Work Text:
Jakim cudem Wanda znalazła się w takiej sytuacji, powiedzieć nie mogła. Owszem zdarzało jej się postąpić mniej rozsądnie, czego skutkiem były trudne do przewidzenia konsekwencje, komplikujące wszystko, lecz tym razem świadoma była każdej podjętej przez siebie decyzji.
Krok po kroku, wydarzenie po wydarzeniu, mogła odtworzyć ciąg przyczynowo skutkowy od momentu poznania dwunastoletniej Sally Allan podczas swojej pierwszej wyprawy do Australii, do momentu, gdy siedząc na wygrzanej popołudniowym słońcem trawie, tępo gapiła się na niemal dorosłą kobietę.
Dorosłą kobietę, która mimo swojej rzekomej dorosłości nadal gnieździła się w miejscu, sycząc pod nosem, gdy wyciągała spod siebie wszelkie gałązki, kamyki i niedostatecznie ugniecione źdźbła trawy. Która sapnęła w końcu, unosząc pełne przejęcia i ekscytacji spojrzenie na Wandę, jakby to ją wyciągnięto z obozu, obiecując przygodę jej życia i czekała teraz na szczegóły owej przygody. Która odgarnęła niedbałym ruchem zmierzwione wilgocią wiszącą w powietrzu włosy z oczu i dmuchnęła sobie po twarzy, szczerząc się i wiercąc, nie odrywając wzroku od Wandy.
W tej dorosłej Sally pozostały tylko ślady tamtej małej dziewczynki zaginionej w buszu, Wanda była świadoma, że i ona wyrosła już z tamtej małej Wandzi, na siłę próbującej zaprzyjaźnić się z młodziutką Australijką, lecz mimo tego miała wrażenie, że dla nich dwóch czas się zatrzymał. Nieważne już było, że grube czarne loki Sally sięgały jej żuchwy, zamiast opadać ciężkim warkoczem na plecy. Nieważne było, że jej niegdyś miękkie od dziecięcej niewinności policzki, wysmuklały, tracąc urocze dołeczki, których mała Wandzia jej kiedyś tak zazdrościła. Nieważne też było, że sięgająca jej kiedyś ramienia Sally, przewyższała ją teraz o głowę. Nieważne nawet było, że sukienki do kolana z koronkowym kołnierzykiem zostały wyparte przez długie spódnice opasające ciasno talię i ozdobione fikuśnymi żabotami koszule.
Sally pozostała Sally, Wanda pozostała Wandzią, a gdyby ją ktoś zapytał, to odpowiedziałaby bez chwili wahania, że Sally i Wandzia pozostały Sally i Wandzią. Piszącymi do siebie nałogowo listy, cieszącymi się jak dzieci na wizję wspólnych wakacji w Nowym Meksyku, niemogącymi się doczekać, kiedy się znowu zobaczą przyjaciółkami.
A jednak gdzieś między pierwszymi dniami na farmie państwa Allanów, a chwilą, gdy siedząc przed Sally, Wanda uznała, że mogłaby w sumie usiąść bliżej, coś się zmienić musiało.
Musiało, bo Sally przechwyciła ją w drodze z namiotu do ogniska i odciągnęła za rękę w stronę ich specjalnego miejsca nad rzeką. Tam posadziła ją na ugniatanej przez nie od kilku dni trawie, siadając naprzeciwko niej, a Wanda nie potrafiła powiedzieć, dlaczego nawet nie przeszło jej przez myśl, by choć słowem zaprotestować, ledwie zorientowała się, że jej serdeczna przyjaciółka najwidoczniej czegoś od niej chce.
Nie potrafiła też powiedzieć, czemu patrząc na Sally, skupić się mogła nie na tym, na czym skupiać się powinna.
- Słuchasz mnie w ogóle, czy ja tak sama do siebie gadam?
Podszyty rozbawieniem głos przebił się nagle przez jej myśli.
- Hm? – Wanda otrząsnęła się z zadumy. – Słucham cię, mów dalej – machnęła przyzwalająco ręką i jednym okiem patrząc na Sally, wygrzebała z kieszeni pomiętą paczkę papierosów.
- No więc wtedy mówię Natce, że ja bardzo chętnie dołączę do nich – Sally, doczekawszy się jedynie mruknięcia, dokończyła triumfalnym tonem - ale pod warunkiem, że Tommy będzie w środku!
