Chapter Text
Był to dzionek zajebisty, bardzo nawet. Dudley się obudził i poszedł do lasu nazbierać grzybów. Borowiki jednak spierdoliły do ziemi. Nie chciały wyjść. -Wracać!- krzyknął Dudley i pierdolnął kopniaka w drzewo. Okazało się że był to Dąb Bartek, największy gangster flory polskiej. Na korze pojawiła się twarz. -Ty ślepy pedale co ty robisz?- powiedział. -Grzyby mi spieprzają pod ziemię, a ty je jeszcze chronisz swoimi korzeniami zbrodniarzu jebany.- odparł Dudley i trzasnął smeltingiem Bartka. Ten oddał mu gałęzią. -Nie podskakuj synku do drzewa bo zawołam ziomów z dzielni.- zagroził Dąb, ale Dudley wsadził mu kosę pod oko. -Wiem co ci zrobię śmieciu. Zaraz wypuszczę magiczny zapach na całego ciebie i spierdolisz jak Józio. Dudley wyciągnął naleśniki z proszku i wsypał do japy Bartka. Z lasu wylazł DOJEBANY MNICH Z BARAMI JAK DWA SŁONIE I NOZDRZAMI JAK U KULFONA. POD PAHOM TRZYMAU GRÓBY PODRENTRZNIG. -Naleśniki kurwa!- ryknął i nagle wyskoczyła z niego Stella ze Skoku Przez Płot. BYŁA TAKA SOCZYŚCIE TŁUSTA ŻE JA PIERDOLĘ. Brzuch wylewał się z każdej jej strony a DOJEBANY MNICH WYCISNĄŁ Z BARTKA OCZY, JEZU KURWA CHRYSTE. Tłuściutki brzuszek Stelli powiększał się z każdym zjedzonym kawałkiem kory Bartka który darł japę jak potłuczony. Kiedy zniknął, grzyby same się poddały i wyszedły ale zanim Dudley mógł je zebrać, zza pobliskiej sosny wyszedł Hitler i strzelił mu w głowę. Stella objadła się grzybkami, a potem dojebany mnich zabrał ją do domu. Zegarmistrz kurwo.
