Work Text:
Sam nie lubi takich barów, więc Zach nie jest do końca pewien, co przekonało go, by przyjść. Szczególnie biorąc pod uwagę to, jak bardzo ostatnio zaciskał pasa. Pewnie mu się wydaje, że nikt nie zauważył tej cichej paniki, trwającej odkąd jego stypendium przestało pokrywać podręczniki, ale Zach zna go na tyle długo, by przejrzeć tą upartą dumę Sama Winchestera.
Problem polega na tym, że Sam nie przyjmuje pomocy, co oznacza, że wsparcia trzeba udzielać sprytnie. Cholera, przecież Zach byłby więcej niż szczęśliwy, mogąc mu po prostu kupić te przeklęte książki, gdyby tylko istniała szansa, że Sam je weźmie. Sam Bóg wie, że Zach ma wystarczająco dużo pieniędzy.
Kupuje więc Samowi piwo, zanosi do kąta, w którym ten siedzi przy stołach bilardowych i stawia je przed nim. Sam mruga.
— Dzięki.
— Pierwsza kolejka na mnie — mówi Zach. Na krześle naprzeciwko Sama Jerry skrzeczy w oburzeniu.
— A gdzie moje?
— Ty możesz kupić sobie sam.
— Niesprawiedliwość!
Za bardzo go śmieszy sporadyczne przedrzeźnianie Jerry’ego, a poza tym on może sobie pozwolić na piwo. Zach uśmiecha się do niego i wskazuje kciukiem ponad swoje ramię.
— Bar jest gdzieś tam.
Jerry podnosi się ze swojego miejsca.
— Dupek.
Zach tylko się śmieje i lokuje się w boksie, obok Sama, którego długie ciało wygląda niezręcznie, zwinięte na zbyt małej powierzchni, a potargana grzywka spada mu na oczy. Spogląda ostrożnie na piwo.
— Nie musiałeś. Mam kasę.
Pewnie koło dziesięciu dolarów w wymiętych banknotach i przeróżnych drobnych upakowanych w kieszeniach płaszcza. Dumny, uparty sukinsyn. To ta wojskowa musztra, ta odmowa przyznania się do słabości albo poproszenia o pomoc; to kolejna rzecz, przez którą Zach poprzysięga sobie przywalić ojcu Sama, jeśli go kiedykolwiek pozna.
Jednak niczego takiego nie mówi. Sam nigdy nie mówi o swojej rodzinie, a jeśli mówi, to nic dobrego o ojcu. Mimo to nie jest w stanie znieść, gdy ktoś inny powie to głośno.
— To ja wyciągnąłem cię w tygodniu — mówi Zach, powstrzymując się. — Chyba mogę ci kupić piwo.
— Ale nie Jerry’emu.
— Jerry i tak pije za dużo. Jesteś małą inwestycją, przyjacielu.
— Aha, dzięki. — Tym razem uśmiech Sama jest bardziej szczery. Znów spogląda ku stołom bilardowym i przeciąga się, tak, jakby się na coś szykował. — Zagrasz?
— Z tobą? — śmieje się Zach. — Jeszcze nie. Daj mi się najpierw upić na tyle, bym nie czuł upokorzenia.
— No dawaj, dam ci fory.
— Absolutnie nie. Poproś Jerry’ego.
— Poproś o co? — Jerry pojawia się z powrotem, niosąc wściekle różowy, wyglądający na owocowy, drink.
— Jak ci się udało to zamówić i nie spalić ze wstydu? — mówi Sam. — Co to?
— Pink Pussycat — mówi Jerry, z imponująco kamienną twarzą. — Musiałem powiedzieć, jak się go robi. Chcesz spróbować?
— Nie.
Jerry stawia szklankę na stole. Od samego zapachu Zacha bolą zęby.
