Chapter Text
***
Hermiona Granger była realistką. Twardo stąpała po ziemi i żyła w przekonaniu, że absolutnie żaden mężczyzna nie był jej potrzebny do szczęścia. Krótki – ale jakże nieudany – związek z Ronem tylko ją w tym utwierdził. Faceci mogliby nawet nie istnieć, jednak książki... O tak! Bez nich zdecydowanie nie wyobrażała sobie życia. I od kiedy w Esach i Floresach zapowiedziano spotkanie autorskie z jej najnowszym czytelniczym odkryciem, nie mogła myśleć o niczym innym.
Na kilka dni przed tym wielkim wydarzeniem zaczęła zastanawiać się, co tak właściwie było wiadomo o autorce magicznego kryminału o chwytliwym tytule Morderstwo w Hogwart Ekspressie. Wydawnictwo poskąpiło na dodruk krótkiego biogramu debiutantki na magicznym, literackim rynku, zaś czarodzieje prześcigali się w wymyślaniu coraz to durniejszych plotek. Cóż, Hermiona nie mogła tego tak zostawić. Postanowiła sama dowiedzieć się wszystkiego o niejakiej Florze MacDoy.
Najpierw na luźnej kartce wypisała każdy - nawet najmniejszy - detal, który mógłby pomóc w poszukiwaniach. Pierwsza na myśl nasunęła się wręcz drobiazgowa znajomość szkolnego pociągu i samego Hogwartu. To dzieło musiał stworzyć ktoś, kto już kiedyś tym samym parowozem zmierzał wprost do Hogsmeade. Kolejną wskazówkę znalazła w jej nazwisku, którego przedrostek był typowy dla mieszkańców Irlandii i rejonów północnej Szkocji. Bingo! Wiedziała już gdzie i czego powinna szukać. Ach, jakże była z siebie dumna. Sama czuła się jak główna bohaterka ulubionej powieści – detektyw Megara Hinger-Janner, która krok po kroku rozwiązywała zawiłe tajemnice, do jakich niezaprzeczalnie zaliczała się zagadkowa pisarka.
Hermiona, korzystając z tego, że od godziny była już po pracy, postanowiła odwiedzić ministerialne archiwum. Dział w całości poświęcony Hogwartowi wydawał się nie mieć końca, jednak ona nie wyglądała na zniechęconą. Z drapieżnym uśmiechem sięgnęła po pierwszą, pożółkłą teczkę.
***
Po czterech godzinach stos przejrzanych akt stał się niebezpiecznie wysoki. Miała już za sobą blisko sto roczników, lecz na żadnej liście przyjętych uczniów nie znalazła nawet wzmianki o przeklętej Florze MacDoy.
Zrezygnowana klapnęła na chłodną posadzkę i niechętnie odsyłała następne dokumenty na swoje miejsce. Hermiona wątpiła, że pisarka mogła być starsza. Akcja wydarzeń Morderstwa w Hogwart Ekspressie przypadała na lata, w których sama Granger była jeszcze uczennicą i najpewniej widziałaby tę MacDoy jako swoją równolatkę, ale nie znała nikogo o takim nazwisku. Chyba, że...
– To Flora Carrow! – wykrzyknęła, a jej głos odbił się echem od kamiennych ścian.
Jak mogła o zapomnieć o tej wrednej Ślizgonce, z którą miała nieprzyjemność poznać się na jednym ze spotkań klubu Ślimaka? Cóż, nazwisko się nie zgadzało, ale mogła być już mężatką. W końcu ponoć każda potwora znajdzie kiedyś swojego amatora, tylko Granger nie sądziła, że Carrow uda się to przed nią.
Nagle wszystko zaczęło się układać w całkiem spójną całość. Po pierwsze - zgodnie z fabułą - ofiarą był Gryfon, co już powinno stanowić wystarczający argument. Na dokładkę spora część akcji rozgrywała się w pokoju wspólnym Slytherinu, a kto najlepiej oddałby ten mroczny klimat zimnych lochów, jak nie ich wieloletni mieszkaniec? Brązowowłosa była pewna, że zakończyła swoje śledztwo sukcesem.
