Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Relationship:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Stats:
Published:
2022-10-09
Words:
10,683
Chapters:
1/1
Kudos:
1
Hits:
66

Remix Christmas ✔

Summary:

Kiedy życie daje ci cytryny - ty robisz z niej lemoniadę.
Harry miał tylko dwadzieścia lat, wiele problemów na głowie i... Terapię z przystojnym lekarzem, który wywróci jego życie do góry nogami.

Notes:

ONE SHOT
!louisTop, !harryBottom, wampirzy one shot + mieszanka Świąt Bożego Narodzenia

Pisane: 14.09.2020 - 16.09.2020

Wesołych Świąt!

Work Text:

Pov. Louis

24 Grudnia 1759 rok. Właśnie wtedy przyszedłem na świat. Mama mówiła mi, że był to bardzo magiczny czas. Szczególnie przez Święta Bożego Narodzenia. Zostałem ich małym prezentem. To musiał być cud — byłem pierwszym dzieckiem. Nikt z naszej rodziny nie był doświadczony, aby odbierać porodu, a w tamtych czasach było to kiepskie i bardzo niesterylne. Nie chorowałem, trzymałem się dobrze. Mama sporo opowiadała mi o tym czasie. Wspominała o pierwszych dniach, kiedy bała się mnie podnieść, bo byłem bardzo mały. Mój tata dużo jej pomagał. Nigdy nie poznałem dziadków; zmarli grubo przed moimi narodzinami. Do siedemnastego roku życia doczekałem się aż szóstki rodzeństwa. Na naszej małej wsi była to najliczniejsza rodzina. Osiemnasty wiek w Anglii był to przełomowy wiek. Nie interesowałem się światem, ale rewolucja przemysłowa dotknęła nas wszystkich. Był to krok do nowego, lepszego świata. Kiedy miałem dwadzieścia dwa lata, w 1781 roku, chciałem znaleźć coś dla siebie, swoje miejsce. Zostawiłem rodzinę i nikomu nic nie mówiąc, ruszyłem przed siebie, w dół Anglii. Tak przynajmniej wtedy mi się wydawało. Dotarłem do bardzo zniszczonej wioski. Byłem tym tak przerażony, że nie wiedziałem, co robić. Słyszałem krzyki wołające o pomoc, ale jednak nie mogłem się ruszyć. Coś mówiło mi, abym tego nie robił. Uciekłem z tego miejsca jak najdalej. Miałem wrażenie, że ktoś obserwował mnie całą drogę. Chciałem uzupełnić zapasy jedzenia i wody — robiłem to, co wioskę, a wtedy nie miałem nawet kropli wody. Na noc zawsze starałem się zatrzymywać gdzieś na uboczu głównej drogi. Pierwsze noce bałem się o dzikie zwierzęta, ale po parunastu takich nocach byłem spokojny. Jednak tamtej nocy miałem dziwne przeczucie, bałem się. Miałem czego. Nie widziałem, że jeden z najniebezpieczniejszych drapieżników na świecie, patrzył się na mnie z góry. Jednak, kiedy patrzyłem z większej perspektywy czasu, wydawało mi się to śmieszne. Niebezpieczeństwo czyhało na mnie na każdym kroku w mojej podróży, ale dopiero kilka kilometrów od wyznaczonego celu mnie spotkało. Kiedy przebudziłem się w środku nocy, księżyc był zasłonięty chmurami, a gwiazd nie było widać. Nie widziałem niczego złego, czułem się spokojny, nie czułem niebezpieczeństwa, które siedziało obok mnie i obserwowało ze mną niebo.

— Chmury naszyły dwie godziny temu.

Podskoczyłem i spojrzałem na lewo. Siedział tam mężczyzna, z bladą skórą i czerwonymi oczami. Uśmiechnął się, kiedy odsunąłem się daleko od niego. Kiedy wstał — zrobiłem to samo. Cofnąłem się, kiedy zrobił krok do przodu. Jego oczy były dzikie, tak samo postawa.

— Co tak, marnego człowieka, tutaj sprowadza? W dodatku, w nocy. Gdzie twoja wioska? Zgubiłeś się?

Zrobił znowu dwa kroki do przodu, ja dwa do tyłu. Jeszcze nigdy się tak nie bałem. Nawet wtedy, kiedy decydowałem się na samotną podróż i pierwszą noc w lesie. Czułem, jak moje serce chciało wyskoczyć i uciec daleko. Dlaczego tak piękny człowiek był przerażający? Mógłby uchodzić za czarodzieja w mojej wiosce. Zanim mrugnąłem, znalazł się przy mnie. Krzyknąłem, kiedy docisnął mnie do drzewa.

— Nie odpowiesz mi?

— Ja... Ja szukam dla siebie miejsca! — powiedziałem i szybko dodałem. — Nie rób mi krzywdy!

— A kto powiedział, że zrobię ci krzywdę? — Zapytał i się cofnął. — Czemu podróżujesz sam? Szczególnie nocą. Zagrożenie czyha za każdym rogiem, nawet na drzewie.

Jak na zawołanie dwóch kolejnych mężczyzn zeskoczyło z drzewa. Stałem, wtedy, sparaliżowany w miejscu. Nowa dwójka zaśmiała się głośno, patrząc się na mnie.

— Nie straszcie go. Słyszycie, jaki jest przerażony? Jego serce bije tak zastraszająco szybko! — powiedział ten, który stał najbliżej mnie.

Byłem bardziej niż przerażony, jeżeli się w ogóle dało. W tamtej chwili nie wiedziałem, co się dokładnie działo. Przez dwadzieścia dwa lata swojego życia wiele słyszałem o takich istotach, widziałem, jak ludzie palili i skazywali na śmierć osoby, które ich zdaniem — właśnie takie były. Dla mnie wydawało się to bajką; to dla mnie nigdy nie istniało. Aż do tej nocy.

— C-co?

Spojrzeli się na mnie. Przeszedł mnie dreszcz. Ich czerwone oczy były straszne.

— Możemy już?

— Nie, Zayn. Nie możemy. Mam... Mam pomysł. Idźcie stąd. Dwa kilometry dalej jest kolejne wioska. Tam się najedzcie.

Patrzyłem się na nich, jak momentalnie rozpłynęli się w powietrzu. Jedynie jeden został.

— Jakiego miejsca dla siebie szukasz? Nic nie odpowiesz? Daruję ci życie, jeśli mi odpowiesz..

— Nie wiem! Ja... Nie wiem! — powiedziałem szybko pod naciskiem jego wzroku. — Coś nowego. Znudziło mnie mieszkanie w wiosce. Kierowałem się w stronę miasta.

— Hm, chcesz poznać nowe życie? Wypłynąć za ocean?

Byłem naiwny, chętnie się na to zgadzając. Byłem głupi, zbyt młody, aby nie wiedzieć, że ten mężczyzna kierował się tylko swoim... Pragnieniem. Do tej pory, po takim czasie, po latach, nie mogłem się, do czego przyzwyczaić. Ślepo wierzyłem, że ten człowiek, mężczyzna, mówił prawdę. Wierzyłem, bo czułem to. Zrobił, to co powiedział, dał mi nowe życie. Wypłynąłem za ocean. Jednak bardzo dużym kosztem.

— Ale...

— Nie musisz się bać — powiedział i zbliżył się do mnie. — Trochę zaboli, ale będzie dobrze. Pamiętaj, nowe życie, jeśli się powstrzymam.

Nie zdążyłem nic więcej powiedzieć — poczułem ogromny ból. To było nie do opisania. Jakby ktoś rozrywał mi szyję, czułem też ciągnięcie, a potem ogień w środku. Okropny ogień. Widziałem, jak się odsuwa, a potem patrzy na mnie. Więcej nie widziałem.

Oprzytomniałem... Po trzech dniach. Naprawdę nie wiedziałem, co się ze mną stało. Byłem w tym samym miejscu, co spotkałem tego mężczyznę. Znowu była noc, a księżyc wisiał nad drzewami; gwiazdy były bardzo widoczne, co zapierało wdech w piersiach. Chciałem wziąć głęboki wdech, ale moje płuca nie pracowały, tak samo, jak serce. Rozejrzałem się zdezorientowany po okolicy. Widziałem bardzo dobrze — mimo panującej ciemnoty przez noc. Spojrzałem na swoje dłonie, mimo tego stresu, wcale mi się nie trzęsły, jak miały w zwyczaju. Oparłem się o drzewo i musiałem się uspokoić. Czym w ogóle byłem?

— Już?

Podniosłem szybko głowę, patrząc na tego mężczyznę. Teraz miał czarne oczy jak węgiel. Wyprostowałem się i dopiero zauważyłem, że trzymał dwie dziewczyny.

— Po co one? Ja...

— Nasze pożywienie. Myślisz, że pozwolę chodzić ci po świecie nienauczony, głodny i zdezorientowany? Masz i jedz.

Popchnął w moją stronę, drobną blondynkę, którą momentalnie złapałem.

— Ale... Jak? Co?

— Jesteś głodny. Widzę w twoich oczach, że to wypierasz. Wysuń kły i wbij się w ramię, szyję, dłoń, obojętnie w co! Instynkt sam na ciebie wpłynie. Z biegiem lat, nauczysz się. Wyłącz na chwilę myślenie. Jedz, bo musimy za chwilę stąd ruszać.

Mimo wszystko posłuchałem go i dałem działać instynktowi, który sam mnie naprowadził. To było dziwne doświadczenie. Pierwszy raz czułem taką... Dzikość przy jedzeniu. Nie zauważyłem, kiedy blondynka opadła na ziemię, a ja byłem dalej nienasycony. Ktoś złapał mnie za ramię i przytrzymał.

— Hej, hej, spokojnie. Tak wiem, jesteś jeszcze głodny. Poczekaj parę sekund, to minie. Rozumiesz? To minie. Sam przez to przechodziłem, ale to jest do opanowania.

Kiwnąłem szybko głową, czując, jak ciepło rozchodzi się po moim ciele. To było naprawdę dziwne. Po tym głód całkowicie minął.

— Już. Chyba. Jest dobrze.

— Mogę cię puścić?

— Tak, dam radę — powiedziałem. — To dziwne.

— Wiem. Przyzwyczaisz się. Z biegiem lat, będzie ci szło coraz lepiej. Najgorszej jest przy paru pierwszych posiłkach. To, co wtedy czujesz, to lepsze niż podniecenie. Przy okazji, jestem Liam.

— Louis.

