Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Relationships:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Stats:
Published:
2015-04-20
Completed:
2015-05-06
Words:
21,056
Chapters:
6/6
Comments:
59
Kudos:
87
Bookmarks:
2
Hits:
1,582

Hawai!lock

Summary:

Ok. Kto wie, ten zrozumie - na sherlockowym fanpage'u na FB powstała dziwaczna idea Hawai!lock i oto wstępny efekt i pierwszy rozdział xD to nie będzie mądry ani ambitny tekst i zupełnie nie będzie podobny Drugiej gry - to takie podstawowe ostrzeżenie dla wszelkich czytelników ;) Pisane wyłącznie dla zabawy i pójdzie w dowolnym kierunku zbierając wszelkie absurdy wymyślone przez nas na FB xD

Chapter Text

 Jako ilustracja do fika - zamieszczone za zgodą Tino - photoshopowe dzieło wspólne fejsbukowej rodziny ;)

 

***

John wpatrywał się w Sherlocka, wyrzucającego z walizki kolejne rzeczy i wciąż nie wierzył w to, co się dzieje. Zaledwie poprzedniego popołudnia jego współlokator wpadł do mieszkania ze standardowym okrzykiem John! Jest sprawa, pakuj się!, a teraz tkwili w luksusowym hotelu na Hawajach; nie miał pojęcia, jak udało mu się załatwić to wszystko w ciągu nocy i nie był pewny, czy chce to wiedzieć. Z niedowierzaniem obserwował, jak Sherlock przykłada do bioder kolorowe kąpielówki i dopasowuje je do równie niedorzecznych koszul w palmy i kwiaty, a kiedy został spytany o opinię, z ciężkim westchnieniem opadł plecami na łóżko małżeńskie, jakie mieli we wspólnym pokoju. Gdy otrzymywali klucze nawet nie próbował już protestować i tłumaczyć komukolwiek, że tak naprawdę nie jest gejem, a Sherlock nie jest jego chłopakiem.
– Przebieraj się i idź poobserwować gości na basenie dla VIP-ów – zażądał detektyw, zrzucając z ramion elegancką marynarkę. – Ja muszę wtopić się w tłum – dokończył, a moment później zamachał mu przed oczami wiankiem ze sztucznych kwiatów.
– Zamordowany słynny tancerz Hula, to musi być fascynujące, świeży, wspaniały trup – mruknął John. – Jak mogłeś nie powiedzieć mi, że wylatujemy na drugi koniec świata? Nie wziąłem urlopu, nie spakowałem odpowiednich…
– Przepakowałem cię, gdy spałeś i masz w walizce wszystko, czego potrzebujesz, a ponadto do drugiego końca świata, jeśli za punkt wyjścia przyjmiemy Londyn, dzieli nas parę tysięcy kilometrów. Wynocha na basen, bo muszę przygotować się do roli. Najdroższy kurort w okolicy, a sławny tancerz zostaje wypatroszony w sali treningowej na trzy dni przed ważnym występem jego grupy, czego chcieć więcej! Już nie mogę się doczekać, cały lot myślałem o wszystkim co będę tutaj robić, młodzieńcy z ukulele, lokalna sława z wnętrznościami na ścianach, tajemnica, morderstwo i wszystko w rytmach Hula!
– Chcę wiedzieć, co planujesz…? – jęknął, a kiedy Sherlock bez krzty wstydu ściągnął z bioder spodnie razem z bielizną i zaczął zakładać czarne kąpielówki w pszczoły, wydał z siebie jęk, przycisnął do twarzy poduszkę i nie ruszał się ani nie reagował już na jakiekolwiek stwierdzenia przyjaciela; ruszył się z miejsca dopiero, kiedy usłyszał dźwięk zamykanych drzwi łazienki i z ociąganiem podniósł z łóżka. Wpatrywał się we własną walizkę parę chwil, zanim odważył się ją otworzyć…
I pożałował, że poprzedniego wieczoru nie kazał Sherlockowi iść do diabła, gdy ten przekonywał go, że warto ruszyć się z miasta, bo to przynajmniej siódemka.

