Actions

Work Header

Czarny Ląd

Summary:

Po kilku miesiącach spędzonych w Londynie, Elżbieta szykuje się na kolejną przygodę, której przebieg zna już na pamięć. Uzbrojona w wiedzę zawartą w notesie, doświadczenie zdobyte na poprzedniej wyprawie i wsparcie towarzyszy, nie zamierza dopuścić, aby komukolwiek włos z głowy spadł.
W między czasie musi też stawić czoła zmieniającej się relacji z Andrzejem Wilmowskim, czekającej jej w niedalekiej przyszłości walce o czyjeś życie i uporać się ze średnim ogarnięciem uczuciowym Smugi. Gdyby tylko nie musiała przy okazji uważać na jadowite węże, mrówki, trujące drzewa, bawoły, upał i jedengo tropiciela-przewodnika było by wspaniale!

Chapter Text

Zdecydowane pukanie do drzwi wyrwało Elżbietę z popołudniowej drzemki.

Lekko nieprzytomnym wzrokiem zerknęła na zegarek, który dostała od Smugi prawie rok temu i westchnęła ciężko. Tomek był jeszcze w szkole, więc to zapewne ta upierdliwa pani Smith.

Ktoś zapukał po raz drugi i przemknęło jej przez myśl, żeby zignorować nieproszonego gościa. Może to zraziłoby nadgorliwą sąsiadkę i przestałaby nękać ją i Tomka?

Cholera…

Od razu poczuła się z tą myślą źle i zerwała się z kanapy. Okrywając ramiona szalem, zawołała:

- Już moment!

Przeszła z pokoju gościnnego, przez długi wąski korytarz i zawahała się, kiedy przez drzwi dostrzegła wysoką postać.

„Kogo to mogło przygnać?” Zaczerpnąwszy głęboko powietrza, przywołała na twarz neutralny uśmiech, otworzyła drzwi i mimowolnie uśmiechnęła się szerzej.

-Pan Wilmowski! – Poczuła jak jej policzki opływa rumieniec. - Ale nam pan zrobił niespodziankę! Proszę, niech pan wejdzie!

- Przepraszam, że tak bez zapowiedzi. – Uśmiechnął się równie szeroko jak ona i nawet w półciemnym korytarzu jego jasne oczy lśniły. – Ale nie byłem do końca pewny, czy uda mi się akurat dziś przyjechać.

- Nie ma żadnego problemu! – Machnęła ręką, wciąż szczerząc się jak wariatka. – Przejdzie pan dalej.

Poprowadziła go do pokoju gościnnego i obejrzała się przez ramię. Wilmowski zostawił walizę w korytarzu i ciekawie rozglądał się po mieszkaniu. Uśmiechnęła się cieplej, kiedy przeniósł wzrok na nią.

- Pani Elu. – Podszedł do niej, ujął ją za rękę i wciąż patrząc jej w oczy, ucałował powietrze nad jej dłonią.

- Panie Wilmowski. – Dygnęła lekko i wskazała mu spory, pluszowy fotel przy kominku. – Siądzie pan, zaraz zrobię herbaty. Tomka jeszcze nie ma ze szkoły, ale powinien jakoś niedługo wrócić. – Rzuciła przez ramię, przechodząc do kuchni.

Sprawnie przygotowała czajniczek z gorącą wodą, słoik z herbatą, mleko, cukier i talerzyk szkockich ciasteczek.

- Dziś miał mieć mniej zajęć, bo jeden z profesorów zaniemógł parę dni temu. – Postawiła tacę na małym stoliku między nimi.

- Dobrze się składa, bo miałem nadzieję pomówić z panią na osobności. – Kiwnął głową w podziękowaniu za herbatę.

- Och? – Elżbieta drgnęła niepewnie. Nie unosząc wzroku, przygotowała mu filiżankę. – Coś się stało?

- Nie, wszystko jest w porządku. – Uspokoił ją i uśmiechnął się łagodnie, przyjmując spodek. – Parę tygodni temu dostałem list od Jana. Prosił, żeby panią pozdrowić…

- Czyli jeszcze o mnie pamięta. – Wtrąciła rozbawiona i machnęła na niego ręką, żeby kontynuował.

- Wspomniał w tym liście, że… - Zawahał się i upił łyk, przełykając nerwowo. – Zdecydowaliście się unieważnić wasze małżeństwo.

