Actions

Work Header

Reminiscence of Eternity

Summary:

William Deakin był jednym z najsłynniejszych malarzy XVI wieku. Choć malował dla wielkich i bogatych, zapisując się w historii dzięki swojemu oddaniu rzeczywistości, które dla większości graniczyło niemal z grzechem, to jednak nie to spędzało sen z powiek badaczy. Istniała bowiem grupa dzieł, zawsze przestawiająca tą samą osobę — młodego arystokratę, w różnych pozycjach i porach dniach. Była to najbardziej tajemnicza tematyka, ponieważ większość obrazów uległa zniszczeniu.

I to właśnie te dzieła badał nikt inny jak Harry Styles, przygotowujący swoją rozprawę doktorską związaną z dziełami Deakina.

Jednak czy ktoś wspominał, jak podobny do modela był sam Harry i jak wiele wspólnego z tym wszystkim mógł mieć profesor matematyki, którego wiek był o wiele większy, niż wyglądał?

Chapter Text

Rok 1534

 

 

Rozstawione świece, których wcale nie było tak mało, miękko oświetlały długie, szczupłe ciało i burze ciemnych loków. Cienie pochodzące z wesoło tańczących płomieni rozgrywały właśnie bitwę na młodej, delikatnej twarzy, szczególnie gdy mięśnie poruszały się co jakiś czas lub gdy usta wykrzywiały się w małym grymasie. Osoba leżąca na całkiem sporym łożu z widocznym znużeniem czytała księgę, marszcząc brew, kiedy nie była pewna któregoś ze słów. Lecz nie można było się aż tak dziwić, wszak łacina nie była dla niego ojczystym językiem, ale poświęcił wiele czasu, aby jak najlepiej się jej nauczyć. Nauczyciele, na których jego rodzice łożyli tak wiele złota przez długi czas, kiedy był młody, naprawdę mu pomogli, ale bez nadzoru wcale nie szło mu tak dobrze, jak podczas takich zajęć.

Ale był już dorosłym mężczyzną, więc musiał radzić sobie samemu z wszelakimi problemami. Nawet takimi prostymi. 

Westchnął, mając ochotę odrzucić księgę na bok. Nie zrobił tego jednak, ale pozwolił sobie na coś innego, opadając na miękkie poduszki, żeby zaraz usłyszeć cmokanie.

— Harry, nie ruszaj się, proszę — odezwał się głos dochodzący z innej części pomieszczenia. Tę postać również oświetlały świece, choć nieco słabiej niż osobę, która znajdowała się na łożu. — Chciałbym to skończyć jeszcze w tym stuleciu.

Czytający uniósł się ponownie, wzdychając jeszcze raz, tym razem nieco głośniej, ale wrócił do swojej poprzedniej pozycji.

— Znów mnie malujesz? — zapytał brunet, próbując wrócić swoją uwagą do księgi, choć to wydawało się być niemożliwe, gdy jego wszystkie zmysły momentalnie były gotowe na to, aby skupić się na swoim towarzyszu. — Zająłbyś się w końcu czymś innym, Louis. Nie jestem aż tak ciekawy.

— Dzisiaj rysuję, nie udawaj, że mnie nie widzisz i że nie widzisz różnicy między tymi dwoma technikami — odezwał się tamten, jednak w jego głosie nie wybrzmiewał nawet gram zirytowania. Było to raczej podobne znużenie, jakby odbywali podobną rozmowę już któryś raz i ta nadal toczyła się dokładnie tak samo. Artysta powrócił spojrzeniem na papier, na którym od dłuższego czasu rysował. — Ale będzie szybciej, żebyś nie musiał tak bardzo lamentować.

Ciemne loki prawie podskoczyły z oburzenia, gdy uniósł głowę jeszcze wyżej.

— Lamentuję, bowiem cały czas każesz mi pozować jakbym był rzeźbą, Louis, ale nigdy nie chcesz mi ich pokazać! Chowasz je przede mną, choć zawsze chcę je zobaczyć — odpowiedział ten, brzmiąc na nieco zirytowanego. Ale miał przecież do tego pełne prawo. Tak często był przecież modelem dla artysty, z którym spędzał tak wiele czasu, a nie mógł podziwiać wszystkiego, co ten tworzył.

