Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Relationship:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Stats:
Published:
2022-10-09
Words:
7,723
Chapters:
1/1
Kudos:
1
Hits:
60

Heart siren ✔

Summary:

Mówią, że przeciwieństwa się przeciągają.
Syrena nie może kochać człowieka, a jednak.

Notes:

One shot
19.10 - 01.11.2020

Work Text:

Pov Harry

Przechodząc po pomoście, patrzyłem w gwiazdy. Niebo było tak piękne, rozświetlone przez księżyc. Był tak piękny.

Przystanąłem przy krawędzi i chwyciłem się balustrady. Gdybym skoczył, ocean pochłonąłby mnie raz-dwa, nie zdążyłbym się wynurzyć ani złapać powietrza. Usiadłem na krańcu. Czy samobójstwo byłoby warte? Odchyliłem głowę i loki do tyłu. Chciałbym wykrzyczeć całemu światu, jak okrutny jest, co mi zrobił i dlatego znalazłem się w tym miejscu, a nie innym. A gdzie bym był, gdyby postępował zgodnie z rodzinną tradycją, normalnymi zasadami moralności i... według nie swoich zasadach? Brałbym pewnie ślub, z jakąś dziewczyną.

Chciałem być sobą. Nie obchodziło mnie nic innego. Byłem, jaki byłem, było mi z tym dobrze. Nie zamierzałem się zmieniać, da kogoś, kto nie rozumiał mnie. Nie zamierzałem słuchać nikogo oprócz siebie. To ja miałem być szczęśliwi, nie oni, prawda? To ja miałem iść przez życie z podjętymi decyzjami. Miałem dopiero dwadzieścia jeden lat, a już nie raz zdążyłem pogubić się w decyzjach i swoim rozsądku.

Westchnąłem i przechyliłem się do przodu. Tym razem wpatrywałem się w wodę, prawie czarną, mocno granatową. Falowała, a morskie powietrze biło mnie w twarz. Takiego spokoju potrzebowałem. To była ulga jak przepustka do lepszego świata.

Czułem się wolny. Wolny jak ptak. Nic nie mogło tego zmienić.

Zachwiałem się i w ostatniej chwili złapałem się belki. Rozszerzyłem oczy, zdając sobie sprawę, że prawie tam wpadłem. Do tego okropnie głębokiego oceanu. A czy tego właśnie nie chciałem?

Pokręciłem głową. Dlaczego tak myślałem o samobójstwie?

Pokręciłem głową i spojrzałem przed siebie. Księżyc odbijał się od wody, a niebo zlewało się z nią. To był najpiękniejszy widok na świecie. Woda była czymś potężnym, wielkim i... Niesamowitym. Miałem duży respekt przed nią, jakkolwiek to brzmiało. Potężny żywioł.

Coś mignęło mi przed oczami. Rozejrzałem się szybko, ale niczego nie zauważyłem. Zaczynałem świrować, pomyślałem. Spojrzałem na pofalowaną powierzchnię oceanu. Tam się błyszczało. Zerwałem się na równe nogi, patrząc na to. Błyszczało na różowo. Biło od tego mocne światło. Zamrugałem, widząc, jak to się poruszało. Raz w prawo, raz w lewo. Podążałem za tym wzrokiem, aż zniknęło. Ukucnąłem, przybliżając się.

— Co to było?

— Ja!

Krzyknąłem i podskoczyłem, wpadając do wody. Rozszerzyłem oczy i zacząłem machać rękami na oślep. Próbowałem się wzbić do góry. Kiedy tylko mi się to udało, wziąłem głęboki wdech i zobaczyłem przed sobą chłopaka.

— T-co?

— To byłem ja.

Wtedy spojrzałem na wodę. Świeciła się. Odsunąłem się od niego kawałek. Jak to możliwe?

— Co? Co... Co. O mój Boże, może jedn...

Poczułem silne uderzenie fali i polecałem na pomost, a potem znów pod wodę. Próbowałem się ponownie wybić, ale tym razem nic to nie dało. Nieświadomie otworzyłem oczy, od razu tego żałując. Słona woda i światło mocno je podrażniły, a potem zobaczyłem twarz tego chłopaka. Uśmiechał się szeroko, a potem zastąpiło go przerażanie. Działo się to tak szybko, że nie zauważyłem, kiedy znalazłem się na brzegu, a po nim nie było ani śladu. Zakaszlałem mocno, przecierając oczy. Czy ja tam naprawdę wpadłem?! Serce zaczęło mi bić coraz szybkiej aż rozbolała mnie głowa. Stanąłem na równe nogi, patrząc na ocean. Gdzieś tam było to światło. Ten chłopak naprawdę błyszczał. On uśmiechał się pod wodą i... O mój Boże. To on tak świecił!

— Wszystko dobrze?

Podskoczyłem na głos, ale nikogo obok mnie nie było. Podszedłem bliżej brzegu i wtedy ujrzałem go po raz trzeci. Był w wodzie i przy każdym kroku było coraz jaśniej. Otworzyłem szeroko usta, patrząc na to zachwycony. To wyglądało jeszcze piękniej niż ocean.

— Wszystko dobrze?

Kiwnąłem głową na jego pytanie. Przyjrzałem mu się. Wyglądał... Uroczo. Niebieskie oczy niczym niebo, włosy zarzucone do tyłu, a przynajmniej grzywka. Najpiękniejszy uśmiech jak widziałem i... Coś dziwnego po bokach jego szyi. Zmarszczyłem brwi, a on zrobił to samo.

— Na pewno wszystko dobrze? Nie wyglądasz...

— Ja? Um... Ja tak. Wszystko... Dobrze — powiedziałem i pokiwałem szybko głową niczym szaleniec przed morderstwem. — Ja tylko... Wow. Nigdy nie widziałem...

— Syreny?

— Tak, syre... Co!? Ty co?

— Jestem różową syreną. No nie mów, że nigdy żadnej nie widziałeś! — powiedział to tak lekko, jakby mówił o normalnej rzeczy. Byłem w tak głębokim szoku, że nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Przekrzywił trochę głowę w prawo i spojrzał na mnie uważnie. — Nigdy nie widziałeś, prawda?

— Pierwszy raz słyszę.

