Chapter Text
ROK 1919. 26 SIERPNIA
AMESTRIS. CENTRALA
KWATERA GŁÓWNA ARMII AMESTRIS
GODZINA 12:49
Na błękitnym niebie nie było ani jednej chmurki, wobec czego żar na ulicach panował niesłychany. Większość ludzi, zgodnie z apelami nadawanymi w radio, postanowiła pozostać w domu, jednakże ci, którzy musieli wyjść, chyłkiem przemykali cieniem wzdłuż budynków. Tylko gdzieniegdzie można było spotkać odpoczywających podróżnych i turystów – chłodzących się w stojącej przy Placu Defilad fontannie lub skrytych pod parasolami przy kawiarnianych ogródkach.
Jedyną rzeczą, która mogła dać teraz ulgę, był stojący na biurku elektryczny wiatraczek.
Roy Mustang uśmiechnął się, czując delikatne podmuchy chłodnego powietrza. Roy musiał sam przed sobą przyznać, że był sprytny – zakosił ten wiatrak z magazynu, przekupując młodą pracownicę randką, by wpisała urządzenie w protokół zniszczenia. Tym oto sposobem wiatrak zniknął z kartotek kwatery, by ponownie pojawić się jako własne wyposażenie biura generała broni Roya Mustanga.
Tak, po wydarzeniach związanych z Sądnym Dniem Roy awansował do stopnia generała i teraz jedyne, co dzieli go od upragnionego stołka, to stary Grumman. Ale już niedługo – za dwa lata, gdy Grumman przejdzie na zasłużoną emeryturę, Roy w końcu znajdzie się tam, gdzie chciał.
A obecnie, no cóż, ślęczy w narożnym gabinecie w zachodnim skrzydle kwatery i próbuje rozwiązać niecierpiące zwłoki sprawy związane z Ishvarem. Odbudowa miasta przebiega według planów, mieszkańcy wciąż napływają na tamte tereny – zasługa Scara, który własnym życiem poświadczył, że armia nie jest już wrogiem Ishvarczyków. Cholerna Olivier!
Roy westchnął i odgarnął na bok wpadającą w oczy grzywkę. Omiótł spojrzeniem gabinet.
Ściany zastawione wypełnionymi po brzegi książkami i skoroszytami biblioteczkami. W rogu koło drzwi jakiś więdnący kwiatek. Na środku drogocenny karminowy dywan, na którym stały dwie sofy i stolik. Pod oknem było biurko, przy którym siedział. Na blacie w równym rządku znajdowały się segregatory na bieżącą korespondencję, plik raportów, kałamarz z piórem oraz telefon.
Żywego ducha w zasięgu wzroku. Samotność – urok wysokich stanowisk.
Roy westchnął ponownie, by jakimkolwiek dźwiękiem przerwać monotonne pyrkotanie wiatraczka i tykanie zegarka. Niestety, przegrywał tę batalię. Podparł głowę na ręce i kilkakrotnie postukał palcami w blat.
Nudy.
Gorąc.
…
Cisza.
Mustang znów westchnął i odwrócił wzrok za okno. Zawsze to lepsza perspektywa niż gapienie się w pustkę gabinetu.
Niespodziewanie telefon na biurku rozdzwonił się. Dla Roya było to tak nieoczekiwane, że przez chwilę wpatrywał się w aparat, nim raczył podnieść słuchawkę.
- Przy telefonie – mruknął.
- Panie generale, przyszedł do pana interesant. – W słuchawce zatrzeszczał głos jego sekretarki. – Nie był umówiony, jednakże usilnie nalega na spotkanie.
Interesant?, zdziwił się Roy, drapiąc po podbródku. Ostatnim „interesantem”, którego przyjmował, był Miles w zeszłym tygodniu z wiadomością od Północnej Ściany Briggs. Nie spodziewał się nikogo.
- Panie generale? – Sekretarka najwyraźniej zaniepokoiła się przedłużającą się ciszą.
Z drugiej strony, kimkolwiek był ten „interesant”, zawsze to jakieś towarzystwo.
- Kto to jest? – zapytał w końcu Roy.
Usłyszał, jak sekretarka z ulgą westchnęła.
- Niestety, osobnik odmówił podania swoich personaliów – zaraportowała. – Powiedział, że „to ma być niespodzianka”.
- Niespodzianka? – zdziwił się.
