Work Text:
Wszystko zaczęło się w pierwszy poniedziałek kwietnia 1624 roku. Pan de Treville marszcząc brwi pochylał się nad dokumentami przysłanymi przez kardynała. Wykaz wojsk, też coś! Tymi sprawami powinien zajmować się marszałek, dlatego też pan de Treville od razu zrozumiał aluzję. Liczebny spadek wśród muszkieterów, wzrost wśród gwardzistów. Oczywiście Richelieu musiał odegrać się za tamtą scenę na obiedzie u króla. Pana de Treville może i trochę poniosła chęć utarcia nosa kardynałowi, a gaskońska krew dawała o sobie znać zawsze w niewłaściwym momencie. Owszem, mina kardynała była warta wszystkiego, oburzenie króla również, jednak wykaz wojsk wysłany przez Czerwonego Księcia już nie. Przekaż wiadomości był jasny, kapitan królewskich muszkieterów był w stanie usłyszeć cichy, ironiczny głos Pierwszego Ministra, jak gdyby ten stał za jego plecami: "Widzisz de Treville pojedynkują się mimo zakazów, jednak to twoi muszkieterowie umierają, nie moi gwardziści". I nie było to dalekie od prawdy. Ostatnio los coraz częściej grał na nosie muszkieterom, którzy przestali już nawet zaczepiać gwardzistów. Jednak "nie zaczepiać" szybko okazało się być dalekie od "nie pojedynkować się", bo co innego nie szukać zaczepki, a co innego na nią odpowiadać. Gwardziści czując więc ciche przyzwolenie kardynała coraz to chętniej szukali zwady z muszkieterami. Zresztą, nawet w przypadku udzielania wyjaśnień łatwiej było obronić żyjącego gwardzistę niż martwego muszkietera. Jeden pojedynek na siedem wygrywali królewscy muszkieterowie. Jeden na siedem! Pan de Treville rwał włosy z głowy na sama myśl że w pałacu królewskim idą już zakłady o następne zwycięstwa. Król odkrywszy całą sprawę zbeształ kardynała i kapitana polecając wstrzymać tę małą wojnę domową, jednak z miernym skutkiem. Kultura pojedynku kwitła, od kilku tygodni uszczuplając szeregi muszkieterów Jego Królewskiej Mości.
Pan de Treville przerzucił ze złością kilka kartek, młodzi chłopcy coraz chętniej zasilali szeregi Gwardii Kardynała. To bolało, bo gaskońska krew wrzała mu w żyłach na samą myśl o nadchodzącym obiedzie u króla i kąśliwych uwagach Richelieu. Wzrok mu pociemniał i sam Bóg wie co zrobiłby w przypływie tej nagłej złości gdyby nie pukanie do drzwi jego gabinetu.
- Wejść!
Pokojowiec wysunął się cicho do pomieszczenia zapowiadając że jakiś młody interesant prosi o posłuchanie.
- Wpuść go
Pokojowiec zniknął, a zamiast niego w drzwiach zjawił się młody szlachcic.
- Dzień dobry - przywitał się dwornie, przekraczając próg - wskazano mi pański gabinet jako miejsce, w którym mogę załatwić moją sprawę
- W takim razie słucham - spytał kapitan, mimo chwilowego wzburzenia, przybierając uprzejmy ton głosu
Młody człowiek stojący naprzeciw jego biurka nie miał nic wspólnego z kardynałem Richelieu i jego intrygami, a pan de Treville dawno nauczył się że w chwilach takich jak ta złość powinna ustąpić uprzejmości.
- Nie będę wygłaszać długich, barwnych mów i jeśli pan pozwoli od razu przejdę do sedna. Chciałbym wstąpić w szeregi muszkieterów Jego Królewskiej Mości
Przyjemne uczucie zadowolenia owładnęło panem de Treville. Mężczyzna wyglądał młodo, jednak sposób w jaki się wypowiadał i poruszał jasno dal znać wnikliwemu oku kapitana że ma do czynienia z kimś dobrze wykształconym. Z kimś, kogo nie pokona pierwszy lepszy gwardzista. Naturalnie pan de Treville nie dał nic po sobie poznać. Schylił się tylko po sporych rozmiarów księgę, którą wyjął z szuflady i maczając końcówkę pióra w atramencie spojrzał niemalże ojcowskim wzrokiem na przyszłego muszkietera.