- A o to chodzi! – Odetchnęła z ulgą i usiadła wygodniej. – Tak, ewentualnie tak. Kochamy się jak brat z siostrą i byłoby to bardziej niezręczne tkwić w takim układzie!– Dodała szybko, widząc zaniepokojone spojrzenie, jakie Wilmowski posłał jej znad swojej filiżanki.

- Ewentualnie?

- Tak. – Kiwnęła głową i uciekła wzrokiem.

- Coś się wydarzy. – Wilmowski bardziej stwierdził niż zapytał.

Elżbieta nabrała powietrza i przymykając oczy, wypuściła je powoli.

- Tak, ale proszę mnie o nic nie pytać. – Spojrzała na niego wtedy i ogarnął ją niewymowny spokój na widok łagodnego, ciepłego uśmiechu.

- Powiem tylko, że co by się nie działo, zawsze może pani do któregoś nas przyjść. – Wilmowski uśmiechnął się szerzej. – Pomożemy, jak tylko będziemy mogli.

- Dziękuję panu.

- A czy Tomek już wie?

- Nie, nie wie. – Zerknęła na niego niepewnie. – Chciałabym mu powiedzieć zanim wypłyniemy do Afryki. Uznałam jednak, że najlepiej będzie, jeśli albo pan albo Janek będzie obecny przy tej rozmowie.

- Moglibyśmy mu powiedzieć dzisiaj. – Zaproponował z lekkim kiwnięciem głowy. – Z tego też powodu chciałem odebrać was z Londynu zamiast spotykać się w Hamburgu.

- Dziękuję. – Posłała mu wdzięczny uśmiech i zawiesiła wzrok na moment na jego twarzy.

„Jak mi brakowało tej jego spokojnej, ciepłej obecności!”

- Poza tym chciałem zobaczyć jak się urządziliście. – Wyrwał ją z zadumy, rozglądając się ciekawie po pokoju. – W końcu ostatnio widziałem ten dom ładnych parę miesięcy temu.

Elżbieta oprowadziła go wtedy, pokazując mu zmiany, jakie wprowadzili z Tomkiem.

Przeszli do jadalni, gdzie stał olbrzymi stół otoczony masywnymi krzesłami, nakryty białym obrusem ze srebrną kandelabrą ustawioną na środku. Potem do pokoju do przyjmowania gości wypełnionego już najróżniejszego rodzaju roślinami doniczkowymi, z całkiem wygodną kanapą, fotelami i małym stolikiem ustawionymi przy kominku.

Zaprowadziła go do kuchni, gdzie królowała wielka płyta z piecem do pieczenia chleba, otoczona pękami suszących się ziół, zamotanych w pończochy cebul i zaplecionego w warkocze czosnku. Tam też stał masywny stół, mniejszy niż ten w jadalni i tylko cztery krzesła wokoło, dając tym sporo miejsca do biegania po kuchni.

Potem przyszła pora na urządzone skromnie pokoje wypełniające całe pierwsze piętro. Każde polakierowane na ciemno drzwi kryły za sobą jednoosobowe łóżko, stolik z krzesłem, komodę z szufladami na ubrania i ozdobione leciutką firanką, kontrastującą z ciężką zasłoną, okno.

Elżbieta kazała Wilmowskiemu zostawić walizę w jego pokoju.

- W końcu każdy z nas miał mieć tu własny kąt. Nie ma najmniejszego problemu, panie Wilmowski. Nie ma mowy, żeby pan spał w hotelu! Proszę mnie nie obrażać.

- Tu jest pokój Tomka, ale mamy zasadę, że pod jego nieobecność nie mogę tu wchodzić, a jeśli jest w domu, najpierw pukać. Prywatna przestrzeń jest bardzo ważna dla nastoletnich chłopców.

- Łazienka z toaletą jest na drugim końcu korytarza, a na dole jest tylko toaleta. Tam niewiele zmieniliśmy, bo chwilowo nikt z niej nie korzysta.

- I to tak naprawdę tyle. – Wyprowadziła go do małego ogrodu za domem. Usiedli na ławeczce pod rozłożystym drzewem na końcu ich posesji. – Nie do końca wiem, co zrobić z tym ogrodem, więc na razie jest, jak jest.

Wilmowski lekko nieobecnym wzrokiem wodził w koło i ukradkiem otarł oczy chustką zanim zwrócił się do Elżbiety.