— Bo żaden nie oddaje w pełni twojego piękna. Gdy stworzę odpowiednie dzieło, wtedy zobaczysz je jako pierwszy, a wiesz, że ja dotrzymuję swojego słowa — odparł Louis, unosząc ponownie wzrok znad swojej pracy. — I naprawdę jesteś zdziwiony, że zajmuje mi to tak wiele czasu, moja miłości? Każdego dnia stajesz się coraz wspanialszy, muszę uwiecznić każdą, nawet najdrobniejszą zmianę.

— Za to nie kupisz choćby bochenka chleba. Sam mówiłeś, że tych obrazów, rysunków, czy cokolwiek danego dnia robisz, nigdy, przenigdy nie sprzedasz. Myślisz, że będę wiecznie łożył na twoje utrzymanie?

Mężczyzna o nieco jaśniejszych włosach uśmiechnął się, odkładając na moment papier na bok.

— Król i inny możni płacą mi wystarczająco, abym nie musiał przejmować takimi drobiazgami, najdroższy, dlatego nie musisz silić się na złośliwości. Zresztą, nie udawaj, wiem, że sam specjalnie kupujesz moje obraz.

Louis podniósł się, nie zabierając jednak swoich narzędzi ze sobą. Te odłożył na drewniany taboret, na którym siedział od dłuższego czasu. Za to podszedł do misy z wodą, przemywając dłonie, wcześniej brudne od sepii, którą trzymał przez ten cały czas w rękach.

— Nie pojmuję tego — zaczął na nowo Harry, wodząc wzrokiem za artystą. — Jesteś tak szybki, większość prac wykonujesz tak w mgnieniu oka. A jednak, kiedy twoim celem jestem ja, mam wrażenie, że jesteś wolniejszy od starca.

Artysta wytarł dłonie w materiał leżący obok, aby po chwili odrzucić go gdzieś na bok. Zaraz po tym podszedł bliżej łoża, by tylko znaleźć się o krok od bruneta. Usiadł obok niego, nachylając się delikatnie, aby ułożyć chłodną dłoń na miękkim, ciepłym policzku. Kciukiem wodził po skórze, w której widział tak wiele życia. Uśmiechnął się bezwiednie, jakby sam kontakt z Harrym sprawiał, że cały świat przestawał dla niego istnieć. Jego wzrok powiódł jednak nieco niżej, zatrzymując się przy wiązaniu białej koszuli, którą ten miał na sobie. Kątem oka dostrzegł wystające spod materiału maleńkie ranki na jasnej skórze, a jego spojrzenie zmiękło.

— Wiesz, dlaczego nigdy się nie śpieszę, kiedy chodzi o ciebie? — powiedział ten cichym tonem.

— Chętnie się dowiem — odpowiedział Harry, przymykając oczy, gdy oparł twarz nieco mocniej na chłodnej dłoni artysty.

— Przecież jesteś tego świadomy, ale z chęcią powiem ci to jeszcze raz. I będę mówił ci to aż do dnia sądu. Ponieważ ciebie darzę uczuciem silniejszym od jakiejkolwiek modlitwy. Bo jesteś dla mnie największą muzą i największą ucztą dla mych oczu. Zaś oni są dla mnie wyłącznie zarobkiem. Król, lordowie, kościelni hierarchowie... Są jak cień przy tobie. Cień, który nigdy nie ma zaznać odrobiny słońca. Dla nich liczy się wrażenie wywołane na gawiedzi, a nie to jak piękne to będzie. Chcę nacieszyć się tobą w każdej formie, zaznaczyć każdą fałdę materiału i nawet najdrobniejsze muśnięcie światła. A teraz pokaż mi, który moment cię trapi.

Brunet zmarszczył brwi, a jego usta skrzywiły się delikatnie, jakby wcale nie chciał pokazać, że męczył się z jakimś fragmentem. Przyciągnął nawet księgę nieco bliżej własnego ciała, oplatając ją ramionami. To przecież wcale nie chodziło o to, że te wszystkie woluminy z prywatnej biblioteki Louisa zdawały się być jeszcze trudniejsze od tego, z czym mierzył się na co dzień.

— Nic mnie nie trapi, poradzę sobie sam — powiedział, ale nie mógł ukryć uśmiechu, który pojawił się na jego twarzy, gdy słuchał wyznania Louisa. — Nie mogę polegać wiecznie na tobie, inaczej się nie nauczę. I nie ma to znaczenia, że próbuję od tak wielu lat.