— Po prostu zazdrościsz mi tego, że jestem wystarczająco pewny swojej męskości, by go zamówić. To takie przykre, ci wszyscy goście wokół, pijący piwo, mimo że smakuje jak szczyny, bo boją się, że zostaną wzięci za gejów jeśli zamówią to, co naprawdę lubią.
— Ty jesteś gejem — zauważa Sam.
— Nie w tym rzecz. Poważnie, to tylko drink. Upijanie się jest jak seks – powinno być przyjemne. Inaczej nie ma sensu. I…
— Rozumiemy — mówi Zach szybko. Kiedy Jerry się nakręci może gadać przez wiele godzin. — Sam chciał ci dokopać w bilardzie.
— Zach…
— Hej, mam swoją dumę, ziom. Upokorz Jerry’ego dla odmiany. Wiesz, że chcesz.
Sam wygląda jakby się miał z tego wycofać, ale teraz w oczach Jerry’ego pojawia się przebłysk ambicji. Jest dobrym bilardzistą, lepszym od Zacha, nawet jeśli nie dorasta do pięt Samowi. Interesujące to będzie, i to wcale nie dlatego, że pragnie zobaczyć, jak Jerry zostaje zdeklasowany.
No. Może trochę.
— Z przyjemnością dam Samowi mi dokopać — mówi Jerry, szczerząc się szeroko i agresywnie. — To będzie dla mnie zaszczyt.
— Dobra — wzdycha Sam, przewracając przesadnie oczy, a Zach wstaje, by go wypuścić.
***
Zach uśmiecha się złośliwie i bierze kradziony łyk z porzuconego drinka Jerry’ego, gdy tamci szykują stół i wciąż uśmiecha się okrutnie, gdy Sam wybiera kij bilardowy, a Jerry uprawia krytykanctwo, trajkocząc wrednie, tak jak tylko on potrafi. A kiedy rozgrywka się zaczyna, Zach czuje, jak uśmiech niespodziewanie schodzi mu z twarzy.
Sam przegrywa. Strasznie. Dwukrotnie.
***
— Mówiłeś, że twój chłopiec jest dobry — Jerry komentuje, wracając na swoje miejsce z uśmieszkiem. Zach tylko przesuwa swój drink po stole i patrzy, ściągnąwszy brwi, jak Sam gra z posiwiałym kierowcą tira. Wygląda niezgrabnie i nieudolnie, zupełnie nie jak facet, który wydymał każdego z osobna w akademiku pierwszorocznych, w tym Zacha, tylko po to, by pokazać, że może.
— Jest dobry — mówi Zach, zdumiony. Kierowca uderza kulę o numerze osiem, uśmiechając się, i Sam osuwa się ciężko po najbliższej ścianie, pocierając ręką oczy. Jeśli nie wiedziałby lepiej, Zach zaklinałby na wszystkie świętości, że dzieciak jest pijany.
— Wisisz mi piwo, stary.
— To może wszystko albo nic? — pyta Sam. Brzmi też, jakby był pijany. I tak, Sam jest lekki jak na swój wzrost, ale nawet on nie bełkotałby po połowie piwa. — No dawaj, jeszcze raz. Pięćdziesiąt dolców.
O nie. Nie, nie, nie. Sam może ma przy sobie pięćdziesiąt dolców, ale Zach bardzo w to wątpi. I to, jak grał dzisiejszego wieczora… Cóż. Nie za dobry pomysł.
I oczywiście ciężarówkarz już się zgadza.
— Pięćdziesiąt dolców. Pewnie, młody.
Jerry krzywi się i bierze łyk.
— Niedobrze.
— Nie — mamrocze Zach. Takie bary, ciemne, zadymione, gdzie miejscowi są nieokrzesani, a jedyną rozrywka jest szafa grająca i od czasu do czasu bójka, to nie miejsca na oszukiwanie w zakładach. I jest prawie pewien, że Sam nie ma pieniędzy, co oznacza, że Zach będzie się musiał wypłacić, jeśli jego przyjaciel przegra. Gdy przegra. Sam zwykle ma więcej zdrowego rozsądku. Może ktoś mu coś wrzucił do drinka. — Nie wiem, co w niego, do cholery, wstąpiło.