- Naprawdę nie wiem, jak pani dziękować. Jak ja się pani odwdzięczę, nie mam pojęcia.

- Ale za co? – Zmarszczyła brwi i oparła delikatnie dłoń na jego przedramieniu. – Tu nie ma za co się odwdzięczać…

- Pani zajęła się moim synem, stworzyła mu pani dom. – Nakrył jej rękę na swoim ramieniu dłonią. – Dała mu pani coś, czego ja sam bym mu nie mógł dać.

- A pamięta pan, jak zaoferował mi pan pomoc, znając mnie zaledwie dziesięć minut? – Uśmiechnęła się wzruszona, kiedy Wilmowski parsknął cicho. – Chyba nie spodziewał się pan, że ja was tak po prostu zostawię?

- Tomek by pani nigdzie nie puścił. – Pokręcił głową, wciąż patrząc na nią. – Dziękuję pani, pani Elu.

- To ja powinnam dziękować panu, bo gdyby nie Tomek…

- Pani Elu?!

- O wilku mowa. – Zaśmiała się nerwowo i wysunęła dłoń z jego uścisku. – W ogrodzie, Tomku! Mamy niezwykłego gościa!

- Tatuś!

Tomek rzucił się na ojca i ściskali się długo. W końcu wzruszony chłopiec uściskał Elżbietę.

-Oddałem dziś ostatnie opracowania z historii i języka angielskiego. – Zdał sprawozdanie, siadając na trawie przed ławką. – Zostało mi na jutro jedno z matematyki i to będzie wszystko.

Wilmowski uniósł pytająco brew i zerknął na Elżbietę.

- Porozumiałam się z wychowawcą Tomka w szkole i wyjaśniłam jego niecodzienną sytuację. Rada pedagogiczna zgodziła się przepuścić Tomka do następnej klasy, jeśli odda przed swoim wyjazdem opracowania z materiału, który normalnie byłby na egzaminach.

- Nie byliśmy pewni z panią Elą, kiedy tak właściwie wyjedziemy, więc na wszelki wypadek zdałem wszystkie egzaminy wcześniej. – Wyjaśnił Tomek, z dumą prężąc pierś. – Teraz przerabiam materiał z przyszłego roku, żeby nie mieć zaległości po powrocie z Afryki!

- Jestem z ciebie naprawdę dumny, Tomku. – Wilmowski ucieszony uścisnął ramię syna.

- To wy sobie porozmawiajcie… – Elżbieta wstała z ławki i posłała Wilmowskim szeroki uśmiech. – A ja wezmę się za obiad.

- A zrobi pani te pyszne warzywa z kaszą?! – Zawołał Tomek, składając dłonie w błagalnym geście. Wilmowski uśmiechnął się pod nosem.

- Zrobię te pyszne warzywa z kaszą. – Odparła zmęczonym tonem i odprowadzona śmiechem Tomka wróciła do kuchni.

Nadal uśmiechając się, zabrała się za gotowanie.

Czuła jak w brzuchu wylęga się jej stado motyli, kiedy z ogrodu dochodził do niej wesoły trajkot Tomka i głębszy, spokojniejszy głos Wilmowskiego.

Po chwili całe pomieszczenie wypełnił zapach aromatycznych ziół i przypraw.

Od kiedy wprowadziła się z Tomkiem do ich domu, to uporczywe dygotanie w środku całkowicie ustało. Skupiona na opiece nad Tomkiem przestała zwracać uwagę na własne lęki i nabrała pewności siebie. W końcu wychowywanie piętnastolatka, nie ważne jak posłusznego, wymagało odwagi.

Uformowała chleb i zostawiła po ścierką do wyrośnięcia. Podlała wodą duszącą się od rana wołowinę.

Bała się reakcji Tomka, kiedy opowie mu swoją historię. W najgorszym przypadku chłopiec nie będzie chciał mieć z nią nic do czynienia. Dlatego miała nadzieję, że obecność jego ojca przekona go, że nie okłamywała go z braku zaufania.

W ogrodzie rozległ się donośny śmiech Wilmowskich.

Ktoś zapukał do drzwi.

Elżbieta zaklęła pod nosem i wycierając dłonie w zapaskę, wyszła z kuchni. O mało nie wpadła na Tomka, który posłał jej rozbawione spojrzenie, widząc jej udręczoną minę. Obejrzał się przez ramię na ojca i nakazał mu gestem milczenie.

