Work Text:
Zhongli nie spotykał się z Xiao często. Nie chodziło nawet o to, czy go lubił – po prostu Xiao wydawał się zbyt zrzędliwy nawet jak na gust samego Moraksa. A to znaczyło już naprawdę wiele.
Nie zareagowałby, gdyby nie Lumine. Jednak kiedy ta przyszła do niego zaniepokojona większą niż zwykle apatią Xiao, uznał, że podjęcie interwencji należy do jego obowiązków.
- Xiao – powiedział donośnie, trzymając w obu dłoniach przyrządzone przez Lumine tofu.
- Wołałeś?
Zhongli stał wyprostowany, ze splecionymi z tyłu dłońmi, w zaciszu jednego z lasów otaczających wioskę Qingce. Karczma Wangshu, w której zazwyczaj przesiadował Xiao, nie należała do ulubionych miejsc Moraxa, z kolei jaksza darzył – niezrozumiałą dla Zhongliego – niechęcią liyuewskie kawiarnie.
- Dobrze cię widzieć – rzekł Zhongli.
- Wiem, dlaczego tu jesteś. – Xiao zdawał się nie podzielać uprzejmości. – Tracisz czas, Moraksie. Wracaj do swojej herbaty i ukochanych opowieści.
Oferując Xiao uprzejmy uśmiech, Zhongli udał, że nie zrozumiał przytyku.
- Nie zamierzam pozwolić, żebyś całkiem zapadł się w smutku. Kiedy był ostatni raz, gdy z radością spędziłeś czas z drugą osobą?
- Nigdy – odparł bez zastanowienia i żalu Xiao. – Jestem jakszą, Moraxie, a nie dyrektorem domu pogrzebowego.
Zhongli stłumił śmiech. Czasem odnosił wrażenie, że Xiao bywał zazdrosny.
- Gdybyś nim był, nie zapraszałbym cię do domu, bo wpraszałbyś się niepytany.
- Przyszedłeś zaprosić mnie do domu?
- Możesz się nie zgodzić, ale wówczas nie będę miał innego wyboru niż chodzić za tobą, opowiadając, jak minął mi ostatni tydzień.
Xiao westchnął cierpiętniczo. Co jakiś czas Moraxowi przypominało się o nim, a wówczas upierał się, by pomóc Xiao – jakby było to możliwe. Jaksza uznał więc, że szybciej i bezboleśniej będzie pozwolić mu to zrobić; żeby to Zhongli poczuł się ze sobą lepiej.
- Złap mnie za rękę – poinstruował.
Na ułamek sekundy świat wokół nich zawirował. Szum w uszach ustał niemal natychmiast, kiedy zmaterializowali się pod zakładem pogrzebowym Wangsheng.
- Mieszkasz w tej okolicy, prawda? - zapytał beznamiętnie Xiao, mimo że doskonale znał odpowiedź.
Mieszkanie Zhongliego mieściło się przy tej samej ulicy co Wangsheng, na ostatnim piętrze. Była to lokalizacja idealna, jako że w bliskiej odległości mieściła się i praca Zhongliego, i ulubiona herbaciarnia, zaś wysokie ulokowanie pozwalało mu na obserwację miasta o każdej porze dnia. Xiao nie rozumiał tego sentymentu - tak jak zresztą większości upodobań towarzysza.
- Napijesz się herbaty? - zaproponował Zhongli.
- Nie po to tutaj jestem - odparł Xiao, z czcią stawiając talerz z tofu na stole. - Właściwie wciąż nie wyjaśniłeś, dlaczego mnie zaprosiłeś.
- Uznałem, że dawno nie spędzaliśmy wspólnie czasu.
- "Dawno" to zwodnicze określenie, gdy jest się skazanym na wieczność.
- Xiao - przerwał mu łagodnie Zhongli - jestem świadom, że nie uleczę nagle bólu, z którym mierzysz się codziennie. Mogę jednak pomóc ci o nim choć na chwilę zapomnieć.
