Work Text:
Miejsce: dom rodziny Starków, 13:30 w niedzielę, luty
‒ Tato, tato, tato, taatoo, taaaaaatooooo! – Peter wołał, podskakując przy biurku Tony’ego.
‒ Co tam, młody? – Tony obrócił się i w ręku chłopca zauważył swój zegarek.
‒ Zapikało. Powiedziałeś, że jak zapika, pójdziemy do pani Tary po ciastka. Zapikało! Czy możemy już iść? Proszę?
Tony z trudem powstrzymał się od uśmiechu. Podejrzewał, że sześcioletni Peter był jeszcze zbyt mały, żeby można było zdiagnozować u niego ADHD, ale do diaska, zachowywał się dokładnie tak samo jak Tony w jego wieku. Potrzebował odmierzania czasu, konkretnych celów i poszanowania wspólnych ustaleń, żeby ułatwić mu skupienie się przez te krótkie odcinki czasu.
‒ Rzeczywiście tak powiedziałem, masz rację. Ale zanim pójdziemy odwiedzić panią Tarę, wiesz, co jeszcze musi się stać?
Spojrzał wymownie na dolną połowę ciała Petera, osłoniętą jedynie bokserkami w Myszkę Miki.
‒ Muszę założyć spodnie – odpowiedział smutno Peter.
‒ Musisz założyć spodnie, brachu – zgodził się Tony. – I buty. I sweter. Na zewnątrz jest ledwie powyżej zera.
Prychając i nie kryjąc swojego niezadowolenia, Peter poczłapał do swojego pokoju. Przez całą drogę głośno narzekał na konieczność założenia spodni tylko po to, żeby dostać ciastka, bo przecież spodnie są głupie. Tony sięgnął po telefon.
WhatsApp: SibsChat
Tony: Od ostatniego wyrazu nienawiści do spodni minęło: zero dni
Darcy: Wdaje się w ojca
Tony: Ja nie nienawidziłem spodni aż tak
Darcy: Tony. Jak miałeś 8 lat przez cały rok odmawiałeś noszenia *czegokolwiek* poza strojem kąpielowym, bo prowadziłeś eksperymenty na temat przemiany w syrenę.
Tony: To było akurat całkowicie uzasadnione naukowo, siostra.
Darcy: głupek z ciebie
Tony: Też cię kocham
Darcy: skoro zakłada spodnie, to znaczy, że namówił cię na wycieczkę do tego słodkiego faceta?
Tony: To niejedyny powód, dla którego w niedzielę wychodzimy z domu
Darcy: Niedziele bez spodni to ścisła reguła w waszym domu od czasu kiedy odeszła Sunset. Nie łamaliście jej dopóki się nie przeprowadziliście
Tony: Hej, ulubiona nauczycielka Petera, pani Tara tam pracuje, a on uwielbia ją odwiedzać.
Darcy: A ty uwielbiasz odwiedzać jej wujka.
Tony: Oj dobra. Chcę sprawdzić, czy na tych kościach policzkowych można się skaleczyć, zadowolona?
Darcy: Wystarczy że kiedy będziecie już rozmawiać przyznasz mu się, że trzepałeś do jego solówki z 1994 tyle razy, że chyba tylko cudem nie dostałeś zespołu cieśni nadgarstka
Tony: Jednak cię nienawidzę
Darcy: Ja też cię kocham
‒ JESTEM GOTOWY! – wrzasnął w tym momencie Peter gdzieś spod drzwi wyjściowych. Tony zapisał otwarty w programie model i sięgnął po własne dżinsy porzucone ubiegłego wieczoru na oparciu krzesła.
Jeśli zupełnym przypadkiem była to para, w której jego tyłek wyglądał najlepiej…
Akurat leżała najbliżej.
I tyle.