Sam wypuszcza kulę i nie trafia kilka razy, mimo tego, że podejścia ma dobre, i Zach przeklina pod nosem.
— Zbyt stresujące to na trzeźwo — mówi Jerry po kilku minutach. — Idę po kolejnego drinka. Chcesz coś?
— Przynieś dzbanek — mówi Zach nieobecnie, patrząc jak Sam traci kolejny dobry strzał. Nie przestaje patrzeć na rozgrywkę chyba, że musi.
— Jesteś mi dłużny.
— Ta, jasne. — Pokazuje Jerry’emu gest powszechnie uznawany za obraźliwy przed obróceniem się z powrotem w stronę stołu bilardowego. Uśmiech ciężarówkarza zaczyna się nieco zmniejszać nim Jerry wraca.
Ma on w jednej ręce dzbanek, a w drugiej kolejny owocowy drink (tym razem zielony). I jest z nim jakiś gość. Zach nigdy go wcześniej nie widział i biorąc pod uwagę zużyte jeansy i robocze buty to miejscowy, nie dzieciak z college.
— Kim jest twój towarzysz? — pyta Zach. Krzywi się, bo jego ton jest nieco oskarżycielski, ale Jerry tylko wzrusza ramionami i wślizguje się do boksu.
— Przyszedł za mną. Nie, żeby mi to przeszkadzało. — Jego uśmiech jest sugestywny i takie też jest spojrzenie, które rzuca tamtemu facetowi przez ramię. Jerry lubi lecieć z ludźmi w kulki, sprawiać im dyskomfort; czasem Zach odnosi wrażenie, że połowę czasu, który spędza w barach poświęca robieniu za opiekunkę.
Facet wygląda bardziej na rozbawionego niż skrępowanego gdy wysuwa przed siebie rękę.
— John Bonham. — Ma głęboki głos, przeciąga trochę samogłoski. Więc też nie miejscowy.
— John Bonham nie żyje — mówi Zach, prowokująco.
— Na to wygląda. — Gość nawet nie wydaje się przejęty i jest coś dziwnie znajomego w jego rozbrajającym, szerokim uśmiechu. — Mam nadzieję, że nie przeszkadzam. Chcę popatrzeć na grę.
— Spoko, ziom. — Zach odwzajemnia uśmiech, niechętnie, a gość opiera się o ściankę ich boksu i patrzy, jak Sam trafia ósemką.
Kierowca przeklina tak zjadliwie przez jakąś minutę, że Zach jest pewien, że będą z tego kłopoty, ale w końcu ciężarówkarz wyciąga portfel z kieszeni i rzuca garść banknotów w kierunku Sama. Sam chowa je z rozbrajającym uśmiechem.
— Jeszcze raz?
— Pieprzyć to — warczy kierowca, a facet przedstawiający się jako John Bonham oddala się od boksu. Szafa grająca zmienia kawałek. Metallica, myśli Zach, choć nie rozpoznaje samego utworu. Gość musi podnieść głos, by został usłyszany ponad krzykliwym intro gitarowym.
— Ja chętnie zagram.
Sam nagle odwraca głowę i Zach widzi jak blednie, oniemiały w nikłym świetle.
— Ja… Co ty…
— Trzy stówki stykną? — pyta facet. Nawet Zach słyszy wyzwanie w jego głosie.
Nie rób tego, debilu.
Ale, rzecz jasna, Sam zaciska szczękę i oplata mocniej palce wokół kija bilardowego.
— Świetnie.
— Ekstra — mówi gość.
— Ekstra — odpowiada Sam. — Zaczynajmy.