- Znam twoje sposoby na zapomnienie, ale ja nie chcę żyć jak śmiertelnik. Istnieję w jednym celu i nie zamierzam uważać, że jest inaczej.
- Śmiertelne życie niesie ze sobą przyjemności, które czynią wieczność o wiele znośniejszą.
- Herbatę? – zakpił Xiao.
Zhongli nie lubił, gdy ktoś naśmiewał się z jego ulubionego napoju. Nie był to jednak jedyny powód, dla którego zdecydował zamknąć usta Xiao. Pocałował go nagle, ale powoli i ostrożnie i już miał się odsunąć, kiedy Xiao złapał go za ramiona, niemal boleśnie wbijając w nie palce.
- Reksie Lapisie - wysyczał. - Zrobiłbym dla ciebie wszystko, ale nie pogrywaj ze mną.
- To nie jest już moje imię - przypomniał mu Zhongli.
Jego twarz rozjaśniał uśmiech, bo chociaż Xiao starał się to ukryć, jaksza wreszcie nie był pozbawioną emocji skałą.
- Wybacz, mój błąd. Po prostu staram się wyrzucić z pamięci, jak rozkochany w śmiertelnym życiu stał się niegdyś potężny Morax.
- Czyżby mój wybór cię obrażał? - zapytał stoicko Zhongli.
Z bliska Xiao wyglądał na jeszcze bardziej zmęczonego - przy nieskazitenym wyglądzie wiecznego młodzieńca zdradzały go jedynie oczy. Złote jak u Zhongliego, ale przygaszone i bez blasku, co skrajnie różniło je od spojrzenia Archona.
- Obraża mnie twoja litość.
- Litość? - powtórzył ze szczerym zdziwieniem Zhongli.
- Nie potrzebuję twoich pocałunków. Zostaw je dla kogoś, kto nie będzie wzbudzał w tobie współczucia.
- Wzbudzasz we mnie wiele uczuć, jednak litość i współczucie nie należą do nich.
Dłonie Xiao powędrowały wyżej, na policzki Zhongliego. Palce zanurzyły się w ciemnych, miękkich włosach. Tym razem to Xiao zanicjował pocałunek, przyciągnąwszy Zhongliego bliżej, smakując go powoli i głęboko. Obawy z tyłu głowy nie pozwoliły jednak, by Xiao zatracił się w momencie. Głosy, które zawsze mu towarzyszyły, podpowiadając najczarniejsze scenariusze, teraz dawały o sobie znać jeszcze boleśniej. Xiao oderwał się od Zhongliego, ciężko oddychając.
- Wszystko w porządku? - spytał miękko Zhongli.
- Nie jestem gotowy - odpowiedział Xiao tonem, jakby każde słowo sprawiało mu ból.
Z jakiegoś powodu Zhongli przeczuwał tę odpowiedź. Objął towarzysza ramieniem i przez dłuższą chwilę obaj milczeli. Xiao pozwolił, by Zhongli gładził go po włosach i plecach; w końcu sam się przełamał i ostrożnie powiódł dłonią wzdłuż pleców Archona.
- Chcę, żebyś wiedział, że zawsze dla ciebie jestem - przerwał ciszę Zhongli. - Nie ma rzeczy, z którą musiałbyś się mierzyć sam.
Już kiedyś Xiao słyszał podobne zapewnienia, ale dopiero teraz przeszło mu przez myśl, że może to prawda. Uniósł głowę i gdy jego spojrzenie spotkało złote oczy Zhongliego, po raz pierwszy lekko się uśmiechnął.
- Czy to znaczy, że mogę zostać do jutra? Wolałbym nie być dziś sam - dodał pospiesznie, jak gdyby musiał się usprawiedliwić.
- Oczywiście. Jeśli zechcesz, możemy napić się herbaty. Możemy również potrzymać się za ręce.
Xiao ścisnął dłoń Zhongliego w swojej - i nie puścił jej aż do rana.