Kiedy już przygotował się do wyjścia, dołączył do syna w przedpokoju. Peter miał już założony Kawiarenkowy Plecak, jak go nazywali, jak zawsze zawierający książkę, którą akurat czytał, przybory do rysowania i przynajmniej jednego pluszaka, którego Peter zabierał ze sobą do kawiarni, bo jego zdaniem zwierzęta były lepszymi przyjaciółmi niż ludzie.
Tony miał nadzieję, że Peter zachowa swoje wielkie serce w stosunku do zwierząt, ale jednocześnie nauczy się, że nie wszyscy ludzie byli jak dzieci z jego poprzedniej szkoły. I miał nadzieję, że nauczy się tego jak najszybciej.
‒ Ręce umyte?
Peter pokiwał głową.
‒ Zęby umyte?
‒ Umyłem, jak rano wstałem, tato – powiedział Peter, jak gdyby była to oczywista oczywistość.
Nie była.
‒ Okej, w takim razie panowie Stark są gotowi stawić czoła wielbiącej nas publice – oznajmił Tony, otwierając drzwi ich szeregowca. Sięgnął po szalik, żeby owinąć nim szyję na czas krótkiego spaceru, i upewnił się, że sweter Petera jest zapięty pod szyję. Przykazał Peterowi, żeby poczekał w przedsionku zanim otworzył drzwi zewnętrzne, kiedy on sam zamykał wewnętrzne drzwi. Dobrze wiedział, że gdyby mu o tym nie przypomniał, Peter pognałby na złamanie karku po schodach i zapomniał o istnieniu czegoś takiego jak ruch drogowy.
Przeprowadzili się do Brooklyn Heights jakieś sześć miesięcy temu, bo szkoła, do której Peter chodził na Manhattanie, frustrowała Tony’ego. Nie stawiano tam Peterowi wystarczająco wielu wyzwań, a niektórzy nauczyciele sugerowali, że jego wściekła ciekawość była raczej problemem niż darem, więc Tony zadecydował, że pora poszukać gdzieindziej odpowiedniej dla Starków edukacji. Znalazł świetną szkołę, w której czesne nieomal przyprawiło go o zawał serca, ale kiedy poznał powód – aż ścisnęło je z zupełnie innego powodu.
‒ Panie Stark. – Nicholas Fury, dyrektor Akademii Shield, złożył dłonie w piramidkę, zaczynając wyjaśnienia. – Jednym z powodów, dla których nie ogłaszamy wysokości czesnego, jest to, że zależy ona od wysokości dochodu rodziców. Oczywiście, czasami prowadzone są dodatkowe negocjacje, ale nasza polityka opiera się na dostępności. Jeśli tylko można temu zapobiec, pieniądze nie powinny stać na drodze do zdobycia edukacji, ale jako że podatki w tym mieście idą na budowanie arsenału policji, muszę zapewniać moim pracownikom pensję w nieco bardziej kreatywny sposób.
Pański dochód jest na tyle wysoki, że będzie pan płacił maksymalną kwotę czesnego. Jednocześnie zapewni pan możliwość nauki czworgu innym uczniom, których rodzice nie mogą sobie pozwolić na tak wysoki wydatek. Wkładamy wiele starań w to, żeby żaden z uczniów nie wiedział, ile kto płaci, i prosimy rodziców, żeby uszanowali tę zasadę. Czy przystaje pan na takie warunki?
Tony podpisał czek w takim pośpiechu, że nadciągnął sobie mięsień, i już chwilę później poszukiwał domów na sprzedaż w najbliższej okolicy.
Jedną z ciekawostek na temat ich sąsiedztwa była kryjąca się tuż za rogiem prawdopodobnie najlepsza piekarnia na świecie. Miała gwiazdki na Zagat i tak dalej, więc nie była to nawet jedynie subiektywna ocena Tony’ego. Ludzie z całego świata zjeżdżali się, żeby spróbować smakołyków w Kawiarni Przez Cały Dzień – kilka miesięcy wcześniej Tony wpadł na Gwyneth Paltrow i wziął ją za swoją przyjaciółkę Pepper, wyjątkowo niezręczna sytuacja – a ich wypieki były poważnie wyśmienite.
