Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Characters:
Language:
Polski
Stats:
Published:
2021-08-31
Words:
2,406
Chapters:
1/1
Kudos:
1
Bookmarks:
1
Hits:
23

Rodzinne święta Longbottomów

Summary:

Tekst powstał na gwiazdkową wymianę fikową na Forum Mirriel w 2020 roku do życzenia Kurtowej: "Frank i Alicja Longbottomowie, gdyby jednak nie stracili zmysłów. Jak wyglądałoby ich życie, gdyby nie to okropne wydarzenie?".

Work Text:

Z początkiem grudnia, gdy nastawał czas gorączkowych zakupów, poszukiwania idealnych prezentów i przystrajania świątecznych drzewek, każda pani domu powinna znaleźć czas na odpowiednie zaplanowanie menu, które urzeknie wszystkich gości. Jednym z najważniejszych zadań był wybór idealnego głównego dania, którego wielkość zależała między innymi od przewidywanej liczby gości.
Augusta z licznych świątecznych dań co roku wybierała indyka. Nie była miłośniczką pieczonej głowy dzika, w której gustowali niektórzy, a przygotowanie dirikraka było wieloetapową i wielogodzinną mordęgą, której nie wynagradzał smak. Indyk nie powinien być za duży – Augusta z niesmakiem wspominała swoją wizytę u kuzynki w Bostonie podczas Bożego Narodzenia w 1961 roku, podczas której podawano indyka tak monstrualnych rozmiarów, że było to niemal obsceniczne. Na domiar złego mięso było przepieczone i suche jak wiór. Oczywiście nie wypadało głośno krytykować podanego dania, z którego Lucy była niesamowicie dumna.
Wyboru właściwego indyka Augusta nie powierzyłaby nawet swojemu skrzatowi domowemu. Co roku osobiście udawała się na Pokątną, by u zaufanego rzeźnika z wyprzedzeniem zamówić trzy najlepsze indyki. Na trzy dni przed świętami pojawiała się ponownie, by dokonać oględzin i odebrać zamówienie. Wybierała zazwyczaj ptaki nie przekraczające masą trzynastu funtów, gdyż po upieczeniu miały pięknie przyrumienioną skórkę, a jednocześnie pozostawały soczyste.
Świąteczny indyk musiał być idealny – skoro powinien stanowić największą oczekiwaną atrakcję bożonarodzeniowego obiadu. Dlatego też do jego przygotowania przystępowała natychmiast po odebraniu zamówienia. Najpierw wyjmowała wszystkie niezbędne do marynaty składniki i wyganiała skrzata z kuchni. Stęplik co roku chciał ją wyręczać, ale za każdym razem odmawiała. Nawet gdy jeszcze żył jej mąż, nie pozwalała, by ktokolwiek poza nią przygotowywał to danie.
Czarodziejom niejednokrotnie wydaje się, że sukces kulinarny to kwestia odpowiednio rzuconego zaklęcia. Nic bardziej mylnego. Augusta wiedziała, że efektowne wymachiwanie różdżką sprawdza się, gdy chce się uzyskać pierniczki o mało zabawnych kształtach. Oczywiście – magia w kuchni bywała bardzo pomocna, ale pewne czynności wymagały, by wykonać je własnoręcznie. Dobre gotowanie można było porównać tylko do warzenia eliksirów, choć w przypadku mikstur potencjalna porażka nie stanowiła potem przedmiotu złośliwych anegdot podczas spotkań towarzyskich przez kilkanaście następnych lat.
W największym garnku w kuchni lądowały więc dokładnie oczyszczone indyki w towarzystwie czarnego pieprzu, liści laurowych, gałązek tymianku i szałwii, nasion ziela angielskiego, kminu, goździków i anyżu oraz białej gorczycy. Dodatkowo Augusta dorzucała pokrojone w ćwiartki cebule oraz nieduży kawałek imbiru. Całość zalewała słodko-słoną zalewą z brązowym cukrem, miodem i syropem klonowym. Niektórzy podobno dodawali do niego jeszcze sherry, ale pani Longbottom była zdania, że w tym przypadku alkohol niekorzystnie wpływa na konsystencję mięsa i stanowi dodatek absolutnie zbędny.