Minął tydzień, dwa tygodnie, miesiąc. Byłem u jego boku, ucząc się jak być jednym z nich. Poznałem też jego towarzyszy. Zayn okazał się sympatyczny, a Luke bardzo wycofany i mało ufny w stosunku do mnie. Jednak Liam ufał mi bezgranicznie i wiedział, że nie odbije mi przy posiłku. I nigdy nie odbiło. Liam zawsze powtarzał, że byłem bardzo opanowany jak na nowo-narodzonego, jednym z najlepszych, których kiedyś miał pod swoimi skrzydłami. Wypytałem też o jego życie; jak to się stało, że był tym, czym był. Odpowiedź była prosta. Był jednym z trzech osób, które takie się urodził. On był najstarszy i kiedyś miał odziedziczyć tron, ale kiedyś. Jego rodzice wróżyli mu bardzo dobrą i świetlaną przyszłość. Jednak on wolał podróżować z jednego kontynentu na drugi; poznawać życie, świat, ludzi. Jego jedyny przemieniał ludzi za zgodą rodziców. Pozwoli mu to robić, jeżeli dany człowiek był interesujący, w potrzebie albo interesujący i umierający. Do końca mojego życia, będzie mnie interesowało, dlaczego akurat mnie przemienił. Nie byłem interesujący, nie byłem w potrzebie i nie byłem umierający oraz w potrzebie. Byłem zwykłym człowiekiem, który chciał znaleźć dla siebie miejsce, wolał podróżować niż siedzieć z rodziną w jakieś nudnej wiosce.

Do rodziny wróciłem. Liam z niemałą niechęcią się zgodził, abym do nich wrócił na moment. Chciałem tylko zobaczyć, jak oni się czuli, czy wszyscy byli zdrowi. Minęło sporo czasu, odkąd zabrałem najcenniejsze rzeczy i uciekłem pod osłoną nocy.

— Pamiętaj, że jestem obok ciebie. Sztukę opanowania pragnienia masz wypracowaną do perfekcji. Nie zabijesz ich, a jeżeli zaatakujesz, będziemy musieli szybko uciekać. Ludzie palą na stosach, takich jak my. Musimy się chronić.

— Wiem. Chcę ich tylko zobaczyć. Moja mama nigdy nie wierzyła w takie istoty. Zawsze powtarzała, że chciałaby takową zobaczyć, spotkać. Każde swoje dziecko uczyła w ten sposób. Ja też nie mogłem uwierzyć w to wszystko, dopóki nie stałem się taki jak wy.

Uśmiechnął się do mnie i kiwnął głową. Wskazał coś przed nami. Podniosłem się i chwyciłem się gałęzi. Tak, to była moja wioska.

— To tu. Dlaczego tu jest takie zamieszanie?

— Charlotte... Jakaś Charlotte i kobieta płaczą. Wytęż słuch i wzrok. Zobaczysz ich, bardziej na wschód.

Przeskoczyłem na bliższą gałąź. Zrobiłem, to co powiedział. Praktycznie zastygłem w miejscu, kiedy zobaczyłem swoją siostrę i matkę.

— To... To moja siostra! — powiedziałem i obróciłem się do Liam'a, który wpatrywał się w to zaszokowany. — Oni... Oni chcą ją spalić. Oni...

— Zostań tutaj, Lou. Załatwię ją. Ona jest w potrzebie; mam prawo ją przemienić, ale nie możesz się wtrącać. Możesz tylko wejść do waszej chaty i zabrać jej rzeczy. Wszystko będzie dobrze, tak? Ufasz mi?

— Ufam ci, ale się boję.

— Nie musisz się bać. Zaufaj mi i skieruj się do chaty, ja załatwię resztę.

Kiwnąłem głową i ruszyłem w kierunku miejsca, w którym kiedyś spałem i mieszkałem. Naprawdę bardzo bałem się o siostrę. Była drugą najstarszą osobą z mojego rodzeństwa. Przemknąłem niezauważony i teraz dopiero bardzo wyraźnie słyszałem płacz mojej matki, młodszego rodzeństwa, a najbardziej krzyk Lottie. Zagryzłem wargę od zapachu krwi, który otaczał mnie ze wszystkich stron. Musiałem zgasić przede wszystkim pragnienie uratowania siostry, mojej rodziny, jedynej rodziny. Wiedziałem, że miałem Zayn'a, Luke'a (mimo że był bardzo nieufny), a przede wszystkim — Liam'a. Odnalazłem jakiś koc, który rozłożyłem i zapakowałem parę rzeczy siostry, a potem wszystko zawinąłem w to. W tamtych czasach nie było takiej wygody i było trzeba sobie radzić. Płacz został zagłuszony krzykami, odłogami ucieczki i trzaskanie drzwi. Rozszerzyłem oczy, zdając sobie z tego sprawę, że utknąłem w domu z rodziną. Z ludźmi, którzy pachnęli apetycznie. Mogłem wymknąć się przez okno, ale chciałem się z nimi zobaczyć.

— Mamo? A co to byli za panowie? Inni... Inni tak uciekali!

— Nie wiem, skarbie. Kazali nam iść do domu i nie wychodzić. Chodź, skarbie, położysz się i trochę prześpisz. Razem z tatą uszykujemy wam trochę jedzonka.

— Znowu ziemniaki?

— Dobrze wiesz, że te czasy... Nie są dobre. Zawołam resztę dzieci.

Stałem przy oknie, słuchając rozmów. Po mamie słyszałem, jak bardzo było jej ciężko nie wyjść na zewnątrz do jej córki.

— A... Mamusiu, myślisz, że Lou kiedyś wróci?

— Nie wiem, słońce. Mam taką nadzieję. Nie wiem, dlaczego uciekł. Miał tutaj wszystko, pracę, rodzinę. Musiało mu czegoś brakować. Mam nadzieję, że znalazł dla siebie miejsce i jest szczęśliwy.

Miałem ochotę odezwać się, wyjść jej naprzeciw, ale cierpliwie czekałem aż wejdą. Chciałem tylko na nich spojrzeć i znowu uciec. Wystawiłem tylko za okno koc z rzeczami, aby nie wzbudzać podejrzeń. Kroki i głosy były coraz bliżej. Drzwi od pokoju zostały uchylone i zobaczyłem, młodsze rodzeństwo, a potem rodziców. Zagryzłem mocno wargę, a potem spojrzałem na nich.

— Louis? O mój Boże! Louis!

— Jay! Nie pochodź do niego. Patrz. On ma czerwone oczy jak tamci.

— Tak. To moi przyjaciele. Chciałem was odwiedzić, ale zauważyłem, że Lottie coś grozi i nie mogłem przejść obojętnie. Będzie jej dobrze z nami — powiedziałem. — Cieszę się, że macie się dobrze. Ja muszę już iść.

Usłyszałem dosyć wyraźne „Louis", które dochodziło gdzieś z tyłu.

— Ja... Możecie się domyślić, kim jestem. Nie zrobię wam krzywdy ani nikomu z wioski. Chciałem tylko... Wytłumaczyć, dlaczego was opuściłem. Szukałem dla siebie miejsca. Kierowałem się do miasta, ale po drodze, kilka kilometrów przed miastem, spotkałem ich. Żyje mi się dobrze. Zaopiekuję się siostrą. Możecie być o nich bezpieczni. Wpadnę... Jeszcze kilka razy.

Spojrzałem znacząco na swoje rodzeństwo, a moja mama musiała mnie zrozumieć. Kiwnęła szybko głową, rozumiejąc. Mimo wszystko — wyrwała się mojemu ojcu z rąk i podbiegła do mnie. Przytuliła z całych sił, a ja toczyłem w sobie walkę. Powstrzymałem pragnienie. Była moją matką, nie mogłem jej zabić.

— Jesteś naszym prezentem od losu, skarbie. Naszą gwiazdką, cudem. Jeżeli takie życie ci nie przeszkadza, idź dalej w świat. Nie zapominaj o rodzinie.

Kiwnąłem głową i chwilę później nie było mnie w domku. Zabrałem tylko rzeczy Lottie i wskoczyłem na gałęzie. Z wielkim bólem znowu odchodziłem od nich. Miałem swoją siostrę przy sobie, ale wiedziałem, że takich zdarzeń będzie więcej. I miałem rację.

Pov. Harry

Wydało mi się, że świat był twardym orzechem do zgryzienia, a życie jeszcze większym. Kiedy było wszystko dobrze — zaraz się coś psuło. Tak było na okrągło. Kiedy czułem się coraz lepiej, miałem powód do tego, aby cieszyć się z błahej rzeczy, ktoś niszczył mi humor. Miałem jedną osobę, która potrafiła postawić mnie na ziemię. Był to Niall, mój przyjaciel od małego. Spaliśmy w jednej kołysce, jedliśmy z tej samej łyżeczki i byliśmy wychowywani wspólnie. Jasne. Nasze mamy znały się, były przyjaciółkami. Bardzo dobrze się rozumiały. Mieszaliśmy naprzeciwko siebie, trudno byłoby się nie znać, skoro mieszkaliśmy w tak małym mieście. Jednak nie było tak kolorowo.

Ludzie byli okropni.

Taki był świat pełen ludzi.

Pełen nienawiści, fałszywych i przesłodzonych ludzi. Zazdrosnych, nienawistnych i niewychowanych, nietolerancyjnych.

Ściskało mi to serce.

Nie wiedziałem, czego mi brakowało. Mój ojczym zarabiał dużo, moja mama również niczego sobie. Siostra dawno wyprowadziła się i zamieszkała w Londynie. Zostałem tylko ja i byłem naprawdę 'rozpieszczony', ale ja tego nie mogłem tak nazwać. Miałem wszystko, co chciałem. Chciałem nowe, drogie ubrania, o których tylko raz wspomniałem? Oczywiście, specjaliści już wbiegali przez drzwi i brali moje wymiary. Nowy, nowszy samochód? A dlaczego by nie, skoro tamten ma tylko miesiąc. Telefon cię denerwuje? Kupią mi nowy, nowszy, lepszy.

Czułem od nich miłość, byliśmy niemal idealną rodziną. Jednak potrzebowałem większej uwagi niż godzina wieczorem i pół godziny przy śniadaniu czy obiedzie. Potrzebowałem czułości, szczególnie w tym okresie, kiedy było mi coraz gorzej. Mama Niall'a zauważyła pierwsza, że nie byłem tak samo radosny, jak zawsze. Jadłem coraz mniej, coraz mniej przebywałem w towarzystwie, jedynie Niall przebijał się przez mój mur. Moi rodzice w końcu też to zrobili, ale po długim czasie. Zabrali mnie do 'najlepszego lekarza w mieście, który miał bardzo dobrą opinię publiczną'. Nie był najlepszy, robił to, co musiał i zabierał pieniądze. Wypisał mi też leki, które wcale nie pomagały na depresję, na bezsenność, na nic. Czułem się bardziej bezradny, przygnębiony i coraz bardziej zmęczony życiem.