Kawiarnię prowadził złoty medalista igrzysk olimpijskich – Steve Rogers. Specjalizował się w tradycyjnych francuskich wypiekach z niespodziewanymi amerykańskimi akcentami – jak bułeczki z czekoladą, pain au chocolat, z pistacjową posypką – i nierzadko specjały dnia znikały zza lady w ciągu pierwszych dwóch godzin od otwarcia. Peter szczególnie uwielbiał ciasteczka z masłem orzechowym. Cukiernik zapewniał, że nie ma w nich niczego nadzwyczajnego, ale Tony podejrzewał, że są faszerowane dziecięcym odpowiednikiem kokainy.
Starszy Stark za to szczególnie uwielbiał wpatrywać się we właściciela.
Tony był kilka lat młodszy od Steve’a, miał 14 lat, kiedy Rogers zdobył swój pierwszy medal w łyżwiarstwie figurowym na igrzyskach w Lillehammer. Zakochał się w niezwykłej gracji, z jaką Steve poruszał się na lodzie, i w jego braku cierpliwości do amerykańskich dziennikarzy, którzy usiłowali zdobyć więcej informacji na temat życia osobistego Steve’a, niż ten chciał im zdradzić. Steve reprezentował kraj w jeszcze dwóch olimpiadach i wszyscy oszaleli, kiedy na wizji poinformował Boba Costasa swoim mocnym brooklyńskim akcentem, że „nie poczuwa się do zapewniania mu pożywki do wzrostu ratingów”.
Tony ustawił sobie to nagranie jako dzwonek na swojej pierwszej komórce.
‒ Pete – Tony rzucił ostrzegawczo, kiedy Peter ruszył, żeby przebiec przez jezdnię.
‒ Przepraszam, tato. – Peter zatrzymał się stanowczo na krawężniku i wyciągnął rękę w stronę swojego taty. Tony aż przygryzł wargę, powstrzymując się przed szerokim uśmiechem. Boże, jak on kochał swoje dziecko.
‒ Jak myślisz, czy pani Tara będzie miała dzisiaj ciastka z masłem orzechowym? Albo te miętowo-czekoladowe? – zapytał Tony, kiedy przechodzili przez, szczęśliwie pustą, ulicę.
‒ Oooo, a co jeśli ma oba rodzaje? – zachwycił się Peter.
‒ Wtedy i tak będziesz musiał wybrać tylko jedno.
Reakcją na słowa Tony’ego było tylko ciężkie westchnięcie.
Kiedy otworzyli drzwi kawiarni, powitał ich znajomy dzwonek, który informował Steve’a, Tarę i pozostałych pracowników o przybyciu gości. Tara powiedziała kiedyś Tony’emu, że Steve ma ejdetyczną pamięć i w ramach rozrywki próbuje oszacować przychody danego dnia na podstawie dźwięków dzwonka.
Był pewien, że mówiąc to, chciała przedstawić Steve’a w mniej korzystnym świetle, tymczasem Tony wpadł jeszcze głębiej niż po uszy.
W ciągu ostatnich sześciu miesięcy rozmawiali dokładnie sześć razy, ale i tak stracił dla niego głowę. Tony Stark nigdy nie robił niczego na pół gwizdka.
‒ Peter! Jak się masz, kochanie? – Tara nigdy nie zwracała się najpierw do Tony’ego, co w niej uwielbiał. Nieważne jak duży był ruch w kawiarni, Tara witała się z Peterem od razu, gdy tylko go zauważyła. – Co słychać u mojego ulubionego klienta?
‒ Wszystko dobrze, proszę pani – odpowiedział grzecznie Peter. – Ale będzie jeszcze lepiej, jeśli ma pani moje ciastka.
Kawiarnia nie była zatłoczona – tuż przed zamknięciem w niedzielę nigdy nie było zbyt wielu klientów – więc Peter mógł podbiec prosto do lady i rozmawiać ze swoją ukochaną nauczycielką. Jej oczy aż zabłyszczały, kiedy wyciągnęła pakunek ukryty za kasą.