By zostać gwiazdą, ptaki musiały spędzić w zalewie co najmniej 48 godzin. Potem osuszone i nasmarowane masłem czekały pod zaklęciem chłodzącym na odpowiedni moment, by po krótkim pobycie w piekarniku spocząć w końcu na ozdobnym półmisku wraz z pieczonymi rumianymi ziemniakami i doskonałymi glazurowanymi warzywami. Oczywiście podawała jeszcze aksamitny sos, ale mięso indyka było tak delikatne i soczyste, że można było spokojnie obejść się bez niego.
Lubiła te świąteczne przygotowania. Każdemu z gości zawsze dawała przy pożegnaniu zapakowaną porcję lub dwie indyka, który co roku był chwalony jako „coraz lepszy”. W tym roku jednak jej myśli nie były tak wesołe i wciąż powracały do poważnego tematu, przez co niemal popełniła błąd podczas przygotowywania zalewy.
Owym tematem był Voldemort. Oczywiście nie on osobiście. Augusta wzdrygała się na samą myśl o tym psychopatycznym potworze. Zastanawiała się po prostu, jak wyglądałoby jej życie, gdyby wojna z nim potoczyła się inaczej. Czy byłaby szczęśliwsza i, co najważniejsze, czy Neville miałby normalne dzieciństwo.
Szanse na spędzenie pierwszego dnia świąt w rodzinnej atmosferze były bliskie zera – jedyne, na co mogła liczyć, to towarzystwo wnuka. Neville był nadspodziewanie spokojnym dzieckiem, które dotychczas w żaden sposób nie zamanifestowało, że posiada magiczne zdolności. Augusta jeszcze się nie niepokoiła – wprawdzie sama miała trzy lata, gdy krzykiem stopiła taflę lustra, ale niektóre dzieci po prostu potrzebowały więcej czasu. Neville miał dopiero pięć lat. Oczywiście byłaby bardzo dumna, gdyby już teraz korzystał z dziecięcej różdżki czy latał na miotełce, ale on był tym absolutnie niezainteresowany. W swoim usposobieniu stanowił absolutne przeciwieństwo Franka. Najbardziej w oczy rzucało się, że był cały czas jakby rozkojarzony czy nieobecny. Trudno jej było dokładnie to nazwać.
Gdy przypominała sobie dzieciństwo swojego syna, na pierwszy plan wysuwały się podrapane kolana i łokcie, posiniaczone piszczele i śmiech, jaki towarzyszył dziecięcym figlom. Przed świętami we Franka wstępował wręcz jakiś demon – musiał wszystkiego dotknąć, we wszystkim pomagać, zajrzeć do każdego garnka czy misy w kuchni i o wszystkich swoich poczynaniach opowiedzieć każdej, ale to każdej napotkanej osobie. Doskonale pamiętała, że jako siedmiolatek wpadł na pomysł, by samodzielnie przystroić dopiero co dostarczone drzewko świąteczne. Jodła sięgała niemal do sufitu w hallu, a Frank, by dostać się do wyższych gałązek, posłużył się swoją dziecięcą miotłą. W Auguście na chwilę zamarło serce, gdy zobaczyła swojego pierworodnego biorącego rozpęd na podeście schodów. Miał w ręce brokatową gwiazdę, niemal tak dużą jak jego głowa, a na ustach bojowy okrzyk, którym dodawał sobie odwagi. Tylko dzięki opiece Merlina to ekstremalne przystrajanie drzewka nie skończyło się poważnymi obrażeniami ciała. Frankowi udało się zamocować gwiazdę za pierwszym razem, co stanowiło powód do dumy, a opowieść o tym wydarzeniu stała się rodzinną anegdotę powtarzaną podczas świąt przez lata.
Z Neville’em takie sytuacje po prostu się nie przydarzały – zawsze wiedziała dokładnie, gdzie w danej chwili jest i co robi. Nawet teraz miała pewność, że w dalszym ciągu siedzi w salonie i wycina płatki śniegu ze srebrzystego papieru, by móc później przyozdobić nimi okna w swoim dziecinnym pokoju. Było to jednocześnie uspokajające i niepokojące – dwie skrajności, których nie znosiła. Dziecko nie powinno się w ten sposób zachowywać – zamykać w sobie i skupiać tylko na jednym zadaniu. Czasami miała wrażenie, że ma do czynienia nie z dzieckiem, a z małym staruszkiem – szczególnie gdy chłopiec zagłębiał się w albumach znalezionych w bibliotece. Mógł godzinami przeglądać bogato ilustrowane stronice – wówczas można było odnieść wrażenie, że dom jest pusty. Podejmując się opieki nad wnukiem, oczekiwała, że raczej będzie musiał zaganiać go do domu, a nie z oporem wyciągać go na świeże powietrze.