Otrzepała przykurzoną spódnicę i z uśmiechem na twarzy zamknęła za sobą ciężkie drzwi.
***
Długo biła się z myślami, czy w piątkowy wieczór przestąpić próg Esów i Floresów. Z jednej strony wciąż była wielką fanką Morderstwa w Hogwart Ekspressie i miała już przygotowaną długą listę ciekawych pytań do autorki, którą dotychczas - obok Bathildy Bagshot - uważała za jedną ze swoich ulubionych pisarek, lecz kiedy odkryła, że najpewniej była to znienawidzona Carrow, jej entuzjazm prawie całkowicie opadł. Faktem było to, że koniec końców na ostatnim roku ich relacja z wrogiej przeszła na czysto obojętną, a przez te wszystkie lata nie miały żadnego kontaktu. Cóż, obie dorosły i może przyszedł najwyższy czas, aby zapomnieć o niefortunnej przeszłości?
Z takim przekonaniem Hermiona założyła ciepły, wełniany płaszcz i wrzuciła garść proszku Fiuu do kamiennego kominka.
– Na Pokątną.
***
Z oszronionej witryny spoglądały na nią równo ułożone egzemplarze Morderstwa w Hogwart Ekspressie. Znajoma lokomotywa pędziła po kolejowym wiadukcie, zostawiając za sobą kłęby gęstego dymu. Przypomniała sobie to niesamowite uczucie ekscytacji, kiedy sama w jednym z wagonów zmierzała wprost do stacji Hogsmeade. Uśmiechnęła się pod nosem, ścisnęła mocniej książkę i złapała za mosiężną klamkę.
Wewnątrz kręciło się kilka czarownic. Cóż, do spotkania pozostała jeszcze godzina, ale ona lubiła być na czas. Poza tym tu zawsze szybko znajdywała sobie zajęcie. Odwiesiła czerwony płaszczyk na swoim stałym miejscu, po czym – jak to miała w zwyczaju – zniknęła wśród niezliczonej ilości regałów.
Im bliżej było do dziewiętnastej, tym czarodziejów w Esach i Floresach niebezpiecznie przebywało. Hermiona słusznie zawyrokowała, że nie ma co się ociągać, bo za chwilę zabraknie dla niej wolnego miejsca. Opuściła dział magizoologiczny z kolejnym opasłym tomiszczem pod pachą. Nie mogła wyjść stąd z pustymi rękami. To było silniejsze od niej i gdyby tylko na koncie miała więcej galeonów, na jednej pozycji na pewno by się nie skoczyło.
Ostrożnie weszła do sekcji kryminałów, gdzie tuż przy kilku szeregach drewnianych krzeseł ustawiono niewielki podest, na którym za kilka chwil miała zasiąść Flora MacDoy. Przeciskała się przez tłumy żywo dyskutujących czarownic, szukając jakiegokolwiek wolnego miejsca. W końcu kątem oka dostrzegła ostatnie – w samym środku trzeciego rzędu. Nie miała wyboru. Wzięła głęboki wdech i z przepraszającym uśmiechem zaczęła przedzierać się wgłąb sali. Odetchnęła z ulgą, kiedy nareszcie dotarła do celu. Nie zliczyła, ile razy nadepnęła na czyjś trzewik, czy zrzuciła z kolan przygotowane do podpisu woluminy. W końcu sama mogła dołączyć do reszty oczekujących czytelników... I wtedy właśnie zrozumiała, dlaczego nikt dotychczas nie zajął tego miejsca.
Tuż przed nią siedział postawny mężczyzna, niewiele niższy od Hagrida, który skutecznie zasłaniał jej cały widok. Obróciła się tęsknie w stronę wąskiego przejścia. Zawahała się na moment, jednak ostatecznie nie zdecydowała się na powrót. Przypuszczała, że kolejne mordercze spojrzenia gniewnych wiedźm mogłyby ją zabić. Zrezygnowana Gryfonka rozsiadła się na twardym krześle.