Zaśmiał się cicho, a potem pokręcił głową na boki. Potem zamilkł. Podniósł głowę i przybrał poważną minę.

— Idź spać, przyjdź jutro o dwie godziny wcześniej.

**

Zerwałem się z łóżka, oddychając niespokojnie. Spojrzałem na budzik i zauważyłem prawie dwunastą. Pierwszy raz tak długo spałem i czułem się wypoczęty. Czułem dziwny niepokój. Podszedłem do okna i wyjrzałem przez nie. Woda była dziwnie niespokojna. Fale szalały. Czy ta różowa poświata śniła mi się? Potem ten chłopak... Różowa syrena. Widziałem syrenę! Brzmiało to tak absurdalnie. Nie wiedziałem, czy śmiać się, czy płakać z własnej głupoty, ale miałem na sobie te same ubrania z wczoraj, nawet budy, które były jeszcze mokre. To nie mogło mi się przyśnić. Naprawdę wpadłem do oceanu, prawie się topiąc przez potężną falę.

Ten chłopak... Syrena? Syren? Kim on był i dlaczego nie pamiętałem drogi z plaży do domu? Co on powiedział? Nie pamiętałem.

Zanim rozebrałem się z mokrych jeszcze ubrań, wziąłem ciepły prysznic, minęła godzina. Zjadłem coś na szybko i włączyłem telewizor, aby posłuchać jakichś wiadomości. Ciekawiło mnie, co z moją rodziną. Nie miałem z nimi kontaktu dopiero od paru tygodni, szukając sobie miejsca. Domek na plaży w Miami wydawał się dobrym pomysłem. Nie było za gorąco, nie było za zimno. A rześkie, morskie powietrze, dawało mi pewnego rodzaju ulgę. Miałem wystarczająco pieniędzy, aby przeżyć parę lat. Nie poszedłem na studia, na które miałem przyszykowaną tę gotówkę. Nie kupiłem samochodu, odkładałem każdy gorsz i oto byłem — w Miami, setki kilometrów od toksycznej rodziny, która podcinała mi skrzydła. Byłem sam i było z tym dobrze. Moja rodzina była snobami. Nie chciałem mieć z nimi nic wspólnego.

Kiedy wybiła dziewiąta wieczór, poczułem dziwną ochotę wyjścia na plażę. Magiczna siła pchała mnie ponownie na pomost. Tym razem nie zakładałem butów, miałem na sobie krótkie szorty i bluzkę z krótkim. Usiadłem na pomoście i wpatrywałem się w wodę. Chwilę później pokazała się różowa poświata i wynurzył się ten sam chłopak.

— Już jesteś! — powiedział i szeroko się uśmiechnął. — Wejdziesz do wody?

— Co? Ja do wody?

— Tak, a czemu nie?

— Nie chcę — powiedziałem, kręcąc głową. — Dlaczego znowu tutaj jesteś?

— Wydajesz się interesującym człowiekiem. Wejdziesz do wody, proszę?

— Nie, ja nie. Ja wolę nie. Jak masz na imię?

— Imię? Co to?

Uśmiechnąłem się lekko, patrząc na jego zgubioną minę.

— Imię to... Hm, to jakby nazwa człowieka. Ty masz jakieś imię? Jak cię nazywają?

— Louis? O to chodzi?

Kiwnąłem głową, patrząc na jego zadowoloną minę. Widziałem go dopiero czwarty raz, a wciągnął mnie do rozmowy i kilkanaście razy próbował namówić na wejście do wody. Wydawał się interesujący. Dowiedziałem się dużo rzeczy o nim. Tylko jego rodzina była różowa, a on jako pierwotny błyszczał najbardziej. Twierdził, że było to uciążliwe, bo już z daleka było wiadome, kto płynął. Na pytanie ", Czy jest was więcej", powiedział, że ludzie nie znali tak dobrze oceanu i nigdy go nie poznają. W głębinach mieszkają takie stworzenia, o których nikt nawet nie śnił. Powiedział też, że ludzie wiedzieli o ich istnieniu, a raczej bardziej o legendach, które gdzieś majaczyły w ich głowach. Zazwyczaj syreny bądź syren używają zaklęć, aby wymazać część wspomnień i zastępują ją jawą. Wytłumaczył też, że użył na mnie jednej ze sztuczek, dlatego nie pamiętałem nic od wypowiedzenia tamtych słów i nie było szans, abym obudził się wcześniej, niż on tego chciał. Musiałem mu podziękować za to. Mówił też o wielu innych rzeczach. Oddychał pod wodą dzięki pomocy skrzeli, ponad nią płucami. Mógł też stawać się człowiekiem, ale zrobił to tylko dwa razy, bardzo dawno temu. Ciekawiło mnie to. Mógł wtedy normalnie chodzić, ale niezbyt długo. Mówił coś, że najdłużej jego ojciec był człowiekiem dwadzieścia dwie godziny. Spędziliśmy wiele dni i godzin na takie rozmowy, a potem on mówił swoje czary, a ja wracałem do łóżka i zasypiałem. Powinienem całować go po stopach. Chwila. Przecież on miał płetwy.

Pewnego dnia dużo nad tym myślałem. Wiedziałem o nich coraz więcej. Sprawdziłem też informację w Internecie. Różowe syreny były najwyżej w rankingu, jakkolwiek to nazwać. Byli na najwyższym szczeblu rankingu, najważniejsze i najcenniejsze. Ciekawiło mnie też, gdzie oni mieszkali. Musieli mieć jakieś swoje miejsce, jakiś dom, nie wiem, miasto, wioskę, kawałek piasku, na którym żyli. Louis bardzo chętnie odpowiadał mi na pytania, a ja byłem pod wrażeniem tego, jak był otwarty. Zapytałem mu się, dlaczego mi to mówi. Długo się zastanawiał. Powiedział, że kiedy mnie zobaczył, poczuł coś dziwnego i musiał podpłynąć bliżej. A potem, robił się coraz ciekawszy, aż się odezwał, a ja wpadłem do wody. Nie chciał mnie tak zostawić. Był wtedy taki uroczy.

— A gdzie mieszkacie? Macie jakieś swoje miasto? Atlantyda?