Westchnęła – skoro uporała się już z indyczym problemem, mogła teraz w spokoju zająć się ostatnimi w tym roku zakupami. Zamierzała zabrać ze sobą Neville’a – wizyta na Pokątnej, która już od początku miesiąca była odświętnie udekorowana migającymi, magicznymi światełkami, stanowiła jedną z nielicznych przedświątecznych atrakcji, które chłopiec lubił. Co roku udawała się więc z nim na przechadzkę, połączoną z wyszukiwaniem co bardziej efektownych lub dziwnych ozdób, którymi sklepikarze przystrajali swoje witryny. Spacer kończyli w Lodziarni Floriana Fortescue, która co roku w okresie przedświątecznym oferowała specjalne menu.
Chłopiec był na tyle mały, że bez problemu mogła się z nim aportować. Pozwoliła mu skończyć wycinanie śnieżynek i dopiero gdy posprzątał, oznajmiła, że dziś odwiedzą Pokątną. Nawet się uśmiechnął – pierwszy raz od dawna. Wiedziała, że okres Bożego Narodzenia jest dla niego szczególnie trudny i starała się, by był on możliwie jak najbardziej urozmaicony i przepełniony radością. Jednak Neville, jak zapewne każde dziecko, wolałby cały ten przedświąteczny czas spędzić w towarzystwie rodziców: móc się z nimi bawić i śmiać choćby podczas dekorowania pierniczków. Babcia, nawet najlepsza, nie mogła zastąpić mu matki i ojca.
Na Pokątnej, tak jak się spodziewała, panował tłok, gwar i świąteczna atmosfera, którą można było bez problemu wyczuć w powietrzu. Światełka błyskały z niemal każdej przystrojonej witryny, a nad ulicą wiły się kolorowe, podświetlane łańcuchy obsypujące spacerowiczów brokatem i wygrywające kolędy lub delikatnie dźwięczące dzwoneczkami. Girlandy i dekoracje oplatały uliczne latarnie na całej ich wysokości. Jedyną stonowaną wystawą była ta u Ollivandera, gdzie świąteczny akcent stanowiła niewielka bombka ze skrzatem grającym na kastanietach, nieśmiało ustawiona obok wielkiej aksamitnej poduszki, na której spoczywała jakaś starożytna z wyglądu różdżka.
Szczerze mówiąc, gdy Augusta widziała całe rodziny, które chyba wszystkie zakupy odkładały na ostatnią chwilę i teraz snuły się z naręczami pudełek zapakowanych w ozdobny papier, żałowała, że ona sama nie może spędzić w ten sposób przynajmniej jednego dnia. Choć jednocześnie uważała takie zachowanie za wyjątkowy brak rozwagi świadczący ponadto o skrajnie złej organizacji.
Pozwalała wnukowi zatrzymywać się przy każdej rzęsiście oświetlonej wystawie i podziwiać ją tak długo, jak chciał. Nigdzie nie musieli się śpieszyć. Chłopiec chłonął wszystko wzrokiem, ale gdy zapytała go, czy coś mu się szczególnie podoba, odpowiadał, że niezbyt. Podobny problem zauważyła już w zeszłym roku – Neville napisał wprawdzie list do Mikołaja i usiłował samodzielnie wysłać go za pomocą sieci Fiuu, ale tylko zbił porcelanowy pojemnik na proszek, a płomienie pochłonęły kartkę, nim Auguście udało się ją wyciągnąć. Zaklęcie rekonstrukcyjne tym razem nie zadziałało i stanęła przed trudnym zadaniem wyboru bożonarodzeniowego prezentu. W tym roku, mimo tym razem udanej próby wysłania listu, wcale nie było lepiej. Neville dopiero zaczynał poznawać litery, ale obrazek przedstawiający cztery narysowane nieco niewprawną ręką ludziki podpisał „MAma Ja TATa bAbcIA”. Każdy wiedziałby, o co mu chodzi. Żadna magiczna zabawka nie mogłaby dać mu tego, czego pragnął.