Nic nie widziała, było jej niewygodnie, a irytująca para obok głośno komentowała nadchodzące wydarzenie. Spotkanie autorskie nie zapowiadało się najlepiej, ale cóż gorszego mogło się jej przytrafić?
***
Zegar uderzył siódmy raz. Hermiona niespokojnie kręciła się na krześle, próbując znaleźć pozycję, w której udałoby się jej cokolwiek zobaczyć. Na próżno. Musiała zadowolić się jedynie walorami dźwiękowymi, które na razie pozostawiały wiele do życzenia. Zbyt głośna melodia połączona z gwarem rozmów wywołała u niej ból głowy. Zaczęła żałować, że w ten piątkowy wieczór nie zaszyła się z książką i kubkiem malinowej herbaty w swojej samotni.
Nagle muzykę wyłączono, a czarodzieje zamilkli. Szatynka podejrzewała, że właśnie ktoś wszedł na podest i tym razem się nie myliła, jednak zamiast oczekiwanego damskiego głosu, usłyszała znajomy dźwięk o barwie głębokiego basu.
– Witam wszystkich spragnionych literatury w moich skromnych progach. Jestem Acturus Basset...
Zebrani wszczęli głośny aplauz, do którego Hermiona dołączyła bez wahania. Gwizdnęła nawet kilka razy i wydała z siebie krótki okrzyk. Może i to było do niej niepodobne, ale jeśli chodziło o pana Acturusa, a właściwie po prostu Rusa – jak surowo nakazał jej do siebie mówić – pozwalała sobie na chwile zapomnienia. Wbrew całej swojej awersji do mężczyzn zgryźliwy starzec zdobył jej serce i gdyby był tylko sześćdziesiąt lat młodszy...
– Serdecznie dziękuję za brawa, choć nie wiem, czym udało mi się na nie zasłużyć. – Zaśmiał się ciepło. – Moi mili, wiecie, że jest ze mnie stary choleryk, więc dla poszanowania moich nerwów przejdę wprost do sedna. Ponad trzydzieści tysięcy sprzedanych egzemplarzy. Twórca jednego z bestsellerów na półkach Esów i Floresów. Debiut roku według magazynu Czarownica. Najgorętsze i najbardziej tajemnicze nazwisko ostatnich miesięcy. Drodzy Państwo – FLORA MACDOY!
Nagle zgasły wszystkie światła, w tle puszczono pompatyczną melodię, a nad sceną pojawił się migoczący napis z nazwiskiem autorki. W sali ponownie zapanował rozgardiasz. Czarodzieje głośno wiwatowali na cześć pisarki. Kilka fanek wydało z siebie nieprzyjemny dla uszu pisk.
Hermiona od razu zrozumiała, że MacDoy tym sposobem potęgowała napięcie. Podgrzewała atmosferę podobnie, jak uczyniła na kartach powieści tuż przed zdemaskowaniem zabójcy. Szatynka, choć nie dała całkowicie porwać się entuzjazmowi tłumu, to z drżeniem rąk oczekiwała na pojawienie się artystki. Po kilku długich minutach melodia ucichła, a do naftowych lamp powoli wracał ogień. Publiczność zastygła, by po chwili zatonąć w szeleście urywanych rozmów.
– Na brodę Merlina, nie wierzę własnym oczom! – Usłyszała od marnej imitacji Hagrida.
– To skandal! – Dobiegło gdzieś z ostatniego rzędu.