‒ Odłożyliśmy jedno specjalnie dla ciebie.
Peter przyjął paczuszkę z powagą, na jaką z pewnością zasługiwał prawdziwy skarb cukiernictwa. Do folii, jak zauważył Tony, doczepiona była karteczka; wyglądała jak etykietka.
‒ A cóż to tam wisi, Petey?
‒ To rysunek – stwierdził Peter po bliższej inspekcji.
‒ Zastanawiamy się nad zmianą wizerunku – odezwał się niski głos od strony drzwi do kuchni.
Steve opierał się o framugę. Nie tylko jego fartuch, lecz także jego włosy były obsypane piekarskimi półproduktami. Uśmiechał się ciepło, patrząc na Petera.
A potem przeniósł wzrok na Tony’ego i kiedy ich oczy się spotkały – zdaniem Tony’ego był to bez wątpienia najlepszy odcień niebieskiego – mrugnął do niego. Potem znów skierował swoją uwagę na Petera i Tony gorączkowo próbował znaleźć coś, czym mógłby zająć dłonie, uspokajając oddech.
‒ Och?
Steve kiwnął głową i spojrzał na Tony’ego.
‒ Postawiłeś na nogi kilka udanych firm, a Pete jest rewelacyjnym artystą. Zastanawiałem się, czy może wsparlibyście nas swoją radą?
‒ Przyjemność będzie po naszej stronie – odpowiedział mu na to Peter z powagą, z jaką traktował naprawdę niewiele rzeczy. Zabrzmiał tak dorośle, że Tony prawie zaśmiał się w głos, tak bardzo przypominał w tym momencie ciocię Darcy.
Steve uśmiechnął się szeroko i pochylił się nad ladą, przybijając z chłopcem piątkę.
‒ Dzięki, młody. Słuchajcie, usiądźcie, a ja zaraz do was podejdę i opowiem wam o naszych pomysłach, dobrze?
‒ Tak! – Peter zawołał, spiesząc do ich ulubionego stolika: tego z miękką kanapą i szerokim blatem tuż przy niej, na którym Peter mógł rysować, a Tony postawić swój laptop. W taki sposób co niedzielę mijał im dzień – a raczej 110 minut do zamknięcia kawiarni.
‒ To co zwykle, panie Stark? – zapytała Tara.
‒ Tara, mówiłem już, ile, dziewiętnaście milionów razy, jestem Tony. – Uśmiechnął się do niej. – I: tak, dopisz proszę do mojego rachunku.
Kilka chwil później Tony i Peter rozsiedli się przy stoliku z napojami i przekąskami, a Tony usadowił się w wypracowanej z czasem pozycji, która pozwalała mu obserwować Steve’a od momentu, gdy tylko ten wychodził z kuchni, co maksymalizowało czas napawania się widokiem.
I przede wszystkim w tej pozycji mógł swobodnie rozmawiać z Peterem, rzecz jasna.
Miejsce: Kawiarnia Przez Cały Dzień, 13:30, ta sama data
‒ Dzisiaj jest ten dzień, w którym otworzysz usta i wypowiesz wreszcie słowa – nalegał Bucky, kończąc wyładowywać worki mąki do spiżarni.
‒ Wypowiadam mnóstwo słów każdego dnia – zaprotestował Steve. – Ba, użyłem pięciu w odpowiedzi na twój kuriozalny komentarz.
‒ Oho, idzie w ruch słownictwo z rozszerzonej matury – ocenił Sam znad zmywarki. – Najeżył się, uważaj, kochanie.
‒ Nie najeżyłem się – odgryzł się Steve. No dobra, może jednak trochę.
‒ Obawiasz się, co ci na to powie? – Bucky spojrzał uważnie na swojego najstarszego przyjaciela.
