Chapter Text
21 listopada 2011
Poniedziałek
Norman nie otworzył oczu od razu po przebudzeniu, najpierw wolał się rozeznać w sytuacji swojego organizmu. Łeb mu pękał, kręgosłup też najwidoczniej nie był zadowolony z miejsca, na którym spędził noc. Norman nawet nie do końca pamiętał, w którym momencie padł na kanapę w salonie. I w którym momencie jeden z jego znajomych padł na jego nogi, bo czuł łeb jakiegoś idioty na kończynach. Kurwa, a miało być tylko po piwie. Wpadł Eric z Ivanem, a zaraz potem przyszedł Reginald. A Reginalda wpuszczać trzeba zawsze i o każdej porze, bo Reginald w kieszeni zawsze ma co najmniej kilka fiolek zbawiennej tripokainy i pewnie jeszcze parę torebeczek z innym szajsem. Potem chyba ktoś wyskoczył po flaszkę, bo Norman na pewno nie miał w domu wystarczająco dużo alkoholu, by położyć cztery osoby. No i poszło… Postanowienie „nie będę ćpał i pił” znowu poszło w cholerę. Na szczęście to był tylko czternasty raz w tym roku, więc w porównaniu do zeszłych lat – był progres. A to, że progres polegał na tym, że Norman po prostu rzadziej sobie te bzdety obiecywał, to już inna sprawa. Matematyka się zgadzała.
No dobra… Nastał czas na otworzenie oczu. Norman miał wrażenie, że jego powieki ważą tony.
– Ja pierdolę… – wyszeptał sam do siebie, przecierając oczy dłońmi. Miał nadzieję, że któryś z jego kumpli poniewierających się po podłodze wpadł na pomysł, żeby postawić gdzieś w pobliżu wodę. I miskę, na wypadek gdyby organizm się obraził i wody nie przefiltrował.
Norman zarejestrował Reginalda, który leżał mu na nogach i Ivana, który przysnął na fotelu, przytulając butelkę wódki jak pluszaka. Eric pewnie zasnął w wannie, jak zwykle. Norman spełznął z kanapy nie siląc się na delikatność – głowa Reginalda przywaliła o poduszki, ale on nawet się nie obudził. Norman tymczasem na czworakach doczołgał się do stolika, zwabiony butelką wody. Przy okazji kątem oka dostrzegł stos pustych butelek i jak do niego dotarło, ile musieli wczoraj wychlać, to natychmiast go zemdliło.
– Ja się chyba robię na to za stary – wymamrotał sam do siebie, przyciskając butelkę do ust, a drugą dłonią rozmasowując skroń. Musiał jednak przyznać, że jak na taki melanż, to czuł się całkiem nieźle. Jedna aspiryna i będzie jak nowy. Ta niedziela mogła się rozpocząć dużo gorzej. Dźwignął się z podłogi i cichaczem, coby nie pobudzić kumpli, ruszył do kuchni w poszukiwaniu wspomnianej aspiryny. Zajrzał przy okazji do łazienki, aby upewnić się, że Eric żyje i nie utopił się w klozecie, czy coś, ale tak jak się spodziewał – Eric spał w wannie z łbem owiniętym papierem toaletowym z jakiegoś powodu… Norman uznał, że na razie nie ma ani siły, ani ochoty w to wnikać. W przypływie dobrej woli postanowił, że zaparzy kawę dla wszystkich, coby wyprawić ich do domów chociaż odrobinę przytomnych.
Plan wziął w łeb. Norman po drodze do kuchni zgarnął z szafki swój zegarek. Zapinając go na nadgarstku mignęła mu tarcza. I tak się gapił w tę tarczę i gapił… Dokładnie dwadzieścia siedem sekund, odliczonych na cholernym zegarku. A zaraz potem Norman uznał, że wolałby jednak umrzeć i obudzić się w piekle, bo data na zegarku jasno wskazywała na to, że nie było niedzieli, tylko cholerny poniedziałek, natomiast godzina mówiła, że w pracy to powinien się pojawić ponad czterdzieści minut temu. Kawa i aspiryna natychmiast zostały zapomniane, bo Norman zerwał się, żeby szybko znaleźć pasujące do siebie części garderoby i potrzebne rzeczy. Wpadł do swojej sypialni – paradoksalnie jedynego miejsca, w którym nikt po imprezie nie spał – i złapał pierwszą lepszą marynarkę, która nie wyglądała jak psu z gardła wyjęta. Spodnie naciągał kicając na jednej nodze i każdemu skokowi towarzyszyła rzucona przez zaciśnięte zęby soczysta „KURWA!”. Chwała Bogu, że telefon komórkowy i sprzęt IWO namierzył dość szybko. Kluczyki do samochodu już zajęły trochę czasu – ale w zasadzie jak człowiek spóźnia się do roboty godzinę to te parę minut w jedną czy w drugą nie robi żadnej różnicy. Jeszcze tylko zabezpieczenie! Norman prawie wyrwał szufladę z etażerki stojącej przy łóżku i serce mu zamarło! Kurwa, ani jednej fiolki tripo! Nawet po wywaleniu niepotrzebnych rupieci żadna się nie znalazła. No trudno, pozostawało tylko jedno! Norman wrócił do salonu, by namierzyć ciuchy Reginalda. Nie zawiódł się – z kieszeni bluzy wydobył dwie fiolki narkotyku i obiecał sobie, że w wolnej chwili wyśle kumplowi przelew opiewający na sporą kwotę – nie tylko za towar, ale i przezorność! Chociaż Norman tak naprawdę nie podejrzewał Reginalda o tak zmyślny plan, jak uchowanie dwóch fiolek, coby Norman miał co wziąć jak już przetrzeźwieje. Najprawdopodobniej wszyscy byli tak naprani, że kompletnie zapomnieli o resztkach dragów. Nie miało to jednak znaczenia – Norman miał tripo w gotowości, wszystko jedno skąd. Próbując wyjść szybko z mieszkania prawie zabił się o swojego kota. Narobił rumoru, ale i tak nikt się nie obudził. Rany, jak oni musieli dać w palnik!
Na komodzie zostawił chłopakom zapasowy klucz, gdyby zdecydowali się opuścić jego mieszkanie (mało prawdopodobne) i pospiesznie wyciągnął z kuchni kasetkę na leki, gdyby skacowani chcieli się ratować (bardzo prawdopodobne). Podkradł jedną tabletkę paracetamolu i nareszcie był mniej więcej gotowy, by stanąć przeciwko światu. Przez sekundę rozsądek nieśmiało zauważył, że wsiadanie w takim stanie za kierownicę to nie najszczęśliwszy pomysł. Szybko jednak został zagłuszony przez panikę. Norman nabazgrał przyjaciołom kartkę, że przelew Regowi zrobi później, klucze zapasowe są, czujcie się ja u siebie!
Norman Jayden był człowiekiem bardzo spokojnym. Każdy lubił z nim pracować, bo był odporny na presję i umiał radzić sobie z natrętnymi dziennikarzami. Nie pozwalał na to, by opinia publiczna wpłynęła na jego osąd czy tempo pracy. Działał po swojemu – metodycznie i, jeśli było trzeba, powoli.
Co innego przy swojej grupie przyjaciół (w tym kocie) – wtedy pozwalał sobie zrzucić maskę. Ale przy obcych ludziach? Nigdy. Nic dziwnego, że kompletnie nie mógł się dogadać z policją w Filadelfii z Perrym–debilem na czele i psychopatą Carterem Blake’iem. Oskarżenie dla samego oskarżenia wydawało się Normanowi okrutne i abstrakcyjne. Fajnie było w końcu wrócić do Waszyngtonu. Niefajnie było spóźnić się w pierwszy dzień po powrocie. Wściekłość go zaatakowała, gdy wpadł w typowe poranne korki. Zjawisko samo w sobie nie było zaskakujące, ale Norman już i tak był poirytowany, przez sam fakt, że gdzieś mu uciekł dzień z życia.