Elżbieta ze sztucznym uśmiechem przeszła do drzwi i z rozmachem otworzyła je, stając twarzą w twarz z panią Smith.

- Ach, pani Smuga! – Zaledwie ujrzała Elżbietę, wysunęła szyję i zajrzała ciekawie do środka. – Słyszałam, że ma pani gościa. Pomyślałam, że miło by było powitać go w sąsiedztwie.

- Pani gościnność nie przestaje mnie zdumiewać. – Elżbieta zagrodziła ramieniem widok na korytarz i dodała: – Nasz gość niestety przebył dość długą i nużącą podróż. Nie wiem, czy byłoby w porządku wobec pani, gdyby zasnął zanim zdążyłaby go pani należycie powitać.

- Taka szkoda… – Pani Smith odezwała się w bardzo specyficzny sposób, jakby bardziej jej było szkoda, że gościa nie zobaczy, niż, że go nie przywita. – W końcu tak rzadko ktoś panią odwiedza, musi to być bardzo ważny gość?

- Niech się pani nie obawia. – Elżbieta zacisnęła zęby, wciąż uśmiechając się sztucznie. – Przekażę pani pozdrowienia mojemu gościowi i zapewniam panią, że nie będzie urażony, jeśli osobiście nie będzie miał okazji z panią pomówić.

- W takim wypadku, życzę pani miłego wieczoru, pani Smuga. – Pani Smith ukłoniła się z równie sztucznym uśmiechem, co Elżbieta.

- Nawzajem, pani Smith.

Elżbieta zamknęła drzwi i mrucząc pod nosem, weszła do jadalni, gdzie Tomek siedział niemal purpurowy, dusząc się ze śmiechu, a Wilmowski tylko patrzył na nią z błyszczącymi oczami i szerokim uśmiechem.

- To była nasza ulubiona sąsiadka, pani Smith. – Wyjaśniła, zaciskając pięści i zmierzyła Tomka groźnym wzrokiem, kiedy ten wybuchnął gromkim śmiechem.

- Niech się pani nie obraża, pani Elu! – Chłopiec poderwał się z miejsca i uścisnął ją serdecznie. – Ale ja naprawdę panią podziwiam! Bo widzisz tatusiu – Tu zwrócił się do ojca. – Pani Smith odwiedza nas…

- Nawiedza nas, jak zmora jakaś.  – Wtrąciła Elżbieta i uśmiechnęła się pod nosem, kiedy Wilmowski zaśmiał się cicho.

- … od kiedy się wprowadziliśmy i jakoś tak wyszło, że teraz za każdym razem, jak się widzą z panią Elą, to się obrażają w taki uprzejmy sposób, że czasem sam nie wiem, czy prawią sobie komplementy, czy się kłócą!

- Ciebie to bawi, bo nie ty musisz się z nią użerać. – Poczochrała Tomkowi czuprynę.

- Muszę przyznać, że świetnie to pani rozegrała. – Odezwał się Wilmowski wesołym głosem. – Będę od teraz uważał, żeby pani się tak i ze mną nie kłóciła.

- Ja nie wiem, o co mogłabym się z panem kłócić. – Machnęła ręką i zerknęła na zegarek. – Obiad będzie za jakąś godzinę, więc jeśli chce się pan odświeżyć i zdrzemnąć, to teraz ma pan czas.

- Ja w tym czasie skończę te opracowania. – Odparł Tomek niechętnie i spojrzał na Elżbietę z niemą prośbą. Wilmowski ukrył uśmiech dłonią.

- Im szybciej się z tym uporasz, tym szybciej będziesz miał to z głowy. – Poklepała go po ramieniu. – A ojciec ci nie ucieknie. Jeśli będzie się gdzieś wybierał, to go przywiążę do czegoś.

- Ma pani rację. – Tomek pocieszony uścisnął ojca i pobiegł na piętro do swojego pokoju. Po chwili trzasnęły drzwi.

- Zapewniam, że nigdzie się nie ruszę. – Andrzej uniósł ręce w geście poddania się i westchnął ciężko. – Ale chętne się zdrzemnę.

- Łazienka gdzie jest, pan pamięta? W szafce pod wanną są świeże ręczniki.

Elżbieta odprowadziła Wilmowskiego wzrokiem aż zniknął na piętrze i wróciła do kuchni. Wstawiła chleb do pieca. Doprawiła wołowinę, dosypała kaszy do warzyw i podlała wodą, zastawiła stół w jadalni.

