Actions

Work Header

Sound of some strange commandment

Summary:

"Żaden żywy człowiek nie wytrzymałby z Wizytujem."

Zbiór krótkich scen, umiejscowionych w różnych miejscach akcji różnych książek. Chronologicznie.

Notes:

To żyje!
Seria one-shotów zbierana przez lata, odkopana z okazji 25.05. Może wreszcie uda mi się ją skończyć...
Specjalna dedykacja dla WhispyWitch i Lacerty, za betę i (w przypadku Whispy) znalezienie mi tytułu <3
Będę dodawać więcej tagów w miarę pojawiania się postaci w kolejnych rozdziałach.

Chapter 1: Pustynia ("Bogowie, Honor, Ankh-Morpork")

Chapter Text

- Och, niech to demony porwą...

Reg Shoe przez trzy dekady nieżycia zdążył przyzwyczaić się do takich sytuacji. Nie żeby stały się dla niego mniej frustrujące. Jak zawsze, do odcinania kończyn wszyscy się rwali, ale żeby przymocować z powrotem, to już nie było komu.

Westchnął sam do siebie i pokręcił głową. Pora się tym zająć, póki mieli chwilę spokoju. Bo ileż można chodzić z jedną ręką?

Usadowił się na piasku, sięgając pod biały materiał pożyczonych im przez życzliwych tubylców ubrań, i wyciągając z nieodłącznie towarzyszącego mu przybornika igłę i nitkę.

- Naprawdę, zero poczucia... - mamrotał do siebie. Pogrążony w niedoli, nie zwrócił nawet uwagi na zbliżające się kroki - dopóki nie padł na niego cień stojącej obok osoby, długi w promieniach poranka.

- Potrzebujesz z tym pomocy?

Reg zerknął w górę na dźwięk znajomego głosu.

Funkcjonariusz Wizytuj przyglądał mu się z tylko odrobiną niepewności - typową dla ludzi chętnych do pomocy przy czymś, o działaniu czego nie mają za bardzo pojęcia. Zombie przypuszczał, że drugi strażnik nie spotkał się wcześniej z przyszywaniem utraconej kończyny. W każdym razie, nie przez osobę, która ją straciła.

Ułożył swoje odcięte ramię na kolanach i przełożył trzymaną w zębach igłę do wolnej lewej ręki.

- Nie trzeba, dam sobie radę. Z jakiegoś powodu noszę ze sobą przybory do szycia, prawda? - Zombie wzruszył ramionami. - Takie rzeczy się zdarzają.

- Wyjątkowo często – zauważył Wizytuj.

Znacząco spojrzał na mocny, równy ścieg na szyi nieumarłego.

D'reg należał do tego nielicznego grona osób, która brała odpowiedzialność za swoje czyny. Po fachowej dekapitacji, wykonał równie dobrą robotę ponownie przymocowując głowę zombie na swoim miejscu. Reg liczył na wytrzymałość grubej dratwy, jakiej użył - nie uśmiechało mu się wylądować jeszcze raz twarzą w piasku.

- Jak to wy mówicie? - uniósł wargi w krzywym, niewesołym uśmiechu. - Każdy ma swój głaz do dźwigania?

- Ossory, księga piąta, wers dwudziesty czwarty, tak - przytaknął odruchowo Omnianin. - Cóż... Pierwotnie sformułowanie to było użyte na moment przed kamienowaniem wrzuconego do dołu niewiernego... - Pochwyciwszy rozbawione spojrzenie Rega, odchrząknął. - Nie wiedziałem, że nie możesz ruszać odciętą ręką.

- A znasz kogoś, kto może?

Zombie znów zajął się bardziej naglącą kwestią, niż edukacja drugiego strażnika w kwestii nieumarłych. Przeprowadził igłę przez górną część swojego ramienia i spróbował wygiąć się, by zbliżyć je do ręki. Z marnym skutkiem. Gdyby tylko było odcięte trochę niżej... Niestety, ludzie zwykle nie brali w tej kwestii pod uwagę zdania osoby, którą atakowali mieczem.

Odrobinę satysfakcji przynosił jedynie fakt, że po podniesieniu kończyny znokautował nią zdezorientowanego napastnika.