Gdy usiedli w Lodziarni Floriana Fortescue i zamówili gorącą czekoladę ze specjalnego świątecznego menu, Augusta początkowo obserwowała Neville’a, gdy ścigał brokatową gwiazdę przemykającą po karcie dań, a potem pozwoliła swoim myślom nieco odpłynąć. Życie nikogo nie rozpieszczało, ale na dzieciach wojna odcisnęła swój ślad w ten lub inny sposób. To, czy rodzice żyją, czy też nie, w niektórych przypadkach stawało się obojętne, bo nie mogli być ze swoimi dziećmi w najważniejszych momentach ich życia. Nie mogli tworzyć wspólnych wspomnień w ten najprostszy sposób – poprzez bycie razem.
Neville pił swoją czekoladę zdecydowanie zbyt szybko. Była gęsta, mocna, aromatyzowana korzennymi przyprawami, a na szczycie nierozpływającej się góry z bitej śmietany cukrowy narciarz ścigał uciekającego bałwanka. W tym roku Fortescue wyszedł naprzeciw oczekiwaniom swoich mniej konserwatywnych klientów i dzięki sprytnie wkomponowanemu w napój urokowi każdy pijący czekoladę stawał się słuchaczem świątecznej kolędy. Efekt utrzymywał się przez kilkanaście sekund, ale to wystarczyło, by nie dosłyszała za pierwszym razem pytania zadanego przez wnuka.
– Tak, kochanie? Mógłbyś powtórzyć? – spytała, widząc nagłe ożywienie Neville’a.
– To mama, prawda? – Chłopiec już zsunął się z krzesła, zupełnie zapominając o czekoladzie, babci oraz swoim płaszczu przewieszonym przez oparcie. Podbiegł do drzwi i w rozgardiaszu powstałym, gdy do środka wchodziła rodzina Weasleyów, wybiegł na zewnątrz.
– Proszę obciążyć moją skrytkę – rzuciła Augusta, zaklęciem zbierając rzeczy swoje i wnuka, i pośpiesznie wyszła na zewnątrz. W głowie przewijały się jej coraz to gorsze scenariusze – mógł się zgubić, zabłądzić, wpaść na jakiegoś nieodpowiedniego czarodzieja i dać się porwać…
Scenka, którą zobaczyła, była bardzo zbliżona do tej z listu do Mikołaja – tylko Alicja się nie uśmiechała. Frank owszem, nawet zmierzwił włosy syna i przykucnął przy nim, żeby się przywitać, ale Alicja miała minę niczym chmura gradowa. Synowa rozglądała się przez dłuższą chwilę, nim zobaczyła Augustę.
– Mamo, on tak nie może biegać samopas i bez czapki – zwróciła uwagę, gdy tylko podeszła bliżej.
Augusta próbowała zapanować nad wyślizgującymi się jej z rąk rzeczami, a ponadto nad opadającym na oczy rondem kapelusza.
– Wiem, ale zobaczył was przez okno. Wybiegł, zanim zdążyłam cokolwiek zrobić. Sama widzisz, jak jest spragniony kontaktu z wami.
Alicja przez dłuższą chwilę milczała. Augusta była pewna, że synowa wewnątrz wręcz się gotuje, a teraz stara się powstrzymać przed powiedzeniem czegoś nazbyt ostrego.
– Kochanie, mama musi zamienić słówko z babcią – powiedziała w końcu, gdy Neville przytulił się do niej, ukrywając twarz w aurorskiej szacie. – Za chwilkę wrócimy. Tatuś się z tobą przespaceruje, dobrze? Tylko się ubierz, bo złapiesz katar, a to żadna przyjemność mieć katar w święta, prawda?
Chłopiec przytaknął, pospiesznie wsuwając ręce w rękawy i zawiązując szalik. Gdy Frank zniknął z Neville’em między licznymi spacerowiczami, Alicja chwyciła Augustę za łokieć, pokierowała ją do najbliższego zaułka i nałożyła pospiesznie kilka zaklęć, by zapewnić im względną prywatność.