- Mhm… - Wanda odpaliła papierosa i zaciągnęła się.
W następnej chwili zamarła, gdy dotarł do niej sens słów Sally. Poderwała głowę i krztusząc się dymem, otarła łzawiące oczy.
- Och Wannie, gdybyś ty tylko mogła zobaczyć swoją minę! – Sally zaśmiała się perliście i zaklaskała w dłonie. - Przecudny miałabym obrazek, gdybym mogła ci zrobić teraz zdjęcie! Aż żałuję, że oddałam twojej mamusi aparat!
- Nabijaj się, proszę bardzo… - Wandzia mruknęła i odkaszlnęła parę razy. Winę za pulsujące gorącem policzki zwaliła na zachodzące, prażące w plecy słońce. – Ciekawa jestem, jaką minę byś ty zrobiła, gdybym to ja mówiła o twoim bracie w takim kontekście!
- Zapewne taką samą – przyznała Sally i naraz machnęła ręką, jakby próbowała odgonić ten temat rozmowy. – Ale musiałam jakoś przykuć twoją uwagę, bo wyraźnie błądziłaś gdzieś myślami. A nie bez powodu poprosiłam cię o tą rozmowę, moja droga Wannie!
- Ach tak? - Wanda nijak nie odniosła się do tego, że wyciągnięcie jej nad rzekę prośbą było raczej średnią, o ile nie mierną nawet, ani tego, że choć owszem, myślami błądziła, to owe myśli krążyły bliżej Sally, niż Wandzia przy niej siedziała. Uśmiechnęła się tylko półgębkiem i zaciągnęła papierosem, wypuszczając dym nosem. – A cóż to za powód?
- Musisz mnie nauczyć wymawiać swoje imię! – Oświadczyła Sally radośnie i wlepiła w nią wyczekujące spojrzenie, najwidoczniej spodziewając się od Wandzi równie entuzjastycznej reakcji.
- Nie bardzo rozumiem… przecież ty wiesz, jak się wymawia moje imię…
- Ale nie po polsku! – Sally wykonała bliżej nieokreślony gest dłonią, mający na celu zobrazowanie, jak ważny był jej argument. – Nie ma ono angielskiego odpowiednika, więc muszę zamiast tego opanować wymowę w języku polskim!
- No ale czemu? – Wanda zmarszczyła brwi w niezrozumieniu i nerwowym ruchem odgarnęła włażącą jej w oczy grzywkę.
- Bo chcę!
- No to mów od razu, że chcesz, a nie, że musisz! – westchnęła ciężko Wandzia, unosząc ręce do góry. – Musieć, a chcieć, to dwie różne sprawy i nie zawsze chcenie usprawiedliwia domaganie się czegoś, jakby od tego życie zależało!
- Może i czasem tak, ale czy ty, moja droga Wannie, nie chciałaś nigdy czegoś tak bardzo, że aż musiałaś to mieć? – Sally uniosła wyzywająco brew i wyraz triumfu przetoczył się po jej twarzy, gdy Wandzia nie odpowiedziała jej nic.
Bo Wanda chciała. Znała doskonale to uczucie, gdy chęć posiadania czegoś, zrobienia czegoś, była tak silna, że przeradzała się w potrzebę, która dręczyła okrutnie, dopóki nie została zaspokojona.
Wanda wiele rzeczy w swoim życiu chciała. Niewiele z tych chęci przerodziło się w potrzebę, lecz do tej pory udało jej się zaspokoić wszystkie, poza jedną. Udało jej się wyjechać w wielki świat, jaki znała z opowieści wujka Janka, wujka Andrzeja i Tadzia Nowickiego. Udało jej się zaprzyjaźnić z dziewczynką w jej wieku, której nie przeszkadzało, że Wandzi daleko było do dobrze wychowanej panienki, i że Wandzia miała więcej przyjaciół, niż przyjaciółek. Udało jej się zacząć mówić „tatuś Tadziu” do i o Tadku. Udało jej się spotkać z Sally i spędzić z nią dłużej niż kilka tygodni.