— Mamy, ale to nie jest Atlantyda — powiedział i parsknął śmiechem. — Mamy... Hm, miasto... Tak chyba to mogę nazwać. Mieszkamy kilometr pod wodą. Przedostajemy się tam przez taki tunel, wir... Tak się mówi na coś okrągłego w skale? Tunel?

— Tunel, jaskinia?

— To... Tunel. Tak, płynie się przez niego, ale prąd morski i tak sam ciągnie. Jak chcesz, mogę ci pokazać.

— Mi? Ja nawet nie umiem dobrze pływać a co dopiero wchodzić tyle pod wodę. Poza tym nie mam tlenu w butli, odpowiedniego stroju.

— Nie potrzebujesz tego go oddychania. Są sposoby, aby przekazać ci „tlen", abyś oddychał przez parę godzin pod wodą — powiedział i podpłynął bliżej. — Są takie specjalnie żujki.

— Żujki? Chodzi ci coś do żucia? To gumy, tak się to u nas nazwa.

— Tak! Brakowało mi słowa. Dawno nie rozmawiałem z człowiekiem. Jak to jest... Żyć w domu? Co tam masz?

— Jak chcesz się przekonać, to zawsze możemy tam pójść, tylko będziesz musiał się zmienić w człowieka.

Jego twarz rozjaśniła się, a oczy miał szeroko otwarte.

— Mówisz serio? Mógłbym zobaczyć, co jest w takim ludzkim domu?

— Tak. Dlaczego nie? Powiedz mi, kiedy chcesz.

— Pod jednym warunkiem.

Spojrzałem na niego zaciekawiony. Podpłynął jeszcze bliżej i położył swoje ręce na moich stopach.

— Jaki warunek?

— Obiecasz mi, że któregoś dnia popłyniemy do mojego miasta.

— Hm... Okay, niech będzie, ale najpierw będziesz musiał nauczyć mnie pływać.

— Tak! Oczywiście! Nauczę cię pływać.

I tak nastąpiła nasza nauka pływania. Wciągnął mnie do wody z pomostu w najmniej oczekiwanym momencie i kazał pokazywać to, co już umiałem. Był naprawdę bardzo dobrym nauczycielem. Syrenim nauczycielem. Nadal nie mogłem się do tego przyzwyczaić. Widziałem jego ogon parę razy, nawet pozwolił mi dotknąć! Był taki... Taki śliski, ale też miękki. Tak intensywnie różowy, a świecił przepięknie. Nie widziałem jeszcze Louis'a w postawi człowieka, ale mówił, że różowy zostaje, ale nie świeci. Jest delikatny. Porównałem do tego, że jak zarumieniona skóra, a on przyznał mi rację. Z każdym dniem byłem coraz ciekawszy. Kiedy naszedł ten dzień, kiedy Louis miał zamienić się w człowieka, nie mogłem usiedzieć w miejscu. Poprosił mnie o ręcznik i coś do ubrania, bo jak twierdził po przemianie będzie nagi.

Kiedy wybiła ósma wieczorem, wziąłem ręcznik, szorty, najmniejsze, jakie miałem i swoją koszulkę. Zastanawiałem się nad klapkami. Miałem mu wziąć? Sam nie ubierałem, bo droga z plaży do domku jest krótka, praktycznie po samym piasku i potem chodnikiem do drzwi. Pokręciłem głową. Bardzo się denerwowałem. Co, jeśli Louis zrezygnuje? Dobra, Harry, nie możesz się denerwować, pomyślałem i ruszyłem w stronę plaży. Zauważyłem już tam chłopaka, który był w wodzie. Uśmiechnąłem się szeroko.

— Louis!

Obrócił się w moją stronę i oddał uśmiech. Zauważyłem coś na wzór ulgi.

— Harry! Myślałem, że nie przyjdziesz.

— Zastanawiałem się, czy wziąć ci jakieś buty.

— Buty? Co to jest?

— Buty... To jest takie coś na stopach. Tak jak ja mam koszulkę czy spodnie, aby zakryć ciało, to, tak buty zakrywają stopy i chronią je na przykład przed kamieniami czy czymś innym. Sam jestem bez butów, bo to krótka droga.

Kiwnął głową i ściągnął coś z szyi. Światło rozbłysło bardziej aż miałem przymknąć oczy, a raczej je zakryć ręką. Chwilę później usłyszałem śmiech i ktoś na mnie wpadł. Otworzyłem oczy i zobaczyłem uśmiechniętą twarz Louis'a.

— Próbowałem wstać i mi się udało... ale potem chyba się potknąłem? Tak to się nazywa?

— Yhym, tak. Potknąłeś się o własne nogi, a teraz tutaj masz ręcznik i ubrania — powiedziałem i przytrzymałem go, odwracając wzrok. Usłyszałem jego śmiech, przez co sam parsknąłem śmiechem. — Z czego rechoczesz?

— A co to znaczy rechoczesz?

I wtedy wybuchnąłem tak głośnym śmiechem, że nie mogłem uspokoić się przez kolejne dziesięć minut. Louis spojrzał na mnie urażony.

— To znaczy... Hm, trochę obraźliwe na słowo „śmianie się".

— Aha! Śmiejesz się ze mnie! Bo nie wiedziałem! Jak możesz? Dobrze wiesz, że nie rozumiem wszystkiego!

— Przepraszam. Po prostu to słowo zabrzmiało śmiesznie z twoich ust. A teraz, ubieraj się, bo słońce zachodzi i zrobi się zimnej.

Kiwnął głową i naciągnął koszulkę z moją małą pomocą, a potem ubrał spodnie. Zerknął na ręcznik, marszcząc brwi. Dotknął materiału i zacisnął na nim ręce.

— Co to jest?

— Ręcznik. Służy do wycierania, jak jesteś mokry. Przyniosłem ci go, bo myślałem, że będziesz go potrzebować.

Uśmiechnął się i podał mi materiał.

— Um nie. My jak przemienimy się, nie jesteśmy mokrzy.

— Zapamiętam.

Puściłem go powoli, a on skupił się, aby zrobił pierwszy krok. Szło mu to dosyć łatwo. No może do momentu, w którym upadł na mnie. Zaśmiał się znowu i chwycił mnie za ramię.

— Pomożesz mi? Potrzebuję trochę wprawy.