Granger z szeroko otwartymi oczami śledziła niezrozumiałą reakcję zebranych. Kilka osób rzuciło ciężkie książki o drewnianą posadzkę i z wściekłością wypisaną na twarzy wrzeszczeli coś niezrozumiałego w stronę sceny. Część obserwujących z widocznym przerażeniem opuszczała mury Esów i Floresów. Za to fotoreporterzy byli w swoim żywiole. Błyski fleszy migały nieprzerwanie, a trzask kliszy zaczął zagłuszać okrzyki oburzenia. Dziewczyna niepewnie przesunęła się na sąsiednie krzesło, które przed momentem w pośpiechu zwolniła irytująca ją para. Na własne oczy chciała się przekonać, co wywołało tak wielkie poruszenie. Była Gryfonka wyciągnęła szyję i skierowała wzrok w kierunku źródła zamieszania, którym okazał się być... Malfoy?
Czarownica skuliła się i czmychnęła z powrotem na swoje miejsce, dziękując wszystkim znanym bóstwom, że prawie-Hagrid nie zdecydował się opuścić sali. Malfoy chyba jej nie dostrzegł, bo z książką w dłoni szczerzył się do wycelowanych wprost w niego obiektywów.
Hermiona siedziała jak spetryfikowana, próbując jakkolwiek przyswoić bieżące informacje. To nie mógł być on. Postanowiła to jeszcze raz sprawdzić. Nieśmiało powtórzyła wcześniejsze kroki, co tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że na podeście stał jej największy arcywróg, utrapienie szkolnych lat, dozgonny rywal i nemezis w jednym, ale nie to było najgorsze. Najstraszniejszym jawiło się to, że jednocześnie był także jej ulubionym pisarzem.
***
W głowie opracowała szczegółową taktykę ucieczki. Z uwagi na bariery antykradzieżowe w Esach i Floresach nie można było się deportować, zatem pozostawała jej jedna droga ewakuacji, przez którą czarodzieje masowo opuszczali księgarnię. Pluła sobie w brodę, że nie pożyczyła od Harry'ego peleryny, ale przecież nie tylko dzięki niej mogła stać się niewidzialna. Zaklęcie kameleona miała w jednym paluszku. Wystarczyło jedynie wyjąć różdżkę i było po sprawie.
Sięgnęła do torby i zaczęła grzebać. Od niezbędnych kilku książek, czy tuzina mugolskich długopisów, przez słodkie przekąski, na poręcznej apteczce kończąc. Miała tam dosłownie wszystko. Wszystko z wyjątkiem swojej różdżki, którą... zostawiła w kieszeni płaszcza, po tym jak po wyjściu z kominka użyła jej do oczyszczenia zakurzonego płaszcza. Po wojnie zbyt się wyluzowała i teraz płaciła za to najwyższą cenę, bo jeśli ten nadęty bufon by ją tutaj zobaczył, umarłaby ze wstydu.
– A niech to szlag – przeklęła po nosem i objęła się ciaśniej ramionami.
Póki postawny mężczyzna wciąż tu był, ona mogła się czuć względnie bezpiecznie i tej myśli postanowiła się chwycić najmocniej, jak tylko potrafiła.
– Moi mili... – zaczął wciąż wyraźnie skołowany Rus Basset. – Zapraszam... pana Malfoya na panel, a państwa do zadawania pytań.
Jego głos odbił się echem po opustoszałej sali, gdzie większą część widowni zaczęli stanowić żądni sensacji dziennikarze na czele z Ritą Skeeter, która od razu przypuściła atak:
– Panie Malfoy, sprawił nam pan dzisiaj wielką niespodziankę.
– Cała przyjemność po mojej stronie – przemówił po raz pierwszy.
Hermiona stwierdziła, że przez te lata jego głos stał się męski i nawet całkiem przyjemny, gdyby nie fakt, że te wszystkie słowa wychodziły z ust największego oszczercy w dziejach Hogwartu.
– O tak. Reakcja publiczności zdała się to potwierdzić – dodała pogardliwie.
Brązowowłosa żałowała, że nie mogła dostrzec jego twarzy, którą pewnie właśnie zdobił piękny grymas niezadowolenia. Był to obraz wart milionów galeonów, jednak tym razem musiała obejść się smakiem.
