Work Text:
Wbrew zadziwiająco powszechnemu przekonaniu Akashi był w stanie żywić cieplejsze uczucia do innych. I wcale nie postrzegał kolegów z drużyny (byłych czy też obecnych) wyłącznie jako pionków służących do osiągnięcia celu. Można by nawet powiedzieć, że całkiem ich lubił (w ściśle określonych okolicznościach i pod pewnymi warunkami, ale czyż to samo nie odnosi się do wszystkich innych relacji? Nie?). Ostatecznie nadal byli drużyną, a on nadal był ich kapitanem; przedmiotowe podejście z pewnością byłoby odczuwalne i mogłoby znacząco obniżyć morale, co z kolei przekładałoby się na gorsze wyniki. Oczywiście nie chodziło wyłącznie o to! Skądże! Nawet gdyby nie brał pod uwagę kwestii... może nie strategicznych... powiedzmy, że etycznych, to wciąż połączyłaby ich więź zrodzona z wspólnie spędzonego czasu, wspólnego celu, wspólnych triumfów. Co? Nie, nie porażek, przecież nie było porażek... No dobrze, porażek też. Ale wracając do tematu, z całą pewnością mógłby powiedzieć, że szczególna więź łączyła go z kolegami z gimnazjum, ostatecznie czy nie znali wszyscy samotności wynikającej z wyjątkowego daru? Czyż ich drużyna nie odznaczała się własną, specyficzną dynamiką, jakże odmienną od typowych relacji szkolnego kółka sportowego? Koledzy z ich obecnych szkół byli ważni, tak, ale nawet osoby w rodzaju Niekoronowanych Generałów nie mogły...
Tetsuya popatrzył na niego ze znudzeniem.
― Nie musiałeś mnie tu zapraszać tylko po to, żeby mi o tym mówić, Akashi. I czy przy takich przemowach nie powinni być obecni wszyscy? Czemu jestem tu tylko ja?
Akashi westchnął ciężko.
― Chciałem, żebyś mnie dobrze zrozumiał. Przez ostatnie lata doszło między nami do pewnych... konfliktów...
― Jak wtedy, kiedy chciałeś zabić Kagamiego?
Akashi zaczynał czuć lekką frustrację. Specjalnie przełożył dzisiejszą rozgrywkę w shogi z tym nerwowym gimnazjalistą (chłopak wyglądał na całkiem porządnego gracza; kto wie, może po dzisiejszym nawet zapamiętałby jego imię) i oto, co dostał w zamian...
― Nie chciałem. Zamierzałem go tylko ostrzec. Czy możemy wrócić...
― No właśnie ― Tetsuya najwyraźniej nie zamierzał dać mu się porządnie wysłowić. Jego obecne towarzystwo zdecydowanie miało na niego zły wpływ. ― Po co w ogóle zapraszałeś mnie do domu, Akashi?
Bezpośredni atak. No cóż, kiedyś i tak musiałby to wyjaśnić...
― Tetsuya ― Akashi przywołał na usta coś, co w jego opinii uchodziło za przyjazny uśmiech. ― Nasze ostatnie lata w gimnazjum... Cóż, nie będę ich dokładnie wspominał (czy mu się wydawało, czy Tetsuya spojrzał na niego jakby z ulgą?), ale chyba zgodzisz się, że rozstaliśmy się w nie najlepszych okolicznościach. Nasze ostatnie... spotkanie... oczywiście mogło przebiec lepiej, ale uświadomiło mi pewne rzeczy. Być może nie traktowałem was... zwłaszcza ciebie... z odpowiednim szacunkiem i nie rozumiałem, że nasza więź mogła być dla mnie jednak, hm, ważniejsza, niż wtedy przyznawałem. Możesz to uznać za gest pojednania...
Tetsuya zamrugał.
― Akashi. Czy ty się dobrze czujesz?
Nie czuł się. W zasadzie czuł się koszmarnie. Ten sentymentalny bełkot ledwo mu przeszedł przez gardło.
― Doskonale. A gdybyś jeszcze zechciał mi towarzyszyć w tę niedzielę...
Tetsuya lekko podniósł głowę.
― Naprawdę nie musiałeś robić tego wszystkiego tylko po to, żeby spytać, czy się z tobą umówię.
Akashi zacisnął zęby. Zawsze doceniał to, jak łatwo Tetsuya rozumiał jego intencje, ale czasem mógłby sobie darować te bezpośrednie komentarze...
― Bo to i tak nic nie da. W niedzielę Kagami miał mi pomóc z angielskim.
Przeklęty Taiga właśnie załatwił sobie kolejną próbę zabójstwa. Tym razem bez świadków. I czymś lepszym niż tępe nożyczki. Możliwie szybko. Na przykład w ten piątek.
― Chociaż gdyby chodziło o kolejną sobotę, to może udałoby się jakoś dogadać.
Z drugiej strony co się odwlecze, to nie uciecze.
― Doskonale. Wiedziałem, że dojdziemy do porozumienia, ostatecznie...
― Ale pod warunkiem, że już nic nie powiesz o więziach. Zwłaszcza wyjątkowych.