Przerwało mu kolejne odchrząknięcie. Zerknął w górę. Wizytuj nie ruszył się z miejsca. Najwyraźniej nie zamierzał odpuszczać.

- O co chodzi, Kocioł? - spytał zniecierpliwiony zombie.

- "Nie zamyka się bram miasta przed stadkiem małych kurcząt” - odparł Omnianin. Widząc niezrozumienie na twarzy Rega, dodał: - Również Ossory, księga trzecia, wers...

- Też ma związek z kamienowaniem? - spytał Reg. Zreflektował się, widząc, jak Omnianin otwiera usta. - Chodzi ci, że powinienem pozwolić sobie pomóc, tak?

Mimo wciąż niepewnej miny, Wizytuj wyciągnął ręce do Rega.

- Zgadza się. Mogę?

Zombie zawahał się. To chwilę zajmie - i był prawie pewien, że Wizytuj szukał okazji do głoszenia dobrej nowiny. Ale drugą opcją była samodzielna gimnastyka. Zresztą, nawet szycie Wizytuja nie mogło okazać się dużo gorsze niż jego własne - nie pod tym kątem.

Igła znalazła się w rękach Omnianina, który przysiadł na piasku, krzyżując nogi.

- Jesteś pewien, że dasz radę? Zazwyczaj robię to sam…

Wizytuj sprawnie nawlókł nitkę.

- Tamten D’reg dał radę przyszyć ci z powrotem głowę. Ramię nie może być dużo trudniejsze.

- Skoro tak…

Reg przyłożył kończynę do kikuta, demonstrując, jak powinna zostać umocowana. Wizytuj pokiwał głową i zabrał się do roboty. Z wprawą zawiązał węzełek i wbił igłę. Zdawał się być niewzruszony faktem, że przyszywa właśnie z powrotem ramię kolegi – co nieco zaskoczyło nieumarłego. Reg spodziewał się... sam nie wiedział, czego. Choć odrobiny wahania? Niepewności? Pytania, czy nie zadaje mu bólu? Coś mu mówiło, że Omnianin podszedłby równie praktycznie do dowolnego powierzonego mu zadania. Zupełnie, jakby nie przejmował się powagą tego, co robi.

To... nie było przyjemne uczucie. Urażona duma potrafiła uwierać, jak kamyk, który wpadł do buta.

Reg kątem oka zerknął na skupioną twarz drugiego strażnika.

- Wizytuj… Niewiernych – mruknął, żeby odwrócić uwagę od zbędnych myśli. - Z Wyjaśniającymi...?

- Broszurami - dokończył strażnik. - To popularne imię w Omni - dodał. Uśmiechnął się lekko, nie odrywając wzroku od swojej pracy.

- Ciężko musi być na ciebie wołać.

- Oczywiście, w moim ojczystym języku brzmi ono krócej.

- Oczywiście.

Jeśli Wizytuj usłyszał nutę sarkazmu w głosie Rega, zignorował ją.

Końcówki palców Omnianina były poplamione tuszem, który jakimś cudem wciąż się nie zmył. Przenośna mini prasa musiała ułatwiać życie. Może Reg powinien mu zazdrościć - on sam od zawsze radził sobie, tworząc ręcznie każdy plakat czy ulotkę. Ale miał przecież dużo czasu, przynajmniej do niedawna, zanim zaczął pracować w straży - a w naturze zombie leżało bycie cierpliwym.

- Wydawało mi się, że byłeś zajęty. Nie rozmawiałeś z miejscowymi o religii?

- Ależ tak. I wrócimy do tego tematu - powiedział Wizytuj pogodnym tonem. - Zostawiłem im broszury informacyjne, do zapoznania się w wolnym czasie.

Reg był tylko odrobinę zdziwiony, że te przeklęte ulotki nie zamokły. Przetrwały sztorm, a teraz pewnie wylądują w żołądku jakiegoś zwierzaka. Wielbłąda czy innej kozy. Z pożytkiem dla wszystkich, pomyślał. Agresywna ewangelizacja wojowniczego plemienia pustyni nie brzmiała zbyt dobrze. Coś mu mówiło, że D'regów nie przekonywałyby pokojowe metody krzewienia wiary...