- Tak jest, wedle jego słów, panie generale. Co począć z interesantem?
- Przyślijcie go do mnie – odparł Mustang, wzruszając ramionami. Zawsze to jakaś odskocznia od tej bezosobowej rutyny.
- Tak jest, panie generale. Odprowadzimy go do pana generała pod eskortą.
Kliknięcie. Roy odłożył słuchawkę na widełki i ponownie spojrzał za okno.
Niebieski.
Co za nostalgia.
Rozległo się delikatne pukanie do drzwi.
- Wejść – mruknął Roy, odwracając się w stronę gabinetu. Poprawił rękawy munduru i położył na blacie splecione dłonie. Pozory dostojności.
Drzwi uchyliły się i stanął w nich żołnierz. Zasalutował.
- Generale, przyprowadziliśmy interesanta.
- Dziękuję. Spocznijcie i wprowadźcie go.
- Tak jest! – Stuknięcie obcasów. Żołnierz wszedł do środka, przytrzymał drzwi i skinął na kogoś na korytarzu. Weszła dwójka osób – „interesant” i kolejny żołnierz.
Oczy Mustanga zaświeciły się. A jednak nie będzie się już nudził!
Pomiędzy dwójką wojskowych stał nie kto inny jak sam Stalowy Alchemik, Edward Elric, z jak zawsze długimi blond włosami związanymi w kucyka, w luźnym T-shircie i długich spodniach, z płaszczem przewieszonym przez ramię i walizką w ręce.
Stalowy uśmiechnął się zadziornie.
- Przez chwilę myślałem, że już mózg mi się zblazował. Pytam się w recepcji, gdzie znajdę Płomiennego pułkownika, a tu mnie do jakiegoś generała wysyłają. Proszę-proszę, dochrapałeś się swojego stołka.
Mustang również się uśmiechnął, jednak tak zaplótł dłonie przed twarzą, by nie było tego widać.
- No cóż, Stalowy, widzę, że w końcu otrzymam od ciebie zwrot swojej pożyczki. Wyskakuj z kasy.
Roy widział, jak chłopak skrzywił się.
- Ile to było? Czterysta cenzów? – mruknął, oklepując się po kieszeniach.
- Nie kituj mi tu, Stalowy! Pięćset dwadzieścia!
- Wolne żarty! – parsknął Elric, podchodząc i bez pozwolenia rozsiadając się na sofie. Walizkę postawił koło podłokietnika, a płaszcz rzucił na oparcie. – Chociaż część powinieneś mi odliczyć za przysługę z 1915 roku! Tyle jesteś mi winny!
Mustang zaśmiał się bezgłośnie. Spojrzał na oniemiałych mundurowych, stojących w drzwiach.
- Możecie odejść. – Machnął na nich ręką. – Albo czekajcie. – Powstrzymał ostatniego żołnierza, nim ten zdążył zamknąć za sobą drzwi. – Napijesz się czegoś? – zwrócił się do Stalowego.
- Z chęcią, ale poproszę coś zimnego. Bez specjalności zakładu. – Edward uśmiechnął się szelmowsko, wachlując się koszulką.
- Jasne. Przynieście zimną oranżadę i coś do jedzenia – rozkazał, na co wojskowy zasalutował i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
Zostali sami.
Roy obserwował, jak Edward rozgląda się po pomieszczeniu i analizuje.
- Dawnośmy się nie widzieli, co nie, Stalowy? – Roy postanowił rozpocząć rozmowę. – Z cztery lata to już będzie.
- Ano będzie – mruknął Ed, patrząc w końcu na Mustanga. – Dopiero teraz widzę, ile się pozmieniało podczas mojej nieobecności.
- Urosłeś. – Roy uśmiechnął się złośliwie.
- Posiwiałeś, stary koniu. – Ed wyszczerzył zęby.
Mustang prychnął.
- Widzę, że jednak przez te lata język ci się nie przytępił. Złośliwy jak zwykle.
Elric wzruszył ramionami, wygodnie rozkładając się na sofie.
- To moja wizytówka. Po niej ludzie mnie rozpoznają. Chciałem zrobić wejście smoka, ale zostałem powstrzymany. Niefajnie.
- Zaleta wysokiego stanowiska.
- Właśnie widzę. – Roy wyprostował się, gdy złote oczy chłopaka spoczęły na nim. Widział w tym spojrzeniu litość. – Wygodnie siedzi się samemu?
