Work Text:
Postąpił krok. Powoli zbliżał się do początku. Docierał bliżej miejsca, gdzie powinien na ten moment być. Czerwona kotara unosiła się ku górze, zwiastując ten jeden moment. Oddech zdążył w międzyczasie przyśpieszyć, serce zabić w tym chaosie mocniej.
Dźwięk instrumentu smyczkowego niósł się echem coraz głośniej. Steve czuł, jak ziemia drży pod jego stopami pod wpływem kakofonii niemalże przytłaczających go, głośnych dźwięków. Powolne uderzenia w białe klawisze wybrzmiewały bez jakiejkolwiek skazy; tak samo czyste, jak i reszta układającej się w równym takcie, hipnotyzującej melodii.
Świat drżał w fasadach. Mężczyzna dążył na środek ze zrozumiałą dozą niepewności; wątpliwości czy oby na pewno podoła ogromowi tego, co nadchodziło. Chciał całym sobą podołać. Był toż tutaj. Oświetlony padającym z reflektorów, jasnym światłem, był najważniejszy dla zebranych w pomieszczeniu widzów. Chcących doświadczyć w tym, co współczesna sztuka niosła za sobą. Pełnych oczekiwań i trwająca w napięciu. W tej niepokojącej ciszy, ciążącej coraz bardziej i bardziej.
Tylko Steve mógł zdjąć ten ogromny ciężar z ramion zniecierpliwionych widzów i dać im to, czego pragnęli.
Tylko Steve mógł brnąć w ciszę, wpatrzony przed siebie w tę niedoskonałą ciemność.
Tylko Steve był w stanie dostrzec w niej coś innego, coś wyjątkowego.
Coś Jego.
(...)
Uderzające o okno krople deszczu irytowały. Niszczyły wszechobecną ciszę, w której James zaszył się po ogromie tych wszystkich zdarzeń. Kapitana Ameryki nigdzie nie było. Gdy dotarła do niego ta druzgocząca wiadomość, poruszył niebem i ziemią, by odnaleźć swojego drogiego przyjaciela. Stevena jednak nigdzie nie było. Zniknął i nikt nie widział sposobności, by ten miał wrócić.
Wyrzuty sumienia nie pozwalały Bucky'emu normalnie spać. Koszmary stały się coraz bardziej wyraźne, prześladując go całym swoim ogromem. Tęsknota za tym mężczyzną przytłaczała. Za tą szczerą wiarą w niego; wiarą w okrutnego człowieka, którym się stał. Nie potrafił o tym ot tak zapomnieć. Nie chciał się też poddawać. Bytował więc tu i ówdzie, wędrując nie tylko po świecie w usilnych poszukiwaniach, ale i wgłąb samego siebie. Wgłąb swojego serca i duszy. Zaczął dostrzegać pewne zmienne już dawno temu. Że ta przyjaźń jest czymś wyjątkowym; ponad czas, ponad formę, w której dotychczas uparcie tkwiła. Bał się niegdyś zbliżyć do prawdy, zdając sobie sprawę, że mógłby nie wytrzymać ciężaru emocji. Nie chciał znowu pod ich wpływem stać się maszyną do zabijania. Duchem. Tylko Steve mógł go uchronić przed tym losem. Musiał znaleźć go czym prędzej. Nawet jeśli wszystko było przeciwko niemu, nie miało to większego znaczenia. Steven był gdzieś tam. Musiał z nim porozmawiać za wszelką cenę. Więc biegł przed siebie, będąc niepowstrzymanym wobec losu, który śmiał dyktować im te warunki.
Tym razem chciał przezwyciężyć przeznaczenie i wziąć sobie to, czego tak naprawdę pragnął.
(...)
Do grupy teatralnej dołączył całkiem niedawno, przekonany o tym, że powinien być w tym miejscu. Kierowany tym intuicyjnym przeświadczeniem, starał się jak najlepiej odgrywać dane mu scenariusze. Choć dotąd grał głównie niszowe role, nie miało to dla niego żadnego znaczenia. Będąc tutaj, czuł tę szczerą radość. Szczęście. Gdy niedawno ponownie uchylił swe ociężałe powieki, to uczucie było czymś odległym i nieosiągalnym. Dlatego, gdy poczuł coś niepowtarzalnego, gdy znalazł się przez splot przypadków na scenie, postanowił rzucić się na głęboką wodę i brnąć w to. Brnąć w nieznane. Nie szukał odpowiedzi na nurtujące pytania. Zakładał, że tak będzie lepiej dla niego. Bycie tutaj dawało mu to, czego potrzebował rozpaczliwie całym sobą.