- Powinieneś się do nich przyłączyć - kontunuował Omnianin. - Nigdy nie jest za późno na wkroczenie na właściwą drogę.

- Nie wiem czy zauważyłeś, ale dla mnie jest już trochę za późno. Jestem martwy - przypomniał rzeczowym tonem zombie. - Wydawać by się mogło, że nie zapomnisz o takim, rozumiesz, drobnym szczególe - dodał ponuro. - Nie, kiedy przyszywasz mi z powrotem ramię.

Wizytuj był niezrażony.

- Gdybyś jednak chciał, wciąż mam przy sobie-

- Kocioł. Wiesz, że nie.

Omnianin rzucił mu urażone spojrzenie, ale nie ciągnął tematu. Przynajmniej na razie.

Błyszcząca w słońcu igła przykuła wzrok jednej z dziobiących nieopodal kur. Ptak przekrzywił głowę, by przyjrzeć się dokładniej dwójce strażników. Na szczęście musiał uznać ich za niewartych uwagi, bo powrócił do grzebania w piasku.

Wizytuj też dziubdział długo w jednym miejscu, i Reg pomyślał, że w sumie mógł się tego spodziewać. Można mu było zarzucić wiele, ale nie braku cierpliwości, najpewniej wypracowanej przez lata spacerów od drzwi do drzwi i nawracania ludzi przez szpary na listy. Pod jego białym burnusem Reg spostrzegł srebrny łańcuszek. Bardzo prosty, ale rozpoznawalny symbol żółwia chwiał się lekko między wystającymi obojczykami Omnianina. Zombie złapał się na wpatrywaniu się w niego jak zahipnotyzowany, zupełnie jak chwilę temu kura w migającą igłę. Pochylił się lekko.

Wizytuj przerwał nić, by zawiązać na jej końcu mocny węzełek. Reg nie podpowiedział mu, żeby szył przerywanym ściegiem; Omnianin, jak przystało na dobrego glinę, sam musiał zwrócić uwagę, jak prezentowała się większość szwów Rega. Praktycznie nieobecny wśród nich ścieg ciągły wyglądał może lepiej, prawda, ale trzymał słabo. Zombie nauczył się tego na własnej skórze.

Dosłownie.

Skoro o skórze mowa... Niedługo miało się zrobić naprawdę gorąco - także w przenośni. Słońce paliło coraz bardziej, nawet tu, w cieniu jednego z namiotów. Oczywiście, nie przeszkadzało to Regowi - bycie martwym miało swoje plusy - ale w porównianiu z resztą strażników, Wizytuj również wyglądał na nieprzejętego temperaturą, gwałtownie rosnącą po zimnej nocy.

- Dobrze się trzymasz w tym upale. To też zasługa Oma?

Wizytuj nie podniósł głowy - rzucił mu tylko krótkie spojrzenie spod ciemnej grzywki.

- Mozna by tak rzec. Dużą część Omni pokrywa pustynia. Tutejszy klimat przypomina mi rodzinne strony.

- Rodzinne strony...

Reg uniósł wzrok w górę, na jarzące się słońce. Nigdy nie był tak daleko poza Ankh-Morpork. Prawdę mówiąc, od śmierci w ogóle nie opuszczał murów miasta...

Słyszał kiedyś jednym uchem*, jak Wizytuj wspominał Dorflowi o życiu pośmiertnym. Omnianie wierzyli w... wielką pustynię, zdaje się? I boski sąd na jej końcu. Jakimś cudem nie zniechęcało to ich do opuszczania tego padołu. Jak na jego gust, przy takiej koncepcji zaświatów w Omni powinny spacerować całe tłumy zombie. Może żeby tego uniknąć stosowali kremację?

On sam nie miał do czynienia z pustynią, nie do tej pory. A jedyny piasek, jaki pamietał po śmierci, to ten, który powłaził mu między zęby, kiedy próbował się wygrzebać z własnego grobu.