Zapadła cisza.
Mustang przełknął ślinę. Nie wiedział, co odpowiedzieć smarkaczowi.
Żałosne, panie generale, pomyślał.
Ciche pukanie do drzwi i po chwili weszła jego sekretarka z tacą, na której stał dzbanek z chłodną oranżadą, dwie szklanki i talerz kanapek z sałatą i pomidorem. Kobieta postawiła tacę na stoliku, rozstawiła naczynia i ponalewała napoju do szklanek.
- Proszę bardzo – powiedziała, stawiając szkło przed Elrikiem.
- Dzięki. – Ed uśmiechnął się szeroko, na co kobieta zarumieniła się.
- Możesz odejść – mruknął Mustang, zwracając na siebie jej spojrzenie. – Jeśli jeszcze będziemy czegoś potrzebować, dam znać.
- Tak jest, panie generale. – Kobieta wyprostowała się. Jeszcze raz spojrzała na Elrika, a gdy ten puścił do niej oczko, ponownie spłonęła rumieńcem i szybko wyszła.
Roy wstał zza biurka i przeniósł się na sofę naprzeciwko blondyna.
- Podrywasz mój personel, Stalowy? – zapytał, sięgając po napój. Upił łyka, po czym dodał: - Pod moim nosem? Niewybaczalne!
- Ktoś musi – mruknął Edward, zabierając z talerza kanapkę. Ugryzł. – A łe’fta gue?
Mustang zmarszczył brwi.
- Że co proszę?
Ed przełknął z trudem i wysapał:
- Reszta gdzie? Podporucznik Havoc, pani porucznik i inni? Myślałem, że mieliście plan opanowania świata?
Wargi Mustanga drgnęły w delikatnym uśmiechu.
- Do tego trzeba być Bogiem – mruknął, obracając szklankę w dłoniach. – Nie, każdy z nas poszedł inną drogą, chociaż widujemy się od czasu do czasu. Wiem, że Havoc i Breda wspólnie wzięli się za jakiś biznes. Chyba otworzyli firmę detektywistyczną.
- Fiu! – gwizdnął Edward, biorąc się za kolejną kanapkę. – Poszaleli. A inni?
- Fuery zaciągnął się do radia, a Falman wziął się za tajne akta. Sprawdza, co takiego jeszcze w tajemnicy nawywijała poprzednia generacja.
- A pani porucznik?
- Jest adiutantem głównodowodzącego. – Mustang odwrócił wzrok od okna, w które już jakiś czas się wpatrywał, i spojrzał na Stalowego, w którego ustach znikała kolejna kanapka. – Hej, nie rozpędzaj się tak z tym jedzeniem!
- No h’uo? ‘Uofny ‘eftem! – krzyknął Edward, wpychając ostatni kawałek. – Żałujesz mi?!
Roy westchnął i złapał się za głowę.
- Ależ skądże! Na zdrowie! – sarknął.
Nieoczekiwanie Stalowy zerwał się z siedziska i groźnie wycelował palcem w Mustanga. Roy spojrzał na niego zdziwiony.
- Więc twierdzisz, że muszę więcej jeść, żeby urosnąć, tak?! – ryknął Elric, wymachując ręką. – Że jestem kurduplem?!
Roy roześmiał się.
Po tylu latach Stalowy w żadnym razie nie przypominał już kurdupla. Urósł, i to sporo, może być teraz tylko kilka centymetrów niższy od niego. W dodatku wyostrzyły mu się rysy twarzy. Zmężniał, to widać na pierwszy rzut oka. Nie był już tym samym dzieciakiem co parę lat temu, przed Sądnym Dniem.
- Tak, jesteś kurduplem – przytaknął. Uniósł dłoń, gdy tylko usłyszał ciche skrzypienie drzwi. – Spokojnie, nic mi nie grozi – mruknął, kątem oka spoglądając na dwójkę żołnierzy stojących w progu, z pistoletami wycelowanymi w Elrika. – Odejść. Ale przynieście więcej kanapek.
Wojskowi zasalutowali.
- Tak jest, panie generale!
Drzwi ponownie się zamknęły.
- Jeez, ale popylina – jęknął Stalowy, opadając z powrotem na sofę. Rozłożył szeroko ramiona, a głowę położył na oparciu. – Pierdnąć już nie można, bo od razu wpadają zobaczyć, czy bomba nie wybuchła.