Steve w zamyśleniu podrapał się po potylicy, dobrze wiedząc, że brudzi przy tym włosy mąką i drożdżami, i rozważając chyba n-milionowy raz, czy jeśli wetrze w skórę wystarczająco dużo zaczynu, to czy urośnie od tego tak jak chleb.
‒ No, trochę – westchnął. – Nadal uważam, że nasz sukces tutaj jest dziełem przypadku może nawet bardziej niż moich wypieków, i nie jestem pewien, czy uda nam się to odtworzyć.
‒ On będzie w stanie najlepiej to ocenić – zauważył Sam. – Lista rzeczy, które wiemy o miłości twojego życia, ma, ile? Siedem pozycji? Raz: jego syn jest najbardziej uroczym dzieckiem pod słońcem.
‒ Serio, nawet jak się wścieka, mam ochotę go adoptować – wymruczała Nat, dekorując babeczki zamówione na catering.
‒ Dwa: uważasz, że jest nieziemsko przystojny – Sam kontynuował.
‒ O gustach się nie dyskutuje – dorzucił Bucky i Steve tylko przewrócił oczami.
‒ Trzy: jest aniołem biznesu inwestującym w technologiczne start-upy – Sam ciągnął, całkowicie ignorując swojego męża. – Cztery: uratował przynajmniej trzy firmy z granicy bankructwa, wyciągając je na plus w ciągu roku od ich przejęcia. Pięć: został inżynierem, bo to lubi, a ostatnio w wolnych chwilach zgłębia tajniki architektury, bo dlaczego by nie zgłębiać w ramach hobby tego, co zwykli śmiertelnicy studiują przez dziesięciolecia.
‒ Sześć – przerwał mu Bucky. – Jest na milion procent naszym najbogatszym stałym klientem, ale i tak jesteśmy z niego dumni, gdy pamięta, żeby zasznurować buty. I siedem: jest bi i totalnie na ciebie leci, chłopie.
‒ Wcale nie wiemy tego ostatniego – zaprotestował Steve.
‒ Właśnie, że wiemy – Tara odezwała się z progu. – To tylko ty jesteś ślepy, wujku.
‒ Moja córka to lokalny ekspert – powiedziała Nat – więc należy jej ufać.
‒ Wiemy też, że nasz rachunek zysków i strat dla tego lokalu ma się naprawdę dobrze, a rozpoznanie rynku potwierdza, że świetnie pójdzie nam i we Flushing. Brakuje nam do tego tylko wsparcia inwestorów, a o to musisz tylko poprosić – ciągnęła Tara.
‒ Postawmy sprawę tak… – Nat wyprostowała się, gdy skończyła pracować nad kremową dekoracją babeczki. Podeszła do Steve’a i chwyciła go za ramiona, zmuszając do spojrzenia jej w oczy.
Bliźniacy mieli ledwo powyżej metra sześćdziesiąt i byli jednakowo zbudowani. To właśnie dzięki temu w dzieciństwie stanowili taki wspaniały duet, dopóki Nat w wieku 12 lat nie złamała kości udowej i Steve nie musiał spróbować swoich sił w jazdach indywidualnych, żeby mieć szansę pojechać na igrzyska.
A potem, kiedy mieli po 15 lat, urodziła się Tara i życie Nat nie wróciło już na lód.
‒ Porozmawiasz dziś z nim na jeden z dwóch tematów – ciągnęła Nat. – Albo poprosisz go o zainwestowanie w nasz biznes i o opinię o stworzonym przez ciebie nowym logo, albo zaprosisz go na kolację i przekażesz, że Tara chętnie zajmie się Peterem, a ty masz wolny wieczór.
‒ To nie fair – Steve jęknął.
‒ A jednak… – Nat uśmiechnęła się i pocałowała go w policzek. – Masz jakiś wybór. A teraz, Buck, zawieziesz nas do Sandersona z dostawą babeczek czy mam wezwać Ubera? Pierwsze sześć pudełek jest już gotowe, kolejne sześć będzie gotowe za jakieś dziesięć minut.