Nienawidziłem tego. Nie miałem swojego miejsca i coraz bardziej czułem się źle w swoim otoczeniu. Chciałem zmiany, ale byłem zbyt słaby i mało odważny na to. W końcu — przepisali mnie do innego lekarza. Tym razem to ja go znalazłem. Chodziło do niego naprawdę bardzo dużo młodych ludzi. Doktor Louis Tomlinson miał dwadzieścia osiem lat (jakby wierzyć co to było napisane w internecie), ukończył studia z wyróżnieniem, bardzo wysokim wynikiem i polecało go naprawdę bardzo dużo ludzi. Głównie od szesnastego roku życia do trzydziestego. Ludzie pisali, że miał w sobie to coś, przez co człowiek uspokajał swoje nerwy i mógł trzeźwo myśleć. Długo się wahałem. Młody lekarz nie był aż tak doświadczony, ale skoro miał tylu pacjentów to musiał zdobyć dużo. Był jeden problem. Przyjmował tylko i wyłącznie w Londynie. Kiedy sam zaproponowałem tego lekarza, rodzice byli sceptycznie nastawieni. Nie chcieli mnie dawać pod opiekę Gemmy, która miała dużo na głowie przez studia, a sami też nie mogli jechać. Ja byłem pełnoletni, mogłem sobie pozwolić na tak wyjazd trzy razy w tygodniu, ale rodzice nie chcieli, abym tak urzędował. Zrobili bardzo głupią rzecz, jaką mogli zrobić w swoim życiu. Kupili mi dom na przedmieściach Londynu (jakby nie mieli co robić z pieniędzmi), blisko gabinetu pana Tomlinson'a. Dom, a nie małe mieszkanie, które mogłem użytkować tylko na czas terapii. Rodzice myśleli bardziej przyszłościowo. Sądzili, że Londyn mi się podoba, tak samo, jak Gemmie. Jednak ja wiedziałem, że chciałem przyjechać z powrotem do naszego miasta. Tutaj, w tym mieście, nie miało mnie co zatrzymać. Jednak po cichu liczyłem, że znajdę coś, co mnie zatrzyma. Szukałem swojego miejsca; podświadomie bardzo chciałem swojego azylu.

Mama przyjechała ze mną osobiście na pierwszy tydzień. Upewniła się, że wszystko zabrałem, ułożyłem i czułem się bezpiecznie. Jednak wiedziałem, że w tym domu nie mogłem czuć się bezpiecznie. Nie miałem tutaj Niall'a, swoich rodziców ani jego. Miałem dwadzieścia lat, ale nadal chciałem tulić się do rodziców, czując od nich bezpieczeństwo. Bałem się zostać sam, po prostu. Miałem wtedy przeczucie, że cały świat walił się na mnie i dusił. Każdy coś chciał ode mnie, każdy wymuszał coś, a ja byłem malutki, nie dawałem sobie rady.

Przez pierwszą wizytą czułem wielki stres. Sprawdziłem jeszcze raz opinię, doszły nowe, więc znowu miałem lekturę do czytania. Były to naprawdę miłe słowa, które podnosiły mnie na duchu. Szczególnie te, które mówili o tym, że pan Tomlinson nie naciskał na pacjenta, cierpliwie czekał aż będzie gotowy do mówienia o sobie. Czasami trwało to pięć spotkań, a czasami tylko jedno. Nie każdy był otwarty. Ja sam miałem przed tym obawę. Nie wiedziałem, co mogłem powiedzieć. Kiedy nastał dzień wizyty, mój stres sięgnął zenitu, a nawet wybił poza skalę. Nigdy nie byłem tak przerażony, jak w poczekali. Moje serce biło mi niesamowicie szybko. Jednak chwilę przed wejściem, poczułem błogi spokój. Poczułem się sto razy lepiej niż przez ostatni tydzień. Byłem tym strasznie otumaniony.

— Harry Styles?

Podniosłem głowę i spojrzałem na blondynkę, która uśmiechnęła się do mnie szeroko. Nikogo oprócz mnie tutaj nie było. Kiwnąłem głową i podniosłem się z krzesełka. Nadal czułem przyjemny spokój.

— Zapraszam do gabinetu. Zaraz pan Tomlinson przyjdzie do pana.

Kiwnąłem głową i wszedłem do pustego pomieszczenia. Usiadłem na fotelu przed biurkiem i znowu zacząłem panikować. Co ja miałem powiedzieć? 'Dzień dobry, jestem Harry i choruję na depresję, której nikt nie umie wyleczyć'? Och nie, to by źle zabrzmiało.

— Witam mojego noweg... — Obróciłem się, przez co mężczyzna przerwał na chwilę. — Nowego pacjenta. Nazywam się Louis Tomlinson i będziemy mieć razem sesję. Mam nadzieję, że uporamy się razem ze wszystkimi twoimi problemami.

— Ja... Tak, dzień dobry.

Czułem się dziwnie. Błogi spokój mnie opuścił i znowu czułem panikę. Sama obecność mężczyzny w pewien sposób mnie stresowała.

Serce biło w szybkim tempie, a ja błagałem kogokolwiek w myślach, abym stąd nie uciekł ani nie zemdlał przez te emocje.

— Nie musisz się stresować. Podchodzę do każdych spotkań profesjonalnie, ale z delikatnym luzem. Nie będę cię zmuszać do mówienia. Zawsze możemy przesiedzieć te dwie godziny w ciszy lub porozmawiać o czymś innym. Dbam o komfort pacjentów.

Kiwnąłem głową, bojąc się odezwać. Byłem pewny, że ten lekarz mi na sto procent mi pomoże. Miał w sobie coś, że od razu mu zaufałem. Rozluźniłem spięte mięśnie i spojrzałem na mężczyznę.

— Um... O czym... Moglibyśmy porozmawiać?

— Jak chcesz, możesz mi powiedzieć trochę o sobie. Od tego, jak się nazywasz i co się tutaj sprowadza. Jak będziesz chciał przerwać na chwilę to śmiało. Możesz to zrobić.

— Jestem Harry, mam dwadzieścia lat.

— Dwadzieścia? Myślałem, że masz mniej. Kompletnie nie wyglądasz na swój wiek!

— Tak... Często to słyszę od innych. Ukończyłem tylko liceum, na razie nie mam ochoty ani siły na studia. Pewnie nawet ich nie zacznę. Mam jednego przyjaciela, z którym znam się praktycznie od zawsze. Nasze mamy się przyjaźnią. Mieszkałem w Holmes Chapel, ale na czas terapii rodzice kupi mi tutaj dom. Tak, nie musi robić pan takiej miny. Sam nie wiem, po co mi kupili dom, skoro nic mnie tutaj nie zatrzymać i wrócę do Holmes. Brakuje mi tutaj Niall'a, swoich, jak i rodziców przyjaciela. Zawsze starałem się być z nimi blisko. Mam też siostrę, ale ona studiuje tutaj.

— Nie chciałeś z nią zamieszkać?

— Gemma ma dużo na głowie. Studia, praca, wiem, że poznała ostatnio jakiegoś chłopaka. Mimo że ona mieszka tak daleko od nas, mamy świetny kontakt.

— Od kiedy zacząłeś czuć się źle ze sobą, Harry?

Spuściłem głowę i przygryzłem wargę. Od kiedy to się zaczęło?

— Nie wiem. Zawsze czułem się w pewien sposób źle. Miałem rodzinę przy sobie, ale oni przez natłok swoich zadań, obowiązków, nie dawali mi poczucia bezpieczeństwa, miłości, nie miałem swojego miejsca — powiedziałem i na chwilę zamilkłem. — Pewnego dnia, obudziłem się rano i dopadła mnie myśl, że... Że nie mam dla siebie miejsca. Starałem się szukać. Zmieniałem swoje otoczenie, nawet szukałem czegoś, co zajmie moje myśli. To było jeszcze w liceum, w ostatniej klasie. Myślałem, że ilość dodatkowych zajęć wpłynie na to, że zapomnę o tym. Myślałem nawet o studiach w Stanach, ale moi rodzice kategorycznie mi zabronili, kiedy lekarz stwierdził depresję rok temu. Przepisał mi sporo leków, które brałem, ale one... One po prostu nie pomagały. Ja... Ja po prostu nie wiem, co jest ze mną nie tak. Nigdzie nie czuję się dobrze, nigdzie. Nie mam takiego... Nie mam swojego azylu, bezpiecznego miejsca.

— Dlaczego tak uważasz? Ludzie znajdują swoje miejsca dopiero po parunastu latach; najpierw odkrywają to, co lubią.

— Próbowałem wszystkiego. Mogę... Mam wszystko, co sobie wymarzę. Ale czegoś nadal mi brakuje. Moi rodzice uparli się, aby zapisać mnie do tamtego lekarza.

— Dlaczego nie chciałeś fachowej pomocy?

Spojrzałem na niego i naprawdę wydawał się tym bardzo zainteresowany.

— Bo wiedziałem, że nie choruje na żadną depresję. Nigdy nie miałem myśli samobójczych. Miałem tylko... Ja myślałem, że ludzie są bardzo... Bardzo paskudni. Było mi z tym źle.

— Dlaczego...

— Przepraszam, nie powinienem tak się rozgadywać. Ja lepiej pójdę.

— Harry, siadaj na miejsce. Mamy rozmawiać albo siedzieć w ciszy. Nie ma żadnego wychodzenia wcześniej.

Usiadłem i spojrzałem na niego. Coś podpowiadało mi, aby lepiej tutaj usiąść.

— Twoja mama rozmawiała ze mną wczoraj. Mówiła, że ty szukałeś następnego lekarza, bo tamten, mimo że miał dobre opinie, nie był tym, który znał się na swoim fachu — powiedział, a ja przytaknąłem. — Od innych pacjentów wiem, że jestem ich ostatnią deską ratunku, wybierają mnie tylko dlatego, aby sprawdzić, czy ktoś jeszcze na tym świecie, zna się na swojej pracy. Ty wybrałeś mnie jako drugiego lekarza, choć w samym Londynie czy całej Wielkiej Brytanii jest wiele, nawet lepszych lekarzy.

— Ja... Po prostu nie szukam kogoś, kto będzie mnie pouczać, zapisze leki i nic nie pomoże. Nie chcę brać leków, bo one... One nie są mi potrzebne. Brakuje mi rozmowy. Nie mogę porozmawiać z mamą, tatą, nawet Niall'em czy z wujkami. Czasami sam nie rozumiem siebie. Oni ocenialiby mnie, bo znają z każdej strony.

— Obca osoba cię nie oceni. O to chodzi?

— Tak. Właśnie o to chodzi.

Pan Tomlinson zwiększył sesje. Miałem je cztery razy w tygodniu po dwie godziny. Mogłem bez obaw z nim porozmawiać o wszystkim, nawet o własnych sekretach. Nie widziałem niczego złego w mówieniu nawet tych krępujących tajemnicach. On opowiadał coś o sobie, a ja dawkowałem mu więcej informacji o sobie, a on dopytywał nawet o te nieistotne rzeczy, takie jak ulubiony kolor, kwiat, miejsce na świecie, które chcę zobaczyć czy najbardziej znienawidzone, ulubione jedzenie. Wydawało mi się, że naprawdę chciał ze mną rozmawiać. Nawet jeśli nie miał wyboru — moi rodzice przecież mu płacili, to on wydawał się bardzo zainteresowany, co mnie cieszyło. Czułem się trochę potrzebny. Miałem kogoś, do kogo mogłem pójść, wygadać się, porozmawiać na nieistotne tematy, a końca rozmowy nie było widać. Rosło we mnie małe poczucie bezpieczeństwa, ale co będzie, kiedy sesje się skończą? Nie mogłem do końca życia chodzić na wizyty do Tomlinson'a. Ta myśl mnie bardzo przybiła. Nie miałem nikogo innego, z kim tak dobrze mi się rozmawiało. Jednego dnia zostałem w domu. Nie miałem nawet siły wstać z łóżka coś zjeść, a co dopiero wyjść z domu. Przeleżałem cały dzień, ignorując telefon. Tylko raz spojrzałem na wyświetlacz, pod wieczór. Widziałem naprawdę bardzo dużo połączeń z rejestracji, jedno połączenie od mamy i wiadomość od niej, że kiedy będę miał czas i ochotę na rozmowę, to mam zadzwonić, a potem resztę połączeń od nieznanego numeru. Pragnąłem wyrzucić telefon przez okno, zakopać w ogrodzie i kazać wszystkim się ode mnie odczepić. Nie miałem ochoty na żadną rozmowę. Odpisałem mamie, że zadzwonię, jak poprawi mi się humor. Nie naciskała, więc Tomlinson do niej nie dzwonił. Dziękowałem za to w myślach, bo gdyby to zrobił, moi rodzice byliby w Londynie w ciągu dwóch godzin, mimo że jedzie się prawie trzy i pół godziny.

