Work Text:
Yoongi przyzwyczaił się już, że leży w łóżku tylko, kiedy za oknem jest ciemno, a światło sączy się ponuro z kilku ulicznych latarni. W takich porach Icheon wygląda nawet całkiem przyjemnie, w niektórych miejscach błyszczy neonami i sygnalizacją świetlną, wyraźnie widać wszystkie znaki drogowe i przejścia dla pieszych, fragmenty małego świata odbijają się w lusterkach. Czasami, jeśli akurat samochód jest ustawiony w prawidłowym kierunku i niebo nie jest zachmurzone, może zobaczyć księżyc. Wydaje mu się, że planeta dziwnie zmizerniała i wychudła, a miasto i kolorowe światła wokół sprawiają, że wygląda na lekko zaróżowioną.
Yoongi od jakiegoś czasu nie potrzebuje budzika. Jego organizm szybko się przyzwyczaja. Jest półprzytomny zanim wsiądzie do samochodu. Jak w amoku wciąga na siebie ubranie, zgarnia z ziemi torbę i jedzenie z małej, przenośnej lodówki, uważając oczywiście, żeby nie zbudzić matki. Gdy wrzuca wszystkie rzeczy do dostawczaka, zapina się pasami, włącza muzykę i patrzy na siebie w małym lusterku – dopiero wtedy bardziej się rozbudza, przeciera twarz rękami, ziewa. Kiedyś kładł głowę na kierownicy na pięć sekund, ale przestał po tym, jak zasnął i wyjechał spod domu godzinę później niż powinien.
Jadąc, stara się nucić muzykę i kołysać się do rytmu, żeby choć trochę się rozweselić. Prawie nigdy nie pomaga, ale Yoongi jest uparty. Nawet nie jest do końca pewny, czemu to robi. Ulice są jeszcze prawie puste, kiedy samochód Yoongiego powoli się po nich przetacza. Najczęściej jeśli kogoś spotyka, to jest to któryś z chłopaków z magazynu. Machają sobie wtedy i po krótkich przepychankach który ustępuje któremu, obdarzają się niezręcznym, smutnym uśmiechem i jadą dalej.
Yoongi zgrabnie wsuwa się samochodem do magazynu. W magazynie zawsze świeci się światło. Wielka maszyna, która nigdy nie śpi. Yoongi macha do portiera, który właśnie wsuwa makaron do ust. Śniadanie albo kolacja. Możliwe, że też obiad. Portier odmachuje mu, trzymając pałeczki w dłoni.
Chociaż jest bardzo wcześnie, w magazynie jest już wielu dostawców. Yoongi kiwa tylko głową do tych, których mija. Nie ma czasu witać się ze wszystkimi, nie ma też takiej potrzeby. Kiedy Yoongi parkuje samochód i wysiada z niego, staje oko w oko z koślawą piramidą. Tysiące paczek, tekturowych, kolorowych, białych, czarnych, z rysunkami, z napisami, obklejone taśmami albo ściśnięte spinaczami. Yoongi już przyzwyczaił się do tego widoku, ale za każdym razem i tak trochę kręci mu się w głowie i mimowolnie krzywi się. Albo to już taki rytuał. Yoongi ma wrażenie, że wszyscy tutaj czują się podobnie.
Na początku, obowiązkowo, ustawia wiatrak. To jego własna żałosna klimatyzacja, którą sam kupił. Kiedyś mieli tutaj wiatrak na kilka osób, ale trzeba było go zajmować i ciągle przesuwać. Nie ustawały też kłótnie o to kto go miał, a kto ile go przy sobie trzymał, a kto następny i Yoongi któregoś dnia po prostu przyniósł swój własny wiatrak, który teraz wiecznie ze sobą woził.