— Zawsze możesz na mnie polegać, gołąbku. Wiesz, że od dawna znam łacinę.

Zielone oczy uniosły się znad woluminu. To był ten moment, gdy szatyn zabrał księgę z uścisku ukochanego i zamknął ją, odkładając na miękkie kołdry, na których Harry sam leżał. Brunet zaś mając wolne za to ręce, zarzucił je na szyję mężczyzny, gładząc powolnymi ruchami skórę na jego karku.

— Czasami naprawdę traktujesz mnie jak dziecko, Louis — burknął ten, unosząc się lekko, gdy ich twarze nieco się przybliżyły do siebie.

I chwilę później Harry mógł poczuć drobne pocałunki na swoich własnych wargach. Och, zdecydowanie wolał to od nudnych ksiąg.

— Ciebie? Nigdy bym sobie na to nie pozwolił. Ta drobna różnica wieku nie jest dla mnie ważna.

— Drobna — zironizował Harry, gdy wciąż gładził kark mężczyzny. — Umiem liczyć, wiesz? Nie idzie mi to tak niezgrabnie jak łacina w tych twoich starych księgach, dlatego nie udawaj. Masz tak wiele wiosen, że sam nigdy nie podałeś mi dokładnej liczny, a nie dwadzieścia, abyśmy rozmawiali o drobnej różnicy.

— Szczegóły, moja miłości. To tylko drobne szczegóły.

To była jedna z tych nocy, kiedy brunet poinformował wszystkich w swym własnym domostwie, że wyjeżdża na dzień lub dwa w interesach. Żona miała czekać na niego, ale myśl o kobiecie, która nie kochała go tak samo mocno jak i on jej, powodowało, że chciał upozorować wypadek swojego wozu, może napaść na niego i ucieczkę gdzieś daleko razem z Louisem. Ale nie mógł zostawić jej na pastwę losu, właśnie dlatego uciekał na te kilka nocy, pozwalając swojemu sercu bić na nowo a nie usychać z palącej go tęsknoty. Miał zobowiązania wobec rodziny, które musiał wypełnić, choć robił to z wielkim bólem.

— Jak wiele dzisiaj narysowałeś? — zapytał w końcu brunet, wiedząc, że rozmowa na temat ich wieku mogłaby ciągnąc się i przez całą noc, na co jednak nie miał tego dnia nastroju. 

— Wystarczająco, abym aż do następnego wschodu słońca mógł skupić teraz uwagę na prawdziwym tobie.

Harry zaczesał palcami kosmyki, które umknęły zza ucha jego artysty.

— Nigdy nie zrobiłeś pracy, na której bylibyśmy razem, a to już cztery zimy — mruknął brunet, leniwie wodząc po jasnym włosach, owijając niektóre z pasm wokół palców. — Nie myślałeś, aby to zmienić?

— Nie, szczerze mówiąc nie.

Harry westchnął, ale nie stracił na swoim dobrym nastroju, pozwalając, aby chłodna dłoń krążyła po jego udzie.

— Dlaczego nie? — dopytał kolejny raz. — Mógłbyś chociaż raz zrobić coś na moje zamówienie. Nie potrzebuję kolejnego pejzażu, choć niewątpliwie są piękne.

Louis spojrzał na niego, nie wypowiadając ani słowa, a brunet odnalazł w błękitnych oczach wszelkie odpowiedzi. Bo był jeden problem. Jeden, drobny problem. Chociaż Harry kochał Louisa z całego serca, co było odwzajemnione, to było coś, co dzieliło ich i łączyło zarazem. Wieczność. Której nie chcieli sobie odbierać, ale zarazem dać jednocześnie. Wiedział, że jeżeli coś się wydarzy i odejdzie z tego świata, szatyn będzie chciał potraktować go wyłącznie jako wspomnienie, wizję ukazującą mu inny świat.

— Lou — szepnął miękko Harry, a jego nogi może nieco delikatniej się rozszerzyły, kiedy nadal czuł tą krążącą po swoim ciele dłoń, która eksplorowała zakamarki schowane pod materiałem nocnej koszuli. — Jeden, malutki obraz. Tylko dla mnie, mój ukochany. Możesz go nawet zatrzymać u siebie, jeżeli chcesz. Ale chcę mieć myśl, że zawsze blisko mnie będzie coś będzie tylko twoje i moje. Tylko dla naszych oczu. Jak spowiedź kochanków, ukryta przed wszystkimi. Kto wie, może za setki lat ktoś go odnajdzie i będą pisać o nas pieśni? Chcę zatrzymać ten moment na zawsze.