Westchnąłem, po raz kolejny i przewróciłem się na drugą stronę. Spojrzałem na okno. Księżyc pokazał się w całej okazałości, gwiazdy świeciły tak jasno, jak światło. Czułem burczenie w brzuchu, ale odpuściłem sobie schodzenie na dół. Zacząłem szukać w szafce przy łóżku, jakiegoś batona, ale nic nie było. Odpuściłem całkowicie jedzenie. W nocy znowu nie mogłem spać — czułem się dziwnie. Coś chciało mnie uśpić, ale z drugiej strony nie mogłem. Przymknąłem oczy i tym razem to ja starałem się zasnąć. Moje myśli krążyły w ogól jeden osoby. Czułem się koszmarnie z tym że nie poszedłem na sesje; czułem, jakbym go zawiódł.

Musiałem zasnąć. Zerwałem się ze znowu nad ranem - czułem, jak koszulka kleiła się do mnie, a serce znowu biło bardzo szybko. Rozejrzałem się po pokoju i miałem wrażenie, że na krześle przy biurku ktoś siedział. To zdecydowanie nie była kupka ubrań, których zapomniałem pochować do szafy czy zanieść do prania. To był człowiek.

— Co? — Szepnąłem do siebie, a potem ta postać się ruszyła. Odskoczyłem do tyłu, uderzając się głową o ścianę. — Auć!

Światło z księżyca oświetlało tę osobę. Musiałem bardzo mocno uderzyć się w głowę albo to była jakaś część snu. Pan Tomlinson nie mógł siedzieć u mnie w domu, na moim krześle i w moim pokoju.

— Dzień... Cześć Harry. Nie przyszedłeś na sesję to, sesja przyszła do ciebie.

Zamrugałem szybko, ale nic się nie zmieniło. On nadal tam był. Szczypałem się w rękę, ale to nie był sen. Dlaczego Tomlinson był w moim pokoju nad ranem?

— Och? Ja...

— Dzwoniłem do ciebie. Najpierw z recepcji, a potem ze swojego, prywatnego numeru. Pierwszy raz zdarzyła się taka sytuacja.

Wstał, a ja dopiero spojrzałem na jego twarz. Niemal krzyknąłem, kiedy jego oczy były czerwone, a nie przyjemnie złote jak na naszych spotkaniach. Cofnąłem się bardziej, ale tak naprawdę nie miałem gdzie uciec. Byłem zbyt daleko drzwi. Stanął metr przed łóżkiem. Byłem przerażony. Cofałem moje myśli, kiedy pomyślałem przez pierwszą sesją. W tym momencie byłem przerażony, najbardziej na świecie. Wiedziałem, że coś było nie tak z tym lekarzem. Zbyt mocno się do niego przywiązałem, zbyt łatwo szła nasza rozmowa, zbyt szybko uspokajałem swoje nerwy.

— Nic nie powiesz? — Zapytał i pochylił się nade mną. — Czuję to, jak bardzo się stresujesz. Nie musisz się mnie bać. Chyba.

Zanim zdążyłem mrugnąć, już go nie było. Zerwałem się z łóżka i sprawdziłem każde okno, drzwi i usiadłem w salonie. Ode chciało mi się spać. Miałem coraz większą ochotę spakować się i wrócić do rodziców.

Kim był Louis Tomlinson?

To pytanie, jak i wiele innych, nurtowało mnie przez następne dni. Nie ruszałem się z domu, bałem się spać w nocy, po kilka razy sprawdzałem, czy na pewno miałem pozamykane drzwi, okna czy cokolwiek, przez co dałoby się wejść do tego domu. Co noc, myślałem o tym, walcząc ze łzami. Byłem przerażony.

Piątą noc z rzędu, miałem już dość. Oczy zamykały mi się same, ale zrywałem się co chwilę. Nikogo nie było w pokoju, a ja nadal miałem wrażenie, że zaraz on zjawi się na tym krześle. Wiedziałem, że popadałem w paranoję. Nie mogłem się stresować. Rozmawiałem też z rodzicami. Pytali mi się, czy nie myślałem o zakończeniu sesji i wróceniu co domu, skoro szło to w dobrym kierunku. Jedna strona mnie, z rozsądkiem, krzyczała: „Oczywiście, weźcie mnie stąd", ale druga... Druga nie pozwalała mi na ten temat się odezwać. Wiedziałem, że to nie koniec. Louis Tomlinson miał jeszcze namieszać w moim życiu.

Czas mijał. Nawet nie zauważyłem, jak od tej sytuacji minęły dwa tygodnie. Tyle też mnie nie było na sesji. Czułem na nowo, jakbym dusił się we własnym domu, ciele, życiu. Ten wieczór był tak jak każdy inny. Końcówka listopada była magicznym czasem. Widać było już świąteczne ozdoby w sklepach, dobrze, że nie puszczali kolęd w radiu, a zwykłe, świąteczne piosenki. Jednak to miało swój urok i pierwszy raz zdecydowałem, że na święta chciałem zostać w Londynie. Rodzice byli bardzo zdziwieni tą decyzją, ale ja stałem przy swoim. Chcieli nawet przyjechać do Londynu, ale powiedziałem, że ten czas chciałbym spędzić sam. Uszanowali moją decyzję. Mama obiecała zrobić mi zakupy przez internet, abym nie tłok się po sklepach. Uwielbiałem to w nich, że dawali mi swobodę, kiedy o nią prosiłem. Czasami byli zbyt nachalni, ale za drugim razem wciskali gaz i miałem wolną rękę.

Chciałem też zostać w Londynie z jednego powodu. Ten powód miał imię i nazwisko. Rodzice oczywiście wypytali, czy kogoś poznałem. Zadawali pytania. 'Kiedy będziemy mogli ją poznać?', 'Dlaczego tak bardzo chronisz ją przed nami?'. Wolałem nie uświadamiać ich, że nigdy nie będzie „jej". Preferowałem „jego", ale nie mogłem niszczyć idealnego obrazka ich syna. Moi rodzice byli tolerancyjni, ale nie wiedziałem, do jakiego stopnia. O tym też rozmawiałem na sesji. Tomlinson proponował mi, abym porozmawiał z nimi szczerze. Powiedział wprost to, że jestem gejem. A co jeśli oni by mnie nie zaakceptowali? Byłem tylko po liceum, żadna dobra praca by mnie nie przyjęła. Skończyłbym na bruku, z walizkami. Albo pod mostem. Ewentualnie dworzec w Londynie też na mnie czekał. Do wyboru, do koloru.

Parsknąłem sam do siebie i pochyliłem się, aby włożyć buty. Czułem potrzebę porozmawiania z nim. Czułem, że musiałem.

Nie mogłem tak unikać go. Rodzice i tak chcieli zobaczyć moje postępy, a nie było żadnych. Było gorzej. Jedynie czego brakowało to ich niezapowiedziana wizyta.

Byłem głupi, wychodząc po ósmej wieczorem z domu. Jednak wiedziałem, że on był w okolicy. Gdyby tak nie było — nie czułbym takiego błogiego spokoju. Coś też kazało mi wrócić do środka i zamknąć się na wszystkie spusty, a potem schować się pod łóżkiem z czymś ostrym. Nie podobało mi się to przeczucie. Chciałem przeżyć choćby do Świąt Bożego Narodzenia, a potem wola nieba mogła zrobić ze mną, co chciała. Naciągnąłem kaptur na głowę i ruszyłem do przodu. Było już trochę śniegu, który przyjemnie skrzypiał pod nogami. Okolica była też oświetlona ozdobami. Gwiazdki, postacie Mikołaja czy choinki — tak pięknie błyszczało na ulicach. Dziwiło mnie brak ludzi. Dopiero po chwili zorientowałem się, że szedłem w przeciwną stronę, niż chciałem. Zatrzymałem się gwałtownie; nie poznawałem całkowicie okolicy. Chciałem chwycić swój telefon, ale nie mogłem go znaleźć. Niemal jęknąłem.

— Cholera — szepnąłem i obróciłem się gwałtownie. Zamarłem, kiedy przy lampie zobaczyłem Tomlinson'a. Cofnąłem się o krok.

— Mój gabinet jest w drugą stronę. Zapraszam — powiedział i wskazał za siebie. — Poza tym... Co tutaj robisz, kompletnie sam, późnym wieczorem?

Chciałem się odezwać, ale poczułem, jak ktoś złapał mnie od tyłu. Potem czułem tylko ból i ogień.

Pov. Louis

Przez dwieście pięćdziesiąt sześć lat, zrobiłem wiele rzeczy. Przede wszystkim — nauczyłem się żyć tym życiem. Wiedziałem, czym byłem — zimnym człowiekiem, krwiopijcą, wampirem. Nasza nazwa ewoluowała, a my staliśmy w miejscu. Umarli nie mieli prawa się rozwijać. Przy życiu trzymał nas jad. Starałem się to logicznie wytłumaczyć; dlaczego to się tak działo. Nie mogłem znaleźć wytłumaczenia. Zostawiłem to.

Pierwsze wampirze dziesięć lat spędziłem w Anglii, choć Liam narzekał na to. Najpierw miałem przy sobie Lottie. Zayn uczył ją, jak żyć tym życiem. Bardzo szybko pojęła to i zaakceptowała, czym byliśmy. Chciałem zabrać całe rodzeństwo od takiego życia. Byłem samolubem. Najchętniej wziąłbym też swoją matkę i ojca. Liam nie chciał na to pozwolić. Udało mi się uratować tylko Felicite oraz bliźniaczki. Najmłodsze rodzeństwo zachorowało i zmarło, zanim zdążyłem tam się zjawić. Jad już nie mógł nic tutaj poradzić. Byłem załamany — nie miałem jak tego ukryć. Obwiniałem siebie za to. Krótko po tym zmarła moja matka, a potem ojciec. Wtedy odciąłem się od wszystkich na sto lat. Nie chciałem widzieć rodzeństwa, które przypominało o rodzicach, nie chciałem mieć kontaktu z Liam'em.

Znalazłem też alternatywę żywienia się. Krew człowieka była pyszna, najlepsza, sprawiała, że miałem dużo siły, ale krew zwierzęta zapychała dziurę. Zwierząt było aż ponad miarę. Nikogo nie krzywdziłem, nie miałem wyrzutów sumienia i mogłem wtopić się w tłum ludzi. Nie miałem czerwonych oczów — to była pierwsza zmiana, którą wtedy zauważyłem. Niemal żółte. Ludzie, z którymi przebywałem, pytali mi się, czemu miałem tak dziwny kolor oczu. Zawsze odpowiadałem, że „Moja mama mówiła, że byłem gwiazdą, ich cudem". Ludzie w tamtych czasach nie byli zbyt... Rozumni.