Tylko jednej rzeczy jej się nie udało jeszcze zrobić, ale na zaspokojenie tej potrzeby nadziei większych Wandzia nie miała. Pokusiłaby się nawet o stwierdzenie – gdyby nie daj Boże ktoś ją o to zapytał – że nadziei nie miała żadnych. Czasem tylko pozwalała sobie pomarzyć, jak cudownie by było spełnić tą jedną zachciankę, fanaberię można by wręcz rzec, lecz zaraz chowała te marzenia na dno swojej świadomości i jak prawdziwej Smudze przystało, uparcie udawała, że nic się nie dzieje.
Nie inaczej było i tym razem.
- No więc… moje imię tak? – Wandzia zerknęła szybko w stronę Sally. Napotkała jej lśniące przejęciem spojrzenie i z trudem zwalczyła unoszące się do góry kąciki ust, gdy czarne loki podskoczyły radośnie, kiedy ta pokiwała gorliwie głową. – To imię, które ma aż całe dwie sylaby i jestem prawie na pewno pewna, że potrafisz już wymówić?
- Jesteś wredna wiesz?! – Sally fuknęła i nachylając się bliżej, płynnym ruchem wyciągnęła z jej ust papierosa. – Bardzo wredna! - spojrzała jej prosto w oczy i z premedytacją zaciągnęła się.
Wanda zaśmiała się wymuszenie i aby ukryć jak bardzo chciała patrzeć na Sally, gdy ta kończyła jej papierosa, przesadnie nachyliła się do kieszeni spodni i z ociąganiem wygrzebała kolejnego. Echo szaleńczo łomoczącego serca dudniło jej w skroniach, niemożliwy do wytrzymania gorąc buchnął jej do twarzy i Wandzia mimowolnie zerknęła na powoli zmierzające ku zachodowi słońce, w nim upatrując przyczyny tego, jak duszno jej się nagle zrobiło.
Bo to musiała być wina parnego późnego popołudnia, nieomylnie zwiastującego nadejście ulewnego deszczu, czy nawet burzy. To musiała być wina nisko wiszącego, rzucającego miękkie, czerwonawe światło słońca. Musiała być to wina gęsto zarośniętej dżungli, otaczającej je z każdej strony, tak samo jak winna musiała być rozgrzana całodziennym upałem, wolno płynąca na wyciągnięcie ręki rzeka.
Bo jedyna inna opcja prawo istnieć miała tylko w najśmielszych marzeniach Wandzi.
- Oj no nie bocz się tak, moja droga! – ciepła, wręcz gorąca dłoń opadła na jej kolano, wytrącając ją z zadumy. – Wiesz przecież, że ja lubię tak żartować, prawda?
- Wiem, Sal, wiem – Wandzia posłała jej przelotny uśmiech i z całych sił próbując odciągnąć swoją uwagę od dłoni Sally nadal leżącej swobodnie na jej kolanie, odpaliła drugiego papierosa. – Nie boczę się też na ciebie, tylko myślę, od czego tu zacząć, żeby nam sprawnie i szybko poszło. Znowu duszno się robi, a to znaczy, że wujek Janek miał rację i tutaj rzeczywiście wieczorami zawsze leje, a nie chcesz chyba utknąć w deszczu w dżungli nad rzeką?
- Mogłoby być ciekawie, nie sądzisz? – Sally poruszyła sugestywnie brwią i uśmiechnęła się półgębkiem. – Twój tatko wyszedłby z siebie, próbując przemówić nam do rozsądku – obie zaśmiały się krótko na te słowa. – Pan Smuga by go poparł, a Tommy z Natką by żałowali, że ich z nami nie było!
- No nie wiem, czy byłoby czego żałować, jak nam rzeka wyleje, nim się stąd zabierzemy – Wandzia zerknęła nieufnie w stronę wspomnianej rzeki i wzdrygnęła się teatralnie. – Nie dziękuję!
- Dobrze więc, naucz mnie czym prędzej wymawiać twoje imię, a wtedy od razu wrócimy do obozu!