- Wiek?
- Dwadzieścia pięć lat
- Imię?
- Athos
Pan de Treville uniósł brwi na to oczywiste kłamstwo.
- Prawdziwe imię, ręczę że nikt więcej się nie dowie
W oczach młodego człowieka mignęło wahanie.
- Olivier de La Fère
Pan de Treville doskonale znał to nazwisko. Przyjrzał się tylko uważniej temu człowiekowi obiecując sobie mieć na niego oko, po czym wstał wyciągając serdecznie dłoń.
- Witam w szeregach muszkieterów Jego Królewskiej Mości Athosie.
Drugi taki przypadek zdarzył się jeszcze w tym samym tygodniu. Pokojowiec zapowiedział gościa z lekko drżącym głosem i kapitan dopiero po chwili zrozumiał dlaczego. Olbrzymowi przekraczającego próg gabinetu daleko było do gracji jego poprzednika. Głośne pukanie do drzwi poprzedziło odrobinę zbyt nerwowe naciśnięcie klamki, po czym oczom kapitana ukazał się młody mężczyzna bardzo przyzwoitych rozmiarów. Pan de Treville poskromił trochę swoją irytację widząc prostoduszne spojrzenie interesanta.
- W czym mogę pomóc?
- Panie kapitanie - odparł na to olbrzym miażdżąc w dłoniach rondo kapelusza - chciałbym prosić o opończę muszkietera. Wiem że to wielki przywilej jednak szpadą mogę udowodnić iż nań zasługuję.
Lekka przechwałka nie zraziła kapitana. Wręcz przeciwnie zobaczył w tym człowieku swoją własną młodzieńczą werwę. Nie miał zamiaru go sprawdzać - rekrut był mu okrutnie potrzebny. Tak więc serce pana de Treville podskoczyło radośnie. Dwóch w ciągu jednego tygodnia! A to się kardynał zdziwi.
- Nie ma takiej potrzeby, proszę najpierw wiek - rzekł opanowawszy radość przybierając ten sam ojcowski ton, którego używał w rozmowach ze wszystkimi muszkieterami.
- Dwadzieścia dwa
- Imię?
- Porthos
Pan de Treville uniósł wzrok czując że ma przed sobą kolejnego człowieka który ma zamiar ukryć się pod muszkieterskim płaszczem.
- Prawdziwe imię, ręczę że nikt się nie dowie
- Christopher du Vallon
Pan de Treville wyciągnął radośnie dłoń.
- Witam w szeregach muszkieterów Jego Królewskiej Mości Porthosie.
Ostatni zjawił się dwa tygodnie później. Pan de Treville nie mógł zaprzeczyć, że muszkieterowie ponownie zaczęli cieszyć się dobrą sławą wśród młodych ludzi. Wolał nie myśleć o tym że dobrą sławę zawdzięcza najpewniej dwóm młodym ludziom bez nazwisk, którzy wygrywając kilka pojedynków dali kapitanowi możliwość utarcia nosa kardynałowi. Z czego to pan de Treville chętnie korzystał. Skorzystała i jego sakiewka gdy kilka razy obstawił w korytarzu Luwru wynik najbliższej nielegalnej utarczki. Nic więc dziwnego że gdy rozleglo się ciche pukanie do drzwi, a pokojowiec zapowiedział przybycie jakiegoś młodego człowieka, kapitan był w wybornym humorze i przyjął interesanta z otwartymi ramionami.
- Chciałbym wstąpić w szeregi muszkieterów królewskich - rzekł młody mężczyzna - tylko na rok, wiem że to ogromny zaszczyt...