Najbardziej przedziwne jest to, że nikt nie płaci Yoongiemu za sortowanie wielobarwnej piramidy. Ani Yoongiemu, ani w zasadzie żadnemu chłopakowi. Nawet Namjoonowi, który sortuje najszybciej i najdokładniej, zawsze milczy i patrzy ponuro, kiedy ktoś mu wchodzi w drogę. Namjoon nosi słuchawki podczas sortowania. Kiedyś któryś z przełożonych przyszedł, żeby zwrócić mu na to uwagę, przecież było to nieprofesjonalne (czy profesjonalne było pracowanie za darmo przez cztery godziny?), ale Namjoon tylko popatrzył na przełożonego spode łba i cisnął w niego małą, grzechoczącą paczuszką, jakby grał w baseball. Przełożony najwyraźniej nie chciał grać, bo zrobił tylko szybki unik i zwiał po schodach. Gdyby miał ogon, pewnie by go podkulił. Yoongi wiedział, że ten przełożony kłócił się później z pozostałymi i chciał Namjoona zwolnić, ale wszyscy kazali mu zostawić go w spokoju. Namjoon pracował najszybciej i najwydajniej.
Co prawda dopiero od śmierci Sungho.
Yoongi nie do końca rozumiał, czemu nikt nie płaci dostawcom za czterogodzinne, zazwyczaj, sortowanie paczek, ale specjalnie nie zadaje pytań. Przecież wszyscy dostawcy przyjeżdżają i sortują, robi to więc również on, przecież jeśli przestanie to na pewno ktoś szybko wskoczy na jego miejsce i Yoongi nie będzie tu już potrzebny.
Najgorzej było w czasie pandemii. Teraz nie jest przecież tak źle. Yoongi nie dostaje już krwotoku z nosa trzy razy dziennie. Jak na złość, wtedy nigdy nie miał przy sobie chusteczek i milczący Namjoon podchodził do niego i wciskał mu do rąk całą paczkę, a Yoongi mamrotał podziękowanie.
Od zawsze byli tamci, którzy poświęcali i oni, których poświęcano.
Dostawczaki wytaczają się mozolnie z podziemnego wjazdu. Mają zaokrąglone maski i wyglądają przez to trochę jak żółwie.
Yoongi zdaje sobie sprawę, że rozwój jest taki ważny. Całkiem miło myśleć, że ma się w tym swój udział. Poza tym, przecież poświęcenia docenia każdy. I koniec końców, Yoongi pewnie zdobędzie uznanie.
Chyba, że dostanie zawału w wieku dwudziestu sześciu lat jak Sungho.
Mówią, że trzeba myśleć o dzieciach, o przyszłych pokoleniach. Yoongi nie będzie mieć dzieci, a przyszłe pokolenia interesują go tak, jak zeszłoroczny śnieg. Czemu, kiedy Yoongi sam był dzieckiem, wtedy nikt o dzieciach nie myślał? A może myślał, tylko nie takich dzieciach jak on. Krąg nędzy jest przecież trudny do przerwania. Nie ma po co próbować.
Yoongi pamięta, że przed Sungho było ich jeszcze kilku, ale teraz, wstyd przyznać, nie pamięta już ich imion. To było prawie jak zabójcza gra: co jakiś czas któryś z pracowników upadał i się nie podnosił, dostawał wylewu albo zawału. Nigdy nie było wiadomo, o kogo teraz upomni się śmierć. Młodsi dostawcy myśleli, że interesuje się ona tylko ojcami po czterdziestce.
Ale to było przed Sungho.
Yoongi zaczyna rozwozić paczki dopiero kilka godzin po pobudce. Biegi zmienia mu się lekko, bo naciągnął na gałkę skarpetkę. Kiedy tego nie robił, miał odciski na całych dłoniach.
Tak, Yoongi nie ma dzieci i to duża zaleta. Chociaż nie jest specjalnie tkliwy, to nieprzyjemnie szklą mu się oczy, gdy słucha, jak któryś ze starszych pracowników opowiada, jak jego dzieci powoli przestają go poznawać.