- Kiedy to wszystko się skończy, wezmę zaległy urlop i wybiorę się do Cytadeli - Wizytuj westchnął. "Jeśli się skończy", pomyślał Reg. Jak na razie, byli jeńcami... byli gośćmi D'regów, gdzieś na pustyni Klatchu, w pościgu za przestępcą. Toczyła się wojna. Chciał wierzyć, że tym razem pan Vimes nie ugryzł więcej, niż zdoła radę przeżuć... - Całe lata minęły, odkąd ostatni raz wędrowałem z Kom do Gilashu. Niezwykłe duchowe przeżycie. Powinienem jeszcze raz odwiedzić te okolice...

- To po to się wraca do domu? Na pielgrzymkę? - Reg poruszył lekko palcami. Wreszcie, powoli zaczynał mieć nad nimi władzę. Wyobraził sobie powrót do Ankh-Morpork po latach. Pielgrzymka przez równiny Sto, śladami handlarzy kapusty... - Masz tam rodzinę?

Gdyby spojrzał w dół, zobaczyłby zmarszczone brwi Omnianina. Ale nie spojrzał, zajęty rozważaniami nad bezsensownością jego planów na przyszłość.

- Nie zgadzamy się do końca odnośnie współczesnie akceptowalnych metod ewangelizacyjnych.

Reg uniósł brew.

- Nie mów, że im też próbowałeś dawać broszury.

- Jak zapisano w Liście Osiemdziesiątym Czwartym: "Albowiem jak dotrzeć ma żółw do zbawczego cienia, gdy piasek umyka mu pod stopami, choćby i po ziarenku?"

- Mówisz o pielgrzymce?

- Nie. Przestań się ruszać, albo nigdy tego nie skończę.

Reg, jeśli już zdecydował się kogoś słuchać, potrafił wyłapywać znaczenie tego, co nie zostało powiedziane. List Osiemdziesiąty Czwarty, albo, w wolnym tłumaczeniu, "Nie Twój Interes". Zombie postanowił zamilknąć i siedzieć nieruchomo jak... jak stereotypowa osoba tymczasowo upośledzona pod względem funkcji życiowych.

Słońce wspinało się coraz wyżej. Wizytuj co jakiś czas ocierał czoło wierzchem rękawa. Reg rzucał okiem na srebrny medalik w kształcie żółwia i powstrzymywał się od zadawania pytań.

W duchu cieszył się, że nie widzi ich... cóż, większość strażników. Wystarczały mu kąśliwe uwagi i dowcipy o notorycznym traceniu części ciała; mógł sobie wyobrazić niewybredne komentarze na temat "znalezienia dla siebie prywatnej szwaczki".

Niedługo później Omnianin zawiązał ostatni węzełek i przerwał nić. Reg poruszył ramieniem. Zgiął je na próbę. Szew był mocny, a odstępy między węzełkami - równe. Nie chciał tego przyznać, ale Kocioł wykonał porządną robotę.

- Zszywałeś już kiedyś kogoś? - spytał.

- Nie, ale może mam to we krwi. - Młodszy strażnik wstał. - W mojej rodzinie niejeden szewc zajmował się butami.

Reg niemal przegapił ostatnią uwagę. Spojrzał z niedowierzaniem na Wizytuja.

- Kocioł, czy ty właśnie…

Nie był pewien, czy Omnianin żartował, czy mówił całkiem szczerze. I nie był pewien, którą opcją powinien czuć się bardziej urażony.

- Hej, tu jesteście! - Cudo wyłoniła się zza jednego z namiotów, czerwona na twarzy od narastającego gorąca. Zamachała do nich. Biały materiał szaty miała związany w kilka węzłów, tak, by nie plątał jej się w pasie. - Komendant Vimes mówi, że pora działać - poinformowała.

Spojrzeli po sobie.

- Jak myślisz, jak to się skończy?

- Jak wspomniałem komendantowi, jestem przekonany o sprzyjającej nam opatrzności.

- Nie o to pytałem...

Wizytuj otrzepał się z piasku.

- Uważam, że możemy dziękować bogu. - Zombie nie musiał pytać, któremu z nich. - Przynajmniej wciąż jeszcze żyjemy, prawda?

Reg spojrzał na niego ostro.

---
((* Drugie, w wyniku wcześniejszego wstydliwego wypadku ze sznurkiem na bieliznę i zabłąkaną mewą, miał akurat w ręku.))