— Myślisz, że go nie zatrzymamy? Że czas nie będzie dla nas łaskawy?

— Nie wiem, co będzie działo się w czasie kolejnego księżyca, więc nie mogę wybiegać tak daleko w przyszłość. Jestem gotów oddać ci wszystko, ma miłości, ale ty wciąż odmawiasz.

— Wiesz, dlaczego nie chcę ci tego odbierać.

— Ale odbierasz naszą możliwość na wieczność — powiedział cicho brunet. — Rozumiem, że chcesz, abym przeżył jeszcze kilka lat. Abyśmy się w tym wszystkim upewnili, ale... Ja nie chcę czekać. Jestem gotowy spłonąć w ogniu piekielnym, aby tylko pozostać przy tobie. To już cztery lata, a nie cztery miesiące, jak długo będziemy jeszcze czekać?

— Gdy wrócę z Paryża, porozmawiamy o tym znów, ukochany. Myśl o tym, że każdego dnia będziesz mój staje się coraz trudniejsza, gdy okazuje się, że to tylko myśl.

— Ale przed Paryżem mógłbyś namalować coś malutkiego, miłości. Louis w końcu westchnął, gładząc miękki policzek, a jego wzrok jeszcze nigdy wcześniej wydawał się nie wyrażać tak wiele oddania i miłości.

— Zawsze musisz znaleźć na mnie sposób, wykorzystując moją słabość do ciebie, nieważne jak bardzo mógłbym ci wcześniej odmawiać. Młodszy z nich zaśmiał się, tym bardziej, gdy czuł pocałunki na swojej szyi. — Po prostu wiem, jak wiele wolnego czasu potrafisz mieć, tym bardziej, że czeka na ciebie wieczność — mruknął, odchylając swoją głowę jedynie mocniej.

— A ja robię wszystko, abyś się nie nudził, kochanie.

Zadrżał, gdy poczuł, jak kły wbiły się w jego szyję. Z jego ust wyszedł urwany jęk, ale nie odsunął się. Przecież nie doświadczał tego pierwszy raz, choć Louis rzadko sobie na to pozwalał, nie chcąc, aby ktoś zobaczył rany na ciele Harry'ego, oskarżając go o najgorsze. Ale w tym jednym momencie coś nie pozwalało mu się powstrzymać. Może myśl, że brunet będzie z nim przez wszystkie dni tego świata, że tak wiele nocy będą mogli spędzić gdzieś daleko właśnie w taki sposób. Choć trzoda ludzka, Harry zawsze karcił go za takie określenie, nienawidziła odmienności, on i jemu podobni korzystali z tego, co dawało im życie. Tej nocy wcale nie żałował, gdy czerwona, ciepła ciecz znalazła się na jego języku. Choć picie z innych miejsc również było dla niego podobnie zaspokajające, to jednak coś w nim wariowało, gdy wbijał się wprost w szyję, gdy ich ciała były tak blisko siebie. Pił przez chwilę. Nie robił tego z pragnienia, nie był już młody, więc krew nie była mu potrzebna do przeżycia, a jedynie z czystej przyjemności, do odczuwania najwyższych poziomów ekstazy. Z chęci poczucia bliskości między nim a Harrym, który teraz wydawał się oddychać nieco ciężej niż jeszcze chwilę wcześniej. Jego dłonie na drugim ciele ocieplały się i nie były już jak lód przykładany do rozgrzanej skóry.

— Namaluję to dla ciebie — powiedział w końcu Louis, gdy uniósł głowę znad szyi bruneta. Na jego ustach wciąż widniały resztki posoki, a błękitne oczy były jak za mgłą. Ta zaś była spowodowana słodyczą krwi, którą tak bardzo wielbił. Krwi Harry'ego. — Wyłącznie dla ciebie. A w zielonych oczach błysnęło coś radosnego. Wyglądało to tak, jakby młodszy z nich nigdy wcześniej nie usłyszał niczego wspanialszego.

Ale jeszcze nie mieli pojęcia, jak wiele mógł znaczyć ten obraz.