***
— Także… Czy tylko mi się wydaje, że jemu brakuje siódmej klepki? — pyta Jerry przyjacielskim tonem, sącząc swojego drinka.
— Nie — stwierdza sucho Zach. Sam i facet okrążają stół do bilardu jak para złych psów gotowych do ataku. A przynajmniej Sam. Nowoprzybyły zdaje się być zupełnie spokojny, gdy rozpiera szeroko ramiona pod brązową skórzaną kurtką, z łatwością i wprawą trzymając kij. Sam wygląda, jakby był o słowo od uderzenia.
— Myślisz, że się znają?
— Nie sądzisz? — Wychodzi nawet bardziej zjadliwie niż zamierzał, i Jerry się śmieje.
— Głupie pytanie.
— No.
Nie pomaga to, że ten nowy gra świetnie w bilard, ale Sam zdaje się w tajemniczy sposób odzyskać umiejętności, których nie demonstrował całą noc. Do czasu gdy na stole zostają cztery kule, zdążyli przyciągnąć tłum i Sam niemalże wibruje z nerwów.
— No dalej, Sammy — nowy gość mówi z łatwością. I tak, o to chodzi, bo Sam nie powiedział więcej niż trzy krótkie słowa przez całą grę, a żadne z nich nie było przedstawieniem się.
— Sam — warczy.
— W porządku, Sam. No dawaj. Uderzaj.
Szczęka Sama cicho pracuje podczas gdy on pochyla się, by przygotować swoje ostatnie uderzenie, którym pudłuje o milę. Zach przeklina pod nosem, mentalnie podliczając pieniądze dostępne na jego karcie bankomatowej. Sam za cholerę nie jest w stanie pokryć zakładu na trzysta dolarów.
Zach z pewnością się za to później odegra.
Nowy wykonuje swoje trzy ostatnie uderzenia, jedno po drugim, i gdyby nie Led Zeppelin wyjące w szafie grającej, kąt byłby zupełnie cichy, gdy on przygotowuje się do wbicia ósmej bili.
Pudłuje. Strasznie.
— Kurde — mamrocze pod nosem Jerry w nabożnym skupieniu, a Zach wypuszcza oddech, którego wstrzymywania nie był świadomy.
Sam wygląda na zwyczajnie oniemiałego.
— Przegrałeś — mówi, i brzmi niemal oskarżycielsko.
—Hej, zdarza się nawet najlepszym — mówi ten nowy, prostując się. Uśmiecha się, mrużąc kąciki oczu, zdecydowanie zbyt wesoło jak na człowieka, który właśnie stracił trzysta dolarów.
— Nie z… — Sam zagryza zęby I kręci głową. Nowy przewraca oczami.
— Będę przy barze, jeśli chcesz swoją kasę — mówi, i uśmiecha się znacząco do Zacha Jerry’ego. — Miło było was poznać.
Odkłada kij i odchodzi, nie oglądając się za siebie. Sam wpatruje się w niego, mrużąc oczy, ale nie rusza się, gdy tłum wokół niego zaczyna się rozpraszać.
— Ziom — mówi Jerry i Sam poskakuje.
— Co?
Jerry wykonuje nieokreślony ruch w kierunku baru.
— Idź za nim!
Wzrok Sama przecina się ze wzrokiem Zacha, ale ten tylko wzrusza ramionami. Coś pomiędzy nimi jest, nieważne, co, i on nie zamierza się w to angażować jeśli nie musi.
Jerry nie ma takich oporów.
— Sam, nie obchodzi mnie, czy ten facet przeleciał twoją dziewczynę czy ukradł ci kasę na drugie śniadanie czy coś. Jest ci winien trzysta dolarów. Tyle potrzebujesz na resztę książek na ten semestr. Nie bądź głupi.
— Nie jestem… — zaczyna Sam, potem kręci głową I bierze głęboki wdech. — Dobra, dobra, masz rację.