– No kurwa debil! – ryknął, dając gwałtownie po hamulcach i od razu machając środkowym palcem, niepomny faktu, że adresat ani tego nie zobaczy, ani nie usłyszy. – Debil jebany, kurwa mać! Skąd ty wziąłeś prawo jazdy, kretynie zapyziały?! Prawym pasem, kurwa, wyprzedza, idiota! Jeszcze bez kierunkowskazu, bo przecież domyślę się, gdzie, kurwa, jedziesz! JEDŹ, KURWA, JEEEDŹ! – Jednak jak człowiekowi bardzo się spieszy, to stanie w korkach nie jest wskazane dla zdrowia psychicznego. Normanowi przeszło przez głowę, żeby zjechać na pobocze i zaaplikować tripokainę do organizmu. Jedna mała dawka z samego rana dla spokoju i równowagi – nie zrobił tego tylko dlatego, że nie miał gdzie skierować auta. To tylko podburzyło jego irytację. Głupie pomysły kierowców na drodze wcale nie odbiegały zbytnio od normy, po prostu wskazówki zegara działały na Normana jak płachta na byka. Kiedy, do cholery, umknęła mu cała niedziela?! Pewnie z kumplami–debilami postanowili leczyć kaca klinem i wyszło jak wyszło. Norman z reguły był dość odpowiedzialny, ale jak już do głowy wpadał mu głupi pomysł, to zdecydowanie taki, że wypierdzielał idiotyzm poza skalę. Oto efekty. Ciekawe który z nich był na tyle przytomny, żeby wybrać się do monopolowego. Ktokolwiek to był, na pewno nie był to Norman.
Norman z zazdrością spojrzał na samochody stojące na parkingu Starbucksa, bo zabiłby za kubek kawy. Tripokainy nie, kawy nie… Musiał mu wystarczyć papieros, który zdążył odpalić na czerwonym świetle. Nie był to najlepszy pomysł, bo kac, nikotyna i jazda sprawiły, że nieco go zemdliło, ale peta i tak nie zgasił. Otworzył tylko okno, żeby wpuścić nieco świeżego powietrza. A tyle sobie obiecywał, że nie będzie jarał w samochodzie! Jakby się tak zastanowić to 90% obietnic, które składał sam sobie nie były dotrzymywane. Przynajmniej przez ostatnie cztery lata… Kiedyś szło mu to lepiej. Kiedyś, kiedy jeszcze miał po co. Kiedy nie uciekał w narkotyki, po papierosy sięgał okazjonalnie, a jego mieszkanie nie było hotelem dla przyjaciół–alkoholików.
– Kurwa, jadą trzydzieści na godzinę, do chuja, jak trzeba to zapierdalają jak głąby, a gdyby mi się to przydało, to wlokę się jak hulajnoga – warknął Norman, zsypując popiół. Jak na specjalne życzenie jeden z drogowych idiotów zajechał mu drogę, przez co popiół wylądował na dżinsach.
Do roboty Norman dotarł spóźniony półtorej godziny, z dziurą wypaloną na udzie, krawatem przewieszonym przez ramię, bo jakoś nie było czasu go zawiązać, z obłędem w przećpanych oczach i pieśnią bluzgów na ustach. Biegnąc korytarzem naiwnie liczył na to, że jego nieobecność została niezauważona (współpracownicy musieliby być ślepi i głupi, ale nadzieja nic nie kosztuje). Boże, co za wstyd… Po drodze natknął się na przyjaciela.
– Wyglądasz, jakbyś dopiero wyszedł z grobu – przywitał się Christian.
– I tobie dzień dobry, pałająca miłością do świata istoto – odparł Norman, zawiązując szybko krawat. – Szczerze mówiąc, dokładnie tak się czuję. Jeśli Jezus tak się czuł przy zmartwychwstaniu, to nic dziwnego, że ludzie to świętują.
– Dobrze widzieć, że poczucie humoru cię nie opuszcza z rana. – Christian błysnął zębami. Wysunął w stronę Normana nieelegancko rozgrzebane pudełko. – Wstąpiłem po sushi na śniadanie. Chcesz trochę?
– Weź to zabierz, bo się porzygam. – Norman przełknął ślinę, chcąc opanować falę mdłości.
– Kacyk? – zapiał Christian, wrzucając sobie kawałek sushi do ust. Norman go momentalnie znienawidził za samo istnienie. Christiana, nie kawałek sushi. – Świętowałeś zakończone śledztwo, czy po prostu porwała cię chwila? Jak się czujesz po całym tym bajzlu z Filadelfii?
– Nic się nie zmieniło od naszej ostatniej rozmowy. – Obaj lekko spoważnieli. Norman skierował się do swojego biurka, które po tylu dniach nieużytkowania zdawało się Normanowi puste. Wyciągnął ze swoich dokumentów pierwsze lepsze teczki i rzucił na blat, aby jakoś zmazać to wrażenie. Christian powoli żuł gumowaty ryż i również wyglądał tak, jakby trawił rzeczywistość, a fakt, że jest poniedziałek rano i musi być w pracy to jakaś abstrakcja.
Christian był jedną z najważniejszych osób w życiu Normana. Poznali się lata temu, gdy Norman rozpoczynał pracę w FBI. Christian był od niego niewiele starszy i wziął młodszego kolegę pod swoje skrzydła. Wytworzyła się między nimi ogromna więź – nie chodziło o ilość wspólnie spędzonego czasu, bo Norman dużo częściej spotykał się z Reginaldem, Ivanem czy Ericiem, których nie dotyczyły żadne zobowiązania rodzinne. I to tez nie tak, że Norman ich nie lubił, bo bardzo lubił. Ale to Christian wspierał Normana w najgorszym momencie jego życia, nie pozwalał mu zapaść się w rozpaczy. Nawet jeśli nie rozmawiali ze sobą to i tak się rozumieli. Christian odwiedzał Normana, gdy ten był na odwyku, pomagał mu, gdy był na terapii i do tej pory trwał u jego boku przy wszystkich wzlotach i upadkach. I teraz Christian doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że kolejny złapany morderca na koncie Normana to nie tylko swojego rodzaju satysfakcja – to kolejna mroczna karta, kolejne ofiary, a Norman potrzebuje czasu, by sobie z tym poradzić.
– Masz dziurę w spodniach – zauważył nagle odkrywczo.
– Nic mi nawet nie mów. To moje nowe dżinsy i już zdążyłem je zepsuć! – rzucił Norman ze złością, wygładzając materiał, jakby to miało sprawić, że magicznie się zszyje. – Pieprzone poniedziałki!
– Jesteś pewien, że nie chcesz czegoś zjeść? Blado wyglądasz.
– Jestem pewien, że cokolwiek wezmę do ust, w ciągu godziny znajdzie się we wnętrzu muszli klozetowej. Także nie, dziękuję. Pójdę sobie tylko po kawę – mruknął Norman. Nie zdążył nawet zrobić kroku w stronę drzwi, gdy te otworzyły się i stanęła w nich drobna brunetka, Daria, sekretarka dyrektora tego burdelu.
– Jayden, szef chciałby cię widzieć – zaraportowała lekko ochrypłym głosem.
– Pięknie. Teraz mnie nawet nie będzie stać na nowe spodnie. – Norman wzniósł oczy ku niebu już słysząc tyradę za tak ogromne spóźnienie, zwieńczoną rzuconym w twarz wypowiedzeniem.
– E tam, Charles cię lubi – zbagatelizował Christian, machając dłonią. – Co najwyżej pogrozi ci palcem.
– Charles mnie nie lubi, on po prostu nie umie sobie radzić z ludźmi po wypadkach. – Norman westchnął.
– W tym przypadku to zaleta. Lepiej idź, kolejne minuty działają na niekorzyść.
Norman z jednej strony chciał się znaleźć w gabinecie Allena jak najszybciej, a z drugiej wolał nigdy do niego nie dojść. Wszedł do ogromnego przedsionku. Biurko Darii było puste, najwidoczniej poszła załatwiać sprawy szefa. Norman popatrzył ponuro na prostą tabliczkę z wygrawerowanym Charles M. Allen i niepewnie zapukał, modląc się, by szef był jednak nieosiągalny.
– Proszę – odezwał się spokojny głos. Charles Allen nadawał się do swojej roboty. Był bardzo dyplomatyczny i pragmatyczny, a swoich pracowników traktował bardzo personalnie, a nie jedynie jako narzędzia do pracy. Widząc Normana w drzwiach, uśmiechnął się lekko. Nawet te dziurawe dżinsy i krzywo zawiązany krawat nie zepsuły wrażenia. – Wejdź, Jayden. Usiądź. – Wskazał mu krzesło. – Naleję ci kawy, co? Wyglądasz, jakbyś o niej marzył.
– Och, tak, poproszę. – Dopiero teraz Norman lekko się ożywił.
– Zaraz świeżą zmielę. Mam dobre ziarna, brazylijskie! – Charles nigdy nie kazał sekretarce zajmować się takimi pierdołami. Sam zmielił, zaparzył i podał Normanowi filiżankę zbawiennego napoju. Nie odzywał się podczas tego procesu, ale była to przyjemna cisza, kojąca.
– Słodzisz? Albo mleka?
– Łyżeczkę, dziękuję.
Charles usiadł za biurkiem, zupełnie nie zachowując się jak pracodawca, a raczej dobry znajomy. Po chwili spoważniał. – Jak się czujesz, Norman?