Roy wybałuszył oczy.
- Ciekawy dobór słownictwa, nie powiem. Więc to bombę ukrywasz w tej walizce? – zaciekawił się, brodą wskazując na stojący obok sofy kuferek.
- Haha! – zaśmiał się Edward, pochylając głowę. Spojrzał kątem oka na Mustanga. – Przychodzę się rozliczyć.
- Oddasz swój dług?
- Bez przesady! – Machnął ręką. – Przyjacielowi nie umorzysz?!
- Przyjacielowi? Ha! Dobre sobie! – Roy pochylił się w stronę chłopaka. – Ile razy groziłeś, że przemodelujesz mi twarz?
- Ty za to obiecywałeś, że wrzucisz Ala do laboratorium! – odpalił Stalowy, również się pochylając.
Roy wzruszył ramionami.
- Najwyraźniej jesteśmy kwita.
Widział, jak Elrikowi zaświeciły się oczy. Wciąż był dzieckiem.
- Czyli…?
- Jesteśmy kwita, gdy tylko oddasz mi kasę – dokończył, z radością obserwując złość malującą się na twarzy chłopaka.
- Sknera! – bąknął Stalowy, zakładając ręce na piersi i z niezadowoleniem odwracając się.
Mustang z nonszalancją upił oranżady.
- Więc? Czym zawdzięczam sobie twoją dzisiejszą wizytę po czterech latach nieobecności? Przypomniałeś sobie o przedłużeniu licencji?
- Coś w tym stylu – burknął Elric, wychylony przez podłokietnik i zawzięcie szperając we wnętrzu walizki. – Po Sądnym Dniu tak szybko wyjechaliśmy z Alem, że nawet nie zdążyłem pozamykać niektórych swoich spraw. O! Jest. – Edward wyprostował się. – Bierz. Już mi się nie przyda.
Roy ze zdziwieniem spojrzał na mały metalowy przedmiot leżący na wyciągniętej ręce chłopaka. Poczuł nieznany ucisk w gardle.
- Jesteś pewny, że już go nie potrzebujesz? – zapytał, odbierając od Elrika srebrny zegarek, jego symbol Państwowego Alchemika. Obudowa była cała zarysowana, gdzieniegdzie widoczne były zaschnięte plamy krwi. Otworzył go: na wewnętrznej stronie koperty wydrapany był napis. – Weź to jeszcze przemyśl, co?
Mustang położył zegarek pośrodku stolika, w równej odległości od każdego z nich.
- Co mam przemyśleć? – mruknął cicho Ed, opierając głowę na ręce. Nieobecnym wzrokiem spojrzał za okno. – Nie jestem już Państwowym Alchemikiem. Jak sam słusznie zauważyłeś, od czterech lat nie przedłużyłem licencji.
- Myślisz, że ten, kto uratował kraj przed całkowitym zniszczeniem, nie zasługuje na dożywotnią licencję? – Roy wychylił się w przód.
Ed uśmiechnął się.
- Dożywotnią, co? Dobre sobie…
Ciche pukanie. Ponownie przyszła sekretarka z tacą z nowymi kanapkami i dodatkową lemoniadą. Uprzątnęła brudne naczynia i skierowała się do drzwi.
Roy odczekał, aż te zamkną się za nią, po czym kontynuował:
- Posłuchaj mnie, Ed. Wiem, że wiele się wydarzyło, ale na serio chcesz zrezygnować z armii? Masz jakieś lepsze perspektywy?
- Nie mam żadnych perspektyw. – Edward spojrzał na niego. Roy widział w tych złotych oczach całkowite wypalenie. – To koniec, rozumiesz? Mówiłem wtedy przecież. To koniec Stalowego Alchemika.
Mustang z niedowierzaniem opadł na oparcie.
Poddał się, pomyślał.
- I tak zwyczajnie odpuszczasz?
- Nie odpuszczam. Prawda jest taka, że to – Edward złożył dłonie – już nie działa. I nie zadziała.
- Ale danchemia…?
- Myślisz, że nie próbowałem? Czaję ten cały „puls smoka”, wyczuwam go, ale nie mogę transmutować. W zamian za to odzyskałem brata. – Edward wpatrzył się w swoją prawą, ludzką rękę. – Wysoka to była cena, ale dzisiaj zrobiłbym to samo.