Półtorej godziny później siedzieli we troje przy stole, drzwi do ogrodu otwarte i omawiali nadchodzące łowy w Afryce. Tomek nie mógł usiedzieć w miejscu, tak ekscytował się perspektywą polowań na słonie, lwy, żyrafy i wydawałoby się setki innych zwierząt. Ochłonął nieco dopiero, kiedy Elżbieta podała pieczone wiśnie z kruszonką i własnej roboty custardem, i herbatę.

Wymieniła z Wilmowskim znaczące spojrzenia i kiedy ten skinął głową, odezwała się pierwsza.

- Tomku? – Chłopiec zerknął na nią i spoważniał, widząc jej minę. – Jest coś, o czym chciałabym ci powiedzieć.

- Pani Elu? – Rzucił ojcu spojrzenie pełne niepewności. Wilmowski uciszył go ruchem głowy i wskazał wzrokiem na Elżbietę.

- Widzisz… – Zagryzła wargę i bezwiednie zaczęła bawić się naszyjnikiem. – Bo my z panem Smugą nie jesteśmy małżeństwem.

Tomek patrzył na nią wyczekująco przez chwilę i kiedy nikt się nie odezwał, zaśmiał się cicho.

- I to tyle? – Rozbawiony chwycił skonfundowaną Elżbietę za rękę. – O tym to ja już wiedziałem zanim się na dobre tu wprowadziliśmy!

Wilmowski odetchnął z ulgą i zerknął na wciąż osłupiałą kobietę.

- To ty wiedziałeś? – Odezwała się w końcu i zamilkła, jakby nie wiedziała, co ma jeszcze w tej sytuacji powiedzieć.

- Przestała pani nosić obrączkę, więc się domyśliłem, ale nie chciałem nic mówić, bo to nie moja sprawa i nie chciałem, żeby pani się przykro zrobiło… czy coś.

- Dziękuję Tomku. – Uścisnęła jego dłoń i wciąż bawiąc się naszyjnikiem, dodała: – Jest coś bardzo ważnego, co ma z tym związek, czego ci jeszcze nie powiedzieliśmy…

- Zanim ci powiemy, Tomku. – Wilmowski wtrącił. – Pamiętaj proszę, że to nie była do końca decyzja pani Eli, i że trzymanie tego w sekrecie przed tobą w żaden sposób nie oznacza, że ci nie ufamy.

- Teraz to mnie przeraziliście. – Tomek zerknął raz na ojca, raz na Elżbietę i usiadł sztywniej. – Wiem, że macie na względzie moje dobro. Czy pan Smuga i bosman Nowicki wiedzą?

- Tak. – Wilmowski uścisnął go za ramię. – Ze względów bezpieczeństwa postanowiliśmy nie mówić ci nic, dopóki nie będziemy pewni sytuacji, w jakiej się wszyscy znaleźliśmy.

- Jakiej sytuacji? – Tomek na poważnie zaniepokojony spojrzał po ich twarzach.

I tak Elżbieta opowiedziała po raz czwarty swoją historię, wspomagana przez Wilmowskiego, kiedy Tomek prosił o jakieś wyjaśnienia.

Na koniec Tomek grzecznie ich przeprosił i pobiegł na piętro, znikając w swoim pokoju.

Elżbieta oparła łokcie na stole i ukryła twarz w dłoniach. Nie płakała. Zmęczona westchnęła ciężko i odgarniając włosy z czoła, zerknęła na Wilmowskiego, który usiadł naprzeciwko niej i przyglądał się jej spokojnie.

- Przemyśli to sobie przez noc i jutro wszystko wróci do normy. – Pocieszył ją. – To był dla niego duży szok, ale Tomek za bardzo panią kocha, żeby śmiertelnie się na panią obrazić.

- Mam nadzieję, że ma pan rację. – Uśmiechnęła się blado i zaczęła zbierać naczynia ze stołu.

Wilmowski zaoferował swoją pomoc i w żaden sposób nie dał się przekonać, że Elżbieta poradzi sobie sama. Kiedy ostatni talerz wylądował na półce, a wszystkie sztućce wypolerowane leżały w szufladzie, Elżbieta nalała im po lampce wina i spędzili resztę wieczoru siedząc w ciszy na ławce w ogrodzie.

Rozeszli się dopiero koło północy, kiedy w pokoju Tomka zgasło światło.