‒ Twoje babeczki nie jeżdżą żadnym Uberem! – przeraził się Bucky. – Mamy na nie mocowanie w jeepie. Sam, kochanie, zostajesz tutaj?
Sam pokiwał głową.
‒ Powinno mi się zaraz udać naprawić tę dyszę. Wróć do mnie.
‒ Zawsze. – Bucky wyszczerzył zęby, cmoknął swojego męża, po czym podniósł kilka przygotowanych pudełek i wyniósł je do samochodu.
Jak zwykle, otoczony rodziną Steve czuł się jednocześnie pełny i pusty w środku. Zawsze marzył o takiej relacji, jaką mieli Sam z Buckym, ale wiedział też, że ma niesamowite szczęście, że mógł wliczyć swoją siostrę do grona swoich najbliższych przyjaciół i przebywać na co dzień z całą ich trójką. Nie wspominając nawet mamy, która nieprzerwanie kibicowała swoim dzieciom i zrobiła kurs z księgowości, żeby wesprzeć ich w prowadzeniu wówczas świeżo otwartej kawiarni.
Steve był trenerem przez kilka lat, a potem zorientował się, że łyżwiarstwo nie było już miłością jego życia. Kiedy podzielił się z bliskimi swoim marzeniem o otworzeniu piekarni, Bucky bez mrugnięcia okiem spojrzał na swojego wówczas-chłopaka i zapytał Sama, czy ktoś z jego rozległej siatki znajomości nie wiedział przypadkiem, gdzie można dostać sprzęt z drugiej ręki, żeby Steve nie musiał zainwestować w niego wszystkich swoich oszczędności.
To było dziesięć lat temu, a teraz byłoby mu ciężko wyobrazić sobie inne życie. Tara już jako nastolatka pomagała na kasie, a kiedy skończyła liceum, stali klienci kawiarni wyprawili jej niezapomniane przyjęcie. Status Steve’a jako pomniejszego celebryty oznaczał, że lokal był znany w całym kraju i nigdy nie narzekali na brak zamówień na catering. Wahał się jednak, czy poszerzenie ekipy było dobrym pomysłem. Był przywiązany do ich kameralnej, rodzinnej grupy i wciąganie kogoś nowego do Całodniowej Drużyny wydawało się w jakiś sposób niewłaściwe.
A potem, sześć miesięcy temu, Steve spotkał Tony’ego i Petera.
Już pierwszego dnia szkoły Tara podzieliła się z nimi plotkami o uroczym dzieciaku i jego megaprzystojnym ojcu, ale Steve nie przykuwał do nich zbyt wiele uwagi, dopóki ta dwójka nie pojawiła się w kawiarni pod koniec tamtego tygodnia. Peter, jak się okazało, był jedynym dzieckiem od czasu Tary, które Steve pokochał, a Tony…
Cóż. Steve pomału zaczął dostrzegać nawet najmniejsze detale jego osoby. Zwrócił uwagę na sposób, w jaki ten nerwowo poruszał palcami, kiedy był niespokojny, jakby szukając jakiegoś narzędzia lub klawiatury, którymi mógłby je zająć. Zauważył, że od początku po równo flirtował z Buckym, Samem i Nat, ale tak naprawdę nigdy nie flirtował ze Steve’em. Nie przeoczył też tego, że zawsze zostawiał Tarze napiwek w gotówce – co nie wliczało się do podatków – i że zawsze było to więcej niż 20% kwoty zamówienia. Starkowie rzadko pojawiali się w kawiarni, kiedy Tara nie była na zmianie, ale Steve wychwycił, że Tony takie same napiwki zostawiał również Nat.
Zauważył też, że Tony miał tyłek, który mógłby zawstydzić nawet emotikonkę brzoskwini, co w żaden sposób nie pomagało powstrzymać scenariuszy rozgrywających się w głowie Steve’a z rosnącą częstotliwością.
‒ Czyli jak będzie, braciszku? – Nat spytała go cicho.