– Skąd w pana głowie pojawił się ten kobiecy pseudonim? Czyżby obawiał się pan sporej krytyki, wydając pod własnym – już nie tak chlubnym – nazwiskiem? – ciągnęła kpiarsko.
– Droga pani Skeeter– zaakcentował zajadle jej nazwisko – szczerze ubolewam, że tak doświadczona dziennikarka śledcza jak pani nie zdołała rozwiązać tej niepozornej tajemnicy, jaką skrywa moje artystyczne alter ego. Pozwoli pani, że pomogę rozszyfrować tę małą enigmę.
Hermiona zaintrygowana ich kąśliwą dyskusją postanowiła na własne oczy zobaczyć pokaz Malfoya. W końcu jej samej nie udało się odkryć, że to właśnie ten kretyn stworzył to kryminalne arcydzieło, przy którym i zaśmiewała się do utraty tchu, i uroniła kilka łez wzruszenia.
Draco zszedł z podestu i wycelował różdżką w migoczący napis tuż u szczytu. Litery zaczęły płynnie zmieniać swoją kolejność i już po chwili uformowały się w dwa słowa: DRACO MALFOY.
Granger zacisnęła mocno pięści. Na miecz Godryka, to było przecież takie oczywiste, a ona nawet o tym nie pomyślała. Ślizgon był cwany i niechętnie przyznała, że wystrychnął ją na dudka.
– Mam nadzieję, że rozwiałem wszystkie wątpliwości, pani Skeeter– zwrócił się bezpośrednio do oburzonej kobiety, która z wściekłością notowała coś na rolce pergaminu. – Czy ktoś z państwa ma jeszcze jakieś pytania?
Hermiona z podziwem wgapiała się w jego krnąbrną sztuczkę. Zbyt długo. Nie zdała sobie sprawy, że i ją ktoś zdążył dostrzec.
Draco uważnie rozejrzał się po sali, natrafiając na nieokiełznaną burzę loków.
– Kogo my tu mamy – pomyślał, a na jego ustach zagościł iście szatański uśmiech. – Granger, wpadłaś jak śliwka w kompot. Marny twój los.
Czarodziej odchrząknął, a brązowowłosa od razu oprzytomniała i wróciła do swojej kryjówki, która powoli przestawała być dla niej azylem.
– Drodzy państwo, jest z nami ktoś, kogo nie trzeba przedstawiać, jednak pozwólcie, że to zrobię... – Hermiona przymknęła powieki. Czuła po kościach, że już po niej. Głupia, sama się zdemaskowała. I to przez taki tani trik. A trzeba było nie wychodzić spod ciepłego koca. – Bohaterka magicznego świata, najmądrzejsza czarownica naszych czasów, a prywatnie koleżanka ze szkolnych lat i, jak się okazuje, moja wierna fanka. Proszę o wielkie brawa dla panny Hermiony Granger.
Nagle wszystkie oczy na sali zwróciły się ku byłej Gryfonce. Czarownica uśmiechnęła się nerwowo. Dobrze wiedziała, że teraz nadeszła kolej na jakiś jej ruch. Miała ochotę go poćwiartować, ale wokół było zbyt dużo świadków, aby uszło jej to na sucho. Najchętniej sama zniknęłaby z powierzchni ziemi, ale nie miała zamiaru poświęcać się dla tego gada. Cóż, z braku innych możliwości postanowiła wstać i z wysoko uniesioną głową dołączyć do Rusa i Malfoya, któremu całą drogę posyłała mordercze spojrzenia.
Draco zdawał się nic z tego nie robić. Ba, wyglądał na niezwykle usatysfakcjonowanego obrotem sytuacji. Nawet odsunął jej stołek, by mogła usiąść tuż obok niego, co niechętnie uczyniła.
– Hermiono – pierwszy raz w życiu zwrócił się do niej po imieniu i czuła, że miał w tym swój interes. – Powiedz szczerze, co tak wytrawny czytelnik sądzi o moim skromnym dziele?