- Trzymam cię za słowo! – Wandzia wytknęła Sally palcem między oczy i zaśmiała się serdecznie, gdy ta zaczepiła swoim palcem o jej i potrząsnęła na znak zgody.- Zaczniemy od głosek…
Słońce chyliło się coraz szybciej ku zachodowi, rzucając długie cienie, aż ołowiane chmury je przesłoniły. Rozgrzane w ciągu dnia, przesiąknięte wilgocią powietrze wisiało ciężko, lepiąc się nieprzyjemnie do skóry. Dżungla ucichła, gdy każde żywe stworzenie chowało się przed nadchodzącym deszczem i tylko roślinność szeleściła leniwie wkoło, gdy Wandzia przeprowadzała Sally przez proces wymawiania zdrobnienia swojego imienia.
Sennym ruchem raz po raz odgarniała wilgotne włosy z czoła i jak zahipnotyzowana patrzyła na Sally. Wzrok jej utkwiony był w poruszających się jakby w zwolnionym tempie ustach, które układały się miękko, płynnie, wypowiadając z uwagą godną większej sprawy każdą głoskę jej imienia, potem sylabę. Czasem Wandzia powędrowała spojrzeniem nieco wyżej, na lśniące w zarumienionej twarzy ciemne oczy, lecz szybko uciekła nim na nieruchomo wiszącą wokół nich zieleń. Czasem zapatrywała się na zgrzaną do czerwoności szyję Sally, okryty szkarłatnym rumieńcem jej dekolt.
Ona sama już jakiś czas temu rozpięła trzy górne guziki swojej koszuli i tylko wachlowała się od czasu do czasu dłonią, zbyt zmęczona gorącem, by podtrzymać ten nic niedający ruch. Coś jednak w widoku Sally w takim samym stanie zakręciło jej przyjemnie gdzieś tam w środku i osiadło duszną mgłą na skronie, zmuszając ją do kolejnej próby rozruszania powietrza wokół swojej twarzy.
- A teraz spróbuj powiedzieć to bez sylabizowania, jednym ciągiem – szepnęła, nie wiedząc czemu odniósłszy wrażenie, że głośniej mówić jej nie wypadało.
Bo gdyby odezwała się normalnym tonem, czar by prysł i ta ciepła, miękka, odbierająca możliwość normalnego myślenia atmosfera ulotniłaby się bezpowrotnie, a do tego Wandzia dopuścić nie mogła.
Nie chciała.
Choć dłoń jej co raz wędrowała ku opierającej się ciężko na jej biodrze kaburze z bronią, tak bezpiecznie, swobodnie i można by powiedzieć wręcz, że przytulnie nie czuła się już dawno i wolała zostać jeszcze jakiś czas tak przyjemnie rozluźniona.
- Ale się nie śmiej, dobrze? – Sally odszepnęła jeszcze ciszej, na pograniczu niepewności i nabrawszy głęboko powietrza, wypuściła je tylko ze świstem.
- Powolutku – Wandzia nachyliła się bliżej i oparła uspokajająco dłoń na kolanie Sally, kiedy ta sapnęła sfrustrowana. – Nic na siłę. Spróbuj może jeszcze raz z sylabami, ale wypowiadaj je coraz szybciej, co?
- Nic innego nie robię od dobrych kilku chwil, Wannie! – syknęła Sally i naraz umilkła.
Wandzia za późno zorientowała się, że bezwiednie zaczęła głaskać kciukiem kolano Sally i chciała już zabrać dłoń, odsunąć się, wycofać, kiedy mniejsza niż jej własna, miękka dłoń opadła pewnym ruchem na wierzch jej dłoni. Serce jej zgubiło rytm, by za chwilę ruszyć z kopyta, bo Sally pewniej ujęła jej rękę i odetchnęła jakoś lżej.
- Powolutku – powtórzyła Wandzia bezsensownie i w następnej chwili przepadła zupełnie.
Sally uśmiechnęła się od ucha do ucha, oczy jej błysnęły szaleńczo i nachyliwszy się bliżej, zajrzała Wandzi prosto w twarz. Najpierw wypowiedziała pierwszą sylabę, powoli i wyraźnie, potem drugą. Powtórzyła je jeszcze raz, jeszcze raz i jeszcze jeden. Mówiła coraz szybciej, wciąż tak samo cicho, lecz jej głos był jedynym, co do Wandzi docierało.
Wiatr zerwał się ze świstem, burząc na chwilę spokój, ale Wandzia tylko odgarnęła włosy z oczu, nie mogąc pozwolić, by cokolwiek jej przesłoniło widok na rozpromienioną Sally, gdy ta przysunąwszy się jeszcze bliżej, tak blisko, że klęczała przed Wandzią, oparłszy się dłońmi na jej kolanach, z triumfem wypowiedziała jedno słowo…
- Wanzjia!