– Dobrze. – Oczywiście, że nie czuł się dobrze. Oczywiście, że sypie się od środka. Ale praca była wszystkim co mu pozostało, nie może stracić i jej. – To spóźnienie… Przysięgam, że się nie powtórzy.
– Nie chcę z tobą rozmawiać o spóźnieniu. – Charles westchnął. Norman tymczasem spróbował kawy. Faktycznie była bardzo dobra. Dopiero po chwili dotarły do niego słowa Allena.
– Wszystkie raporty Zabójcy z Origami zostały przez mnie dostarczone. Coś z nimi nie tak?
– Nie, Norman, wszystko z nimi w porządku – odparł cicho Charles. – Jak sobie z tym radzisz?
– Dobrze – powtórzył Norman, zaciskając dłoń w pięść. Cholerne pytanie! Norman chciał tylko zapomnieć, nie myśleć o tym. Praca mu tego nie ułatwiała, współpracownicy także nie. Nie pytajcie go o to. Nie pytajcie o jego zwolnienia lekarskie. Nie pytajcie o nic. Dajcie mu spokój. Charles chyba to wyczuł, bo taktownie nie ciągnął tematu, ani nie zaproponował paru dni wolnych. Nie wspomniał też nic o spóźnieniu.
– Pomyślałem sobie, że przyda ci się dodatkowe zajęcie – rzucił nagle tonem, sugerującym ideę życia. Norman powstrzymał się przed przeżegnaniem się. – Mam tu jednego kandydata, któremu by się przydało popatrzeć jak pracują profesjonaliści.
– Z całym szacunkiem, ale chyba wolałbym radzić sobie sam. Zawsze Christian jest gotowy mi pomóc, kiedy trzeba, więc dodatkowa osoba mogłaby tylko utrudniać nasze wyćwiczone już działania. – Norman był z siebie bardzo dumny, że tak ładnie udało mu się ubrać w słowa zwykłe „nie, spierdalaj”.
– Źle mnie zrozumiałeś. Nie chcę psuć waszego duetu. Chcę byście mi kogoś przeszkolili, żeby +nadawał się do pracy w FBI. – A to dopiero niespodzianka… Norman jeszcze nie słyszał o sytuacji, by do tak potężnej organizacji przyjęli kompletnego żółtodzioba.
– Ale dlaczego ja? – zajęczał, chociaż już doskonale zdawał sobie sprawę, jaka będzie odpowiedź.
– Żebyś mógł się zająć czymś lżejszym po Zabójcy z Origami. Jeszcze raz gratuluję, Jayden – Charles schylił głowę z szacunkiem. Norman również skinął głową, ale tylko po to, by ukryć nachmurzenie.
– Jestem gotowy do pracy – warknął Norman ściskając filiżankę. Miał ochotę cisnąć nią o ścianę. Czemu po każdej skomplikowanej sprawie nagle wszyscy sobie przypominają o współczuciu?! – To, co się stało cztery lata temu, zupełnie nie wpływa na moją pracę tu i teraz! Jestem zdolny do wykonywania zawodu!
– Norman, spokojnie, nic takiego nie insynuuję. – Charles uniósł lekko dłonie, jakby w geście poddania. Norman doskonale zdawał sobie sprawę, że tak naprawdę nie ma powodów, by się złościć. Od czterech lat podchodzono do niego ostrożnie. Czasami aż zaczynał pałać sympatią do nowych, którzy nie bali się mu odpyskować, bo to był powiew normalności. Zdecydowana większość nie potrafiła się odnaleźć w tej sytuacji – czasem byli przesadnie mili, a czasem nawet wyręczali w drobnych pracach, jakby sam nie mógł sobie poradzić. Traktowali go jak granat, który w każdej chwili mógł wybuchnąć. Norman nie był granatem. Nie miał też zamiaru wybuchać. Tak naprawdę jedyne czego chciał, to żeby wszyscy dali mu spokój. To był jeden z powodów, dla których dogadywał się z Christianem, który robił wszystko, by ściągnąć Normana z powrotem w realny świat. Norman tak strasznie tęsknił za tamtym życiem… Na najmniejsze wspomnienie od nowa pękało mu serce.
– Kto to w ogóle jest? Znam go? – zmienił temat Norman.
– Adam Sullivan. Nie znasz, bo to jego pierwsze zetknięcie z naszą gromadką. – Norman znów uniósł brwi w zaskoczeniu.
– Jakim cudem on się tu znalazł, zabłądził po drodze? – prychnął. Charles uśmiechnął się blado.
– Ta… W pewnym sensie. W każdym razie wolałbym, żeby jednak ktoś miał na niego oko, a do ciebie mam na tyle duże zaufanie, by nie bać się, że młody Sullivan spuszczony ze smyczy odpieprzy coś karygodnego.
Norman odetchnął i postanowił się uspokoić. Wziął kolejny łyk kawy, aby trochę zyskać na czasie. W zasadzie co mu szkodzi? Wziąć typa, obskoczyć z nim parę szemranych ulic, zapoznać z kilkoma kolegami zza krat i podpisać papier, że szkolenie obyło się bez problemów? Najprostsza robota, a jeszcze pewnie mu za to wpadnie bonus przy wypłacie. Więcej forsy równa się więcej tripokainy, więc wizja bardzo się Normanowi spodobała.
– Okej, zajmę się nim – powiedział w końcu, posyłając Charlesowi lekki uśmiech.
– Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć! – Charles klasnął w ręce uradowany. – Tylko nie bądź dla niego zbyt ostry, dobrze? Tak wiesz… na luzie.
– No dobrze – odparł Norman, nieco zaskoczony. Gdyby tylko wiedział, na co się właściwie pisze, to w życiu by się na to nie zgodził.
– I mam jeszcze jedną prośbę… Dogadaj się z koronerem, co? Weź Sullivana na jakieś proste zadanie i pokaż co trzeba. Bez skomplikowanych formuł.
– Dlaczego? – mruknął niechętnie Norman. Bardzo mu się ten pomysł nie spodobał. Nie po to zapierdalał na psychologii i kryminologii, nie po to pracował na swoje stanowisko, żeby teraz zajmować się sprawami najniższego szczebla. Charles posłał mu bardzo nieczytelne spojrzenie.
– Taka moja mała prośba. Możesz to chyba dla mnie zrobić? Albo raczej dla trochę bardziej atrakcyjnych cyferek na swoim koncie? – No cóż, pewnych argumentów nie da się tak po prostu odrzucić.
Adam Sullivan był wysoki i muskularny. Twarz miał okrągłą, rumianą i okalały ją jasne loczki. Wyglądał trochę jak Amor na sterydach. Norman nie sięgał mu nawet do ramienia! To, co mu się nie spodobało, rokowało niezbyt dobrze (żeby nie powiedzieć kurewsko źle) – wesołe, błękitne oczy wydawały się kompletnie nieskażone myśleniem. Norman siedział przy swoim biurku, miętoląc w dłoniach jakiś papier i przyglądał się Adamowi, który wyglądał jak Sim z wyłączoną wolną wolą – bez żadnej inicjatywy i bez potrzeby podjęcia takowej.
¬– Masz jakieś doświadczenie w pracy? – spytał Norman czując się nieco głupio, bo nie powinien zachowywać się jak rekruter na rozmowie kwalifikacyjnej, ale to pytanie kotłowało mu się w głowie i nie dawało spokoju.
¬– Nie – odparł luźno Adam, najwidoczniej nie zdając sobie sprawy ani z tego, jakie wrażenie sprawia, ani z niechęci jaką obdarzył go na wstępie Norman.
– Aha – mruknął tylko Norman, nie bardzo wiedząc jak powinien zareagować. – Ile masz lat?
– W tym roku skończę trzydzieści.
– Dopiero skończyłeś studia, tak? ¬Co skończyłeś? – zapytał, licząc na coś konkretnego. Adam zmarszczył brwi, zaskoczony pytaniem.
– Ale ja nie byłem na studiach. – Przez chwilę Norman wpatrywał się w Adama wielkimi oczyma.
– To… Dość późno na rozpoczęcie kariery – rzucił w końcu neutralnie. Jego rozmówca tylko posłał mu anielski uśmiech.
– Ale zawsze lepiej późno niż wcale! – Norman naprawdę chciał podzielać jego optymizm, ale jakoś nie mógł się na to zdobyć.