Mogła go okłamać i zjechać od góry do dołu tę nieszczęsną książkę, ale nie była w stanie tego zrobić. Za bardzo ją doceniała, by publicznie wygadywać o niej takie farmazony, dlatego tym razem schowała swoją gryfońską dumę głęboko do kieszeni.
– Uważam, że Morderstwo w Hogwart Ekspressie słusznie znalazło się na liście bestsellerów – przyznała, na co Draco lekko podniósł brew. Widocznie był przygotowany na inną odpowiedź. – Fabuła jest niezwykle interesująco skrojona i cały czas pozostawia czytelnika w niepewności. Jeśli zaś chodzi o postaci, to szczególnie ciekawie została wykreowana postać detektyw Megary, która jest i diabelnie inteligentna, i równie sarkastyczna, ale mimo tego wszystkiego ma w sobie sporo ciepła. To bardzo dobra książka. Prawie doskonała...
– Prawie? – powtórzył z wyraźnym grymasem.
Nie wiedział, czy większym zaskoczeniem było to, że Granger jawnie doceniła jego pracę, czy to, że miała do niej jakieś „ale". Ciekawiło go, co tym razem pannie Wiem-To-Wszystko nie pasowało.
– Prawie – potwierdziła stanowczo. – Wątek miłosny leży i kwiczy, dlatego proponowałbym następnym razem skupić się stricte na kryminale.
Spojrzała na niego wyzywająco. Była z siebie zadowolona. Utarła nieco ten jego arystokratyczny nochal. Pewnie fruwał już kilka metrów nad ziemią, a teraz zaczął niebezpiecznie pikować w dół. Dobrze mu tak. Trzeba było zostawić ją w spokoju.
– Panie Malfoy. – Księgarz starał się opanować nerwową sytuację. – Czy ma pan już plany na następną powieść?
– Oczywiście – odparł, wgapiając się nachalnie w tryumfującą czarownicę.
– Och, Granger – wysyczał w myślach. – Wiedźmo od siedmiu boleści, zaraz ten wredny uśmieszek zniknie z twojej piegowatej twarzy.
– Mój nowy kryminał Trup w dormitorium będzie opowiadał o nietypowym morderstwie. Jeden z prefektów naczelnych znajduje zwłoki swojego towarzysza w ich wspólnym dormitorium... i sam zostaje głównym podejrzanym. Jako jedyny znał hasło do pokoju wspólnego, szczerze i jawnie się nienawidzili, a dodatkowo dzień wcześniej w obecności świadków wygrażał mu na szkolnym korytarzu. Dowody wydają się niezbite, ale czy na pewno? Już w czerwcu razem z detektyw Megarą rozwiążecie tajemnicę kolejnej zbrodni, która wstrząsnęła Hogwartem.
Granger nie dowierzała w to, co przed chwilą usłyszała. Czy on ją właśnie uśmiercił? I w dodatku ten bufon zrobił to ze szczerym uśmiechem na twarzy. Dupek.
– I tym razem tożsamość zabójcy będzie dla nas zagadką aż do ostatniego zdania? – dopytywał wyraźnie zaintrygowany Basset.
– Myślę, że nie będzie pan zawiedziony – przyznał tajemniczo.
– Czy mają państwo jeszcze jakieś pytania do autora?
Sala milczała. Rita Skeeter wciąż wściekle wgapiała się w niewzruszonego Malfoya, który wygodnie rozsiadł się na krześle. Spotkanie autorskie – a tym samym tortury Hermiony– zbliżało się do wyczekiwanego końca. Raczej nie liczyła na to, że będą jacyś chętni do otrzymania autografu. Fanów cały czas ubywało i ostatecznie oprócz dziennikarzy i fotoreporterów siedziało z siedmiu najbardziej wytrwałych czarodziejów.