Znów się waha; wyprostowuje się.
— Zaczekajcie tutaj.
***
Sam opada na najbliższe krzesło, podpiera się łokciami o bar I patrzy wilkiem na stosik pieniędzy ciśnięty przed niego.
— Nigdy przenigdy nie pobiłem cię w uczciwej grze.
— I nigdy nie pobijesz.
— Czy to ci się wydaje zabawne?
— Nie masz poczucia humoru — mruczy Dean. Jest matową plamą w kąciku wizji Sama, przygarbioną nad barem niczym właściciel. Jest delikatnie zniecierpliwiony. — Po prostu weź kasę, ty jęczący bachorze. Kup sobie te cholerne podręczniki.
Bóg wie skąd on w ogóle o tym wiedział. W końcu Sam patrzy mu w oczy. Ma tak samo wymęczony wyraz twarzy jak Tata, gdy byli w trasie bardzo długo, nową, gojącą się bliznę u dołu szyi, z boku, i patrzy na Sama z na wpół prześmiewczym uśmiechem, który wywołuje w Samie potrzebę równoczesnego przytulenia go i powalenie na ziemię.
Minął prawie rok.
— Nie potrzebuję twojej pomocy — uparcie mówi Sam.
— Chryste, uparty jak osioł z ciebie skurczybyk. — Dean wypije do dna swoją whisky, wyciera usta wierzchem dłoni i rzuca na blat garść zmiętych banknotów. — Kup podręczniki albo pójdź do Pałacu Przyjemności i przepuść to na striptizerki. Naprawdę mnie to gówno obchodzi.
— Tata ci kazał to zrobić?
Dean nawet nie stara się odpowiedzieć na tak głupie pytanie, tylko wstaje, przeciąga się i wyprostowuje, by wyrównać płaszcz Taty na ramionach. Tajemnicę ujawnia kształt krótkiej broni palnej, zatkniętej za materiał jeansów. Colt 1911; Sam go nie widzi, ale też nie musi. Dean używa tego samego pistoletu odkąd miał dwanaście lat.
Niemal mimowolnie zerka na drugą stronę baru. Jerry gada i gestykuluje przesadnie, ale Zach patrzy na Sama. Obaj wyglądają dziwnie młodo w świetle kul dyskotekowych. Gdy patrzy znów na Deana, pełen zrozumienia wyraz twarzy brata powoduje, że się czerwieni, na wpół zawstydzony, na wpół wyzywający. — Ja…
— Nie przejmuj się — przerywa mu Dean. — Wyjeżdżam. Mam panienkę do obcykania w sprawie noża w San Felipe.
— Jedziesz do Meksyku?
Dean uśmiecha się krzywo.
— Dobra pora roku na to. Słońce, piasek, laski w bikini…
— Chupacabry… — mamrocze Sam, a Dean uśmiech się jeszcze szerzej.
— Nieważne, jak bardzo cię tu udomowią, Sammy. Zawsze będziesz Winchesterem. — Nim Sam może otworzyć usta, by zaprzeczyć, Dean robi krok do przodu i wciąga go w krótki, twardy uścisk. Pachnie jak olej do broni I dym I skóra, jak krew i whisky, jak to wszystko, od czego Sam tak bardzo próbował odejść. Jak dom. — Dbaj o siebie, idioto.
— Ta — mruczy Sam, zamiast mówić którąkolwiek z tych kilkuset rzeczy, które naprawdę powinien powiedzieć. — Ty też.
— Hej, znasz mnie. — Dean cofa się, wskazując policzkiem boks, w którym kelnerka stawia drugi dzbanek piwa. — Koledzy czekają.
A potem odwraca się i odchodzi, emanując zarozumiałym, rozkołysanym zuchwalstwem, które sprawia, że wygląda jak współczesny rewolwerowiec. Drzwi zamykają się z trzaskiem chłodnego powietrza, i już go nie ma.