I znowu weszła do naszego życia rutyna. Codziennie o ósmej Louis przychodził i zamieniał się w człowieka. Spędzaliśmy razem czas, aż nie padłem zmęczony. Sam nie mógł normalnie spać. Nie w postaci człowieka. Nie kłamał też z tym różowym kolorem. Jego nogi miały taką poświatę, lekko świeciły. Zauważyłem to dopiero w nocy, przy zgaszonym świetle. Louis mówił, że to całkiem normalne, nic mu nie jest ani nic go nie bolało. Próbowałem go namówić na ludzkie jedzenie, ale on zawsze był najedzony, zanim przychodził do mnie. Nie wiedział, czy takie zwykłe pożywienie mu nie zaszkodzi. Sam nie wiedziałem, więc nie ryzykowaliśmy. On popierał to w stu procentach.

Jednak tego dnia było inaczej. Louis nie zjawił się o ósmej ani dwie godziny później. Wpatrywałem się w ocean, mając nadzieję, że zapomniał, coś mu wypadło i po prostu nie mógł. Zacząłem też się martwić, bo... On nigdy tak nie robił. Znałem go od dłuższego czasu, praktycznie półtora miesiąca, a przez pół dopiero widziałem go w ludzkiej postaci. Zrobiłem coś nie tak?

Kiedy miałem się podnosić, zauważyłem żółtą, niemal złotą poświatę. Chwilę później na powierzchnię wypłynął chłopak. Blond-włosy rozejrzał się i kiedy mnie zauważył, uśmiechnął się szeroko i zniknął pod wodą. Nawet nie mrugnąłem, a pojawił się przy pomoście.

— Harry?

Zamrugałem zaskoczony, ale kiwnąłem głową. Uklęknąłem i spojrzałem na niego z wyczekiwaniem.

— Wszystko dobrze z Louis'em?

— Tak, oczywiście. Kazał mi tylko przekazać, abyś zostawił mu ubrania przy pomoście, bo zjawi się dopiero rano. Ma małe urwanie w pa... Domu.

— Okay. Tak zrobię. Dziękuję.

— Nie ma za co!

I tyle go widziałem. Westchnąłem i odłożyłem ubrania w dyskretne miejsce i wróciłem do domu. Nie miałem co ze sobą zrobić. Zawsze spędzałem wieczory z nim. Włączyłem telewizor i przeglądałem każdy kanał. Dopiero wtedy doszło do mnie, że przed poznaniem Louis'a robiłem dokładnie to samo. Budziłem się, jadłem, czasami jechałem na zakupy, a potem siadałem przed telewizorem i nie miałem z kim rozmawiać. Nie umiałem rozmawiać z ludźmi, a Louis przecież był syreną. Nie rozumiał niektórych rzeczy i nie mógł mnie oceniać, tak jak robili to inni. Mój uśmiech poszerzył się bardziej, kiedy tylko o nim pomyślałem. Stał mi się naprawdę bardzo bliski, bardziej niż rodzina.

Przysnąłem na kanapie. Stąd też ten ból karku, kiedy obudziłem się nad ranem. Była ledwo piąta, a ktoś dobijał się do drzwi. Lekko uśmiechnąłem się, bo wiedziałem kto to. Podszedłem do drzwi, otwierając je. Nie myliłem się — stał tam i szeroko się uśmiechał.

— Cześć Lou, wchodź — powiedziałem i lekko się odsunąłem.

— Musisz mi pomóc. Ledwo co tu się dostałem!

Chwyciłem jego dłoń i przytrzymałem. Naprawdę radził sobie bardzo dobrze, a on narzekał. Posadziłem na kanapie i stanąłem obok.

— Jadłeś już coś czy...

— W zasadzie... Pytałem się ojca, czy ludzkie jedzenie mi zaszkodzi. On twierdzi, że nie. No i... Moja rodzina chciałaby cię poznać.

— Poznać? — Powtórzyłem niepewnie. Przytaknął, a mi zrobiło się trochę słabo, ale tylko trochę. — Och. Nie spodziewałem się tego.

— Więc jak będzie? Będziesz chciał? On obawia się trochę i pytał się o ciebie. Naprawdę chciałby cię poznać osobiście. Nie ma nic do ludzi, ale sam rozumiesz, chciałby cię poznać.

— Tak, z chęcią. Nie wiem, czy umiem wystarczająco pływać — powiedziałem, a on prychnął. — Co cię tak bawi?

— Umiesz świetnie pływać. Możemy nawet dzisiaj. Wziąłem trochę tych... Żujek? Gum! Przepraszam! Nadal zapominam!

— Nie musisz przepraszać. Ja pewnie nie będę miał pojęcia o wielu rzeczach w twoim świecie. Wtedy ty będziesz mógł się ze mnie śmiać.

Przewrócił oczami i spojrzał na coś za mną. Wstał i ruszył w kierunku wyspy, w kuchni. Wziął z koszyka jabłko i obrócił je w dłoni.

— Co to? U mnie w ogrodach jest podobne, ale różowe, lekko fioletowe albo czarne, zależy od gatunku.

— To jabłko. U nas są zielone, czerwone, pomieszczane czerwone i zielone, a nawet też jest mocno fioletowe? Albo czarne. Nie wiem, widziałem to w internecie.

— Co to internet?

I tak zleciało nam paręnaście godzin na tłumaczeniu różnych rzeczy i próbowania przez Louis'a owoców, warzyw i innych rzeczy. Był zaszokowany, że coś płaskiego mogło wydawać dźwięki, mógłby być obraz. Tak, chodziło o telewizor. Mówił, że u niego też takie były, ale totalnie inne, tak samo, jak wiele sprzętów kuchennych czy takie urządzenia jak telefon. Rozglądnął się też po domu. Był ciekawy świata i byłem bardzo dumny, że tak szybko potrafił się zaaklimatyzować.

Kiedy nastał wieczór, Louis się uparł, abyśmy poszli na plażę. Wiedziałem, że chciał mnie namówić na pójście do jego świata. Przebrałem spodnie na trochę krótsze i rozebrałem bluzę.

— Idziemy?

— Tak, ale chwila! — powiedziałem i odłożyłem bluzę na łóżko. Zgasiłem lampkę i pobiegłem na dół. — Teraz możemy iść.

— Nie będzie ci zimno? Jest już późno.