– Zatem dziękuję wszystkim za przybycie i zapraszam na skromny poczęstunek. – Acturus wskazał szwedzki stół w kącie sali i w ciszy zszedł ze sceny. On także cieszył się, że feralne spotkanie było już za nim.
Hermiona chciała podążyć jego śladem. Odsunęła stołek i już miała wstać, kiedy poczuła na nadgarstku chłód czyjejś dłoni, który sprowadził ją z powrotem na niewygodny stołek.
– Myślałaś, że po tym wszystkim tak łatwo cię puszczę, Granger? – zakpił. – A wszyscy trąbią, że ponoć jesteś najmądrzejszą wiedźmą od czasów Roweny Ravenclaw...
– Puszczaj mnie, Malfoy – wysyczała przez zęby.
Nie chciała niepotrzebnie zwracać na siebie żądnych sensacji spojrzeń, już i tak przez chwilę nieuwagi stała w błysku fleszy. Oczami wyobraźni widziała jutrzejszy nagłówek Proroka Codziennego: „Hermiona Granger i szokujący finał spotkania autorskiego". O nie. Nie mogła dać Ricie kolejnej pożywki.
– Spokojnie, Granger. – Zaśmiał się cicho. – Chciałem się tylko zrewanżować i zaprosić cię na kolację.
Czarownica zmarszczyła brwi. Malfoy z własnej woli nie zaproponowałby jej nawet szklanki wody. Nie bezcelowo....
– Zrewanżować za co? – zapytała nieufnie.
– Za twoją recenzję... Liczyłem, że z uwagi na naszą dawną... – zamilkł na chwilę w poszukiwaniu właściwego słowa – ...znajomość nie zostawisz na mnie suchej nitki.
– Ty najpewniej byś tak zrobił – stwierdziła sucho.
– Tak, a potem publicznie zwęgliłbym twoją książkę – zadrwił. – Zmieniłem się, Granger.
– Ludzie się nie zmieniają, Malfoy – odparowała.
–Mugole może nie, ale ja jestem czarodziejem. – Uśmiechnął się zadziornie. – To jak, Granger, uczynisz mi ten zaszczyt?
Hermiona nie wiedziała, co powinna zrobić. Bo z jednej strony to wciąż był cholerny Draco Malfoy, ale z drugiej był autorem Morderstwa w Hogwart Ekspressie, a ona nie zadała żadnego z nurtujących ją pytań. Nie umiała podjąć tej decyzji, dlatego postanowiła sobie pomóc.
– Podaj przynajmniej jeden powód, dla którego powinnam się zgodzić – powiedziała po chwili.
– Ja stawiam.
To był całkiem sensowny argument.
– Ale ja wybieram miejsce – dodała.
– Niech stracę – skapitulował.
– Dobra, Malfoy. Nawet nie wiesz, w co się właśnie wpakowałeś. Puszczę cię z torbami – pomyślała Hermiona, kiedy w myślach wyszukiwała jakiś odpowiedni lokal.
W całym magicznym Londynie była tylko jedna restauracja wyróżniona trzema pucharami Helgi Hufflepuff. W sławnej Mantykorze nawet cena wody wbijała w posadzkę, a co dopiero kilkudaniowej kolacji. Ach, jakże żałowała, że nie włożyła czegoś luźniejszego. Nie dość, że pofolguje sobie na jego rachunek, to jeszcze uprzykrzy życie temu zawziętemu dupkowi. W końcu znalazła jakieś plusy tego nieszczęsnego wieczoru.
***
Moi mili!
Po pierwsze, dziękuję że jesteście i dotarliście na sam koniec pierwszej części mojej historii.
Po drugie, za niedługo wpadnie kolejny rozdział przygód Hermiony i Draco. Żadne z nich nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa.
No i po trzecie, zapraszam Was do moich pozostałych prac. Są w innym stylu, ale mam nadzieję, że będą Wam tym, czym stało się Morderstwo w Hogwart Expressie dla Hermiony.
