Work Text:
— Ne, Takemitchy gdzie kupiłeś dorayaki?
— Um, czemu pytasz, Mikey-kun? Nie smakują ci? — zapytał blondyn z obawą w głosie, spoglądając w kierunku drugiego nastolatka. Manjirou patrzył na niego nieczytelnym wzrokiem. Im dłużej to trwało, tym więcej potu spływało po karku Takemichi'ego, przestraszonego, że przyniesiona przez niego słodycz nie jest smaczna.
— Po prostu powiedz — powiedział r̶o̶z̶k̶a̶z̶a̶ł̶, tuż po tym biorąc kolejnego gryza. Takemichi mógłby nabrać przez to nadziei, że przekąska jednak nie jest taka zła, gdyby nie wiedział, że Mikey nigdy nie marnuje dorayaki, nie ważne jak źle przyrządzone by były.
Widząc, że nie ma innego wyboru, jak tylko się przyznać, blondyn wypuścił z ust ciężkie westchnienie. Odwracając głowę w przeciwną stronę, zdenerwowany zaczął bawić się swoją przekąską (absolutnie nie dorayaki).
— Cóż… sam to zrobiłem — mruknął cicho, choć wciąż na tyle głośno by znajdujący się obok niego Mikey zdołał to usłyszeć. Niebieskooki poczuł, jak na jego twarz wpełza soczysty rumieniec. Do tej pory tylko Akkun i Takuya mieli okazję spróbować przygotowanych przez niego posiłków i mimo iż zyskiwał same pochwały, sam nie uważał, aby jego gotowanie było tak wspaniałe, jak mówili. Dlatego w tym momencie tak bardzo bał się opinii Mikeya. Widzisz, Sano Majirou od dawna nie był już tylko kapitanem i nie był już tylko przyjacielem. Spotykali się ze sobą od kilku miesięcy i do tej pory szło wszystko dobrze (pomijając kilka przypadków, w których Mikey pokazał jak bardzo potrafi być zaborczy). Takemichi nie chciał tego popsuć tylko dlatego, że przygotowanym przez siebie jedzeniem otruł swojego chłopaka. Oczywiście, sam wcześniej spróbował swojej pracy, jednak nie oznaczała to, że wszystko poszło dobrze. Wciąż mogło się okazać, że porcja, którą akurat jadł przywódca Toman jest wyjątkowo niedobra i szkodliwa.
— Sam? — zapytał dla potwierdzenia, powodując, że Takemichi wzdryga się z niepewność. Niepewnie kiwa swoją głową, wewnętrznie przygotowując się na krytykę. — Takemitchy, nie wiedziałem, że potrafisz gotować! W dodatku tak dobrze! Od dziś gotujesz dla mnie dorayaki! Potrafisz coś jeszcze? Może mochi? Albo Taiyaki? O! A może potrafisz zro--
— Mikey-kun, proszę zatrzymaj się! Nie nadążam za tobą — wykrzyknął zrozpaczony i zaskoczony jednocześnie, przerywając niezrozumiałą paplaninę swojego chłopaka, który z każdym słowem znajdował się coraz bliżej Takemichi'ego, niemal zmuszając blondyna do położenia się na ziemi. — Zupełnie nie rozumiem co mówisz — dodał, obserwując jak drugi blondyn wraca na swoje miejsce.
— Ty. Gotujesz. Dla. Mnie. Codziennie. Dorayaki — powiedział, akcentując każde słowo osobno, zupełnie jakby w tej chwili rozmawiał z idiotą, na co Takemichi wyraźnie skrzywił się.
Zaczynam żałować, że zrobiłem dla ciebie dorayaki — powiedział w myślach, nie odważają się wypowiedzieć słów na głos. Wiedział, że gdyby to zrobił Mikey prawdopodobnie nie odczepiłby się od niego na co najmniej godzinę, ciągle przepraszając i tuląc się do jego boku. Z jednej strony było to naprawdę ujmujące — bo oto on, niezwyciężony Mikey, zdany jest na łaskę swojego płaczliwego chłopaka, którego siła fizyczna jest porównywalna do nic nieznaczącego owada (wciąż bolesne ilekroć o tym słyszy). Z drugiej strony dziecinna postawa Mikeya daje wiele do życzenia i czasami potrafi być naprawdę męcząca. W szczególności gdy chodziło o jego ulubioną słodycz.
— Mikey-kun, cieszę się, że smakują ci przygotowane przeze mnie dorayaki — zaczął, chcąc kupić dla siebie trochę czasu, który mógłby przeznaczyć na przemyślenie kolejnych słów. Robienie ulubionego przysmaku Mikeya z pewnością było jedną z łatwiejszych rzeczy do zrobienia. Mógłby zrobić ich tuziny w zaledwie jedną godzinę, jednak gdyby tylko jego chłopak o tym wiedział naprawdę nie dałaby mu spokoju. Problem w tym, że Takemichi mógłby zbankrutować z powodu pieniędzy wydanych na składniki, a tego najbardziej chciał uniknąć. Tym bardziej chciał uniknąć sytuacji, w której D̶r̶a̶k̶e̶n̶ ktokolwiek inny z Toman zmuszony był do płacenia za zachcianki jego chłopaka. Nie żeby tego teraz nie robili, ale chodzi o to, żeby nie robili tego bardziej niż obecnie robią. — Ale nie mogę, ponieważ nie miałby wtedy czasu na spotkanie się z tobą. Musiałbym ciągle i ciągle siedzieć w kuchni. Pewnie nawet bym z niej nie wyszedł. I mo--
— Rozumiem, Takemitchy! Już rozumiem! — jęczał niższy blondyn, mocno przytulając się do jego boku, całkowicie przerażony wizją, którą przedstawił mu młodszy. Takemitchy był dla niego najważniejszy, bardziej niż dorayaki, dlatego nie chciał, aby z ich powodu jego chłopak przestał mieć dla niego jakikolwiek czas.
— Cieszę się, że rozumiesz Mikey-kun. Może mógłbym zgodzić się na robienie Dorayaki w każdy weekend — powiedział z uśmiechem, obserwując jak dziecinny grymas w sekundę zmienia się w szczerą radość, co sprawiło, że serce Takemichi'ego puchło z powodu odczuwanego ciepła.
— Naprawdę? — zapytał z nadzieją, patrząc wprost w oczy Takemichi'ego, który w odpowiedzi kiwnął swoją głową. — Dziękuję, Takemitchy — powiedział z uśmiechem, tuż po tym złączając ich usta w słodkim i długim pocałunku.
Być może on również był zbyt podatny na zachcianki swojego dziecinnego chłopaka. Nikt jednak nie musiał o tym wiedzieć.