Kapitan nie słuchał dalej tylko przejrzał się nieznajomemu. Był delikatny i de Treville powiedziałby raczej że nadawałby się lepiej na księdza niż żołnierza. Nie pogardza się jednak młodymi rekrutami w chwili desperacji, więc pan de Treville przymykając oko na prezencję młodego człowieka wyciągnął potężną księgę.
- Wiek proszę?
- Dwadzieścia jeden
- Nazwisko?
- Aramis
Kapitan uniósł wzrok znad biurka.
- Prawdziwe imię - powtórzył po raz trzeci w tym miesiącu - ręczę że nikt się nie dowie
- Rene d'Herblay - odparł uciekając wzrokiem w stronę sufitu
- Cóż - rzekł z uśmiechem wyciągając rękę w stronę młodego człowieka, w myślach przeszukując już wszystkie szlacheckie rody, z którymi mógłby to nazwisko kojarzyć - witam w szeregach muszkieterów Jego Królewskiej Mości Aramisie.
Dokładnie rok później panowie Athos, Porthos i Aramis stali z pochylonymi głowami w gabinecie przyjmując od kapitana głośne nagany oraz ciche pochwały. Oczywiście nie było w nich ani cienia skruchy. Kapitan dla przykładu musiał ich zbesztać, jednak znali go wystarczająco długo by w ojcowskim tonie jego głosu usłyszeć rozpierającą go dumę. Bo co mogłoby sprawić większą przyjemność gaskońskiemu sercu kapitana niż kilka przytyków sprawionych kardynałowi podczas spotkań w Luwrze? Ze srogim spojrzeniem i dobrotliwym uśmiechem odprawił więc Athosa, Porthosa oraz Aramisa przekazując by więcej w pojedynki się nie wdawali. Przypominał sobie również o młodzieńcu stojącym w kącie jego gabinetu pytając co sprowadza go do Paryża. Młody Gaskończyk samym już wyglądem roztopił nieco serce kapitana, który w tym człowieku ujrzał samego siebie, gdy przed kilkunastoma laty przybył do stolicy bez grosza przy duszy.
- Panie, jestem d'Artagnan przyjechałem mając zamiar prosić cię o opończę muszkietera, ale rozumiem że byłby to wielki fawor i obawiam się że nań nie zasługuję
- Jest to w istocie wielki fawor, młodzieńcze - odparł pan de Treville na poły zmartwiony, na poły zaniepokojony.
Muszkieterowie cieszyli się ostatnimi czasy dobrą renomą, a kapitan od przeszło pół roku nie przyjmował nikogo kto nie odbyłyby wcześniej służby w regimencie mniej znamienitym. Zastanowił się chwilę. Skieruje chłopaka w kompani pana des Essarts na jakiś czas i zobaczy co z tego wyniknie. Zastanowiwszy się lepiej pan de Treville doszedł do wniosku, że może i skłonny byłby uczynić wyjątek. Jednak gdzieś na dnie jego umysłu pojawiła się naraz myśl, ze może być to wynik intryg Czerwonego Księcia. Nie wątpił w dobre intencje chłopca, jednak czy ten chłopak nie został nasłany przez kardynała, by zdobył zaufanie kapitana, a później go zgubił, tak jak praktykowano to już tysiące razy? Zbył szybko te obawy, po czym uśmiechnął się rozpoczynając uprzejmą rozmowę z przyszłym kadetem czując, że szeregi muszkieterów zostaną niebawem zasilone przez szpadę jeszcze jednego młodego człowieka. Gdy ów d'Artagnan wyszedł, a może raczej wybiegł, pan de Treville wyciągnął wielką księgę i z zadowoleniem tuż obok daty wpisał nazwisko młodego człowieka ołówkiem. Oj, w tym tygodniu to on będzie grał na nosie Richelieu. Może nawet nadszedł czas by wysłać panu kardynałowi wykaz wojsk, bo jeśli pan de Treville dobrze policzył tym razem to muszkieterowie, nie gwardziści, przewodzili liczebnie w statystykach.