‒ Tara, czy mogłabyś przywiązać nowy szkic logo do ciastka dla Petera? – poprosił, unikając spojrzenia siostry. Obie kobiety jego życia spojrzały na niego spode łba, a Tara nazwała go nawet tchórzem, ale spełniła jego prośbę.
Nie minęło zbyt wiele czasu, nim rozbrzmiał dzwonek, a zaraz po nim radosny głos Petera witającego Tarę. Usłyszał wymianę zdań na temat ciastek i podszedł do drzwi wychodzących z kuchni na kawiarnię.
‒ Zastanawiamy się nad zmianą wizerunku – odezwał się. Zauważył błysk w oku Tony’ego, więc mrugnął do niego, zanim odwrócił się z powrotem do Petera, który przyglądał się nowemu logo. Tylko spokojnie, Rogers. Spokój i opanowanie.
‒ Och?
Steve kiwnął głową i spojrzał na Tony’ego.
‒ Postawiłeś na nogi kilka udanych firm, a Pete jest rewelacyjnym artystą. Zastanawiałem się, czy może wsparlibyście nas swoją radą?
‒ Przyjemność będzie po naszej stronie – Peter odpowiedział z powagą, która wywołała uśmiech na twarzy Steve’a.
Pochylił się przez ladę i przybił z chłopcem piątkę.
‒ Dzięki, młody. Słuchajcie, usiądźcie, a ja zaraz do was podejdę i opowiem wam o naszych pomysłach, dobrze?
‒ Tak! – Peter ucieszył się i pobiegł na ich zwyczajowe miejsce, a Steve pospieszył do swojego biura po teczkę z dokumentami, które chciał omówić z Tonym.
‒ Nie musisz wybierać tylko jednej opcji – odezwała się cicho Nat, bezszelestnie zachodząc go od tyłu.
‒ Chryste, Nat, mam trzydzieści pięć lat i problemy z sercem, czy możesz mnie nie przyprawiać o zawał?!
‒ Możesz i zaprosić go na randkę, i poprosić o zainwestowanie w biznes. – Nat nie wydawała się przejmować wybuchem Steve’a.
‒ To brzmi jak konflikt interesów – wytknął jej.
‒ Być może. – Nat wzruszyła ramionami. – Ale od kiedy wierzysz w nieprzekraczalność norm społecznych? Jadę z Buckym do Sandersona. Napisz, jeśli będziesz czegoś potrzebować.
Steve przewrócił oczami, ale jednocześnie kiwnął głową, dając jej znać, że przyjął to do wiadomości. Kiedy chwilę potem szedł do stolika Starków, miał w głowie gotową całą przemowę i długą listę pytań do Tony’ego, ale wtedy…
Ale wtedy zobaczył go rozmawiającego z pluszakiem Petera, na którego padł wybór w tym tygodniu – był nim smok Figment z Disney Worldu – i zupełnie stracił wątek.
‒ Powiedz, Figment… ‒ Steve usłyszał słowa Tony’ego, kiedy podszedł bliżej. – Co sądzisz o rysunku pana Steve’a? ‒ Tony przystawił ucho do pyska zwierzaka, a potem pokręcił głową. – Przykro mi, Petey, nie znam tego smoczego dialektu. Będziesz musiał mi to przetłumaczyć.
‒ Mówi, że go uwielbia, tato – Peter zachichotał. – Pomożesz panu Steve’owi, pani Tarze, pani Nat, panu Bucky’emu i panu Samowi?
‒ Świetnie, Petey, zapamiętałeś wszystkie imiona! – Rozpromieniony Tony przybił mu piątkę. – A na dodatek bardzo uprzejmie się o nich wszystkich wyraziłeś.
‒ Możecie mówić do nas po imieniu, naprawdę – przerwał im w tym momencie Steve. – Uważamy was już trochę za część naszej Całodniowej rodziny.