— Na pewno nie. Chodź, idziemy.

Wyszliśmy na zewnątrz i zamknąłem dom, a klucz włożyłem za doniczkę. Lou zaczął się śmiać. Przewróciłem oczami na to zachowanie. Jak dziecko.

— Harry, a...

— Tak.

— Co?

— Co, co?

Zacisnąłem usta, aby nie parsknąć śmiechem przez jego zdezorientowany minę. Zmarszczył brwi i potem przystanął.

— Robisz sobie znowu ze mnie żarty, prawda?

— Nie. No coś ty. Mów, co chciałeś?

— A... Pójdziemy dzisiaj do mnie?

— Jasne. Czemu nie? Masz te żujki?

— Gumy Harry! To są gumy! — powiedział dumnie i wyciągnął coś z kieszeni spodni. Podał mi małą, zieloną pastylkę. Wyglądała jak wodorost. — To są wodorosty. Jak wiesz, rośliny z chloro... Coś tam! Nie pamiętam.

— Chlorofil.

— Tak, dziękuję. Rośliny z chlorofilem wytwarzają tlen, a my z niego wytwarzamy takie... Gumy. Dopóki masz je w buzi i żujesz, masz tlen i możesz oddychać pod wodą.

— Wow, to niesamowite — powiedziałem i przyjrzałem się temu. — Macie jeszcze inne takie odmiany?

— Nie. Tylko to. Mamy też normalne gumy.

Kiwnąłem głową i obserwowałem, jak Louis podchodzi do wody, a potem rozbiera się z ubrań. Musiałem odwrócić głowę w przeciwną stronę. Usłyszałem, jak wskakuje do wody, a następnie zobaczyłem różową poświatę. Nadal byłem pod wrażeniem i nie wiedziałem, jak to się działo.

— Hazz? Teraz wejdź do wody i... Um, musimy podpłynąć trochę w głąb oceanu, a potem zaczniesz żuć gumę i wejdziemy pod wodę. Lepiej zostań w ubraniach.

Kiwnąłem głową i jak dobrze, że nie miałem butów. Wszedłem niepewnie, docierając aż do niego. Złapał mnie za rękę, jakby wyczuwając mój strach.

— Nie musisz się bać. Jestem obok i nie pozwolę, abyś utonął. Musisz mi zaufać, tak jak ja zaufałem ci i zmieniłem się w człowieka.

— Tak. Dobrze, okay. Możemy już... płynąć.

Widziałem, z jakim rozbawieniem na mnie patrzył. Dla niego to było normalne. Żyć w wodzie, być tutaj, oddychać. Kiedy zmieniał się w człowieka, z każdym krokiem to ja martwiłem się o niego, aby nic sobie nie zrobił, nie upadł, nic nie rozbił i czuł się dobrze. Poradził sobie w moim świecie, to dlaczego ja nie miałem poradzić sobie w jego świecie? To normalny świat tylko... Pod wodą i z innymi nazwami oraz jedzeniem. To powinno być proste.

Louis kierował mną, płynąć szybciej i szybciej, a ja nie wiedziałem, co z tym zrobić. Trzymał mnie za rękę, a ja próbowałem nie patrzeć w tył. Wiedziałem, że byliśmy już daleko od brzegu. Nie bałem się, rosła we mnie ekscytacja. To było takie cudowne.

— Dobra, myślę, że tutaj będzie najbliżej. Masz tę gumę? Teraz włóż ją do buzi i zaczynaj żuć. Jadłeś kiedyś wodorosty?

— Co? Nie. To tak smakuje?

— Nie wiem. Skoro jest z tego zrobiona... Zapytamy się Niall'a albo Liam'a. Oni to kiedyś jedli.

— Jak to? — Zapytałem i przerwałem w połowie drogi — Jak to jedli?

— Wytłumaczę ci, jak będziemy już u mnie. No dalej, Hazz. Raz, dwa. Teraz to żuj.

Niepewnie włożyłem do na język, a potem zacząłem żuć. Nie było złe. Trochę słone, ale dało się to „jeść". Uśmiechnąłem się do szatyna, który patrzył z wyczekiwaniem.

— Trochę słone, ale dobre. Czuję się trochę dziwnie, ale możemy już pod wodę?

Louis pokiwał głową i chwycił mnie za dłonie. Trochę się stresowałem, więc zacząłem coraz intensywniej żuć tę gumę. Jaką ja miałem pewność, że to zadziała? No żadną. Musiałem zaufać Louis'owi.

— Jeśli się boisz, możesz wziąć głęboki wdech i kiedy ci powiem, wypuścić pod wodą, otworzyć oczy i wziąć jeden wdech.

— Przepraszam, ocean jest niesamowity, skrywa tyle... To...

— Wiem, to normalne, że się boisz. To nic takiego. Musisz mi zaufać.

— Ufam ci.

Nie wziąłem pod uwagę, że po tych słowach wciągnie mnie pod wodę, a ja będę na tyle zszokowanym, aby chociaż zamknąć oczy. Zrobił to zbyt gwałtownie, ale musiałem mu przyznać rację. Oczy nie szczypały mnie od słonej wody, było... Idealnie. Nie odczuwałem żadnego dyskomfortu. Wziąłem nawet wdech, ale nic się nie stało. Woda nie przedostała się do płuc. Widziałem też bardzo dobrze. Zaśmiałem się i spojrzałem przed siebie. Louis był z boku i mógłbym przysiąść, że sam zaczął się śmiać z mojego zachowania.

— Możemy płynąć?

— Możemy rozmawiać pod wodą?! — powiedziałem, a Louis przytaknął. — Wow, ale czad.

— Kiedy to pytanie zadałeś, to też zacząłeś rozmawiać pod wodą. Chwyć mnie za rękę, bo nie masz odpowiedniego ciała, aby przedostać się przez opór wody. Niedługo będziemy w tunelu.

Chwyciłem jego dłoń, a on pociągnął mnie do przodu. To było magiczne. Morskie stworzenia patrzyły się na mnie, ale nic nie zrobiły. Mógłbym nawet przysiąść, że widziałem rekina. Wielkiego rekina.

— Co to jest!?