Lata leciały, a ja miałem bardzo dużo czasu, aby zrobić, to o czym marzyłem bądź pomyślałem. Pierwszą rzeczą była nauka. Po powstrzymaniu się za każdym razem przy rodzicach, wiedziałem, co chciałem robić. Człowiek i jego ciało mnie fascynowało. Medycyna rozwijała się z każdym krokiem, a kiedy mogłem iść na pierwsze studia — skorzystałem z tego. Regularnie powtarzałem je, aby być na bieżąco. W czasie wolnym skupiłem się na poznawaniu świata. Nie potrzebowałem nowinek technicznych — samolotu, samochodu czy innego środka transportu. Byłem najszybszym stworzeniem na świecie. Kultura, granice, państwa, ich władze, ustroje, gospodarka i wiele innych aspektów — to zmieniało się dynamicznie. Wiek osiemnasty, dziewiętnasty dla mnie był czas kluczowy. Najwięcej rozwinęło się. Dwudziesty wiek był... Bardzo rozrywkowy. Upodobałem sobie lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte. One podbiły moje nieruchome serce. Kiedy wszedłem w dwudziesty pierwszy wiek — nic mnie nie mogło zdziwić. Musiałem znaleźć dla siebie małe miejsce, które mogłem opuścić za parę lat. Przenosiłem się z miejsca na miejsce średnio co dziesięć lat, a wracałem do niego po pięćdziesięciu. Wtedy miałem pewność, że nikt, kto żył wcześniej, nie będzie mnie pamiętał. A nawet — jeżeli jakimś cudem te osoby żyły, nie mogły mnie pamiętać. Były za stare, a choroby starcze robiły swoje.

Zostałem lekarzem.

Najpierw pracowałem w szpitalu, w Los Angeles, jako chirurg. Wtedy nazywałem się Louis Troy. Potem przeniosłem się do Nowego Jorku jako Louis Austin, kardiolog. Dwadzieścia lat pracy i przerwa. Wiedziałem, że rodzeństwo (a najbardziej Lottie mnie szukała). Liam też był nieźle zaniepokojony. Czułem ich emocje i mogłem je w jakiś sposób uspokajać, leczyć. Odkryłem to podczas swojej izolacji. Wykorzystywałem to w swojej dziedzinie.

W końcu trafiłem do Londynu, tam, gdzie chciałem być pierwotnie. Tym razem zmieniłem swoją specjalizację. Chciałem pomóc osobom, które nie radzą sobie ze swoimi problemami, pomóc im uporać się ze swoimi demonami. Zacząłem od razu 'po studiach'. Najpierw szybki staż w prywatnym gabinecie (oczywiście przyspieszony za gotówkę), a potem otworzyłem coś swojego. Zdziwiłem się ilością ludzi, którzy potrzebowali fachowej pomocy. Było ich... Naprawdę sporo. Zaufali mi. Czułem się im potrzebny i czułem wyrzuty sumienia, kiedy myślałem o swoim zniknięciu, a miało się to zdarzyć za siedem lat. W pewnym momencie złapała mnie też rutyna. Miałem tych samych klientów, czasami dochodzili nowi. Aż w końcu do mojego gabinetu przyszła kulka stresu, strachu i pełna sprzeczności. Zielony oczy błyszczały, a loki ślicznie otulały jego twarz. A jego zapach? Cudowny. Miałem problemy, aby ustać lub usiedzieć na swoim miejscu. Był naprawdę... Niewinny. Myślałem, że miał mniej niż osiemnaście lat. Wyglądał tak młodo, ale za pięknym uśmiechem i dołeczkami kryła się większa historia, niż mogłem myśleć.

Harry opowiedział mi o sobie. Rozmawialiśmy na wszystkie tematy, ale najbardziej interesowała mnie jego osoba. Nadal w głowie miałem pytania, na które nie miałem odpowiedzi. Lubił kolor różowy, a nawet i wszystkie. Uwielbiał jeść makaron, byle z czym — nawet z cukrem. Chciałby zwiedzić kiedyś Amerykę, Australię oraz Japonię. Za to nienawidzi Anglii. Na pytanie „Dlaczego?", odpowiedział, że zbyt dużo złych rzeczy się tutaj stało. Chciałby stąd wyjechać, ale nie miał odwagi; jego rodzice też go zatrzymywali, jak tylko dowiedzieli się, że chorował na depresję. Co było kompletną bzdurą. Nigdy na nią nie chorował. Miał tylko zaburzenia snu. Brakowało mu bliskości, czułości, miłości i rozmowy. Nasze rozmowy były tak częste, że mogłem się pokusić o jedno stwierdzenie. Żaden inny człowiek tak bardzo mnie nie fascynował. Harry Styles miał w sobie to coś, co mnie w nim urzekało; ruszył moje nieżywe serce.

Kiedy opuścił pierwszą wizytę — byłem cały w nerwach. Nie potrafiłem siebie uspokoić. Musiałem odwołać resztę spotkań. Dzwoniłem do niego, ale nie odbierał. Cudem zmusiłem się do powrotu do swojego mieszkania. Musiałem poczekać aż zapadnie noc i wtedy mogłem sprawdzić, co u niego. Nie chciałem dzwonić do jego rodziców. Szczególnie do jego matki, która była mocno przewrażliwiona na temat swojego syna. Zjawiłem się u niego nad ranem. Spał, ale bardzo niespokojnie. Wiedziałem, że śnił mu się koszmar, ale nie chciałem się ruszać. Cierpliwie czekałem. Kiedy się obudził, poczułem, jak jego serce przyspiesza. Był wystraszony, ale także zaspany — mógł wziąć to za ciągłość snu. Ulotniłem się bardzo szybko, a potem obserwowanie go, stało się moją małą obsesją. Codziennie, po pracy, w nocy. Kiedy nastał grudzień, moja ulubiony miesiąc — zdecydowałem. Święta chciałem spędzić z kimś, kto mnie fascynuj, ale pod inną osłoną.

Widziałem wiele cech, które miał Harry i które miałem je, ponad dwieście lat temu. Obaj byliśmy niepewni swojej przyszłości, szukaliśmy dla siebie miejsca i chcieliśmy coś zmienić. Tylko ja miałem tę odwagę, a Harry zbyt mocno chował się pod własną skórą. Dlatego ja chciałem mu pomóc, nie pytając nawet o zgodę. Musiałem tylko przekonać Liam'a, bo tylko on mógł to zrobić.

Tego wieczora, kiedy on wyszedł z domu, wiedziałem, że to będzie ten czas. Po prostu idealnie.

— Jesteś tego pewny, Louis? To człowiek ma rodzinę.

— Ja też miałem rodzinę, a jednak nie pytałeś mnie oto, czy chciałbym zostać wampirem i żyć wiecznie — powiedziałem i oparłem się o budynek. — Harry chce zmiany, wiem o tym. Jest... Jest po prostu zbyt wystraszony, aby to zrobić samemu. Jest... Nie wiem, jak to nazwać. Fascynuje mnie bardziej niż wszyscy ludzie i jad wampirzy. Coś mnie trzepło w klatce piersiowej, jak to zobaczyłem. I nie, to nie było pragnienie, choć pachnie tak apetycznie!

— Dobra, dobra. Jeden raz, zrobię to dla ciebie, ale ostatni.

— No oczywiście, że ostatni. Chcę Harry'ego dla siebie.

— Brzmisz jak psychol — powiedział, a ja parsknąłem śmiechem.

— Cóż, nawet nie wiesz, co o tobie myślałem, jak zobaczyłem cię po raz pierwszy. To było gorzej niż psychol, a w tamtych czasach nie znałem takich słów. Teraz definitywnie... Popieprzony psychol i wariat.

— Weź, bo się zarumienię! — powiedział i się zaśmiał. — Nie musisz się martwić, że się nie powstrzymam. Pokochałem krew zwierzęcą! Nawet moi rodzice są w niej zakochani i chcą zmienić prawo. Jednak Harry będzie potrzebować krwi człowieka. Włamałem się za ciebie do banku krwi, zawinąłem jej nadwyżkę, a w kartach pozmieniałem. Nie musisz mi dziękować.

— Liam! Nie wolno tak robić! Pożywiłby się człowiekiem! I tak musi się nauczyć.

— Oj tam! Jeszcze mi podziękujesz. A teraz, shh, wychodzi z domu.

Czułem jego emocje. Był zdenerwowany — nie wiedział, co ze sobą zrobić. Dokładnie to czułem. Ja ruszyłem za nim, a Liam miał ominąć go szerokim łukiem i złapać go od tyłu, gdzieś, gdzie będziemy daleko od ludzi. Dokładnie pamiętałem, jaki to był ból. Najbardziej pamiętałem ogień, ciągnięcie, rozrywanie, a potem ciemność.

Harry mocno się zamotał, a potem przeraził, kiedy mnie zobaczył. Uśmiechnąłem się, choć nie mógł tego zobaczyć. Musiałem go jakoś zagadać. Tak naprawdę nie widział mnie... Ponad dwa tygodnie. Ominął dziesięć spotkań. Pieniądze chciałem mu oczywiście oddać, ale we własnym zakresie. Najpierw musiał... Wynormalnieć niż bardziej przypominać wygłodniałe, dzikie zwierzę. Zdawałem sobie sprawę, że skazywałem go na życie wiecznie, potępienie i nudę. Mógł mnie nawet wykląć, ale dopóki wierzyłem w to, że będzie bok mnie do końca świata, dopóki ogień nas nie zabije, byłem spokojny.

Musiałem odwrócić wzrok, kiedy Liam go ugryzł. Nie chciałem na to patrzeć; nie mogłem. Przypominało mi się wszystko, z mojej przemiany. Chciałbym to zapomnieć.

— Louis?

Podniosłem głowę i złapałem bruneta prosto w swoje ramiona.

— Przenieś go... Wolisz u siebie czy u niego? U siebie masz krew.

— Wolę, aby był w swoim otoczeniu. Przeniesiesz tę krew?

Kiwnął głową, za co podziękowałem. Teraz tylko musiałem poczekać, aż on się ocknie, jako ktoś nowy.

Pov. Harry

Otworzyłem oczy i naprawdę — czułem się dziwnie. To było... Nowe, bardziej świeże i wyraźne. Widziałem każde zagięcie na suficie. Zmarszczyłem brwi, kiedy poczułem piekący ból w przełyku. Podniosłem się natychmiast i rozejrzałem się po pokoju. Była noc. Czy to wszystko było snem? Moje wieczorne wyjście, pan Tomlinson, a potem ten ból. Dotknąłem szyi, wyczuwając zarys zębów. Rozszerzyłem oczy, zdając sobie sprawę, że to... Wydarzyło się naprawdę.

— Harry?

Obróciłem się w stronę drzwi. Stał tam Tomlinson. Wyglądał inaczej. Był bladszy niż zazwyczaj, a oczy bardziej ciemne. Na jego szyi zauważyłem ten sam ślad.