Przez twarz Tony’ego przemknęło coś, czego Steve nie zdążył do końca rozszyfrować, ale co kusiło go, żeby oprzeć dłoń o policzek Tony’ego. Zacisnął pięści, walcząc z tym odruchem, lecz energia najwyraźniej musiała zostać przekierowana z dłoni do ust, ponieważ, bez żadnego świadomego procesu myślowego, wypluł z siebie pytanie.
‒ Czy masz czas dziś wieczorem?
Tony zamrugał.
‒ Nie, niedziele zawsze są u nas spokojne. Czemu pytasz?
‒ Co powiedziałbyś na wspólną kolację?
Tony popatrzył na Petera, który patrzył na nich z szeroko otwartymi oczami, a Steve podążył za jego wzrokiem. Cholera. Nie powinien był robić tego przy Peterze, mogło wyjść bardzo niezręcznie.
‒ Z naszą dwójką? – zapytał Tony
‒ Tak właściwie – Tara wtrąciła się zza pleców Steve’a, niosąc latte Tony’ego. Wskazała brodą na chłopca. – Jeśli Peter nie ma nic przeciwko, to zastanawiałyśmy się z mamą, czy nie chciałby spędzić z nami trochę czasu i pomóc nam w rysowaniu nowych etykietek do ciastek i babeczek.
Tony znów zamrugał kilkukrotnie. Steve niemal widział, jak obracają się zębatki w jego głowie, aż w końcu popatrzył na syna.
‒ Co o tym sądzisz, mały? Chciałbyś spędzić wieczór z panią Tarą i panią Nat?
‒ Niczego nie chciałbym bardziej – Peter odpowiedział takim tonem, jakby jego tata zadał najgłupsze pytanie na świecie.
‒ W takim razie – Tony zwrócił się z powrotem do Steve’a – oczywiście, że tak.
Steve posłał mu szeroki uśmiech.
‒ Świetnie! Mieszkamy tu, na górze…
‒ Naprawdę? Przez cały ten czas byliśmy sąsiadami?
Steve przytaknął.
‒ Mieszkam z Nat i Tarą, dzięki temu łatwiej nam mieć oko na kawiarnię.
‒ Aha, w takim razie to ma sens, że zawsze pracuje tu ktoś z waszej piątki – zauważył Tony.
‒ Och, wujek Steve ma olbrzymie problemy z zaufaniem – Tara pospieszyła z wyjaśnieniem. Steve dopiero zauważył, że przyklęknęła przy stoliku i rysowała coś razem z Peterem. – Nie pozwala tu pracować nikomu spoza grona naszych bliskich.
‒ Dziękuję, chrześniaczko, za tę jakże potrzebną wstawkę na mój temat – Steve sarknął, ale Tony tylko zachichotał.
‒ Gdyby moja siostra tu była, już dawno opowiedziałaby ci wszystko o moich zaburzeniach ruchowych.
‒ Masz siostrę?
Serce Steve’a wykonało piruet na widok radosnego uśmiechu Tony’ego.
‒ Wygląda na to, że tematów do rozmowy nam dziś nie zabraknie.
‒ Nie mogę się doczekać. – Steve odpowiedział mu równie szerokim uśmiechem.
Brooklyn Beat: Najważniejsze Wiadomości
Smutne i jednocześnie radosne wieści, czytelnicy! Kawiarnia Przez Cały Dzień po raz pierwszy w swojej historii będzie zamknięta, i to przez cały tydzień, zaczynając od najbliższej soboty. Udało nam się ustalić, że powodem jest przyjęcie weselne – i to nie byle jakie! Nasz ulubiony brooklyński piekarz Steve Rogers weźmie ślub z Tonym Starkiem, wynalazczym geniuszem i aniołem biznesu z naszego sąsiedztwa. Niestety, nie ma co liczyć, że uda nam się podejrzeć coś więcej – już teraz okna kawiarni są zaciemnione. Będziemy musieli poczekać, aż jakieś zdjęcia z uroczystości trafią na dobrze nam wszystkim znane konto kawiarni na Instagramie. W każdym razie – gratulujemy panom młodym! Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia!