– No okej – powiedział w końcu z braku lepszych pomysłów na odpowiedź. – Czyli to twoje pierwsze zetknięcie z kryminałem? Nigdy się tym nie zajmowałeś? Tak nigdy–nigdy–nigdy? – Adam tylko pokiwał głową. Norman po chwili milczenia wskazał mu krzesło. Nie do końca wiedział jak zacząć i co powinien zrobić. Nie był szkoleniowcem, ale zdarzało mu się zajmować nowymi pracownikami, ale jeszcze nigdy nie oddano mu pod opiekę kogoś, kto był aż takim amatorem. – Gdzie pracowałeś?
– W bibliotece, przez rok.
– Rok – powtórzył Norman, nie odrywając od Adama wzroku. Rok. Pracował rok. Ma trzydzieści lat i pracował rok. W głowie Normana obijało się tylko proste: ja pierdolę.
– Odszedłeś sam, czy cię zwolnili?
– Zwolnili za zbyt częste błędy w układaniu książek. – Najwidoczniej Adam nie czuł się w obowiązku szukać nowej roboty, jak już spieprzył po całości tę najprostszą, bo Norman nie wyobrażał sobie jak często musiał źle ułożyć pozycje w kolejności alfabetycznej, że ostatecznie wyleciał z hukiem.
– Mhm. Dobra. – Norman odłożył na biurko papier, którym się bawił, a który już się do niczego nie nadawał. Trzeba zaraz zająć czymś tego idiotę i to tak, żeby mu się zwoje nie przegrzały na wstępie. – To zaczniemy od standardowych procedur. Zapoznaj się z nimi, a ja zaraz wrócę. – Po czym wepchnął Adamowi w ręce obszerną instrukcję BHP. Adam zabrał się za robotę bez szemrania. Skoro miał problem z alfabetem, to właśnie Norman zapewnił sobie święty spokój do końca dnia. Wstał i poszedł namierzyć Christiana, bo ten akurat nie znajdował się przy swoim biurku. Na szczęście nie trzeba było długo szukać, bo Christian poszedł na stołówkę po kawę. Norman dopadł go i darował sobie jakieś durne wstępy, uderzył prosto z mostu: – Jezu, ja nie wiem, czy ta podwyżka jest tego warta.
– Nie dramatyzuj, z histerią ci nie do twarzy. – Christian posłał mu rozbawione spojrzenie. Norman jednak ani myślał dać sobie spokój.
– Ja mam wątpliwości, czy on sobie radzi z liczeniem do dziesięciu, a ty mi każesz się uspokoić?! – Chwycił rozpaczliwie rękaw marynarki przyjaciela, próbując dać mu do zrozumienia, że nie, nie dramatyzuje i nie, to nie jest histeria, po prostu musi się zająć debilem, dla którego nie ma już nadziei. – Ty nie rozumiesz. To jest ten typ, który powinien nosić ze sobą roślinę, aby na bieżąco odtwarzała tlen, który on spala. Spędziłem z nim dopiero paręnaście minut, a już muszę zapalić, a najlepiej to wciągnąć!
– Kiedy ty się nauczysz, że wciąganie problemów w niczym ci nie pomaga? – Christian wzniósł oczy ku niebu, modląc się o cierpliwość.
– W momencie, gdy znajdę lepszą alternatywę, ale jakoś nikt nie ma pomysłów. Może i tripo nie rozwiązuje moich problemów, ale landrynki też jakoś nie. – Norman wzruszył ramionami. Christian westchnął ciężko, udając że jest ponad takie dyskusje, w rzeczywistości jednak nie mogąc znaleźć riposty. – Zmierzam do tego, że szkolenie kogoś takiego jest niebezpieczne dla zdrowia i życia osób postronnych i ja nie jestem gotowy na taką odpowiedzialność.
– Za bardzo się przejmujesz. Skoro naprawdę niezbyt sobie radzi z najprostszymi rzeczami to i tak wyleci prędzej czy później, a ty na razie postaraj się go nie zabić, żeby przytulić parę stówek więcej. Nie brzmi dobrze? Bo mnie się wydaje, że brzmi. I przestań szukać wymówek do ćpania. Naprawdę idzie ci coraz lepiej, nie psuj tego tylko dlatego, że jakaś łajza cię denerwuje. Chcesz ibuprofen? – Christian doskonale zdawał sobie sprawę, że Norman na głodzie weźmie wszystko, a na pewno lepiej, żeby wziął parę przeciwbólowych, niż walił w łazience narkotyki. Norman tylko odetchnął głęboko, aby się uspokoić i ponownie przyjąć chłodną maskę i pokręcił głową. Jego dłoń automatycznie powędrowała do nosa, aby upewnić się, że nie chlusta krwią. To również nie umknęło uwadze Christiana. A więc Norman dalej bierze na tyle dużo, by organizm reagował szokiem na brak narkotyku… No to trzeba jednak uważnie przyglądać się sprawie, jeszcze tylko tego brakowało, żeby Norman wrócił na odwyk przez jakiegoś Sullivana!
¬– Przeszkolę go z IWO i procedur, ale to przecież za mało, Charles na pewno mnie dojedzie jak się okaże, że Adam nie robi postępów – mruknął w końcu Norman. Christian wcisnął mu do ręki kubek z kawą i poklepał po ramieniu.
¬– Nie wydaje mi się. Nie jest idiotą, więc zdaje sobie sprawę, kogo właściwie ci oddał pod opiekę. Zresztą z tego co mi opowiadałeś, to jasno dał to zrozumienia, żeby typa brać tylko do najprostszych zadań. Przecież ci pomogę, stary! Zresztą… Wydaje mi się, że skoro pod przydział dostaniesz najprostszą możliwą sprawę, to obskoczysz ją raz–dwa i to z pisaniem raportów! Tylko nie dyktuj ich Adamowi, bo skoro on ma takie problemy intelektualne, to ci nawali ortografów.
– Ta, zakładając, że się nie zgubi w połowie – prychnął Norman i zmoczył usta w kawie. Skrzywił się lekko. – Przesłodziłeś.
– Pij i nie pierdol, bo więcej ci nie zrobię. Jak ze mną pójdziesz, to może nawet podzielę się fajkami.
– Nie trzeba, mam swoje – odparł Norman biorąc kolejny łyk, mimo wyraźnego dyskomfortu. Christian wzruszył ramionami.
– To nawet lepiej, bo ja nie mam zapalniczki, więc jesteś rozwiązaniem mojego problemu. Słyszałeś o tej nowej sprawie Harrisona? Wydaje się kompletnie pojebana, cieszę się, że nie wpadła na moje biurko! Jakieś jebane fałszerstwa, jakieś podróby… – Norman był wdzięczny za tę zmianę tematu. Uśmiechnął się nieznacznie i ruszył za trajkoczącym Christianem do palarni. Przecież tak długo jak ten człowiek pilnuje mu pleców, nie może się wydarzyć żadna tragedia!
2 grudnia 2011
Piątek
Zgodnie z instrukcją Allena, Norman skontaktował się z paroma znajomymi z policji i prokuratury, by ci dali mu znać, jak wydarzy się coś, co będzie wymagać kryminalistyków. Czuł się nieco głupio, ale na szczęście nikt nie zadawał pytań. No cóż – FBI prosi, to FBI rozkazuje. Norman nie musiał długo czekać na telefon. Nic skomplikowanego, zgłoszono zwykłe podpalenie na jednej z niezamożnych ulic. Nie pozostawało nic innego jak wpakować Adama do samochodu i pojechać. Sprawa była świeża, strażacy dopiero co dogasili pożar, ale podobno były ofiary – natychmiast zadzwonili do koronera, a on z kolei dał cynk Normanowi jeszcze zanim sam ruszył w drogę.
– Jak właściwie chcesz znaleźć dowody w miejscu, które spłonęło? – zapytał Adam po chwili milczenia.
– Ogień nie niszczy dowodów, dostarcza je. Co jest, czego nie ma, co płonęło, jak płonęło… Chyba nie myślisz, że każdy pożar wygląda tak samo? – Norman posłał Adamowi badawcze spojrzenie, na co on wzruszył ramionami.
– Nie wiem. Spłonęło to spłonęło. Nie sądziłem, że coś z tego da się jeszcze wyciułać. – Adam wydawał się być kompletnie zaskoczony. Norman powstrzymał się przed wymownym westchnięciem.
– To będzie dłuuugi dzień – rzucił tylko cicho.
– Często się tym zajmujesz? – ciągnął Adam, najwidoczniej nie chcąc siedzieć w ciszy. A szkoda.
– Teraz już nigdy. – Norman miał wrażenie, że „a teraz zajmuję się tym tylko z twojego powodu” wybrzmiało aż nazbyt wyraźnie. Niestety, jak komuś mózg działa tylko wybiórczo, łapanie aluzji jest na niewysokim poziomie.