— Co... Co się stało i dlaczego ty tutaj jesteś? Dlaczego wszystko jest takie... Inne? I o mój Boże, dlaczego mnie tak gardło boli?

— Spokojnie, Hazz. Wytłumaczę ci wszystko. To będzie ciężkie... Najpierw, hm... Najpierw przyniosę ci coś do picia, dobrze. Poczekasz tutaj?

Kiwnąłem niepewnie głową. Rozpłynął się w powietrzu, a potem wrócił z dziwnym kubkiem. Podał mi go do ręki.

— Nie wygląda to zbyt dobrze jak na pierwszy raz... Bez ciała. Najpierw to, a później pokażę ci coś innego. Pij to tak jak człowiek. Zaraz Liam przyjdzie.

— Jaki Liam?

— Pij, Hazz. Pytania później.

Kiwnąłem głową po raz kolejny i zrobiłem niepewny łyk. Było wyśmienite. Wypiłem resztę bardzo szybko. Chciałem jeszcze więcej. Spojrzałem na mężczyznę obok mnie.

— Mogę jeszcze?

— Musisz nauczyć się kontrolować pragnienie. Nie mogę dać ci więcej. To jest twoja... Tygodniowa dawka krwi — powiedział, a mnie wmurowało. Ścisnąłem mocno kubek. — Teraz czas na pytania. Odpowiem ci na każde bardzo szczerze.

Na język przychodziło mi dużo pytań. Chciałem wziąć wdech, ale nie mogłem. Zmarszczyłem brwi. Serce również mi nie było. Czy ja umarłem i trafiłem do piekła?

— Zdecydowanie kiedyś obaj trafimy do piekła, ale dopóki ogień nas spali. Na razie nie musisz się oto obawiać. Pytaj, Hazz. Mimo że mamy całą wieczność, wiem, że jesteś ciekawy.

Delikatnie się uśmiechnąłem. Oczywiście, że byłem ciekawy. Kto nie byłby ciekawy na moim miejscu? Działo się tak wiele różnych rzeczy, że byłem przerażony, ale czułem dziwne uczucie. Jakby ulgę.

— Co się stało i... Dlaczego wszystko jest wyraźne? Moje serce... Nie bije, tak? Czy ja nie powinienem być teraz grzebany w ziemi?

Parsknął śmiechem.

— To jest twoje pierwsze pytanie i myśl po przemianie? Wow, oryginalnie! Ja się zastanawiałem, po co Liam'owi dwie dziewczyny, które ze sobą zabrał! Och! Wybacz. Już ci tłumaczę. Nie wiem, do końca jak ci to wytłumaczyć. Wiele lat temu zastanawiałem się nad tym, jak jad działa na ludzi. Jedynie wiem, że zabije w nich wszystkie żyjące ograny, niszczy krew, po prostu... Jesteś martwy, ale żyjesz. Jesteś silny, masz dobry wzrok, nie odczuwasz żadnych potrzeb. Jedynie co musisz robić to jeść, a raczej pić krew. Teraz żywisz się krwią człowieka. Spokojnie, nie panikuj, to krew z banku, oddana dobrowolnie. Ja żywię się krwią zwierzęcą. Ty jako nowo-narodzony...wampir musisz jeść ludzką dla przystosowania organizmu do takich zmian. Uwierz mi, kiedy spróbujesz krew sarny, jelenia bądź czegokolwiek... To lepsze niż... Niż te ludzie słodycze. Mógłbym powiedzieć, że lepsze niż podniecenie.

— Poczekaj. Wampirem? Co? Czy to jest jakaś ukryta kamera?

— Och nie. Niestety nie mam kamery, aby nagrać twoją reakcję, a potem oglądać ją przez setki lat. Kurczę! Nie pomyślałem o tym!

— Ty... Ty też jesteś...?

— Tak, jakoś od 1781 roku. Mogę ci opowiedzieć, jak to było. To bardziej... Przybliży cię do tego, dlaczego chciałem, abyś ty też został jednym z nim. Potem zadasz pytania. Wiem, że masz ich mnóstwo.

Chwilę się wahałem. Byłem w wielkim szoku.

— Opowiedz. Ja... Ja muszę to usłyszeć.

— Zacznę od początku. Urodziłem się dwudziestego czwartego grudnia 1759 roku, w małej wiosce, gdzieś na północy Anglii. Teraz to pewnie Doncaster, może koło Doncaster. Byłem pierwszym dzieckiem moich rodziców. Mama nazywała mnie gwiazdką, cudem, bo przeżyłem. Nigdy też nie poznałem swoich dziadków. Rodzice nie mieli doświadczenia, aby przyjąć poród czy zaopiekować się tak małym dzieckiem. Wigilia była dla nich magicznym czasem. Do siedemnastego roku życia doczekałem się aż szóstki rodzeństwa. Wielka rodzina w tamtych czasach, na takiej wiosce, to była sensacja! — Zaśmiał się i poprawił swoje włosy. — Kiedy miałem dwadzieścia dwa lata, odkryłem, że nie miałem tam dla siebie miejsca. Brakowało mi czegoś. Miałem rodzinę, co jeść, ale... ale non-stop coś mi brakowało i dusiło mnie. Wziąłem swoje rzeczy i ruszyłem w dół kraju. Bałem się nocy, dzikich zwierząt, ale dałem radę. Dotarłem do zniszczonej wioski; słyszałem wtedy, jak ktoś woła o pomoc, ale coś uparcie kazało mi stamtąd uciekać, więc to uczyniłem.

— Nie pomogłeś tamtym ludziom?

— Harry, byłem sam, miałem trochę ponad dwadzieścia lat, byłbym głupcem, gdybym tam wszedł — powiedział, a ja przyznałem mu rację. — Co wioskę uzupełniałem wodę, trochę jedzenia. Wtedy nie miałem nic. Pamiętam to bardzo dokładnie. Trzymałem się zawsze głównej drogi; spałem troszkę od niej. Tamtej nocy... Cóż, nie spodziewałem się, że największe zło świata szło ze mną, a potem siedziało obok mnie, kiedy spałem.

— To był...

— Liam. Po prostu za mną szedł. Zainteresowałem go. Chciał sprawdzić, co robiłem sam. Byłem kilka kilometrów od Londynu, od spełnienia najskrytszych marzeń. Kiedy przebudziłem się w nocy, byłem... Przerażony! Nawet małe słowo. Liam naprawdę mnie wtedy wystraszył. Czerwone oczy mocno odbijały się na tle ciemnej nocy.

— Po prostu cię zapytał, co robisz sam w takim miejscu? — Zapytałem. — Czy...

— Bardziej to zabrzmiało jak: Mów albo cię zabiję. Sam powiedział, że jeżeli mu odpowiem, ten daruje mi życie. Spotkałem też dwóch kolejnych wampirów. Zayn i Luke, to byli przyjaciele Liam'a, z którymi podróżował po świecie. A potem... Liam nie zapytał mnie o zdanie, czy chcę wieczne życie. Po prostu mnie ugryzł. Później się tłumaczył, że chciał dać mi lepsze życie, chciał znaleźć mój cel. Nauczyłem się z tym żyć. Dobrze mi szło.

— A co mam ja z tym wspólnego?

— Widzisz... Na naszych sesjach mówiłeś, że nie masz dla siebie miejsca, chciałbyś coś zrobić. Wyczułem u ciebie strach, kiedy to mówiłeś. Myślałem nad tym. Kiedy przerwałeś sesje, a ja codziennie cię obserwowałem... Doszedłem do wniosku, że chcę dać ci szansę na życie wieczne, na odnalezienie tego... Tego czegoś.

Gdybym był człowiekiem — zarumieniłbym się naprawdę bardzo szybko. Nie wierzyłem też w to, że naprawdę od razu się z tym pogodziłem. Z jednej strony — mogłem być przy nim, byłem niezniszczalny, ale z drugiej... Widziałem wiele, wiele minusów, ale towarzystwo drugiego wampira eliminowała wszystko.

— Możliwe, że ja już znalazłem swoje miejsce, kilka dni temu, ale bałem się do tego przyznać. Nie ważne! Jak... Czy...

— O znalezieniu porozmawiamy później — powiedział, a ja przytaknąłem. Zdecydowanie. — A teraz... Hm, masz czerwone oczy jak każdy wampir na początku. Później, jak skosztujesz krwi zwierzęcej, to się zmieni. Masz dobry wzrok, węch, słuch. Jesteś też bardzo silni i szybki. Cóż, jesteś też blady i... Piękniejszy. I oczywiście — masz kły, ale o nich później.

Podniosłem głowę, kiedy usłyszałem, jak ktoś otworzył drzwi. Stanął tam (zapewne) kolejny wampir. Louis wstał i podszedł do niego.

— I...?

— Sam oceń.

— Harry?

— Ja! Czuję się wyśmienicie, choć... Nienasycony — powiedziałem niemal natychmiast. Obaj zmarszczyli brwi, a ja ponownie usłyszałem w głowie „Jak". — Nie wiem. Mówicie te pytania, czy... Czy zwariowałem? O mój Boże! Ześwirowałem! A co jeżeli to... To wszystko to tylko moja wyobraźnia?

— Chyba. Nie wiem? Czuję się lekko zdezorientowany. Słyszę, czuję i widzę zbyt dużo. Ja... Um. Chcę więcej?

Wyciągnąłem rękę ze zgniecionym kubkiem. Spojrzałem najpierw na Louis'a, a potem na Liam'a, który się wahał.

— Czy on...

— O mój Boże! Harry, nie zwariowałeś! Masz... Masz po prostu dar, tak jak ja — powiedział Louis.

— Co?

— Umiesz czytać, hmm... W myślach. Tak po prostu. Ja kontroluję czyjeś emocje, a ty po prostu czytasz w myślach. Super, co nie?

Chyba, pomyślałem. Czytanie w myślach? Wow. Nie spodziewałem się tego, nawet w tym życiu. Nie spodziewałem się tego, że zostanę wampirem, więc czy jest tutaj o czym mówić? Oczywiście, że nie.

— Liam? Dać czy...

— Myślę, że krew może go lekko otumanić i przyćmić na kilka godzin. Przynieś mu jeszcze kubek.

Kiwnął głową i zaraz zniknął. Wpatrywałem się w drzwi.

— Masz jeszcze jakieś pytania?

— Mnóstwo, ale... Czuję się dziwnie. Wiem, że to powtarzam, ale mam odruch, aby położyć się spać. To normalne?

— Bardzo normalne — powiedział i w tym samym czasie pojawił się szatyn z kolejnym kubkiem. Podał mi go, za co podziękowałem. — Możesz się położyć i zamknąć oczy, ale nie zaśniesz. Przyzwyczaisz się.

— Tak. Muszę dać radę. Dam. Na sto procent.