— Żarłacz tygrysi. Mój ulubiony. Pewnie musiał mnie wyczuć — powiedział to tak swobodnie. Byłem w takim szoku, że nie zauważyłem, kiedy ruszyliśmy w jego stronę. Rekin otarł się o mnie, a potem o dłoń Louis'a. — Nie bój się. Wie, że jesteś... Moim ulubionym człowiekiem i nie zrobi ci krzywdy. On i żadne stworzenie w oceanie. Dwa kilometry stąd jest ławica, płyń malutki. Smacznego!

Rozszerzyłem oczy, kiedy odpłynął od nas.

— Mój Boże...

— Chodź. Bruno poinformował mnie, że moi rodzice już na nas czekają.

— Bruno to imię dla psa, a nie dla rekina — powiedziałem, a on parsknął śmiechem.

— Dla mnie rekin to pies, Harry. Porozmawiamy u mnie, choć, znaczy, płyń... Albo złap mnie za rękę. Dojdziesz do wprawy.

Chciałem się go zapytać, do jakiej wprawy, ale pociągnął mnie w prawą stronę. Ogon Louis'a tak intensywnie świecił, że nie mogłem wyjść z podziwu, jak bardzo było to intensywne. Doszło to do mnie, co czytałem na początku w internecie. Różowe syreny były najwyżej w hierarchii. To znaczyło, że Louis i jego rodzina była najważniejsza.

Zastanawiało mnie to, jak to jest u syren. U nas były ustroje, byli władcy, a u nich? Musiałem dopytać Louis'a. Miałem masę pytań, na które nie dostałem jeszcze odpowiedzi. Jak miałem być szczery, to bardzo dużo.

— Jesteś gotowy? Tu jest... Dosyć silny prąd i musisz trzymać się mnie blisko.

— Jestem pod wodą, rekin kolo mnie był, mówię i oddycham pod wodą. Nie mogę być bardziej gotowy, niż jestem.

Uśmiechnął się, a potem zamknąłem oczy, bo poczułem lekki szarpanie. Trzymałem mocno dłoń szatyna i starałem się jej nie puszczać.

— Wszystko dobrze? — Zapytał i poczułem jak mnie puszcza. W panice otworzyłem oczy. — Jesteśmy już na miejscu.

— Już?

Rozejrzałem się po okolicy. Było tutaj pełno domów i nie mogłem przestać na to patrzeć. To było coś niesamowitego, że pod wodą mogło być takie coś. Louis pociągnął mnie ponownie. Byłem tak zaskoczony, że nie zauważyłem, gdzie płynęliśmy. Wydawało mi się to tak abstrakcyjne. Nie mogłem w to uwierzyć.

— O mój Boże, czy to kolejna...

— Tak. To kolejna syrena, bardziej syren. Poznaj mojego przyjaciela, Niall Horan. To wtedy on wypłynął, aby ci powiedzieć.

Kiwnąłem głową, patrząc na jednego i drugiego. Ogon Niall'a był błękitny, ale nie aż tak jak oczy Louis'a. Uśmiechnąłem się przyjaźnie do Niall'a, a potem pojawił się ktoś jeszcze. O wiele większy niż Louis czy Niall. Szatyn spojrzał na Lou i zmarszczył brwi.

— Jednak go tutaj zabrałeś?

— Tak. Wyjdź, Nick. Dzisiaj cię nie chcę tutaj.

Szatyn prychnął i spojrzał na mnie z pogardą. Czy ja bym mógł się dowiedzieć, co mu zrobiłem? Pierwszy raz widziałem go na oczy.

— Chodź Harry, poznasz moich rodziców. Nie przejmuj się tym dupkiem. Wpycha swój nos w nie swoje sprawy i nie powinien w ogóle dzisiaj tutaj przychodzić.

Wyczułem napiętą atmosferę pomiędzy nimi. Nick uśmiechnął się drwiąco.

— Oczywiście, wasza wysokość.

— Nick! — powiedział Niall i stanął pomiędzy tą dwójką. Zerknął na mnie przepraszająco. — Miałeś coś dzisiaj powiedziane. Louis nie chce cię widzieć, nie chce, abyś przebywał w pałacu. Teraz wyjdź. A ty, Louis, weź Harry'ego i idźcie do rodziców. Czekają na was. Dołączę do was później.

— Tak. Oczywiście. Chodź, Hazz.

Złapał mnie za rękę i bez słowa pociągnął w stronę wielkich drzwi.

— Jesteś księciem?

— Można tak to powiedzieć. Różowe syreny są najważniejsze. My mamy coś w rodzaju króla i królową. Tak jak u was jest monarcha. Ten, kto urodził się, jako pierwszy z pary królewskiej z różowym ogonem jest traktowany jako następca tronu. Jestem pierwszym dzieckiem, moje rodzeństwo też ma różowy ogon, ale nie tak intensywny. Zobaczysz moich rodziców. Dopóki pełnią funkcję władzy, ich blask oślepia ludzi, ale da się do tego przyzwyczaić. Zobaczysz.

Kiwnąłem głową, bo nie wiedziałem co powiedzieć. Domyślałem się, że mają właśnie coś takiego, ale Louis. O matko, on był księciem! Jego rodzice...

— O mój Boże... Jak ja mam się zwracać do twoich rodziców? Wyrzucą mnie. Mam się ukłonić? Louis, powiedz mi, co mam robić!

— Teraz się uspokoić. Zwracaj się do nich normalnie. Jesteś u nas, więc teoretycznie powinieneś zachowywać się jako normalny poddany, ale jesteś wyjątkiem. Moi rodzice już cię uwielbią. Nie musisz się martwić — powiedział, ale to mnie nie przekonało. — Harry, bo cię trzepnę ogonem! Musisz zachować spokój. Zabiję tego dupka.

— A co...

— Porozmawiamy, jak wrócimy od rodziców.