- Jak nie danchemia, zawsze znajdziesz coś innego! Może znają jakieś techniki w Aerugo, Drachmie lub gdzie indziej! – Mustang nie mógł patrzeć na to, jak Ed powoli umiera. Już raz widział coś takiego: umierającego alchemika.
- A co, według ciebie, robiłem przez ostatnie lata? Gdzie był Al? Już nic… nie da się zrobić. Heh! – Odgarnął z czoła blond włosy i zakrył oczy ramieniem. – Już nic… nie zrobię…
Roy pochylił głowę i wpatrzył się w swoje mocno zaciśnięte dłonie.
- I co teraz zamierzasz? – zapytał Roy, by przerwać ciszę, która zapadła po słowach Eda.
- Pojadę do Resembool. Obiecałem Winry, że wrócę. Spróbuję… żyć. Ha… Hahaha!
Roy patrzył, jak siedzący naprzeciwko chłopak śmieje się histerycznie. Nie zwrócił nawet uwagi na to, że zwabieni niepokojącymi dźwiękami podwładni stoją w drzwiach.
- Jak?! Jak ja mam… tak bez alchemii! – krzyknął Edward, przyciskając pięści do oczu. Mustang widział, jak po jego policzkach płyną łzy. – Poradzę sobie bez ręki… bez obu nóg! Ale alchemia była całym moim życiem! Jak mam żyć bez życia?!
Roy zacisnął dłonie z bezsilnej złości. Spuścił głowę. Czuł się pokonany.
Gdy Brama zabrała mu wzrok wiedział, że to jeszcze nie jest koniec. Wciąż miał cel. Cały czas stali przy nim przyjaciele. Nadal mógł walczyć.
Miał alchemię.
Gdy zaczynał przyzwyczajać się do mroku, pojawił się Marcoh z kamieniem filozoficznym i oddał mu światło. Ale mrok mu nie przeszkadzał – miał przecież płomienie, które go rozświetlały. Jednakże chłopiec po drugiej stronie stołu cały czas żył w mroku, a teraz stracił swoje ostatnie światło. Pozostała mu tylko…
Ciemność.
Mustang wstał ze swojego miejsca i odszedł stolik, by móc usiąść koło Elrika. Przez chwilę obserwował, jak ten próbuje bezskutecznie otrzeć mokre policzki, po czym bezwiednie objął blondyna, zamykając go w swoich objęciach. Oparł brodę o czubek głowy chłopca. Czuł, jak Ed drży i desperacko wczepia się palcami obu rąk w jego mundur, płacząc coraz rzewniej.
Co to jest, ta pustka?, pomyślał Roy, odruchowo głaszcząc drżące plecy młodego alchemika. To obezwładniające otępienie? Czy tego nam zazdrościłyście, homunkulusy? Tej bezsilności?
- Nie poddawaj się, Stalowy – wykrztusił Mustang przez ściśnięte gardło. Przycisnął chłopca bliżej. – Słyszysz? Nie załamuj się! To jeszcze nie koniec świata! Alchemia to nie tylko transmutacja, to też nauka. Wiedza. Ty ją przecież ciągle masz, no nie? Tego nikt ci nie zabierze! Słyszysz?
- Tak – jęknął żałośnie Elric, z twarzą przyciśniętą do klatki piersiowej mężczyzny.
- Pamiętaj, nie jesteś sam, Stalowy. Masz swoich przyjaciół. Zawsze masz dokąd wracać. Są ludzie, którym na tobie zależy. Rozumiesz? Nie jesteś sam. Słyszysz?!
- Tak! – zaszlochał Ed, chwytając Roya za nadgarstki, jakby bojąc się, że bez tego dotyku upadnie i już się nie podniesie.
Roy spojrzał ponad głową blondyna na nadal stojących w progu podwładnych i samym zmrużeniem oczu dał im jasno znać, że mają jak najszybciej wyjść i zamknąć za sobą drzwi najciszej jak tylko potrafili. Gdy tylko zniknęli z pola widzenia, Roy odsunął od siebie chłopca na wyciągnięcie ramion. Edward wciągnął głośno powietrze z dźwiękiem, który przypominał jęk człowieka w ostatniej chwili wypływającego na powierzchnię lodowatej wody. Wciąż trzymał Mustanga za przeguby i wpatrywał się w niego wystraszonymi oczyma.