– No to musisz być podekscytowany! – ucieszył się Adam. Norman darował sobie wymyślanie odpowiedzi. Adam na szczęście zajął się zabawą radiem. Normalnie Norman kazałby zabrać łapy, bo nie lubił jeździć w hałasie, ale po chwili zastanowienia doszedł do wniosku, że to lepsze niż paplanina średnio inteligentnego typa, przy czym „średnio” to grzeczna forma „wcale”.
Droga wydawała mu się dłuższa, niż była w rzeczywistości – głownie dlatego, że przez większość czasu modlił się na zmianę o to, żeby Adam się nie odzywał i o to, aby w radiu puścili coś, co mu się chociaż trochę będzie podobać. No cóż, nie można mieć wszystkiego. Wysiadając z auta rozejrzał się po okolicy. Domy były jakby porozrzucane – w większości osiedli budowle były dość blisko siebie, a tutaj każdy domeczek miał do zagospodarowania dość spory kawałek zieleni. Jeśli Norman dobrze zrozumiał, pożar zgłosiła sąsiadka z domu naprzeciwko. Zmierzył jej domek spojrzeniem – był brzydki, nieumiejętnie pomalowany, otoczony zaniedbanym ogrodem. Jasno wskazywał na niski status społeczny mieszkańców. Budynek, do którego Norman się skierował, przed tragedią musiał wyglądać bardzo podobnie. Teraz jednak był polizany płomieniami, wciąż unosił się nad nim dym, szyby były powybijane… Wszystko to stanowiło jeszcze bardziej depresyjny widok. Norman pomyślał o ofiarach i serce mu się ścisnęło. Prawa dłoń natychmiast zaczęła drżeć, więc Norman zacisnął ją w pięść, by lepiej kontrolować gwałtowną reakcję. Lewą dłonią pogładził kieszeń marynarki, aby poczuć, że nadal spoczywa w niej fiolka tripo. Sam dotyk, nawet przez materiał, uspokoił go lekko. Westchnął cicho. Jednemu ze strażaków pokazał odznakę, zanim ten w ogóle zdążył otworzyć usta. Mężczyzna, widząc plakietkę, gestem zaprosił Normana i Adama do środka, jakby wpuszczał ich na eleganckie przyjęcie, a nie do domu, który ledwo stał. Norman przeszedł przez próg, obejmując osmolone ściany wzrokiem. Domek był nieduży. Nie miał przedpokoju, od razu wchodziło się do obszernego salonu, który od drzwi odgradzała jedynie szafa na ubrania wierzchnie. Naprzeciwko drzwi wejściowych było też wejście do kuchni. Nie było drzwi, a z sufitu zwisały resztki przesłony z kolorowych koralików. Choć Norman na razie nie wszedł dalej, zwrócił uwagę na dwoje drzwi w salonie. Jedne były otwarte, a podłoga pomieszczenia osmolona, więc pożar dotarł i tam.
Zaraz podszedł do niego Federick Wesphael, aby uścisnąć mu dłoń.
– Cześć, Jayden. Jak zwykle w smutnych warunkach, ale wciąż miło cię widzieć – przywitał się koroner.
– Ciebie również. To jest Adam Sullivan, pracuje ze mną – przedstawił towarzysza Norman. Federick skinął mu głową, czego Adam nie zauważył, zbyt zajęty rozglądaniem się po szczątkach mebli. Norman postanowił od razu przejść do rzeczy: – Jakie są wstępne obserwacje?
– Paskudna sprawa. Trzy ofiary. Małżeństwo i dzieciak, który spłonął w łóżeczku. – Norman lekko się wzdrygnął. Dziecko pewnie było w tym otwartym pokoju, aby rodzice mogli słyszeć, czy się obudziło. Ta odpowiedzialna decyzja paradoksalnie ściągnęła na nie śmierć. – Kobieta znaleziona w kuchni, mąż w salonie. Ciężko stwierdzić, czy byli przytomni, bo mogli się zatruć, ale na to muszą zerknąć kryminalistycy. Wejdź, proszę, i się rozejrzyj, a jak będziesz miał jakieś podejrzenia, daj mi znać. – Federick zdawał sobie sprawę, że Norman ma pod tym względem przewagę nad kryminalistykami, bo po pierwsze: dysponuje nowoczesnym IWO, które sporo rzeczy analizuje już na wstępie, a po drugie: jest bystry i doświadczony, o wiele lepiej doinformowany w kwestiach kryminalistycznych, niż wielu starszych od niego profesjonalistów.
– Oczywiście – odparł Norman, kiwając głową i wyciągając z kieszeni okulary i rękawiczkę do IWO. Federick dał znać pozostałym, by nie przerywali pracy, ale przy tym zostawił Normanowi wolną rękę, by ten mógł się rozejrzeć jak mu się podoba. Norman nałożył okulary, otoczenie stało się nagle lekko szarawe. Norman wykonał obrót palcami otulonymi rękawiczką, wyćwiczonym ruchem włączając rejestrację. ¬ – Rozpoczynam nagrywanie, agent 47023, drugi grudnia dwa tysiące jedenastego roku, godzina dwunasta osiemnaście. Uwaga do IWO: badane będą przyczy…
– Co robisz? – zainteresował się Adam. Norman przez chwilę milczał, ale ostatecznie zsunął okulary na czubek nosa, aby spojrzeć na Adama z rządzą mordu.
– Pracuję z IWO. Dałem ci procedury, instrukcja obsługi też tam była. Dostałeś chyba już sprzęt, co nie? Wyciągnij go i podłącz się, do cholery. Czekasz na moje pozwolenie?!
– A, racja! – Adam ocknął się, jakby zdzielony po głowie. Mozolnie wyszperał okulary i przyglądał się im dłuższą chwilę, jakby pierwszy raz widział podobny wynalazek. – I jak mam to włączyć?
– Włóż rękawiczkę, IWO jest sterowane ręcznie, jak XBOX! – rzucił niecierpliwie Norman, z braku lepszego porównania. Teoretycznie dało się IWO skalibrować z telefonem, czy jakimś pilotem, albo nawet padem, jakby kogoś naszła ochota, ale po co, skoro ruch mechaniczną rękawicą był szybszy i zdecydowanie bardziej naturalny? Trzeba korzystać z tak zmyślnego wynalazku, chociaż – faktycznie – może nieco ciężko wykorzystać wszystkie atuty skoro instrukcję się przeczytało (o ile…) i zapomniało.
– Norman, ale ona jakaś zjebana jest – poskarżył się nagle Adam, próbując wcisnąć rękawicę na lewą dłoń. Norman aż się zagotował. Zamknął oczy i policzył do pięciu. Nie mogę go zabić, jestem przy ludziach, muszę wiedzieć, co tu się wydarzyło, a Adam to tylko drobna niedogodność.
– Na prawą rękę – podpowiedział łaskawie. W ostatniej chwili ugryzł się w język, by nie dorzucić grzecznego: debilu. Adam w końcu uporał się ze sprzętem, Norman pokazał mu jak podłączyć się do wspólnego systemu i mogli kontynuować. – Badane będą przyczyny pożaru, w wyniku którego są trzy ofiary. Nazwisko to… CO. TY. WYPRAWIASZ?! – Otoczenie wokół Normana zawirowało i nagle znajdował się nie w podpalonym domku, a w pięknym, spokojnym lesie. Otoczenie było Normanowi znane, bo bardzo często korzystał z niego przy analizie dowodów, ale do cholery, to nie był ani czas ani miejsce! Norman znów posłał Adamowi mordercze spojrzenie.
– Nic – mruknął Adam, wzruszając ramionami. – Przypomniało mi się, że czytałem o tym w instrukcji i pomyślałem, że sprawdzę.
– Czy ja ci przeszkadzam w pracy?!
– Nie.
– No to o co chodzi?
Adam mimo wszystko nie pamiętał, jak wyłączyć wirtualne otoczenie. Ponownie: Norman musiał mu pokazać jak to zrobić. Darował sobie wstęp do śledztwa, decydując, że dogra odpowiednie informacje później, na razie trzeba obskoczyć ten dom i jak najszybciej stąd wyjść. Pociągnął Adama do kuchni, gdzie znajdowało się jedno z ciał. Norman rozłożył palce prawej dłoni. Bliskie otoczenie wokół niego zostało odznaczone – znajdowało się w wirtualnym okręgu, którego granice wytyczała żółta linia.
