marka, przyjmując jego zamówienie. Dziwnym było jednak to, że nie powiedział nic na ciągnięty przez Haechana odkurzacz, który z trudem wturlał się do kawiarni, do której schodziło się po krótkich schodkach. Przyjął jedynie ich zamówienie, podał im pager i zabrał się do robienia zamówionych napoi. Zanim Mark mógł podziękować, Haechan chwycił go za nadgarstek i pociągnął w stronę wolnych stolików w strefie dla niepalących.
Donghyuck był studentem drugiego roku ekonomii. Przeniósł się do Kanady z grupką przyjaciół z liceum, z którymi aktualnie zajmował małe mieszkanie na obrzeżach Toronto. Na Jaemin, będący baristą w kawiarni, w której aktualnie siedzieli, był jednym z nich. Oprócz tego był jeszcze Huang Renjun, chłopak pochodzący z Chin, którego Donghyuck określił, jako ‘małego, ale niebezpiecznego’ i Lee Jeno, wyglądający jak samoyed geniusz, studiujący mechanikę i robotykę. Paczka utworzyła się w całości w liceum, kiedy Donghyuck przeprowadził się z Jeju do Seulu ze swoją matką po rozwodzie rodziców. Podobno pozostali trzej chłopcy byli już wcześniej ze sobą bardzo blisko związani, a przynajmniej tak to określił Donghyuck, robiąc przy tym zdegustowaną minę i kończąc historię z “sam zobaczysz”. Donghyuck umiał grać na pianinie, czego nauczył go jego ojciec, niespełniony muzyk. A kiedy był mały marzył o tym, by zostać idolem. Tego wszystkiego Mark dowiedział się przez pierwsze dziesięć minut ich rozmowy, a raczej monologu ze strony Haechana, który zdawał się nie mieć problemów z dzieleniem się prywatnymi informacjami z osobą, którą co dopiero poznał. Mark za to, słuchał z fascynacją wszystkiego, chłonąc każde słowo i starając się przytakiwać w dobrych momentach. O ile Mark był wycofaną osobą i nie za bardzo lubił ani opowiadać o sobie, ani słuchać anegdotek z życia innych, w tym przypadku było inaczej. Donghyuck był… interesujący. Jego całe życie było barwną opowieścią, w porównaniu do tego, które wiódł Mark. Haechan zdawał się być jasną częścią uniwersum, w którym dane było Markowi żyć. Trochę światła nigdy mu nie zaszkodzi, prawda?
- A ty, Marku Lee, oprócz naprawianiem rozwalonych odkurzaczy i graniem popołudniami na ulicach, czym się zajmujesz? - Donghyuck odwrócił się twarzą w jego stronę i podparł podbródek na swojej dłoni, uśmiechając się kącikiem ust.
Mark odchrząknął, zdejmując łokcie z blatu. Jedną dłonią odszukał pokrowiec swojej gitary i zaczął bawić się zamkiem, co miał robić w zwyczaju, kiedy był skrępowany. Przygryzł wargę i spuścił wzrok na wpół wypitą filiżankę kawy, którą Jaemin postawił przed nim dosłownie chwilę temu.
- Czasami zdarza mi się komponować własną muzykę...
- Ach, nocna piosenka! - Donghyuck pochylił się nad blatem, wyraźnie zaciekawiony, wbijając swoje ciemne oczy w Marka, który skurczył się jeszcze bardziej w swoim fotelu, czując się niekomfortowo. Chłopak mrugnął do niego i szczerząc zęby, zapytał: - A więc dla kogo ją napisałeś?
Mark przełknął ślinę, zaciskając mocno między palcami suwak od pokrowca.
- Dla kogoś, kto wyjechał - “i mnie zostawił” cisnęło mu się na usta, ale przygryzł język, żeby nie brzmieć jeszcze bardziej żałośnie.
Zapadła niezręczna cisza, podczas której Mark uciekał wzrokiem od oczu Donghyucka, które wciąż były w niego wbite. Jednak po chwili ten odchrząknął i odchylił się w swoim siedzeniu, a Mark w końcu spojrzał w jego stronę. Chłopak nadal na niego patrzył, ale w oczach miał dziwny smutek, jakby wiedział, co Mark chciał przed chwilą powiedzieć.
- Założę się, że gdyby tylko ją usłyszał, wróciłby w okamgnieniu - powiedział cicho Donghyuck, biorąc w dłoń filiżankę - A przynajmniej ja bym tak zrobił, gdyby ktoś zaśpiewał dla mnie coś takiego. To dobra piosenka, Mark.