***

Czerwone, obcisłe do granic możliwości bokserki uwierały go niemiłosiernie, skóra wysmarowana kremem z wysokim filtrem lepiła się do wszystkiego, a jasna koszula nadrukowana srebrnymi palmami i za duże okulary przeciwsłoneczne nadawałyby się prędzej dla alfonsa z ciepłych krajów niż względnie przyzwoitego, angielskiego lekarza wojskowego; Sherlock musiał świetnie się bawić, pakując jego walizkę, gdyż zestaw, który miał w tym momencie na sobie był i tak najlepszym, co znalazł. Postanowił jednak wyciągnąć z przymusowego urlopu ile się dało, skoro Sarah po paru minutach opowiadania jej bajek przez telefon uwierzyła, że musiał pilnie wyjechać z miasta zająć się chorą siostrą. Zresztą… basen, na który skierował się z plakietką VIP znajdował się na tyłach hotelu i pomimo wczesno-popołudniowej pory był pustawy, darmowe drinki roznosiły długonogie, uśmiechnięte brunetki w skąpym bikini i kolorowych wiankach, a słońce, którego w Londynie późną jesienią właściwie nie można było uświadczyć, tutaj prażyło z pełną mocą. Zerknął w stronę jedynego leżaka, na którym za pstrokatą parasolką widać było dolną część tułowia mężczyzny czytającego coś na tablecie i wziął głęboki oddech. Nie miał pojęcia, co niby miał tutaj obserwować, skoro był właściwie sam, a jeśli mordercą był ktokolwiek z okolicznej szkoły Hula, to bogaci turyści, którzy przyjechali tu wypoczywać, raczej nie mogli mieć z tym nic wspólnego.
Balansując ostrożnie ze świeżo przygotowanym drinkiem w jednej ręce, rozłożył swoje rzeczy przy leżaku, zrzucił ze stóp japonki z plastikowymi kwiatami i położył się, skrywając twarz w cieniu parasolki, a resztę ciała wystawiając na słońce. W tle grała przyjemna, chociaż dość głośna muzyka, napój okazał się bardziej alkoholowy niż sądził po pierwszym łyku, był zmęczony długa podróżą i wściekłością na Sherlocka – przez pierwszą godzinę lotu naprawdę wierzył, że kierują się zaledwie do Liverpoolu, po drugiej zaczął się niepokoić, a prawdę poznał dopiero gdy znajdowali się nad Atlantykiem setki kilometrów od Baker Street – i dlatego nie zauważył nawet, kiedy stan przyjemnego relaksu zmienił się w drzemkę.
Obudził go pełen irytacji, podniesiony głos, zagłuszany szumem basenu i muzyką, ale w jakiś sposób znajomy; zerknął w stronę swojego jedynego towarzysza, który teraz wyprostował się i siedział plecami do niego, tłumacząc coś wysokiemu mężczyźnie, stojącemu przed nim jak skazaniec. W pierwszej chwili nie rozpoznawał słów i liczył na to, że uśnie z powrotem i trochę wypocznie, lecz w miarę jak tamten się rozkręcał, nie był w stanie dłużej tego ignorować i nastawił ucha.
– Nie obchodzi mnie to, Seb. Mogą się zarzynać, mordować, porywać i kastrować, jestem na pieprzonych wakacjach, pierwszych od czterech lat, przyjechałem tu wypocząć i NIC nie zepsuje mi urlopu, rozumiesz?!
– Szefie, ale chodzą plotki, że dyrektor tej szkoły sprowadził tutaj…