Wandzia uśmiechnęła się bezwiednie, od ucha do ucha szeroko i westchnienie zachwytu wyrwało się z jej piersi. Serce łomotało jej już gdzieś w okolicy gardła tak szybko, że przełknąć nie dała rady, więc westchnęła tylko ponownie.
- Bardzo dobrze! – w końcu zaśmiała się mimowolnie, widząc wyczekujące spojrzenie Sally. – Pięknie ci to wyszło! Powiedz jeszcze raz.
- Wanzjia – Sally zachichotała. Poprawiła się w miejscu i przekrzywiwszy głowę, szepnęła jeszcze raz – Wanzjia.
- Mhm – Wandzia pokiwała bezmyślnie głową i oblizała spierzchnięte wargi.
- Wanzjiu…
- Mhm?
- Ja powiedziałam twoje imię! – Sally zaśmiała się niekontrolowanie, jakby dokonała czegoś ponad miarę. – Wanzjiu… ja powiedziałam twoje imię, ha! – i z tymi słowami, bez uprzedzenia, rzuciła się jej na szyję.
Wandzia odruchowo przejęła dodatkowy ciężar i obejmując Sally, śmiała się równie niekontrolowanie, co ona. Śmiała się z uciechy, że po ponad godzinie instruowania Sally, ta wypowiedziała jej zdrobniałe imię i choć nie wyszło jej to idealnie, dla Wandzi nie istniała w tamtym momencie piękniejsza wersja. Śmiała się też z zaskoczenia, bo trzymając ją tak blisko siebie, nie umiała inaczej wyrazić przerażenia wymieszanego z chęcią, gdy siedząc w takiej pozycji, przed oczami wciąż miała wyobrażenie swojej twarzy wciśniętej w rozpaloną szyję Sally.
Kolejny powiew wiatru zakręcił wokół nich, poderwał zwisające ospale gałęzie i liście, wtargnął w spocone włosy i rozrzucił je na wszystkie strony.
Wandzia nie przejęła się tym, jednym ruchem docisnęła Sally bliżej siebie i oparła czoło na jej drgającym wciąż od śmiechu ramieniu.
- Wanzjiu? – Sally uspokoiła się pierwsza i odetchnąwszy głęboko, usadowiła się wygodniej na kolanach Wandzi. – Rozumiesz teraz, moja droga Wanzjiu, że ja będę cały czas tak do ciebie mówić?
- Na ja mam taką nadzieję – Wandzia mruknęła, gdy drobne palce wplotły się miękko w jej włosy i odgarnęły splątane kosmyki z jej policzka. – Nie po to pozwoliłam, żeby mnie coś oblazło, kiedy tak siedziałam na ziemi, żebyś teraz to zapominała!
- W żadnym wypadku! – Sally na krótką chwilę owinęła się wokół jej głowy, przytulając ją bardziej. – Nic innego nie usłyszysz z moich ust, moja droga Wanzjiu!
- Trochę szkoda mi będzie tej „Wannie”, ale jakoś przeżyję – zaśmiała się Wandzia, gdy Sally klapnęła ją w plecy z cichym fuknięciem. Odsunęła się nieznacznie i z szerokim uśmiechem zajrzała w rozpromienioną twarz, wiszącą tuż nad nią. – Powiesz jeszcze raz? – poprosiła cicho.
- Wanzjia… - Sally poprawiła się na jej kolanach i ujęła jej twarz w dłonie. – Wanzjia… Wanzjia… - zagryzła wargę. – Wanzjiu?
Wandzia przy drugim powtórzeniu już oddychać nie dała rady. Przesunęła tylko nieobecnym wzrokiem między oczami Sally, a jej ustami, zacisnęła dłonie mocniej na jej talii i zbierając w sobie resztki odwagi, pocałowała ją delikatnie, przelotnie.
W następnej chwili świat zawirował jej przed oczami, bo Sally z piskiem naparła na nią, przewracając je na ziemię i wpiła się w jej usta z entuzjazmem, z jakim zdawała się podchodzić do wszystkiego, odbierając Wandzi do reszty zdolność logicznego myślenia.