Pov. Louis

Byłem pod wrażeniem. Przez trzy tygodnie Harry pilnie i bardzo systematycznie uczył się, jak żyć po naszemu. Musiałem mu pomagać — oczywiście. Nie było mu łatwo panować nad swoim pragnieniem. To było naprawdę ciężkie. Może na początku było mu łatwo zaakceptować to, kim został. Jednak czułem jego emocje, kiedy nadchodziła noc. Zostawał sam w pokoju. Mógł mówić, co chciał — ja to wiedziałem. W końcu przyszła najgorsza część. Musiałem mu powiedzieć, że za parę lat musimy opuścić Londyn. Nawet... Nie za parę lat. Jego rodzina nie mogła zobaczyć jego oczu — nadal były czerwone, a nawet jeśli zmienią kolor na złoty. Był inni. Soczewki nigdy nie oddadzą takiego zielonego koloru, jak miał.

— Hazz?

— Hm? Co się stało? — Zapytał i spojrzał na mnie. — Dlaczego nikt w moim towarzystwie nie myśli? Wiesz jakie to fajne? To jakby... Jakbym zwariował, bo słyszę głosy, ale z drugiej strony takie wow! Co się stało? Wyglądasz... Nieciekawie. Zrobiłem coś nie tak?

— Nie! Nie chodzi o to. Musimy porozmawiać o mniej przyjemniej stronie wampiryzmu, skarbie. Jutro są święta, prawda? No... Twoi rodzice zamierzają do siebie przyjechać?

— Nie, prosiłem ich, że chcę zostać sam. Um... Mogą przyjechać, bo myślą, że znalazłem sobie dziewczynę.

— Jeszcze im nie powiedziałeś, Harry? — Zapytałem, a on wzruszył ramionami. — Nie ważne. Tym zajmiemy się później. Musisz im powiedzieć, dla własnego dobra.

— Niall — powiedział nagle i wstał. — On...

Rozszerzyłem oczy na dźwięk dzwonka. No tak! On miał przecież ludzkich przyjaciół. Czego mogłem się spodziewać? Wspominał mi o nim, a ja kompletnie o tym zapomniałem. Jeden fakt, który przegapiałem w tym wszystkim.

— Hazz nie!

Dotarł pierwszy do drzwi i je otworzył. Starałem się uspokoić jego emocje, ale nie czułem zagrożenia. Za to rzucił się na niego, przytulając. Rozszerzyłem oczy, patrząc na to.

— Ty dupku! Nie odzywałeś się do mnie przez trzy tygodnie! Twoja ostatnia wiadomość, która brzmiała „Zadzwonię później" wcale mnie nie przekonała, że później to będzie serio później! Matka wykopała mnie z domu i powiedziała, że mam wziąć jej samochód i jechać do Londynu, do ciebie, bo przechodzisz kryzys, a rodziców nie chcesz! Nawet Gemma chciała przyjechać!

Uderzył go w ramię, kiedy się odsunął. Widziałem, jak Harry miał głowę spuszczoną w dół. Hazz... Spojrzał na mnie i lekko się uśmiechnął, a potem poczułem przerażenie. Zbyt duże przerażenie, aby go uspokoić. Gdyby był człowiekiem, jego serce natychmiast by stanęło z takiego wysiłku.

— Um... Tak. Niall... Wejdziesz? Chyba.

— Oczywiście, że wejdę! Nie po to tłukłem się pół kraju, aby zostać odprawiony z kwitkiem! Och, Hazz? Nie wiedziałem, że masz gościa, a raczej gości.

Spojrzałem natychmiast za siebie. Liam. Praktycznie jęknąłem, czując jego emocje. To samo czułem, kiedy spotkałem Harry'ego.

— Tak... Louis i Liam. Wejdziesz Niall czy nadal będziemy stać tak we wejściu? Porozmawiamy, co? Louis, porozmawiamy wszyscy razem?

Niepewnie kiwnąłem głową, wiedząc, o co mu chodzi. Było mi coraz gorzej — tamowałem emocje Liam'a, aby ten nie rzucił się na tego blondyna i emocje Harry'ego, aby opanować jego pragnienia. Hazz wziął swojego przyjaciela do salonu, a ja podszedłem do Liam'a i zdzieliłem go.

— Ogarnij się! On nawet nie wie, że takie coś jak my istnieje! Nie możesz mu tego zrobić!

— A ty Harry'emu mogłeś zrobić?! — Zapytał. — I nie mów mi, że Hazz szukał dla siebie miejsca. Zobaczysz, jak będzie cierpieć, kiedy powiesz, że musicie wyjechać z Anglii, będzie, zdała od rodziny, tego blondyna. Naprawdę chcesz dla niego tego samego, przez co ty przechodziłeś? I przypominam, że ty miałeś przy sobie rodzeństwo, a on nie będzie miał nikogo, tylko ciebie.

Ominął mnie i wszedł do pomieszczenia. Trójka wampirów i człowiek. Jeden opanowany wampir, drugi nowo-narodziny, trzeci z buzującym jadem w głowie i człowiek. To nie mogło się skończyć dobrze.

— Lou!

— Idę! — powiedziałem i jedynie co mi zostało, to zgodzić się z wolą Liam'a. W końcu — to on ustalał tutaj zasady, nie ja. — Więc to jest ten Niall, o którym tak dużo mi opowiadałeś?

— We własnej osobie! Niall Horan. Mam nadzieję, że to były same dobre rzeczy, Harold.

— Oczywiście. Nikogo nie interesują twoje pijackie pomysły, obrzygane kible i... Och? Oops?

— Styles! Nie żyjesz! — Krzyknął i rzucił w niego poduszką. Harry bez problemu ją złapał, szybciej niż by chciał. — Co to było? O mój Boże!

— Odpowiadając na twoje pytania z głowy: tak, ja teoretycznie nie żyję. Nie wierzę, że nie zauważyłeś, jaki blady jestem albo tych... Tych oczu! I tak jestem właśnie tym. Niespodzianka? Hmm, prezent na święta? Nie wiem, Niall! Tak, myśl pytania w głowie. O mój Boże! Nie! Oszalałeś!? Jesteś obrzydliwy.

Blondyn zaśmiał się głośno, nadal intensywnie wpatrując się w Harry'ego.

— Niall! Nie! Za chwilę cię stąd wyrzucę i będziesz wracać pieszo do... Mama co? Nie rób sobie ze mnie żartów.

— Możecie... Nie wiem, rozmawiać jak ludzie?! — Zapytał Liam. Był tak samo zdezorientowany, jak ja. — Nie każdy czyta w myślach!

— No przepraszam. Mów Niall.

— Gemma też pojechała do domu na święta, bo... Twoja mama jest w ciąży.

— Czekaj. Do cholery co? Mam dwadzieścia dwa lata i będę miał rodzeństwo?!

Szybko uspokoiłem jego nerwy, więc się rozluźnił. Niall spojrzał na niego zaciekawiony.

— Widzę twoją minę. Ja kontroluję emocje, uspokajam. Harry czyta w myślach, a Liam... Cóż, Liam? Pokażesz, co umiesz?

Chwilę później zgasły wszystkie światła. Harry złapał Niall'a za rękę, bo ten naprawdę się wystraszył. Potem rozbłysło światło. Liam uśmiechnął się szeroko, patrząc na nas znad ognia.

— Kontroluję żywioły. To bardzo ciężki dar. Moi rodzice mają po jednym żywiole, ja jestem ich jedynym dzieckiem, przychodząc na świat i będąc małym dzieckiem, budziłem w sobie kolejne i kolejne. Ogień, woda, wiatr i ziemia.

Ogień zniknął, a na jego miejsce pojawiło się normalne światło. Niall był szczerze zainteresowany tym.

— Wy... ale poczekajcie. Wy tak na serio? Hazz?!

Widziałem, jak się zmieszał. Kiwnął głową w jego stronę. Blondyn wyglądał, jakby nad czymś myślał.

— Jak to się stało? — Zapytał patrząc na nas po kolei. — Dlaczego... Wy jesteście tacy?

— Liam jest pierwotnym; taki się urodził. Potem zmienił mnie, kiedy wędrowałem w dół kraju. A Harry...

— Bo Louis miał taki kaprys i zachciankę!

— Zamknij się Liam, bo za chwilę cię stąd wywalę na zbity pysk! — powiedziałem i szeroko się uśmiechnąłem w stronę blondyna. — Nie, że chciałem. Harry mówił mi, że szuka dla siebie miejsca i nie może go znaleźć. Znalazłem parę podobnych rzeczy dla nas. Ja jako człowiek nie mogłem... Cóż, nie czułem się zbyt dobrze w wiosce z rodziną. Dlatego wyruszyłem w stronę Londynu. Harry nie czuje się dobrze, nie ma dla siebie odpowiedniego miejsca. Mnie to pomogło, więc sądziłem, że Hazz... Że też mu się to uda. Mam taką nadzieję, inaczej mnie wyklnie i pójdzie w swój świat.

— Zaraz cię zabiję, tylko nie wiem jak. Jak zabija się wampira?

Liam się zmieszał. Harry posłał mu uśmiech.

— Wampira zabija się poprzez spalenie. To, co... Och nieważne. Louis opowie ci więcej, ale później. Niall, opowiedzieć ci więcej o wampiryzmie?

— Tak! Naprawdę! To jest bardzo ciekawe!

Parsknąłem śmiechem. Obaj wstali i skierowali się do wyjścia. Spojrzeli też na Harry'ego, a ten jednocześnie prychnął i kiwnął głową. Zerknął na Niall'a z oburzeniem i wstał.

— Prosisz się o...

— Hazz, siadaj. Macie czas do porozmawiania z Louis'em. A my... Wrócimy za jakiś czas.

Tym razem ja wiedziałem, o co chodzi. Przewróciłem oczami, ale nic się nie odzywałem. Nie miałem nic do gadania — to Liam rozdawał karty akurat w tej dziedzinie i nic nie mogło wpłynąć na jego decyzję. Nic a nic. Po tym, jak wyszli — siedzieliśmy jeszcze trochę w ciszy.

— Mówiłeś coś wcześniej... Możemy to kontynuować?

— Och... Tak. Mówiłem o twoich rodzicach. My... Znaczy oni, oni będą na pewno chcieli cię odwiedzić, a wiesz, że to niemożliwe, prawda? — Zapytałem, a on kiwnął głową. — Okay. Dobrze, że to wiesz. Druga sprawa. Razem z Liam'em, czasami jest ktoś jeszcze akurat w danym mieście, przenosimy się co dziesięć lat. Nie starzeję się, odkąd miałem dwadzieścia dwa lata. Ludzie dosyć szybko to zauważają. My — wampiry przemienione przez ugryzienie, nie możemy się starzeć. Ci urodzeni mogą, jeżeli chcą.

— To znaczy...

— To znaczy, że w normalnych okolicznościach zostałoby nam jakieś siedem lat, zanim się przeniesiemy. Teraz... Cóż, musimy działać szybciej. Twoja rodzina będzie chciała się z tobą zobaczyć, a my nie możemy na to pozwolić. Po pierwsze, jesteś inny. Twoje oczy, cały ty. Widziałeś się w ogóle w lustrze? Jesteś piękniejszy, niż wcześniej byłeś. To są skutki wampiryzmu. Musimy przyciągać do siebie ofiary przez wygląd, ale to nieważne. Mamy całą wieczność, aby opowiedzieć ci o wszystkim. Muszę wiedzieć, czy jesteś gotowy na to. Przez ostatnie sto lat nie spotkałem nikogo innego, kto na takie rzeczy reagowałby jak wy. Każdy, kto widział mnie bądź kogoś innego, zawsze zadawali pytania. Dlaczego tak wyglądamy, dlaczego mamy takie oczy. A ty? Zaakceptowałeś to, że jesteś jednym z nas. A Niall? Nawet nie był przerażony!