Mark znów poczuł, jak coś przewraca się w jego wnętrznościach. Nie wiedział, czym było to dziwne uczucie, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że miało związek z tym co powiedział do niego Donghyuck. Chłopak miał w sobie coś magicznego, co wyraźnie przyciągało Marka, pomimo tego, że co dopiero się poznali. Jakby rozgryzł go w te kilkanaście minut rozmowy. Mark nie wiedział do końca, jak się z tym czuć, jednak pierwszy raz od jakiegoś czasu nie chciał znów chować się w swojej skorupie i całkowicie zignorować to, co się działo w jego życiu. Może chłopak z niedziałającym odkurzaczem, którego ciągnął za sobą przez całe miasto, miał w sobie coś, co w końcu ruszy życie Marka do przodu.
- Dziękuję, jeszcze nikt mi tego nie powiedział.
(...)
Spędzili przy rozmowie dwie następne godziny, głównie zajęte przez historie z życia Donghyucka i jego współlokatorów. Chłopak opowiedział mu o jego pierwszych tygodniach w Kanadzie i tęsknotą za Koreą, o niskopłatnych pracach, których się chwytał, by zapłacić za czynsz i wyżywienie, o swoich zajęciach i wykładowcach. Mark rzadko wtrącał swoje trzy grosze, ale napomknął o tym, że mieszka z ojcem i o tym, że studiował kompozycję. Haechan słuchał z uwagą, ale nie zadawał zbyt dużo pytań, zwykle wycofując się, gdy zauważył, że atmosfera znów robi się niezręczna. Rozmowa obierała wtedy całkowicie inny kierunek, a Mark oddychał wtedy z ulgą.
Dopiero pod koniec rozmowy zorientowali się, że nie wspomnieli ani razu o tym, dlaczego w ogóle znaleźli się w kawiarni. Mark rzucił okiem na odkurzacz, który do tej pory leżał zapomniany u stóp Donghyucka. Kiedy zapytał się, co się z nim stało, chłopak wzruszył jedynie ramionami i stwierdził, iż “przestał ciągnąć”. Na te słowa Mark zaśmiał się w głos i pokręcił głową.
- Będę musiał go podłączyć do prądu i wtedy zobaczyć, co jest nie tak - skwitował, odkładając sprzęt na podłogę. - Wątpię, żeby udało nam się to zrobić tutaj, nawet z twoimi powiązaniami z baristą. Wezmę do dzisiaj ze sobą i jutro zobaczę, co da się zrobić. Jeśli dasz mi swój numer, napiszę do ciebie, kiedy będziesz mógł go odebrać.
Donghyuck z wielkim uśmiechem na twarzy podał mu swój numer i zażądał w zamian numeru Marka. Zaczęli się zbierać i przy wyjściu, Donghyuck pomachał Jaeminowi na pożegnanie, pytając się jednocześnie o której chłopak wróci do mieszkania. W końcu wyszli na zewnątrz. Było już ciemno i temperatura spadła o kilka stopni, a z ich ust wydobywały się kłęby białej pary. Przeszli razem kilka kroków, ale zaraz znów ustanęli, domyślając się, że wracają do domu w innych kierunkach. Cisza nie była niezręczna, a ich oczy spotkały się i Mark poczuł, że Donghyuck pochyla się w jego kierunku. A może to on zbliżył się do chłopaka? Ich twarze znajdowały się blisko siebie, Mark mógł wyczuć zapach cynamonowej kawy w oddechu chłopaka. Jego wzroku padł w końcu na lekko otwarte usta Donghyucka, układające się w kształt serca. Przez chwilę zdawało się, że pocałunek będzie nieuchronny, ale po kilku sekundach Haechan odsunął się i wysunął w kierunku Marka rękę.
- Do szybkiego zobaczenia, Marku Lee - powiedział i uśmiechnął się. Mark, zdezorientowany, uścisnął jego dłoń i patrzył jak chłopak odchodzi w nieznanym mu kierunku, z wciśniętymi w kieszenie dłońmi.
Kiedy siedział już w taksówce, zmierzając do domu (stwierdził jednoznacznie, że nie ma sił na ciągnięcie zepsutego odkurzacza autobusem przez miasto i wygrzebał z czeluści swojego portfela ostatnie pieniądze na taryfę), cały czas myślał o tej jednej chwili, o prawie-pocałunku i o światłach ulicznych latarni odbijających się wtedy w oczach Lee Donghyucka. Jego mózg odtwarzał w kółko ten sam moment, kiedy jadł ze swoim ojcem cichą kolację, kiedy był pod prysznicem i kiedy kładł się do łóżka, patrząc na ten sam sufit, do którego tyle razy wypłakiwał oczy. Myślał o tym, dopóki telefon, leżący mu na piersi, nie zawibrował i nie wyrwał go z transu. Mark odblokował urządzenie i wlepił wzrok w krótką wiadomość, która pojawiła się na jego ekranie.
OD: Lee Donghyuck
dobranoc
Mark spał jak dziecko tej nocy, a rano wstał bez zbędnego patrzenia w sufit.