Czego ty się tak boisz?, myślał Roy, kciukami ocierając łzy nagromadzone w kącikach złotych oczu. Co to był za strach, który zmusił cię do przyjścia tu do mnie? Co ty… chciałeś zrobić?
I nagle na Roya spłynęło oświecenie. Z zaskoczeniem patrzył na łkającego chłopca.
To nie zostało powiedziane wprost, to tylko jego przypuszczenia, ale podejrzewał, że z dużą dokładnością wiedział, co chodziło po głowie Stalowego od dłuższego czasu i co skłoniło go do odwiedzenia Centrali. Sam przecież to powiedział – nie miał już przed sobą żadnych perspektyw, chciał pozamykać swoje sprawy.
To nie były przyjacielskie odwiedziny, tylko pożegnanie.
Siedzący przed nim dzieciak chciał skończyć wszystko, jednakże targające nim wątpliwości zmusiły go do przyjazdu do Centrali. Dlaczego? Głupie pytanie: Ala nie ma w kraju – Mustang wiedział, że młody Elric jest obecnie gościem na dworze cesarza Xing, a ojciec braci zmarł krótko po Sądnym Dniu. Kto więc jeszcze pozostaje?
On – Roy Mustang, Płomienny Alchemik.
- Ed… Ty chyba nie…?
Nadgarstki Mustanga zapłonęły żywym ogniem pod wpływem mocnego zacisku dłoni Elrika. Pomimo bólu mężczyzna nie wypuścił twarzy chłopca. Cały czas wpatrywał się w duże złote oczy, w których na powrót nagromadziły się łzy.
Panika. Ucieczka.
Dopiero teraz zauważył, jak w wykonaniu Stalowego wygląda prawdziwe przerażenie.
- Edward… Ed, spokojnie. Nie będę na ciebie krzyczał… Ed, spójrz na mnie. – Roy starał się mówić spokojnie, ale żadne słowa zdawały się nie docierać do blondyna. Gdy szarpanie nie przyniosło oczekiwanych efektów, chłopak zaczął bić po rękach.
- Puszczaj! – skamlał żałośnie, walcząc i starając się opanować łzy. – No już, puść mnie!
Roy wiedział, że nie może spełnić jego żądania. Jeśli go puści, Elric zwieje i koniec. Z drugiej strony siłowanie się z nim też nie było dobrym rozwiązaniem. Wiedział, że Stalowy nie użył jeszcze całej swojej siły, a powoli oboje zbliżali się do punktu, gdzie zwycięstwo może zależeć od tego, który któremu pierwszy porządnie grzmotnie.
- Ed, proszę… Uspokój się i porozmawiajmy!... Spójrz na mnie!
- Powiedziałem PUSZCZAJ!
Kątem oka zauważył, jak Edward bierze zamach pięścią. Nie czekając na cios, wykorzystał swoją przewagę i uderzył wcześniej. Był przygotowany na kontratak, jednakże to, co nastąpiło, zszokowało go. Zastygł z uniesioną dłonią.
Siła, której użył Mustang spowodowała, że głowa chłopca odskoczyła, przez co Ed całym ciałem upadł na stolik, przewracając dzbanek z oranżadą i rozbijając szklanki. Zamiast jednak jak zwykle poderwać się i oddać, blondyn zsunął się z blatu i skulił na podłodze z dłońmi przy zranionym policzku, drżąc i płacząc.
Roy patrzył na pokonanego chłopca, lecz po chwili zreflektował się. Spojrzał na drzwi, czy czasem i tym razem mundurowi nie zechcieli zobaczyć, co się dzieje, ale najwidoczniej miał szczęście – drzwi pozostały zamknięte. Odetchnął i ponownie przeniósł wzrok na Edwarda. Wyciągnął rękę w jego kierunku.
- Dalej Ed, chodź. Pomogę ci wstać.
Chłopiec nie poruszył się.
- Nie wydurniaj się, Ed. Wstań. No już.
Nadal zero reakcji.
Przestraszony nie na żarty Mustang kucnął obok Elrika i potrząsnął nim delikatnie.
- Hej, Ed. Słyszysz mnie? Co się…
- Dzięki.
Mustang zastygł w bezruchu. Nie to spodziewał się usłyszeć. Dziwna sytuacja – właśnie wygrzmocił Stalowemu, a ten jak gdyby nigdy nic mu dziękuje. Może użył zbyt dużej siły?