– Rozmawiałyśmy już na ten temat, prawda? A to nie jest ani czas, ani miejsce na powtórkę. Mamo, jesteśmy w pracy! Neville nie może nagle pojawiać się, gdy patrolujemy Pokątną. Wiesz, że nie jest najbezpieczniej. Musimy oboje z Frankiem zachowywać czujność.
– Wiem. Doskonale wiem. Ale wy jesteście w pracy ciągle. To dziecko praktycznie was nie widzi. Wychodzicie przed świtem i wracacie tak późno, że on już dawno śpi. Nie możesz oczekiwać, że wystarczą mu te dwie krótkie rozmowy przez Fiuu w ciągu dnia – westchnęła. – Przykro mi, że nie udało mi się go powstrzymać, ale sama widzisz, jak wygląda sytuacja. Przez cały dzień jest tylko ze mną. Tęskni za wami. Szkoda, że nie widziałaś go przed południem...
– Mamo, wystarczy – przerwała jej Alicja. – Staramy się z Frankiem zapewnić mu nie tylko jak najlepszą, ale również jak najbezpieczniejszą przyszłość. Doskonale wiesz, że co raz pojawiają się doniesienia o jakichś ukrywających się do tej pory śmierciożercach. Aurorów jest zbyt mało, bym mogła sobie pozwolić na komfort pozostania w domu i biernego patrzenia na rozwijającą się sytuację. I tak, wiem, że praktycznie cały czas jesteśmy w pracy, a teraz, jeśli pozwolisz, wrócę do wykonywania moich obowiązków, a wy wrócicie do domu, gdzie mam pewność, że będziecie bezpieczni.
W sumie Augusta spodziewała się, że Alicja może nie być zachwycona, gdy zobaczy swojego syna biegającego bez płaszcza po Pokątnej. Szczerze mówiąc, bardziej zaskoczyło ją, że spotkała ich tu razem, szczególnie że oboje pracowali w różnych komórkach. Najwyraźniej braki kadrowe, zwłaszcza przed świętami, rzeczywiście dawały się Aurorom we znaki.
Gdy aportowała się z wnukiem na progu domu, Neville wręcz promieniał. Po chwili poznała powód doskonałego humoru chłopca, który w podskokach przemierzał hall, podśpiewując "Mama i tata będą ze mną całe dwa dni! Bo święta to dni niepracujące! Ulepimy bałwana i będziemy jeść pierniczki z choinki!".
– Babciu, będziesz się z nami bawiła? Zagramy w gargulki!
– Oczywiście, kochanie – zgodziła się Augusta. Nie chciała psuć wnukowi humoru, bo prawdopodobnie nie pamiętał, że w zeszłym roku rodzice również złożyli mu taką obietnicę i jej nie dotrzymali. Pilne wezwanie dla Alicji przyszło jeszcze zanim podano świątecznego indyka, a godzinę później Frank również musiał wyjść. Na szczęście tych kilku zaproszonych gości na tyle rozproszyło Neville’a, że zniknięcie rodziców odnotował dopiero podczas deseru. Dwa lata temu oboje mieli dyżur podczas świąt i mogli połączyć się z synem tylko przez Fiuu i to dosłownie na kilka minut.
Natomiast gdy Neville miał nieco ponad rok, jego matka zasłynęła schwytaniem Bellatrix Lestrange, która to ukrywała się, jeśli wierzyć plotkom, w mugolskim świecie. Był to niewątpliwie wielki sukces, ale właśnie przez tę sprawę Alicja zaczęła brać nadgodziny i coraz dłużej zostawać w pracy.
Augusta podejrzewała, że synowa nie robi tego wyłącznie dla szlachetnej idei walki ze złem, ale liczy również na awans, który otworzyłby jej drogę do stanowiska kierownika departamentu.
Tymczasem Neville zakończył obieganie hallu i pobiegł do swojego pokoju. Augusta miała nadzieję, że tym razem Frank i Alicja będą mieli choć trochę czasu dla swojego syna. Obietnice składane dziecku mogą się wydawać błahe, ale potrafią pozostać w pamięci na długie lata – szczególnie gdy dotyczą tak magicznego okresu, jakim są święta Bożego Narodzenia.