Pierwsze krople deszczu zniknęły w zmierzwionych włosach, w przepoconych koszulach i kiedy Sally oderwała się od Wandzi dla nabrania powietrza, ciepły kapuśniaczek spadł na nie, zaraz przeradzając się w ulewę.
Wandzia roześmiała się, odgarniając mokre włosy z twarzy Sally i za nic mając lejące się z nieba potoki, przyciągnęła ją bliżej siebie, odważniej już przywłaszczając sobie znowu jej usta. Z całą śmiałością, o jaką się nie posądzała w tej kwestii, objęła ją ramieniem w pasie, przesunęła dłonią po wygiętych plecach aż na jej kark i wplatając palce w skręcone, przemoczone loki, przytrzymała ją w miejscu. Zwolniła też pocałunek, uśmiechając się nieznacznie, bo Sally oparła się o nią całym ciężarem i oderwawszy się od jej ust z ostatnim muśnięciem warg, wtuliła nos w jej szyję.
- Wracamy? – zawołała Wandzia na bezdechu, by przekrzyczeć rozbijający się zacięcie o wszystko deszcz. Podniosła się z trudem do siadu, bo koszula na plecach przemokła jej całkowicie, błoto z podmokłego podłoża przesiąkło przez ubranie i wplątywało się we włosy, lecz ani na chwilę nie wypuściła Sally z ramion. – Tak na poważnie, bo mi spodnie przemokły już!
- Wracamy! – Sally odkrzyknęła, nie ruszywszy się z miejsca.
Wandzia w odpowiedzi wtuliła się bardziej w jej objęcia i pogodziwszy się z faktem, że najprawdopodobniej przemoknie do bielizny, zrobiła to, czego chciała do tej pory tak bardzo, że chęć ta przerodziła się w potrzebę, do której przyznać się miała Wandzia odwagę tylko w najskrytszych marzeniach.
Odnalazła twarzą zagłębienie w szyi Sally, trąciła promieniującą gorącem skórę nosem i krótkimi, łagodnymi skubnięciami warg posmakowała na niej popołudniowe słońce, ciężki, gorący wiatr i wymieszane z deszczem coś, co mogła jedynie określić, jako „Sally”.
Nim Sally zdążyła jakkolwiek zareagować, deszcz ustał tak nagle, jak się rozpadał i dżungla wokół nich powróciła do życia. Ostatnie promienie słońca odbijały się migoczącą mozaiką w spływających po liściach kroplach deszczu, w powietrzu wsiał już chłód nocy.
Wtedy dopiero Sally odsunęła się od Wandzi na tyle, by oprzeć się czołem o jej czoło i zaglądając jej w oczy, uśmiechnęła się najpierw niepewnie, potem coraz szerzej, bo Wandzia sama uśmiechu powstrzymać nie mogła.
Widok roześmianej Sally, tak blisko niej, gdy czuła w ustach wciąż jej smak, był tak prawdziwy, a zarazem tak fantastyczny, że nie mogła wydusić z siebie choćby jednego słowa. Zamiast tego kiwnęła leciutko głową i otrzymawszy takie samo kiwnięcie w zamian, całkiem pewnie już sięgnęła ustami do ust Sally.
Wandzia wiedziała, że zaraz będą musiały biegiem gnać do obozu, by zdążyć przed zmrokiem i uchronić się tym samym przed kazaniem ojca. Wiedziała też, że czekała je poważna rozmowa. Przy pierwszej okazji, kiedy tylko zostaną same będą musiały tyle spraw wyjaśnić i omówić, lecz chwilowo jedyne, co się liczyło, to ten moment. Liczyła się tylko Sally, tylko jej usta, liczył się tylko zapach jej kwiatowych perfum i gdzieś z tyłu głowy Wandzię naszła myśl, że chyba będzie sobie musiała znaleźć inną chęć tak silną, by nazwać ją potrzebą i marzyć o niej przed snem co noc.
Chwilowo odsunęła jednak na bok tą myśl i przyciągnęła Sally bliżej siebie, z trudem opanowując dreszcz emocji, jaki przebiegł jej po plecach, gdy ta przejęła kontrolę nad pocałunkiem.
Ale to później.
Wszystko inne zwyczajnie musiało sobie na nie cierpliwie poczekać.