To nie mógł być łatwy temat dla niego. Zawsze chętnie odpowiadał mi na każde pytanie, a teraz ewidentnie się wywijał. Zgodziłem się na to, bo chciałem spędzić ten czas miło i bez żadnych spięć. I Louis miał rację. Jego rodzice mnie już na starcie uwielbiali. Matka szatyna wyściskała za wszystkie czasy, a ojciec wciągnął do rozmowy. Louis tylko się uśmiechał i obiecywał, że następnym razem poznam jego rodzeństwo. A miał ich sporo! Pięć sióstr i jednego brata! Byłem w naprawdę dużym szoku. Jego ojciec chwalił Louis'a, ale też miał jedno 'ale' dla mnie. Powiedział z wyrzutem, a raczej zapytał, dlaczego nie przypłynąłem z Louis'em wcześniej. Nie umiałem na to odpowiedzieć. Nie mogłem przecież powiedzieć, że kierował mną strach przed nieznanym, wielką wodą i magicznym sposobem na oddychanie pod wodą. To wszystko było nowe. Louis przecież był już wcześniej pod postacią człowieka na lądzie, a ja ani razu pod wodą na taki długi czas. Szatyn zauważył mój stres, dlatego wziął mnie do jego pokoju, kończąc to całe zapoznanie. Było zupełnie jak w normalnym pokoju. Łóżko, telewizor i... Tak naprawdę to wszystko. Gdzie była szafa?

— Nie masz szafy ani łazienki?

— Wiesz, nie ubieramy się, jak już zauważyłeś. Tylko kobiety mają stanik zrobione z wodorostów bądź innych roślin, które nie podrażniają skóry. I nie, one nie noszą rozgwiazd. I nie, nie ssą ich sutek.

— Skąd wiedziałeś, że chcę oto zapytać?

— Ludzie są przewidywalni, Hazz. A teraz, pytaj, o co chcesz.

Usiadłem na łóżku i rozejrzałem się znowu po pokoju. To wszystko było takie... Inne.

— Telewizor jest z muszelki?

— To są specjalne muszle, które są hodowane na takiego typu rzeczy. Telefony są zrobione z mniejszych, również specjalnie hodowanych. Tak samo każdy sprzęt kuchenny.

— A co z Nick'em i dlaczego nie ma wstępu do pałacu?

Louis trochę się zmieszał, a potem westchnął. Usiadł obok mnie.

— To trochę trudne pytanie, ale dobrze. Powiem ci. Obiecałem.

— Jeżeli nie chcesz, to nie zmuszam ci — powiedziałem i chwyciłem go za rękę. — Jak będziesz gotowy, to wtedy powiesz.

— Nie Hazz. Jesteśmy na takim etapie, że powinieneś wiedzieć. Widziałeś go, no i obiecałem ci rozmowę — powiedział i po raz kolejny westchnął. — Nick to mój były chłopak. Jak wiesz, mam zastąpić rodziców w późniejszym czasie. A on... Cóż, jest kutasem? Tak to się u was mówi? Podpytywałem się Niall'a. Tak, chyba to się tak mówi. Dowiedziałem się przez przypadek, że był ze mną, bo chciał usiąść na tronie. Miał też poszanowanie u innych, był praktycznie bezkarny. Myślałem, że serio mnie kocha, że stworzymy zgodny związek, potem małżeństwo, adoptujemy małą syrenkę albo syrena. Byłem głupi. Nadal jest mi przykro, kiedy go widzę.

— Nie przejmuj się. Nick to kutas. Nazwałbym go gorzej słowami, których nie znasz.

Louis zachichotał i spojrzał na mnie. Myślał nad czymś bardzo intensywnie, bo lekko przekrzywił głowę, jak to miał w zwyczaju. Pochylił się w moją stronę. Moje serce zabiło dwa razy szybciej. Nie zauważyłem momentu, w którym połączył nasze usta. Sapnąłem zaskoczony, kiedy przyciągnął mnie za koszulkę bliżej, a potem usłyszałem głośne „Przepraszam" przez głos, który znienawidziłem minutę temu. Co on tutaj w ogóle robił? Tomlinson przerwał pocałunek, patrząc na Nick'a, który nie krył swojego niezadowolenia. Potem doszło do mnie to, że Louis pocałował mnie, bo Nick tutaj wchodził. Poczułem nieprzyjemny uścisk na sercu.

— Co chcesz? Czy mój ojciec nie wyraził się jasno, że masz nie przebywać w pałacu?

— Przyszedłem tylko oddać resztę twoich rzeczy, zostałem wpuszczony przez strażników. Są przy drzwiach.

Przewróciłem oczami, ale postawił pudło i zamknął ze sobą drzwi. Przygryzłem wargę, a potem spuściłem głowę, patrząc na złączone dłonie.

— On się nigdy nie nauczy — powiedział pod nosem i potem poczułem dotyk na ramieniu. — A może teraz ty powiesz mi co nieco o twojej rodzinie?

— Ja? Um... Moja rodzina... To też nieprzyjemny temat. Nie mam z nimi kontaktu od jakiegoś czasu. Nie akceptują tego, że nie lubię kobiet w ten sposób, co „powinien robić normalny człowiek". Nie wiem, jak jest u ciebie, ale jest część społeczeństwa, które nie akceptuje osób homoseksualnych, takich jak gejów czy lesbijek. Potem dopytasz, co to jest. Moja rodzina właśnie taka była. Układała mi życie już od najmłodszych lat, a kiedy byłem w liceum, miarka się przebrała i chciałem żyć własnym życiem. Styles'owie są znani w ludzkim świecie. Wszystko kręciło się w ogół pieniędzy. Im więcej, tym lepiej. Denerwowało mnie to i wolałem przeprowadzić się do Miami, zaczynając życie takie, jakie chciałem od początku szkoły średniej.

— Nie akceptowali własnego syna?

— Nie. Byłem bardziej czarną owcą w rodzinie. Mam siostrę, Gemmę. Ona poszły w ślady ojca. Miałem ciągle dogadywane, że dlaczego nie jestem jak ona, dlaczego nie mógłbym być tak idealny, jak ona.

— Jesteś sobą. To się liczy.

Uśmiechnąłem się i kiwnąłem głową. Miałem jeszcze masę pytań. Chciałem się naprawdę sporo dowiedzieć. Byłem ciekawską osobą, ale szatyn miał w sobie coś, co bardziej mnie nakręcało, aby poznać jego świat. Louis był też piękny, nieziemsko piękny. Spodobał mi się od razu, kiedy tylko zobaczyłem go pierwszy raz. Byłem wtedy w takim szoku, ale te niebieskie oczy zapamiętam do końca życia.

— Masz jeszcze jakieś inne pytania?