– Analizuj ciało – rozkazał systemowi Norman. Przez chwilę przed jego oczyma przewijały się kolejne informacje. – Uwaga do IWO: analiza czaszki wskazuje na to, że zwłoki należą najprawdopodobniej do kobiety, zwęglone organy i skóra, na pozostałym ciele oparzenia trzeciego stopnia. Adam, gdzie ty, do cholery, jesteś?! – Norman znów ściągnął okulary, by odnaleźć wielkiego mężczyznę przytulonego do ściany. Mimo że część twarzy zasłaniały mu okulary, Norman natychmiast zorientował się w czym problem. – NIE! NIE ZARZYGAJ MI MIEJSCA ZBROD… – Za późno. – …ni. Ja pierdolę. – Ukrył twarz w dłoniach, z trudem powstrzymując się przed dziecinnym tupaniem nogą. – Boże miłosierny, za co mnie tak karzesz, czy ja naprawdę jestem aż takim złym człowiekiem? Alimentów nie mam, podatki i rachunki płacę, nikogo nie zabiłem, nikogo nie okradłem, nawet żadnego kota nie przejechałem, a służba w agencji jest nienaganna. A TY MI PODSUWASZ JEGO?! – Norman obiema dłońmi wskazał na wciąż lekko zielonkawego Adama i spojrzał w sufit, mając nadzieję, że hipotetyczny stwórca świata widzi co się dzieje i chociaż przyjmuje to zażalenie do wiadomości. Jezus Maria, a to dopiero pierwszy dzień! Przecież Norman się nerwowo wykończy!
Wina.
Dużo.
Jaka jest szansa, że dostanie L4 i uniknie Adama? Ostatni raz na zwolnieniu był w trakcie odwyku, co znaczy mniej więcej tyle, że każdy głupi się domyśli, że Norman zaziębił się akurat wtedy, gdy przyszło mu szkolić tego głąba. No dobra, ten konkretny głąb może by się nie domyślił, ale jego Norman nie uwzględniał w swoich statystykach.
Wziął kilka głębokich oddechów i dopiero wtedy był gotowy do dalszej pracy. Musiał włożyć sporo wysiłku, żeby głos mu nie drżał z wściekłości.
– Uwaga do IWO: próbka bez znaczenia, pozostawiona przez agenta na służbie – wydusił przez zaciśnięte żeby i dopiero po zaktualizowaniu systemu odwrócił się do zwłok. Miał tylko nadzieję, że Adam już nie odpierdoli nic głupiego, chociaż Norman nie wyobrażał sobie, że może się stać coś gorszego niż zwymiotowanie na potencjalne dowody. ¬– Uwaga do IWO: ciało kobiety należy najprawdopodobniej do Tiany Rowan. Zapisz: DNA do potwierdzenia przez kryminalistyków. Hmm… – Norman złożył dłonie jak do modlitwy i przez chwilę przyglądał się zwłokom. Nachylił się i zbliżył prawą dłoń do czaszki. – Uwaga do IWO: czaszka wydaje się zniekształcona, do przebadania przez kryminalistyków.
Jeśli Tiana została uderzona, bardzo możliwe, że straciła przytomność. Norman miał nadzieję że tak było – że nie była świadoma tego, że spłonie i że spłonie także jej mąż i dziecko. W takim wypadku jednak kto tu był i co się stało? Norman wstał i ruszył do salonu, aby przyjrzeć się zwłokom Toma Rowana. Adam, mimo obrzydzenia, podążył za nim jak cień. Zwłoki Toma jednak były w o wiele gorszym stanie. IWO nie było w stanie przeanalizować, czy Tom został zaatakowany lub uderzony. Szczerze mówiąc, nie przeanalizowało również czy to w ogóle jest Tom, Norman tak zakładał, ale i tę informację musiało potwierdzić laboratorium.
– Jakie tu jest ogrzewanie? – spytał Norman jednego ze strażaków. Wskazał na rury biegnące po osmolonej ścianie. – To chyba instalacja grzewcza, prawda?
– Tak, to prawda – potwierdził młody mężczyzna.
– Biorąc pod uwagę stan pomieszczeń, epicentrum ognia musiało być gdzieś tutaj.
– Ma pan rację. – Strażak znów pokiwał głową. – Grzejnik jest tam, w rogu. – Wskazał na niewielką skrzynkę. Norman podszedł do urządzenia, aby mu się przyjrzeć uważnie. Grzejnik był niewielki i niezbyt solidny. Jednak ślady ognia były dość… dziwne. Norman dałby sobie głowę uciąć, że źródło ognia było gdzieś tutaj, ale skąd? Skąd tak ogromne płomienie, że aż dotknęły sufitu?
– Coś zwróciło waszą uwagę? – Norman lekko zsunął okulary, by spojrzeć na młodego strażaka. On wzruszył ramionami.
– Bo ja wiem? Niech pomyślę… – zastanowił się chwilę. – Myślę, że taras jest do przebadania, bo nieźle go przysmoliło.
– Myśli pan, że to gdzieś tam się zaczął pożar?
– Oj nie wiem, panie Jayden, nie znam się na tym… Szczerze mówiąc podczas gaszenia tego bajzlu nie za bardzo miałem czas, aby się zastanawiać nad źródłem… Jednak z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że taras nie wygląda jak jedynie napoczęty przez płomienie z wnętrza. Zresztą sam pan niech zobaczy. – Strażak wskazał na jedno z rozbitych okien. Norman przy okazji ostrożnie dotknął szkła, przyglądając się szczątkom i dopiero potem wyjrzał. Przez okna w salonie widać było cały podest, więc Norman wątpił, by to tu zaczął się pożar, Rowanowie przecież by to zauważyli. Drewno było jednak zniszczone i jasno wskazywało na to, że płomienie i tutaj dotarły. Co tu się, do cholery, wydarzyło?
– A co z oknami? – zapytał jeszcze Norman, znów skupiając się na rozbitym szkle.
– Pewnie ciśnienie je rozsadziło.
– Dziękuję. – Norman skinął strażakowi głową, jednak te okna… Nie dawały mu spokoju. Nie wyglądały na potraktowane wybuchem. Szkło powinno się wtedy rozbryzgać na zewnątrz, tymczasem pod parapetem wciąż walały się okruchy. No właśnie, okruchy… Nie ostre, trójkątne szczątki, raczej jakby okno nagle się po prostu rozsypało. ¬– Uwaga do IWO: przeanalizować szkło. Dom ocieplany instalacją elektryczną. Płomienie po sam sufit.
– Moim zdaniem to działania sekty – rzucił nagle Adam konspiracyjnym szeptem. Norman docenił, że Adam w końcu raczył trochę ruszyć mózgownicą, jednak wniosek już wydawał się kompletnie bez sensu.
– Dlaczego? – zdziwił się. Odruchowo też omiótł otoczenie wzrokiem w poszukiwaniu jakichś ostałych krzyży, czy obrazów… czegokolwiek, co naprowadziło Adama na satanistyczne rytuały.
– Spójrz! – Adam wskazał na podłogę. – To ślady po wypalonym pentagramie!
– Eee… Nie, nie wydaje mi się – mruknął tylko Norman. Adam wskazywał na wypalone na podłodze i na ścianie nierówne linie.
¬– Na pewno! Tu musiał być płyn łatwopalny. Benzyna albo olej! Wylany w kształcie pentagramu – upierał się Adam. – Ogień musiał być podłożony! Mówię ci, innej opcji nie ma!
– IWO mi nie wykrywa żadnych śladów benzyny – rzucił Norman, zakreślając dłonią obszar do analizy.
– Wypaliła się, ale przecież to normalne, paliwo się spala, musiała tu być!
Norman nie odpowiedział. Z jednej strony: Adam miał trochę racji, paliwo mogło tu być i po prostu ulotnić się wraz z płomieniami. Ale z drugiej… Z drugiej to był daleko idący wniosek i nie było nic na jego poparcie. Przynajmniej na razie… Na pewno była to teoria warta przeanalizowania. Norman przeniósł się na taras i tam IWO dało o sobie znać! Przed oczyma pojawiła mu się informacja o płynie łatwopalnym! A więc na tarasie jednak coś było! Coś, co nie spłonęło! Hmm… To by się zgadzało z podłożeniem ognia, ale już nijak ma się do pentagramu i rytuału. Nie była to też benzyna. IWO nie połączyło substancji z żadnym łatwopalnym specyfikiem, który był w bazie. Norman odruchowo pociągnął nosem, ale nie wyczuł żadnego zapachu. Cholera, co to mogło być? I jak niby płomień rozlał się aż po całym budynku? Nie łączyło się to też z założeniem, że ogień najbardziej strawił jednak salon. Ech… Tyle pytań… I żadna informacja wyświetlona przez IWO nie dostarczyła sensownych odpowiedzi. Norman ściągnął okulary i rękawiczkę, złożył dłonie i przycisnął je do ust. Trzeba będzie się nad tym pochylić i na spokojnie przeanalizować wszystkie informacje.