Żył tylko z tą przytłaczającą obawą; świadomością, że gdy któregoś dnia zamknie powieki, to wszystko może prysnąć niczym bańka mydlana.
W zaledwie jeden, krótki moment.
(...)
Wskazówki hotelowego zegarka tykały głośniej i głośniej. Zimowy Żołnierz nie był w stanie zasnąć, co oczywiście mógł usprawiedliwić stertą papierów na jego łóżku. Przeróżnych dokumentów i wycinków z gazet, które odgrywały rolę niezbędnych tropów w tej życiowej misji Bucky'ego na końcu świata. Nie odpuścił, mimo że Avengersi jak jeden mąż powtarzali, że powinien już po roku przestać i pogodzić się ze stratą najlepszego przyjaciela. Wtenczas James zawsze odważnie bronił się jednym zdaniem:
''Steven nigdy by mnie nie zostawił''.
Zawierzał w to. Zawierzał prawdzie.
Tej nocy, znalazł niespodziewanie drogowskaz, prowadzący w to jedno miejsce.
Do domu.
(...)
Brooklyn był pełen tych skrywanych przed światem tajemnic. Steven znalazł przyjemność w odkrywaniu ich znaczenia raz za razem. Pozwalał sobie na dłuższe spacery, gdzie poznawał najmniejsze zakamarki tego miasta. Czuł się tutaj ''jak w domu''. Choć nie wiedział, gdzie zagrzał niegdyś miejsce, teraz chciał tutaj być. To było Jego miejsce. Na przedmieściach w jednej z dzielnic czy na deskach zapomnianego teatru.
(Tylko niekiedy niezrozumiałe uczucie dawało o sobie znać. Jakby raz za razem wtórowało do Niego. Nie dopuszczał tej rzeczywistości do siebie.
W nadziei, że tak jest najlepiej.)
(...)
Dążenie do tego, co utracone kojarzyło mu się z poszukiwaniem na nowo swej nadziei na lepsze jutro. Bucky dopiero zrozumiał tą sentencje, gdy znalazł się z powrotem w domu. W miejscu, które teraz tętniło życiem. W miejscu, w którym tkwiły te wszystkie wspomnienia o nich samych. Tutaj niegdyś byli i brnęli ku marzeniom. Pełni tej młodzieńczej werwy, pełni tych wszystkich oczekiwań wobec świata, chwytali swe marzenia i nie puszczali. Ziścili je. Zapłacili jednak za to zbyt wysoką cenę. Utracili siebie. Zupełnie tak jak teraz.
Tylko tym razem sierżant nie chciał odpuścić.
Nie musiał.
Stał teraz przed teatrem, ściskając bilet w dłoni i oczekując.
Tak bardzo chciał go znów zobaczyć. Tak bardzo tęsknił. On chyba...
Nie. On na p e w n o.
(...)
Dla Stevena panowałby przytłaczający mrok, gdyby nie te zaskoczone spojrzenie niebieskich oczu, skupionym tylko na nim. Trwającym wtenczas w ciszy artyście, poszukującym w swojej głowie wyuczonej toć kwestii. Pełnej teraz tych wszystkich gromadzących się niespodziewanie myśli, sprzecznych uczuć.
Kojarzył to spojrzenie. Znał je lepiej niż ktokolwiek inny.
Gdzieś je widział.
Rozumiał tę tęsknotę, której doświadczył w tym błękicie. Sam toż za czymś ''tęsknił'. Próbował zdusić to wszystko (swoją przeszłość), ale ta wracała do niego niczym bumerang.
Nie wiedział, kim był i czego ''potrzebował''. Widział pomnik ze swoją podobizną, widział zdjęcia w gazetach. Czytał nagłówki. Czytał ''Kapitan Ameryka wciąż poszukiwany''. Nie chciał wierzyć.
Dlatego był tu i teraz. Grał rolę, o której sam decydował. Był wolny od tych wszystkich wyrzeczeń w imię świata.
A w oczach mężczyzny, siedzącego w pierwszym rzędzie nie widział ani złości, ani rozczarowania decyzją Stevena.
Widział coś, co sprawiało, że jego serce zabiło mocniej.
Jego kąciki ust, uniosły się w wyrazie nieśmiałego uśmiechu, skierowanego tylko dla Niego.
Kontynuował to dla siebie, będąc tym, kim chciał być. Bucky zaś trwał przy nim, bez zbytecznych słów, bez ''wspomnień'' tego, co niegdyś.
Razem mogli zacząć tworzyć te nowe.