— Tak... To szalone. Będę mógł, chociaż spotykać się co jakiś czas z Niall'em?

— Sądzę, że będziesz widział go całą wieczność.

Pov. Harry

Wigilia. To czas, kiedy powinienem być ze swoją rodziną. Jednak byłem z kimś innym — osobą, która dała mi coś innego; inne życie, szansę na osiągniecie czegoś. Brakowało jedynie Niall'a oraz Liam'a, ale wiedziałem, że ci, mają ważniejsze rzeczy na głowie. Horan też miał zostać jednym z nas.

Louis miał dzisiaj urodziny. Dwieście pięćdziesiąte szóste. To brzmiało tak niepoważnie i niepoprawnie, że nie wiedziałem, co o tym myśleć. Przeżył już tak wiele, widział dużo, słyszał, robił. Ja dopiero uczyłem się jak chodzić bez używania wampirzej szybkości. Nie wychodziłem też na dwór — nie mogłem nikomu się pokazywać. To mnie dusiło. Nie miałem zbyt wielu sąsiadów. Nie dużo osób było stać na dom w takiej okolicy. Dosłownie nie miałem obaw, nie bałem się oto. Jedynie, do czego miałem obawę to oto co działo się w mojej głowie. Przebiegało tak wiele myśli, że nie byłem w stanie się powstrzymać od myślenia. Cieszyłem się, że tylko ja mogłem czytać w myślach. Gdyby Louis dowiedział się, że myślę tylko o nim... Spaliłbym się sam ze wstydu. Już wcześniej — przed przemianą — przyłapywałem się wcześniej o myśleniu o nim w innej kategorii niż lekarz. Teraz to nawet moja terapia nie miała sensu. Louis w końcu musiał napisać do moich rodziców oto, że wszystko zostało zakończone.

W ten dzień miałem też spakować najważniejsze rzeczy. O ubrania nie musiałem się martwić. Louis miał wszystko załatwić na miejscu. Nawet nie wiedziałem, gdzie nawet jechaliśmy. To wszystko było wielką niespodzianką. Liam i Niall mieli dołączyć do nas później, zdecydowanie później. On też miał rodzinę, musiał się nauczyć żyć takim życiem. Widziałem go tylko raz. Nieśmiertelność go rozpieściła. Sam mówił, że o wiele lepiej się czuł.

Louis wysłał wiadomość pierwszy — koniec terapii, Harry czuje się znacznie lepiej, sam ją przerwał i obrał nowy cel. Wręczył mi też pieniądze, które rodzice wysyłali na jego konto bankowe przez ten cały czas. Zachowałem je na czarną godzinę. Nie mogłem przecież ich zwrócić. Dowiedzieliby się prawdy, że wcale na żadnej terapii nie byłem. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że opuszczał mnie na kilka godzin, aby jeździć do gabinetu. Dawałem sobie sam radę. To był sukces i mieliśmy co świętować.

Po tym ja miałem wkroczyć. Napisałem do rodziców długą wiadomość. Napisałem, że przez cały czas do tej pory, nie umiałem znaleźć dla siebie miejsca. Brakowało mi rozmowy, bez oceniania i mówienia, co powinienem zrobić, a co nie. Louis mnie nie oceniał, proponował, nigdy nie kazał. Musiałem odnaleźć swój własny cel, sens życia. Zawsze chciałem zwiedzać świat. Nie dostawałem długo odpowiedzi, jedynie jedną. „Jesteśmy u ciebie, dlaczego cię nie ma?". Już nie odpisałem. Musiałem się powstrzymywać. Bolało mnie to. Czułem się z tym źle. Zostawiłem rodziców w Londynie. Zmieniłem numer, a Louis był obok mnie, wspierał i nic nie mówił, gdy miałem swoje małe załamanie. Był najlepszą osobą w moim życiu, którą poznałem, zaraz po Niall'u.

I być może tak było — pierwszy rok minął szybko. Liam i Niall ogłosili nam, że są razem. Byłem dumny, że mój przyjaciel okrył samego siebie i miał osobę, którą kochał. A ja nadal ukrywałem swoje uczucia do Louis'a. Uważałem, że było dobrze, tak jak było. Jest tak, jak jest, po prostu. Serce dawno nie było — nie miało mnie co boleć, ale podświadomość podpowiadała mi, że robiłem błąd. Powinienem od razu powiedzieć mu, co czułem. Rzucić się w jego ramiona i po prostu oddać się uczuciu. Jedna strona chciała się poddać temu, ale druga wręcz krzyczała, że nie mogłem. Dopadł mnie depresyjny stan, taki jakie miałem przed tym wszystkim. Kiedy Louis wychodził do szpitala, ja siadałem przy stole i wpatrywałem się w zapalniczkę. Co by było, gdybym podpalił swoje ubranie? Jedna myśl mnie ratowała: jakby czuli się moi najbliżsi? Jakby czuł się Louis?

I pewnego dnia, przechodząc się ulicami Japonii, bo właśnie tam byliśmy, nabrała mnie odwaga. Zawsze mogłem odejść, gdyby mnie nie chciał. To brzmiało jak dobry plan. I wtedy też, spotkałem swoją siostrę. Poznałbym wszędzie te oczy, uśmiech. Louis wtedy zszedł na drugi plan. Najpierw wpatrywała się we w niedowierzaniu, a potem rzuciła na szyję, płacząc. Byłem zaskoczony. Nie sądziłem, że praktycznie na końcu świata, w Japonii mogłem ją spotkać.

— Co ty sobie myślałeś?! Nawet nie wiesz, jak mama się o ciebie martwi! A tata?! Musisz iść ze mną! Do nich! Teraz! Natychmiast!

— Gem... Nie mogę. Ja... Po prostu nie mogę.

Dopiero wtedy, spojrzała na mnie uważnie i cofnęła się o krok.

— Czemu masz złote oczy? Och... Jesteś zimny.

Słyszałem jej myśli. To było wręcz szalone. Myślała o wszystkim i o niczym.

— Mam nowe życie, Gem. Ja... Cóż, może chodźmy w bardziej... Ustronne miejsce.

Spojrzałem na ulice i zobaczyłem rodziców, który wpatrywali się w nas... Jakby zobaczyli ufoludki. Ja poniekąd się cieszyłem. Czy zawsze w grudniu, na święta, miałem dostawać takie niespodzianki? Zaprowadziłem ich do naszego mieszkania. W szafkach ani w lodówce nie mieliśmy nic. Nie mogłem ich nawet poczęstować herbatą, więc po prostu siedzieli. Wpatrywali się w surowe ściany, w szary wygląd tego mieszkania. To było przejściowe. Mieliśmy znaleźć się w lepszym Miejscu, ale za kilka tygodni. Kiedy spojrzeli się na mnie, rodzice przeżyli kolejny szok. Wpatrywali się w moją twarz. Słyszałem szybkie bicie ich serc, myśli. Chciałem zrobić cokolwiek, co pozwoli mi ich uspokoić — niestety nie miałem takiej mocy, a Louis miał wrócić dopiero za parę godzin. Dyżury w szpitalach zazwyczaj się przedłużały, a on miał jeszcze asystować przy operacji.

— Możecie mi zadać jakieś pytanie. Nie obiecuję, że odpowiem szczerze. Nie mogę zbyt... Wiele mówić. Louis wróci za parę godzin. Możliwe, że skończył właśnie dyżur i szykuje się na operację.

— Louis? Ten... Lekarz... Tomlinson?

— Aktualnie Louis Thompson. Ja nie musiałem zmieniać imienia i nazwiska. Na razie jestem taki, jak byłem.

— Jak to: na razie? Co tutaj się dzieje? — Zapytała mama i wstała. — Wracasz z nami do domu, Harry! Nie zostaniesz tutaj ani dnia dłużej! Pół świata przeszukaliśmy, aby cię znaleźć! Każdą dobrą uczelnię oddzwoniliśmy! Dopiero tutaj dowiedzieliśmy się, że zostałeś przyjęty na listę uczniów na medycynę! I co mają oznaczać te tatuaże?! Miałeś zrobić tylko dwa i już więcej swojego ciała nie ruszać! Co z tego, że masz dwadzieścia cztery lata!

— Jestem dorosły, to wystarczający powód, aby was nie słuchać. Od ostatniej klasy liceum, czułem się źle. Uparliście się na tego lekarza. Nie miałem nigdy tej cholernej depresji! Nigdy! Dopiero Louis przedstawił mi świat inaczej. Czuję się znacznie lepiej! Nigdy, ale to nigdy wy tego nie potrafiliście! Jestem, do cholery, dorosły! Nic wam do tego! Wyjdźcie stąd. Wszyscy.

I wyszli, nawet na mnie nie patrząc. Oparłem się o szafkę i stałem. W takiej pozycji znalazł mnie Lou. Nie pytał, tylko przytulił. Właśnie czegoś takiego potrzebowałem. Nie komentował, nic zbędnego nie mówił. Po prostu był. Uśmiechnąłem się lekko i spojrzałem na niego. Nie bądź tchórzem Harry, rozkazałem sobie w myślach i pocałowałem go. Oddał pocałunek, przyciągając mnie bardziej do siebie. Jego myśli szalały. Jedynie zdążyłem wyłapać „co to znaczy". Uśmiechnąłem się i się odsunąłem.

— To znaczy „kocham cię" w innym wydaniu. I może... To znaczyło jeszcze „wszystkiego najlepszego". Dzisiaj dwudziesty czwarty grudnia.

— To... Zdecydowanie najlepsza forma powiedzenia „kocham cię" i „wszystkiego najlepszego". Czym sobie na to zasłużyłem?

— Przestałem być tchórzem i powiedziałem to, co dusiłem sobie od początku.

— Od początku? — Zapytał zdziwiony. Pochyliłem się nad nim.

— Od samego początku. Już wtedy na terapii wiedziałem, że skończę zakochany. Dlaczego przerwałem to, ale było już za późno. Potem się bałem odrzucenia. Teraz... Chciałem spróbować.

— Cóż, jedynie mogę powiedzieć, że to najlepsze urodziny od dwustu pięćdziesięciu ośmiu lat. Najlepsze i każde kolejne takie będą.

Poczułem, jak jego ręka wkrada się pod moją koszulkę.

— Każde kolejne będą coraz lepsze od poprzednich. Mogę ci to zagwarantować. Każde, do końca. Aż razem spłoniemy i trafimy do piekła.

— Kocham cię — powiedział.

Uśmiechnąłem się do niego i oparłem swoją głowę o jego ramię. Siedzieliśmy tak długo. W końcu na dworze ściemniło się do końca i na ulicach Japonii było słyszeć remix świątecznych piosenek. Remix Świąt — tak mogłem nazwać tegoroczne święta. Było wszystkiego po trochu. Najważniejsze, że miałem osobę, którą kochałem, a on kochał mnie.