Chapter Text
Zamasu zrozumiał to już dawno temu. W zgodzie ze samym sobą i w wierze w koncepcje pragnął w tej chwili tylko jednej rzeczy.
Pragnął tego, cóż mógł darować swoim poddanym sam Bóg — istota ponad wszystkie.
Dobra dla świata, będącego tymczasem sanktuarium plugawych dusz. Napiętnowanych grzechem istnienia śmiertelnych, błądzących tu i tam i siejących niepokój. Praktykujących zagładę tego, co ich otacza.
Zamasu pragnął tego, czego mógł sobie życzyć dla ogółu jako orędownik świata.
Zapragnął w pokoju.
Postanowił więc w całej swej łaskawości oczyścić ten wszechświat. Uczynić go piękniejszym, a przede wszystkim w o l n y m.
Wolnym od grzechu i wszelkiego zamętu.
Tylko on mógł rozgrzeszyć ten świat.
Jako Bóg mógł to wszystko. W zamierzeniu chciał brnąć to wszystko.
Czynić to, co powinno zostać zrobione.
Vegeta był księciem. Ponad wszystko i ponad wszystkich — ponad wszelakie istnienia. Żył w tej koncepcji przez wiele lat, aczkolwiek czas go zmienił. Mijające chwilę i ogrom okoliczności uczyniły go bardziej ludzkim i przyziemnym. Bardziej codziennym. Dni chwały nie miały już żadnego znaczenia, zatarte zanadto w tym, co tu i teraz. Zatarte szarą i uciekającą przez palce codziennością.
Świat wiecznie walczył, niekiedy i z sobą samym. Książę nigdy nie opuścił gardy, będąc w centrum tego nieskończonego chaosu. Nie pozostając w tyle, dawał z siebie wszystko, byleby przekroczyć pewne granice. Byleby sięgnąć po to, po co nie sięgał jeszcze nikt. Po najlepszą wersję siebie. Ćwiczenia, dążenie do doskonałości, pragnienie siły. Czy liczyło się coś ponad to wszystko?
Był blisko. Każde zwycięstwo zbliżało go do niedostrzegalnej na pozór doskonałości. Im jednak szybciej brnął do przodu, tym bardziej czas przyśpieszał i pozostawał zaskoczonego Vegetę w tyle. Tracił to. Tracił siebie.
Tracił swoją doskonałość.
I pozostał mu tylko ''marsz, marsz, marsz."
Bóg jako istota wyższa mógł dostrzec o wiele więcej. Nigdy zanadto nie interesowali go ludzie i ich marne istnienia. Zamasu postrzegał ich jako szkodników, których należało przede wszystkim wytępić. Świat otaczała zgnilizna ich istnienia i potrzeba mu było r e w o l u c j i. Jego myśl pozostawała wciąż tylko ''jego'' i nie mogła być wyznacznikiem wszystkiego. Kaprysy kaprysami, nienawiść nienawiścią. Wiedza jednak wiedzą.
Jako Bóg nie mógł podejmować osądów. Tym bardziej, gdy nachodziła go wątpliwość.
Dlatego tkwił tu i teraz. W miejscu, gdzie było trochę za głośno. Gdzie ludzkich istot było co niemiara. Nie pojmował ich obecności w tym delikatnym i wrażliwym na zmiany miejscu. Jakże te słabe jednostki mogły zrozumieć matkę naturę i jej potrzebę? Ignoranci nie zdawali się widzieć niczego, poza czubkiem swojego nosa. Pędzili przed siebie, tkwiąc w spirali ciągłych niepewności.
W ciemności zazwyczaj nikt nie doszukiwał się niczego. Tylko ledwie przyświecające lampy uliczne, rozjaśniały drogę. Dawały sposobność, by nie zbłądzić.
Nie wyróżniał się niczym. Ot kolejny śmiertelnik, brnący przed siebie, przez pozostały mu czas. Brnący przez świat, ale i wpatrzony w niebo, wpatrzony w to, co było na pozór niedostrzegalne.