Yoongi ma matkę i matka też powoli przestaje poznawać, ale z innych powodów niż dzieci jego kolegów.
Yoongi parkuje samochód na uboczu. Kolejna chwiejna piramida to ta, którą sam ustawił w bagażniku samochodu. Choć ta niepewna konstrukcja bardziej przypomina tetris. W takim wypadku, Yoongi byłby pac-manem. Durnym, niepasującym do całości gnojkiem bojącym się zjaw i pałętającym się bez celu po ciemnej mapie.
Yoongi najbardziej nie znosi, gdy raz już zabrane paczki musi odkładać na ziemię i sam otwierać sobie przeróżne furtki, drzwi, boczne czy tylne wejścia. Namjoon na pewno radzi sobie w takich sytuacjach lepiej. Chociaż nie ćwiczy ani nie chodzi na siłownię (to nie tak, że Yoongi kiedyś go o to zapytał; po prostu Yoongi to wiedział, bo przecież Namjoon nie miałby na to czasu), jest całkiem ładnie umięśniony i wygląda względnie zdrowo. Co za tym idzie, Yoongi podejrzewał, że Namjoon musi być fizycznie silniejszy niż on.
Psychicznie każdy z nich jest słabszy jeden od drugiego.
Czasami Yoongi przeciska się między wąskimi przejściami albo stromymi schodami i sam nie wie jak się to stało, że nigdy jeszcze nie wygrzmocił się z hukiem na którymś stopniu. Niektóre paczki Yoongi wrzuca sobie na plecy i czuje się wtedy jak ślimak. Nic dziwnego, że ślimaki są takie powolne. Yoongi też niemiłosiernie się wlecze, kiedy niesie na plecach kilka czy kilkanaście kilogramów. Gdyby miał ślimacze różki, na pewno ciągle by je chował.
Łapie się czasami na tym, że biegnie. Z paczką czy bez, do samochodu czy z samochodu, nie wiadomo dokąd i nie wiadomo po co, ale biegnie. Szybciej. Szybciej.
Gdy zaczął pracę, cały drugi tydzień przepłakał. W pierwszym był zbyt otępiały, żeby wydobyć z siebie jakiekolwiek ludzkie reakcje. W trzecim tygodniu uświadomił sobie, że lepiej płakać przed snem, bo kiedy jedzie i płacze, to zamazuje mu się droga a światła tworzą jedną, niewyraźną plamę i wtedy bardzo łatwo o wypadek.
Po godzinie dwudziestej pierwszej, Yoongi teoretycznie powinien skończyć pracować. Przez wypadki, takie jak na przykład ten z Sungho, przełożeni wysyłają im w i a d o m o ś c i przez aplikację, przypomnienie, że to już pora skończyć pracę.
Prawie nikt nie kończy pracy o dwudziestej pierwszej. A może Namjoonowi się udaje? I dlatego ma takie mięśnie i jednak ma czas na siłownię?
Yoongi, tak jak wszyscy, pracuje również po dwudziestej pierwszej. Wciąż zostało mu kilkadziesiąt paczek do rozwiezienia. Jeśli dowozi paczki z produktami spożywczymi po dwudziestej pierwszej, przełożeni potrącą mu z pensji. Wszystkie paczki, które dowiezie po dwudziestej pierwszej, są uznawane za doręczone dopiero kolejnego dnia. Ale przecież Yoongi nie może tych paczek zostawić na kolejny dzień. Kolejnego dnia czeka go inna kolorowa piramida, inny niemożliwie trudny tetris. Przecież wtedy w ogóle by nie zdążył.
Odkąd zaczął pracować jako dostawca, Yoongi wrócił do palenia. Niewiele się tym martwi, bo i tak ma czas wypalić tylko jednego papierosa w nocy, po pracy.
Ale to kwestia życia i śmierci.
Yoongi nie musi przecież pracować. Nie musi też jeść.