– Mógłby tu sprowadzić samą królową, mam to gdzieś – przerwał mu z wściekłością i zamachnął rękoma, rozlewając przy tym niemal połowę drinka na kafelki; jego idiotyczny, słomkowy kapelusz niebezpiecznie się przy tym przekręcił, odsłaniając odrobinę przypieczone słońcem, blade ramię. – Przypomnij mi, gdzie jesteśmy? Nic nie mów! – wykrzyknął, kiedy tamten otwierał już usta, by mu odpowiedzieć. – Na Hawajach. Cudowny hotel, spokój i… jak to było w informatorze? Dokładnie tyle atrakcji, ile sobie Państwo zażyczą. A wiesz czego sobie życzę? Żebyś zrobił teraz jeden, dwa, trzy kroki do tyłu i zapomniał, że przydreptałeś tu jak pies oznajmić mi, że dzień przed moim przyjazdem jakiś idiota postanowił drugiemu idiocie zrobić sekcję na żywo i że może lepiej zmieńmy hotel. I na miłość boską, jesteś tu dla ochrony, ale nie musisz chodzić na basen ze spluwą w kąpielówkach!
– To nie jest spluwa, szefie – wymamrotał mężczyzna, na co ten kompletnie znieruchomiał i gdy doszedł do siebie, wykonał jakiś nieokreślony gest dłonią. – Po prostu… bardzo ci do twarzy… w tym… kapeluszu…
– ZEJDŹ MI Z OCZU!!! – wrzasnął wówczas, a szklanka z drinkiem, którą jeszcze moment temu miał w ręku, z trzaskiem wylądowała na posadzce. Jego ochroniarz umknął w stronę wyjścia, mijając przy tym leżak Johna i przyspieszając coraz bardziej, jakby spodziewał się, że kolejny przedmiot może wylądować na nim. Chociaż doktor wciąż wychodził z szoku, po scence, jaką zaobserwował – prawdę powiedziawszy zaczynał się obawiać, że nadmiar słońca w trakcie drzemki mu zaszkodził – nie mógł powstrzymać się przed wbiciem wzroku w okolice jego krocza i spluwy… Zachłysnął się z wrażenia i niemal zapadł pod ziemię ze wstydu po tym, co właśnie zrobił, a następnie chwycił porzucony na ziemi magazyn i zasłonił nim całą twarz, a po chwili zastanowienia – przerzucił gazetę na swój brzuch i przesunął parę centymetrów w dół, uznając, że te rejony bardziej wymagają ukrycia.
Aby przywrócić sobie wiarę w heteroseksualność, zaczął wpatrywać się w śliczną dziewczynę z obsługi, która zamiatała szkło spod leżaka nadzianego furiata obok i wziął parę głębokich oddechów; mężczyzna leżał teraz z obszernym kapeluszem na twarzy i ciężko oddychał, mamrocząc pod nosem coś niezrozumiałego.
Kolejne zerknięcie na kelnerkę, która bez pytania przynosiła jemu i jego sąsiadowi nowe drinki – błękitny kostium, sznur czerwonych kwiatów na szyi, idealne proporcje ciała i obezwładniający uśmiech, który nie przygasł nawet gdy tamten blady świr, wciąż okryty kapeluszem, wyciągnął rękę po alkohol w bezczelnym geście. Nie mogąc się powstrzymać, zerknął w dół, tak dla pewności, że spluwa ochroniarza i reakcja na nią była wypadkiem przy pracy i efektem przegrzania na słońcu… a następnie skierował wzrok na swojego cholerycznego sąsiada. Czarne slipki, wykrojone bardziej, niż John zdecydowałby się założyć w publicznym miejscu i biały pająk nadrukowany na środku. Infantylność obrazka w jakiś sposób ostudziła jego emocje, a zimny drink orzeźwił go i przywrócił mu pewność siebie; ponownie zerknął pod magazyn, po czym uśmiechnął się z ulgą i podniósł z miejsca, uznając, że parę minut w basenie dobrze mu zrobi.