Roy spojrzał na swoją dłoń.
Niemożliwe.
- Ed, wszystko w porządku? – Roy wolał się upewnić. Przezorny zawsze ubezpieczony.
- Jak najbardziej – mruknął Elric, wciąż nie poruszając się. Na szczęście przestał już płakać. – Od razu lepiej mi się myśli. Najwyraźniej raz na jakiś czas muszę od kogoś porządnie oberwać.
Mustang odetchnął z wyraźną ulgą. Opadł na oparcie.
- To może raczysz mi wytłumaczyć tą pieprzoną akcję? Wiesz, nie musiałeś od razu odgrywać tego całego przedstawienia, wystarczyło poprosić, a z chęcią bym ci lunął.
Ed uśmiechnął się kątem ust.
- Tego jestem pewien. Chyba potrzebowałem… by ktoś ustawił mnie do pionu.
Mustang delikatnie trącił czubkiem buta nogę chłopca. Gdy ten odwrócił spojrzenie w jego stronę, Roy wyciągnął rękę.
- Wstawaj. Nie chcę rozmawiać, gdy jeden z nas udaje trupa.
Edward pochwycił dłoń i podniósł się. Rozmasowując sobie policzek rozejrzał się dookoła oszacowując, jakich zniszczeń przyniosła ich mała bójka.
- Sorki – powiedział, wskazując na zalany oranżadą dywan.
- Mam go gdzieś! I tak mi się nie podobał. Siadaj w końcu i gadaj.
Elric wyszczerzył zęby i usiadł na kanapie. Splótł dłonie pod podbródkiem. Zamyślił się.
Roy rozsiadł się wygodnie i założył ramię na oparcie. Wpatrzył się uważnie w twarz chłopca.
- Więc? – zagadnął w końcu, gdy cisza zdawała się nie mieć końca. – Co takiego zmusiło cię do tego mordobicia?
Ed podparł głowę na dłoni i spojrzał na Mustanga kątem oka.
- Myślę, że to była… panika.
- Panika?
- Tak. – Blondyn zamyślił się. – Bałem się… Boję się przyszłości. Czuję, że jestem… - Edward spojrzał na swoje dłonie. – Bezsilny.
Roy poprawił się.
- Brak perspektyw? – podsunął.
Ed skinął głową.
- Absolutny brak. Chociaż jest jedna, ale… - Na jego ustach pojawił się nikły uśmiech. – Obiecaliśmy sobie z Alem, że nigdy nie… Nikomu nie odbierzemy życia. Byłoby tak głupio… Trochę. Ale to uczucie pustki mnie paraliżuje. Nie chcę czuć go przez resztę życia… Rozumiesz?
Ed spojrzał mu w oczy. Roy widział, jak chłopak zmaga się sam ze sobą.
Tak, doskonale wiedział, co to za pustka. Po wojnie w Ishvarze też ją czuł. I też niewiele mu brakowało, by tego nie zakończyć. W ten czy inny sposób.
Myślę, że jeśli każdy będzie starał się chronić tych niżej od siebie, to my, ludzie, mamy szansę przetrwać, co?, pomyślał, uśmiechając się nikle. Tak, tylko że nie zawsze trzeba ich osłonić. Nieraz wystarczy tylko zatrzymać, dać cel.
- Za dwa lata zostanę głównodowodzącym – oznajmił.
Edward zwiesił głowę.
- Gratuluję – mruknął. – Należy ci się ten stołek po tym wszystkim.
- Dzięki. Ale ja nie o tym. Zamierzam zmienić ten kraj. Wiąże się to z pewnym ryzykiem i masą pracy, dlatego szukam ochotników. Myślę, że taki narwany koleś jak ty będzie się do tego idealnie nadawał.
Stalowy spojrzał na niego z powątpiewaniem.
- Jeśli myślisz, że zagonisz mnie za biurko, to się grubo mylisz.
Roy westchnął, zagarniając w tył grzywkę.
- Czy ty zawsze musisz być tak negatywnie nastawiony? Nawet nie wysłuchałeś jeszcze, jaki mam idealny plan!
Ed podparł głowę i z rozbawieniem wpatrzył się mężczyznę.
- To oświeć mnie, o Płomienny.