Chociaż może to źle, że Yoongi nie ma dzieci. Starsi dostawcy-ojcowie mają przecież jakąś motywację. Yoongi jej nie ma. Matki nienawidzi.
Przecież jego ojciec też dużo pracował.
Ale z pracy ojca mieli mało co. I tak ledwo wiązali koniec z końcem.
Yoongi już od małego wiedział, jak wygląda praca dorosłych ludzi. Praca ponad siły. Albo zdychali z głodu, albo z wycieńczenia.
Swoją drogą, ludzki organizm jest niesamowity. Potrafi znieść bardzo dużo, zanim w końcu się wyczerpie.
Yoongi nie może się zatrzymać i pomyśleć. Ma wrażenie, że chyba by oszalał, gdyby zaczął myśleć.
Przecież to wszystko jego wina. Gdyby tylko miał trochę lepszy plan na siebie, trochę więcej się rozwijał, gdyby tylko ojciec przynosił trochę więcej pieniędzy, gdyby Yoongi był tylko trochę sprytniejszy. Tylko trochę. Skoro nie był, to oczywiste, że nie zasłużył na nic więcej.
Yoongi wie, że rodzice Sungho tak nie myślą. Pewnie dlatego jeżdżą po kraju tą ciężarówką z wielkim banerem. Yoongi wie, że trwają protesty. Trwają procesy. Coś tam słyszał, gdzieś tam był, ktoś coś mówił.
Yoongi, kiedy ma chwilę by pomyśleć, zastanawia się, czy jego rodzina też stanie się rodziną Sungho. Z ciężarówką i banerem. Z procesami. Z odszkodowaniami. Z martwym synem.
Nie. Martwym żywicielem.
Czy o wielkich poświęceniach nie powinno być głośno? Czy nie powinni wiedzieć wszyscy?
Yoongi, gdyby umarł, mógłby być wątłą zjawą, która nawiedza w snach tych, których znała za życia.
Namjoon pewnie byłby sową.
Yoongi nie potrafi sobie wyobrazić czym jest Sungho.
Yoongi wie, że w firmie pracują też lekarze, pielęgniarki, medycy każdego rodzaju. Ale oni są tam, w przeszklonym, ozdobionym zimnym światłem budynku z kolorowym napisem.
Kiedyś wśród dostawców krążył taki żart.
Ilu medyków potrzeba na stu dostawców?
Ani jednego, wystarczy jeden koroner.
Potem ten dowcip jakoś przestał ich bawić.
Yoongi nigdy nie był na uniwersytecie. Nigdy też nie był szczególnie bystrym uczniem. Słyszał plotki, że Namjoon coś gdzieś kiedyś studiował. Yoongi nie byłby szczególnie zdziwiony. Smutni ludzie często są całkiem inteligentni.
Ale Namjoon nie miał zapominającej matki. Na ile Yoongi się orientował, Namjoon dbał sam o siebie. Chociaż czy to lepsze? Może i martwi się tylko o siebie, ale przecież nikogo przy nim nie ma. Nawet zapominająca matka, której się nienawidzi to milsza wizja. Jakkolwiek to brzmi.
Chociaż jej nienawidzi to i tak czasami dusi w sobie łzy, kiedy matka uśmiecha się do niego ciepło. Dzięki temu poznaje, że wtedy nie pamięta. Dla niego nigdy nie miała takiego uśmiechu.
Yoongi czasami miewa zawroty głowy. Zatrzymuje się wtedy na poboczu i przekrwionymi oczami obserwuje ciągnące się linie samochodów, pracujące mrówki, które jadą tak szybko, jakby wszystko nagle przyspieszyło.
Ma wrażenie, że stoi nad przepaścią, ale kto nad nią nie stoi? Wszyscy czasem wychylają się bardziej do przodu, żeby spojrzeć ziejącej nicości w oczy, a potem większość cofa się. Nieliczni uczą się spadać w dół.
Yoongi bardzo często nie potrafi spojrzeć matce w oczy.