***

Moriarty był wściekły. Udało mu się pozbyć wszystkich natrętów, wypłakujących mu swoje żale i błagających o pomoc w ucieczkach, ukrywaniu kochanków, pospolitych zabójstwach i przekrętach podatkowych; zarezerwować czas i miejsce w wymarzonym hotelu w ciepłych krajach, wyjechać incognito, rozpakować się i wyłożyć na wygodnym leżaku i… oczywiście! Jacyś cholerni zwykli ludzie zdecydowali się zacząć mordować pod samym jego nosem i psuć mu wakacje. Do tego wszystkiego Seb, z tym jego przewrażliwieniem na punkcie bezpieczeństwa oraz niedorzecznościami w spodniach. Ładny kapelusz! Też coś. Uchylił nieco słomkowe rondo, by ocenić, na widok której z kelnerek jego najlepszy snajper mógł się tak podekscytować, ale jego zdaniem wszystkie wyglądały identycznie; upił nieco świeżego Mojito, który niemal wyrwał kobiecie z obsługi z ręki i zaczął szczere rozważać możliwość kastracji Seba, kiedy jakiś ruch przykuł jego uwagę.
Słyszał oczywiście, że parę metrów od niego przeszło godzinę temu rozłożył się jakiś facet, ale gdy dostrzegł kątem oka jego biało-srebrną, rozpiętą koszulę w palmy i wstrętne sandały, uznał, że gość musiałby być ostatni na ziemi, by się nim zainteresował i spróbował wyrwać, by umilić sobie wieczór – miał na to pełne dwa tygodnie i nie był aż tak zdesperowany. Kiedy jednak mężczyzna stanął przy basenie w samych slipkach, jaskrawoczerwonych i opiętych na pośladkach tak bardzo, że można było się obawiać o los szwów, zaczął powoli zmieniać zdanie i zapominać o reszcie ubioru, pozostawionej przy leżaku. Parę chwil przyglądał mu się z półleżącej pozycji, a kiedy ten wskoczył do wody, usiadł wygodniej, obserwując zza ciemnych okularów jego umięśnione ramiona i plecy. Mógł być wyższy i lepiej gdyby miał ciemne włosy, ale poza tym prezentował się nieźle. Zerknął na jego rzeczy i skrzywił się, po czym przeniósł wzrok z powrotem na jego sylwetkę – zdążył już całkowicie zmoczyć w basenie jasne włosy i dobijał kraulem przeciwległego brzegu basenu. Kiedy się odwrócił i Jim niemal widział już jego twarz, dwie kelnerki przechodzące obok basenu zasłoniły mu widok. Zanim się odsunęły, nurkował i ponownie był dla niego niewidoczny, co sprawiło, że Jim przez moment miał ochotę wezwać Seba, kazać mu zrobić z nimi porządek i zapewnić władzom hotelu profesjonalne morderstwo do rozwiązania, ale szybko zdusił podobne myśli.
Przywdział na usta popisowy uśmiech, na który podrywał w klubach kandydatów na jednonocne przygody, po czym podniósł się z miejsca, rzucił kapelusz na leżak i mocniej wcisnął na nos okulary przeciwsłoneczne. Zrobił parę kroków w stronę brzegu basenu i stanął tam w lekkim rozkroku, wpatrując się w ponownie oddalającego się w przeciwległym kierunku mężczyznę. Oczyma wyobraźni widział już, jak ściąga z niego te jego obcisłe, czerwone slipki i ciska je na podłogę hotelowego pokoju, jak popycha go na łóżko i zapomina o idiotyzmach Seba, lokalnych przestępcach i stresach dnia codziennego i…
Ciąg jego myśli został brutalnie przerwany, kiedy mężczyzna zawrócił, przepłynął strzałką parę metrów i wyłonił się w końcu z wody, wreszcie pokazując swoją twarz. Służący flirtom uśmiech w ułamku sekundy został zastąpiony najpierw wyrazem absolutnego szoku, ale Jim zdołał się opanować, zanim mężczyzna w basenie zdołał go dostrzec. Kiedy zaś ich spojrzenia się spotkały, John Watson wytrzeszczył oczy i zachłysnął się wodą, sprawiając, że Jim parsknął niepohamowanym śmiechem.
– Johnny! Cóż za spotkanie! – wykrzyknął, gdy mężczyzna podpłynął do niego i zatrzymał się w odległości dwóch metrów od brzegu.
– Moriarty… – sapnął z niedowierzaniem przecierając oczy i sprawiając wrażenie, jakby sądził, że ma halucynacje i próbuje się ich pozbyć.
– Sprzedałeś nerkę, że stać cię było tu przyjechać? – parsknął, kucając przy brzegu.
– Co…? Nie! – wykrzyknął z oburzeniem.
– Ach, więc wyrwałeś jakąś pannę przy kasie i zabrała cię na drogie wakacje? No, no, Johnny, nie spodziewałem się tego po tobie.
– Jestem tu służbowo – odparł na to ostro i zbliżył się do brzegu o kolejny metru, wpatrując się w niego spod na wpół przymrużonych powiek; zanim Jim zdołał coś odpowiedzieć, zaklął z irytacją, uświadamiając sobie, co właśnie powiedział.
– Sherlock tu jest – stwierdził mężczyzna, a jego oczy zalśniły z ekscytacji. Ktokolwiek zabił… kogo tam zabił… miał ochotę znaleźć teraz mordercę nie po to, by wpakować mu w czaszkę pół magazynku za popsucie wakacji, ale uściskać za sprowadzenie tu jego ulubionego detektywa.
– Jednak jestem sam na wakacjach i sprzedałem nerkę – mruknął ironicznie, nie spuszczając przy tym wzroku z Moriarty’ego. – Gdy dowie się, że tu jesteś…
– Johnny, nie psujmy mu niespodzianki – roześmiał się i obrócił oczami. – Aż żałuję, że to nie mnie tym razem szuka.
– Mam w to uwierzyć?
– Nawet doradca-przestępca potrzebuje czasem wakacji – odparł na to, po czym podniósł się z miejsca i puścił do niego oko. – No! Nie będę zajmował czasu. Do rychłego zobaczenia, Johnny.

***