- Sarkastyczny jak zwykle. – Mustang wydął wargę. Ed zaśmiał się. – Niemniej jednak zamierzam utworzyć nowy urząd. I planowałem obsadzić cię tam na stanowisku.
- Ech, jak podejrzewałem. – Elric oparł na oparcie i odchylił głowę. – Nie będę jednym z twoich pionków od wypisywania papierków.
- Wiem o tym. Jednakże posada, którą ci oferuję, będzie wymagała wiedzy. Alchemicznej wiedzy.
- Doskonale wiesz, że już nigdy nie użyję alchemii. Po co ci moja teoria? Masz przecież wielu tych, którzy posługują się nią w praktyce. Nie chcę twojej litości.
- To nie litość, Stalowy. Potrzebuję właśnie teoretyka ze świeżym umysłem, zdolnego do przekazania swojej wiedzy tym, którzy później wykorzystają ją w praktyce. Rozumiesz?
- Mam… nauczać? – zapytał niepewnie Edward. – Kogo?
- Alchemików. Czy to nie oczywiste? – Mustang rozłożył szeroko ręce.
- Serio? Bo ja myślałem, że złote rybki! – sarknął Ed. – Po co ci alchemicy?
- Do odbudowy kraju. I by wszystkim żyło się lepiej. Alchemik w małej mieścinie, utrzymywany za państwowe pieniądze, może zawsze bardzo pomóc. Potrzebuję kogoś, kto mi tych alchemików wyszkoli. I będzie ich pilnował, by czasem nie brali się za nieetyczne transmutacje.
- I tym kimś miałbym być ja?
Roy wzruszył ramionami.
- Daję ci tylko możliwość. Chyba, że masz lepszą perspektywę?
Ed rzucił mu wyzywające spojrzenie.
Zupełnie jak osiem lat temu, pomyślał Mustang. Wystarczy mu tylko wskazać drogę, a w jego wzroku znów płonie ogień. Zobaczysz, Stalowy, na końcu mnie spalisz.
- Więc jak?
- Zamierzam negocjować stawki. Nie będę pracował dla ciebie za półdarmo – zawyrokował Elric, zaplatając ręce na piersi. – Będę też chciał asystentów. Zamierzam prowadzić badania, wykorzystując ich alchemię.
- Och? Nie za dużo tych wymagań? – Roy uniósł brwi.
- Heh! Ja dopiero się rozkręcam! Radzę ci to gdzieś zapisywać, byś nie zapomniał przy sporządzaniu umowy! Wiesz, posunąłeś się w latach, pamięć nie ta…
- Nie traktuj mnie jak emeryta! A umowę zaraz każę napisać… Margaret! – krzyknął Roy.
W chwilę później drzwi gabinetu otworzyły się, ukazując zaniepokojoną sekretarkę.
- Tak, panie generale?
- Wspólnie z obecnym tu Edwardem Elrikiem zamierzamy sporządzić pierwowzór umowy. Będziemy cię potrzebować, by jakoś ładnie i formalnie objąć ten galimatias, dlatego idź szybko po jakiś brudnopis czy coś. I przynieś świeżą lemoniadę i kanapki.
Roy widział, jak kobieta kątem oka ogarnęła potłuczone szkło na stoliku i kapiącą na dywan oranżadę z rozbitego dzbanka.
- Tak jest, panie generale – powiedziała, po czym wyszła, by wypełnić rozkaz.
- Jesteś pewien, że właśnie tego chcesz? – zapytał Ed, spoglądając na Mustanga. Siniec na jego brodzie powoli zaczynał nabierać mocy prawnej. – Czy będziesz głównodowodzącym czy nie, ja się nie zmienię. Zawsze byłem tylko bezpańskim kundlem. Nigdy nie zdołasz utrzymać mnie na smyczy.
- Nie potrzebuję trzymać cię na smyczy. Chcę tylko, byś pilnował mojego podwórka. Im bardziej dziki kundel w obejściu, tym mniejsza szansa, że ktoś będzie chciał wtargnąć na moją posesję. Tak, Stalowy, jestem pewien.
- W takim razie lepiej będzie, jeśli to sobie zatrzymam. – Ed wychylił się i chwycił swój zegarek Państwowego Alchemika. – I oby twój plan się powiódł.
Roy uśmiechnął się.
- Spokojnie, Stalowy. Na pewno się powiedzie.
Jednak ten dzień nie był nudny.