W jego oczach tkwił ten niepokojący chłód. Gama zrozumiałych lęków, niepewności. Gdzieś pomiędzy okrucieństwo. Pragnienia ukryte, nie na pokaz. Zamasu to widział. To spojrzenie do żadnego innego niepodobne. Te oczy, z którymi się zmierzył — do żadnych innych niepodobne.
Niepokojące.
... spojrzenie nieznajomego przywłaszczyło całą jego uwagę.
Uwagę Boga. Zdezorientowanego. Może trochę zaskoczonego.
Jako Bóg mógł dostrzec więcej.
Jako Bóg powinien zignorować ten kaprys.
Jako Bóg zdecydował się, by podejść do śmiertelnego.
Jako Bóg zdecydował, by tkwić w tym zawieszeniu.
Vegeta drgnął mimowolnie. Nie wiedział czego się spodziewać po nieznajomym. Ciemne oczy jegomościa niemo nawoływały ''dobrze wiesz''. Nie padło jednak między nimi ani jedno słowo. Cisza była słuszna. Pasowała tutaj. Pasowała w tym miejscu. Powiew chłodnego wiatru, jego szum, a pomiędzy tylko oni.
Mógł doszukiwać się w tym sensu; uparcie domagać się ''czegokolwiek'', co by tłumaczyło usilne trzymanie w uścisku połów jego koszuli.
Jako Książę powinien natychmiast odepchnąć tego niezrównoważonego szaleńca.
Jako Książę powinien domagać się należytego szacunku.
Jako Książę mógł...
Myśli, koncepcje, wiara i niewiara została zmącona przez ledwie wkradający się gest. Ledwie chwilę, gdy ten musnął chłodem swych ust wierzch dłoni Księcia.
Na myśl przyszedł mu niemalże zapomniany Szacunek.
Szacunek godny Księcia.
Te chłodne i zdystansowane spojrzenie ciemnych oczu przyciągało. Słowa takie jak "szacunek" czy "osobliwe piękno" cisnęło się na wargi Zamasu. Chciało mu się nawet wymsknąć, ale nie mógł do tego dopuścić. Mógł za to w jakiś sposób zadeklarować mu zlepek tych wszystkich myśli. I pozwolił mu w tym doświadczyć. W tym śmiałym muśnięciu. W spojrzeniu wprost. W zainteresowaniu.
W spojrzeniu Boga utkwionym na nim. Utkwionym na śmiertelnym obliczu.
Cios, który wymierzył, był nagły. Szybszy od myśli, od jakiejkolwiek logiki. Mimowolny. Uderzenie skierowane w nieznajomego było niczym niezmącone; pewne. Wyrażało nie tyle złośliwość, ile zwykłe zaskoczenie. Ile szok. Ile "nie naruszaj mojej przestrzeni". Kimże nieznajomy był, by w tym czynić?!
— Masz diabła w swoich oczach.
Mógł się tego spodziewać. Mógł przewidzieć. Pozostał jednak niewzruszony tą bezczelnością. Lekkie uniesienie warg. Lekki uścisk, w którym schował nadgarstek towarzysza i tajemniczy szept, który wcisnął mu bezczelnie do ucha. Oraz te słowa, niczym magiczne zaklęcie. Tak jak oczekiwał — nieznajomy w reakcji drgnął nieznacznie. Zakładał, że nawet odwrócił się, gdy postąpił kilka kroków do przodu i zniknął gdzieś tam, pomiędzy.
Vegeta doświadczył w swym krótkim życiu już niemal wszystkich emocji. Śmierć, ból, przyjaźń, być może i miłość wraz z setką niewymienionych; zagubionych po drodze odczuć. Rządził, by potem przez swą lekkomyślność upaść po drodze. Był upartym i niewzruszonym Księciem, by potem stać się cieniem dawnego "siebie"
W spojrzeniu tego mężczyzny widział coś znajomego. W tej nieskończonej ciemności widział to, czego nikt nie chciał widzieć.
Widział ''diabła''. Odzianego w złoto; chwytającego go za dłoń z zaskoczenia. Chcącego pokazać mu coś więcej.
W jego głosie, w tym niemalże znajomym tonie głosu, słyszał też coś jeszcze.
Słyszał te szalone zaproszenie.
Zaproszenie, na które musiał natychmiast odpowiedzieć.
CDN.