Norman wbił dłonie w kieszenie kurtki, zawołał Adama i ruszył do domu naprzeciwko, aby dopytać sąsiadkę, co zobaczyła.
– Nie wiem, jak mogę panu pomóc – westchnęła kobieta. – Gdy wybiegłam z domu, pożar już trwał.
– A widziała pani, gdzie się zaczął? – spytał Norman. – W środku czy na zewnątrz?
– Miałam wrażenie, że w środku, ale… to stało się tak szybko… Miałam wrażenie, że to się stało nagle, w jednej chwili dom był, a w drugim stał w płomieniach.
– Coś się działo tego dnia? Cokolwiek co zwróciło pani uwagę? – Mimo że kobieta zastanawiała się dłuższą chwilę, nie powiedziała o niczym podejrzanym. Rowanowie też nie przedstawiali sobą nic ciekawego, zwyczajna rodzina, która nie zwracała na siebie uwagi sąsiadów. Tom wychodził rano do pracy, wracał po południu. Tiana siedziała na macierzyńskim i zajmowała się synkiem. Dziecko miało trzy miesiące. Sąsiadka nie wiedziała nawet jak chłopczyk się nazywał. ¬– A może ktoś ich odwiedzał? – spytał jeszcze Norman, chociaż nie nastawiał się na nic ciekawego. – Pytam nie tylko o dzisiaj, ale ogólnie.
– Chyba nie mieli zbyt wielu przyjaciół, raczej trzymali się własnego otoczenia. A dzisiaj…? Widziałam dwóch mężczyzn, ale to raczej nic, co by mogło pana zainteresować. Byli ubrani jak mechanicy, przyjechali vanem… Firma jak się patrzy.
– A może wie pani jaka? – spytał jeszcze Norman.
– Oj nie, niestety. Nie wiem od czego mogli być.
– Dziękuję.
Norman po krótkim zastanowieniu wrócił jeszcze pod spalony dom i zabrał próbkę spalonego drewna z tarasu. Kryminalistycy kryminalistykami, ale nie zaszkodzi przyjrzeć się też samodzielnie.
14 lipca 2002
Niedziela
Norman po raz co najmniej dwunasty w ciągu ostatniej godziny otworzył oczy. Jego anielska cierpliwość powoli zaczynała się wyczerpywać. Zerknął na zegarek stojący na szafce i z westchnieniem przywalił sobie w twarz poduszką. Za dziesięć ósma. W dzień wolny. Znowu. Cholera. W sumie to nie rozumiał, czemu jeszcze się dziwił.
Jak co niedzielę Mia obiecywała, że potopi małe potwory. Norman się solidaryzował. Jeszcze przed szóstą budziła się Lily i pruła dziób tak długo, aż nie dostała swojej butelki z mlekiem. Oczywiście, budziła też Rose, która może by i nawet pospała, ale nie ma takiej możliwości, bo Lily ma silnie rozwinięty organ głosowy. Norman i Mia grali na szybko w papier – kamień – nożyce, które z nich wstaje do dziecka i potem ta właśnie osoba próbowała dziewczynkom wytłumaczyć, że jest niedziela, jest wolne, po całym tygodniu harówki fajnie by było w końcu odpocząć, więc jeszcze z dwie godziny spokoju byłyby super. Gdy tylko przekraczało się próg pokoju, Rose wyciągała cymbałki (kto w ogóle wpadł na pomysł, że to dobry prezent?!), waliła w nie ile sił i śpiewała piosenkę z Anastazji. Lily – rzecz jasna – zachwycona dołączała do śpiewu, mimo że jeszcze nie umiała dobrze artykułować ludzkiego narzecza. Wpada się do pokoju, dziewczyny obiecują, wraca się do łóżka, dziewczyny wyciągają bębenki, Anastazja, wpada się do pokoju, dziewczyny obiecują i tak w kółko przez godzinę.
Norman odrzucił kołdrę i podniósł się, aby ruszyć Mii na pomoc. Mia, wściekła jak osa, trzaskała garnkami, niepomna wczesnej pory. Rose została usadzona przed telewizorem, gdzie mogła po raz tysięczny obejrzeć Anastazję i zapewnić rodzicom chwilę na to, by zająć się Lily i doprowadzić się do porządku. Norman wszedł do pokoju dziewczynek, przecierając oczy.
– O cholera – wyrwało mu się. Dzieci zapewniają lepsze skoki ciśnienia niż kawa i energetyki razem wzięte. Norman zdążył wyrwać Lily swoją plakietkę, ale na nic się to nie zdało. Najwidoczniej laminowane papiery też nie były bezpieczne. Westchnął ciężko, po czym wyjął córkę z łóżeczka i ruszył do kuchni. – Lily zjadła moją oznakę. Tak ją wymamlała, że tylko zdjęcie ocalało.
– To przez to, że jej zęby rosną – odparła Mia, ubijając krem do naleśników. – Mówiłam ci, żebyś nie zostawiał ważnych rzeczy na wierzchu. Możesz jej dać syrop na ząbkowanie, powinien być w szafce, ale nie sądzę, aby to jakoś pomogło, ona teraz bierze do buzi wszystko.
– I widzę, że wciąż nie przestała się ślinić – westchnął Norman, patrząc na rosnącą plamę na swojej koszulce. Usadził Lily na krzesełku i od razu podał jej pluszowego misia, aby zapobiec histerii. Dopiero teraz podszedł do Mii, aby objąć ją od tyłu i cmoknąć w policzek.
– Uciekaj mi stąd – powiedziała, próbując brzmieć ostro, ale wyraźnie złagodniała.
– Nie – mruknął zadziornie, opierając brodę o jej ramię.
– Serio, przeszkadzasz mi. Jak już się tak rwiesz do pomocy, to zaparz kawę i wstaw mleko na gaz. Tylko uważaj, żeby ci nie wykipiało, tak jak ostatnio.
– Nie wiem, o czym mówisz, kochanie – rzucił niewinnie Norman. Mia tylko wymownie spojrzała na poplamione ściereczki, których z roztargnienia nikt nie wrzucił do prania, ale nie ciągnęła tematu i tylko pokręciła głową.
– Zaprowadzisz jutro dziewczynki? – Mia zmieniła temat. – Z rana muszę pojawić się w kwiaciarni, mam zamówienie do wykonania.
– Oczywiście. Skarbie, proszę cię, ścisz to trochę – odwrócił się do Rose. Ona udała, że nie słyszy. ¬– Boże, jak jeszcze raz usłyszę tę piosenkę, to oszaleję. Ten, kto ją napisał, zniszczył mi życie. Zamierzam dowiedzieć się kto i popełnić morderstwo.
– Cóż za emfaza – zakpiła tylko Mia, nawet nie odrywając się od przekopywania lodówki w poszukiwaniu owoców.
– Ta piosenka mi się śni.
– Rosie, słoneczko, przycisz tę bajkę, chyba nie chcesz, żeby tata ześwirował już do końca.
– Ale wy tak głośno rozmawiacie, nic nie będę słyszeć! – zaczęła marudzić Rose.
– Przecież i tak znasz dialogi na pamięć, więc co to za różnica? – Norman wywrócił oczyma i zajął się odganianiem kota od gotującego się mleka. Uznał też, że dyskusja z Rosie jest z góry przegrana, więc machnął ręką i psychicznie zaczął się przygotowywać na irytującą melodyjkę, którą usłyszy chyba z dwudziesty raz od początku tygodnia. Lily też przypomniała o swojej obecności, klaszcząc zupełnie bez powodu. Zabawa pluszakiem najwidoczniej już się jej znudziła, bo zabawka spoczywała pod stołem. ¬– No masz, a ty się dalej nie nauczyłaś. Przestań rzucać rzeczami! Jak będziecie grzeczne, to wam pozwolę pozmywać po śniadaniu naczynia. – Dziewczynki to uwielbiały. Rose natychmiast przyciszyła bajkę.
– Nie – jęknęła tylko Mia. – Moja zastawa!
– Ja ci już dawno mówiłem, że trzeba kupować duraleks. – Norman tylko wzruszył ramionami. Odkąd Lily i Rose wytłukły większość talerzyków deserowych, połowę filiżanek i cukiernicę, Norman przestał się denerwować. Mia najwidoczniej jeszcze nie wyzbyła się przywiązania do naczyń w kwiatki. – Rose, wolisz siąść do stołu, czy wytrzeszczać oczy na telewizor?
– A jak myślisz? – odparła za córkę Mia, zdejmując mleko z ognia, aby zrobić dzieciakom kakao. – Tylko przysuń jej pod kanapę stolik, jeszcze tego tylko brakuje, żeby mi wypaćkała wszystko malinami.
Norman posłusznie przyciągnął stolik do kanapy, chociaż wątpił, by to miało jakoś uchronić salon przed bałaganem. Rose chwilę później już siedziała umazana kremem. Lily tymczasem uczyła się używać łyżki i uderzała nią w swój mus jabłkowy, rozbryzgując go po całej kuchni. Mia przymknęła oczy i zaczęła rozmasowywać skronie, jakby miało to jakoś pomóc i ostatecznie pozwoliła Lily na zabawę. Ruszyła na poszukiwania szczotki i gumek do włosów, żeby pozaplatać córkom warkocze, bo ktoś (jej niespełna rozumu mąż) obiecał im, że w niedzielę pójdą do lunaparku, a zanim zmusi te dwa potwory do ubrania się, na pewno spokojnie minie południe.
– Mia, jeśli chcesz, to możesz zostać w domu i odpocząć – zaproponował Norman, który próbował zmusić Lily, aby przestała rozchlapywać jabłkową breję. Z marnym skutkiem.
– Świetny pomysł – prychnęła tylko Mia, posyłając mu nieco kpiący uśmiech. ¬– Jak ostatnio puściłam cię z dziewczynkami samego to Rose pochorowała się po trzeciej porcji lodów, a Lily dostała choroby lokomocyjnej od karuzeli. Tak, puścić cię samego to pomysł, który nie ma prawa pójść źle. – Norman się nachmurzył, klapnął obok Rose i wymamrotał coś niezrozumiałego. Założył ręce na piersi, przez co wyglądał jak obrażony przedszkolak. Tak to jest, jak się da dzieciakom odpust i postanowi zignorować to mamine „nie, nie wolno”. Ta niedziela jasno pokazała, że faktycznie nie wolno. Mia postanowiła go jednak pocieszyć. Podeszła do niego, aby poczochrać mu czuprynę. – No już, uśmiechnij się. Spacer ze mną to aż taka kara?
– Żartujesz? – Norman uniósł głowę, aby móc spojrzeć na żonę. Uśmiechnął się przy tym zawadiacko. – Jest jeszcze gorzej niż myślisz.
– Menda – uśmiechnęła się Mia. Jedną dłonią wciąż gładziła grzywkę Normana, a drugą przytuliła go do siebie.
– Jak mnie pocałujesz, to obiecuję, że nigdy więcej nie kupię Rosie więcej niż dwie porcje lodów naraz – zaproponował Norman łaskawie. – I będę pilnował, żeby Lily w porę zeszła z karuzeli.
– Oj, zapewniam cię, skarbie, że i tak będziesz tego pilnował. Chyba że jednak masz w planach szybki rozwód.
– W życiu byś się ze mną nie rozwiodła.
– Tak? Sprawdź mnie. – Mia mimo wszystko przycisnęła usta do czoła swojego męża.
– Weźcie, to obrzydliwe – skomentowała Rose i udała że wymiotuje do swojego kubka. Norman poczuł, jak usta Mii rozszerzają się w uśmiechu. Odsunęła się od niego, ignorując jęk niezadowolenia.
– Chodź, królewno – zawołała. – Trzeba jakoś ujarzmić te twoje włosy. A ty – zwróciła się do Normana – zrób coś, żeby Lily nie rozbabrała tego swojego jedzenia po całej kuchni.
– Na to chyba już za późno – prychnął Norman, ale podniósł się z kanapy i podszedł do młodszej córki, wciąż zachwyconej z faktu, że mogła bawić się musem. – Och, Lily, gdybyś ty to jeszcze sama posprzątała… Nie rozumiem, po co w ogóle zawracałem sobie głowę nakładaniem ci śliniaka, skoro i tak jesteś cała upaprana. – Lily tylko wesoło pomachała łyżką, szczerząc zęby w uśmiechu. Norman wyjął sztuciec z dłoni Lily i wyciągnął ją z fotelika. Wszystko było w musie jabłkowym – cała Lily, cały fotelik i jeszcze podłoga wokół. Dobrze że chociaż Lily nie spodobała się ta zabawa na tyle, by reagować płaczem na przerwanie jej.
– Załóż jej tę niebieską sukienkę, ciepło dziś na dworze. Powinna leżeć na komodzie w pokoju dziewczynek – rzuciła jeszcze do niego Mia, próbując uczesać ciemne włosy wiercącej się Rose. Rosie wdała się z wyglądu w ojca, odziedziczyła to samo stalowe spojrzenie szarych oczu i te same ciemne, proste włosy. Lily była jeszcze mała, ale już widać było, że rośnie kopia rodzicielki – oczka miała w ślicznym, zielonym odcieniu i tak samo zadarty, opstrzony piegami nos. Rosły jej też piękne, złote loki. Mały aniołeczek, przynajmniej dopóki śpi.
– Nie wierć się – zwrócił córce uwagę Norman, chociaż doskonale wiedział, że to daremne. – Jak dasz się w spokoju ubrać i mama pójdzie z Rosie po watę cukrową, to tata pozwoli ci pojeździć na karuzeli.
– Nawet nie myśl, że tego nie słyszałam! – krzyknęła Mia, próbując opanować rozbawienie.
– Kupimy po drodze aviomarin – odparł jednak Norman beztrosko. – Chociaż biorąc pod uwagę, ile ona rzeczy niezdatnych do spożycia pochłonęła, odkąd jej te zęby rosną, to nie sądzę, by żołądek był jakoś bardzo zaskoczony.
– A chcesz zaryzykować? Od razu mówię, że tapicerkę będziesz prać sobie sam. I złóż spacerówkę!
– Musimy brać ten piekielny wózek? – skrzywił się Norman, próbując wcisnąć córkę w przygotowaną sukienkę. – Zawsze się boję, że mi wybije szybę w bagażniku. Bo ze wszystkich możliwych wózków, my musieliśmy wybrać ten, który jest taki masywny!
– Może i masywny, ale bezpieczny. Składaj wózek i idź upychać graty do samochodu!
– Tato, tylko nie zapomnij spakować Elizy! – dodała zaraz Rosie.
– Gdzieżbym śmiał – mruknął tylko Norman, od razu posyłając wielkiej lalce ubranej w różowe falbany wrogie spojrzenie. Rosie dostała ją w zeszłym roku na urodziny i od tej pory nie ruszała się bez niej z domu. Norman pluł sobie w brodę za wybór tego modelu, bo był ogromny i nieporęczny. No i jak łatwo się domyślić, Rosie dość szybko nudziło się ciąganie lalki po dworze, więc ostatecznie i tak tachał ją Norman (lalkę, nie Rosie). Nawet nie chciał sobie wyobrażać jak to musi wyglądać.
Tak jak Mia przewidziała – zanim obie córki były gotowe do wyjścia, aviomarin kupiony, a spacerówka wepchnięta do samochodu, minęło południe. Dość sprytnie też powstrzymywała dziewczynki przed zjedzeniem tony słodyczy, obiecała im, że później będą mogły zamówić w McDonaldzie ile tylko będą chciały – pod warunkiem, że wszystko zostanie zjedzone. Zignorowała przy tym mamrotanie Normana, że wykarmienie tej rodziny kosztuje niebotyczne sumy i jak tak dalej pójdzie to będzie musiał wziąć kredyt, żeby spłacić poprzedni kredyt. Obiecał sobie, że będzie pilnował portfela jak oka w głowie – ostatnio odwrócił wzrok tylko na parę sekund, a w następnym momencie trzeba było wyperswadować córkom kupno ekler tak ogromnych, że by je zemdliło w ciągu kwadransa.
Oczywiście nie minęło dużo czasu, aż Rose oddała rodzicom swoją Elizę i poszła szaleć na huśtawkach.
– Czyli znowu wyglądam jak idiota. ¬– Norman westchnął, próbując upchnąć lalkę do koszyka w spacerówce. Niestety, była na to zbyt duża, więc chyba będzie musiał biegać za Rose razem z jej zabawką.
– Zabiorę Lily na zjeżdżalnię – odparła tylko Mia z uśmiechem, pospiesznie muskając ustami policzek męża. – Tylko żadnych lodów!
– Tak, tak, tak – zbył żonę, machając ręką i wywracając oczami, ale zaraz potem rzucił się w stronę Rose, bo ta mała wariatka postanowiła przenieść się na drabinki bez nadzoru.
Mógł narzekać ile wlezie, ale tak naprawdę nie przeszkadzało mu ani bieganie za córkami, ani targanie spacerówki, ani nawet trzymanie oczojebnie różowej lalki. Może nie było to książkowe, idealne życie, ale nie ma co oczekiwać fikcji. Niestety – tylko w fikcji żyje się „długo i szczęśliwie”.