— Pełno, ale nie wiem, czy mogę niektóre zadać.

— Pytaj, a ja odpowiem na każde, jeśli będę znał odpowiedź — uśmiechnął się, a ja kiwnąłem głową. — Więc?

— Mówiłeś, że chciałeś adoptować dziec... Syrenkę albo syrena. Skąd się u was biorą dzieci?

— W moim świecie dziecko może posiadać rodowita kobieta syrena albo przemieniony mężczyzna w syrenę — powiedział, a ja spojrzałem na niego zaciekawiony. — Jak wiesz, Niall i Liam żuli kiedyś te gumy. Oni zostali przemienieni w syreny. I tak mogą mieć dzieci. Nie wiem, jak to nazwać, hm... Nie wiem, czy na lądzie są takie związki. Oni i jeden mój przyjaciele są razem?

— Och. W trójkę? To... Rzadko spotykane w moim świecie, ale jednak jest. Możesz mówić dalej.

— Ja i Nick jesteśmy syrenami od urodzenia. Dlatego moglibyśmy adoptować małą syrenkę albo syrena. Gdybyś ty został zmieniony, to miałbyś taką możliwość.

— A jak to się dzieje?

— Um... Ryby mają swój okres godowy? Tarło. Tak samo mają płodne syreny. Mają przez cztery dni tarło i wtedy, jeśli dojdzie do zapłodnienia, dana syrena może być w ciąży. Nasz seks wygląda inaczej niż ten ludzki. Jak chcesz, mogę ci puścić...

— O Boże, proszę nie — powiedziałem i na sto procent miałem czerwone policzka ze wstydu. — Jak nie chcesz, to nie musisz mówić.

— Nie. To okay. Mogę powiedzieć. My ocieramy się o siebie, a spomiędzy łusek wydostaje się śluz. Ty powiedziałbyś na to sperma, my mamy na to swoje nazwy. I wtedy, jeżeli płodna syrena ma swoje dni płodne, czyli to tarło, dochodzi do zapłodnienia. No i... Wtedy bum! — powiedział i się uśmiechnął. — Zanim zapytasz, syreną, które są w ciąży, pojawia się tatuaż pod pępkiem. To zależy, z jakiej rodziny pochodzi ojciec dziecka. I rodzą się poprzez zabieg i trochę magii.

— To wow... Naprawdę wow.

— Zaproponowałbym ci, abyś poszedł spać, ale nie wiem, co z tą gumą. Widzę, że jesteś zmęczony, a my tu mamy noc.

— Wytrzymam jeszcze trochę. Nie chcę jeszcze stąd płynąć. Jutro też tu wrócimy? Jestem naprawdę głupi, że wcześniej się tego bałem.

— Każdy ma chwile słabości i czegoś się boi. To jest normalne i takie... Ludzie.

Musiałem mu przyznać rację. Louis też pewnie bał się wyjść na powierzchnię. Nie znał mnie do końca.

— Wyśpię się i wrócimy tutaj?

— Będę po ciebie koło dwunastej, prasuje?

Więcej nie potrzebowałem. Ufałem mu w stu procentach.

W ten sposób poznałem podwodny świat. Louis wprowadził mnie praktycznie do wszystkiego. Zabierał mnie ze sobą, jak nie mógł być na powierzchni dłużej niż małe pół godziny. Mówił o jakimś festynie, tradycji, a ja byłem coraz bardziej tym podekstytowany. W ten dzień już o siódmej rano wziął mnie pod wodę. Stałem ledwo co na nogach, ale nie chciałem psuć mu humoru. To był ważny czas dla niego i jego rodziny. Byłem z Niall'em, który też musiał coś zrobić, ale zwracał na mnie uwagę. Szerokim łukiem omijałem Nick'a oraz jego nową zdobycz. Lou mówił, że wpadła w jego złowrogą sieć i tak szybko z niej nie wyjdzie. Każdy w ich królestwie wiedział, co on zrobił. Mocno mnie to zastanawiało i miałem pewną teorię na to, ale nie chciałem go denerwować.

— Niall, a Nick będzie na festynie?

— Z tego, co wiem, to zaproszone jest całe królestwo bez wyjątku. Chyba że ci, co siedzą w lochach. Dlaczego pytasz? Zrobił ci coś? Zawołać Louis'a?

— Nic nie zrobił, nie musisz go wołać, ale mam dziwne przeczucie. Mówiłeś, że każdy wie, co on zrobił. Dlaczego nagle znalazł sobie kogoś? To jest podejrzane. Oni coś razem muszą knuć.

— A mówią, że zielone syrenki czytają z innych, jak z otwartej księgi — powiedział i parsknął krótkim śmiechem. Chodziło o Liam'a. — To może być prawdopodobne. Nick chciał do niego wrócić, a ty mu przeszkadzasz. Jeżeli twoje przeczucie jest dobre, trzymaj się dzisiaj blisko mnie, Zayn'a albo Liam'a. Podejrzewam, że Lou nie będzie miał zbyt bardzo czasu być przy tobie... Przez najbliższe parę godzin. Mówił, że sam cię odprowadzi na powierzchnię, aby dać ci nową żu... Gumę.

Uśmiechnął się dumnie, że zapamiętał ludzkie słowo. Sam nie umiałem nie odwzajemnić tego uśmiechu. Niall był bardzo wesołą i ciepłą osobą.

— Okay. A co będziesz robić? Mogę to robić z tobą?

— Będę witać gości, więc możesz być ze mną. Założysz wianek z różowych kwiatów, aby wiadomo, od kogo jesteś.

Uśmiechnął się pod nosem głupkowato. Zmarszczyłem brwi, bo nie wiedziałem, o co mu chodziło. Odebrałem od niego tą rzecz i położyłem na głowie.

— Dlaczego ten festyn jest taki ważny? — Zapytałem i próbowałem ogarnąć loki. Pod wodą to było bardzo trudne. Rozchodziły się na każdą stronę.

— Rodzina królewska oznajmi nam termin koronacji Louis'a, bal zaręczynowy z jego wybraną albo wybrankiem, i... Louis sam nam powie, kogo wybrał. A potem jego matka powie, kiedy będzie ślub. Ten festyn jest wtedy, kiedy dziecko z rodziny królewskiej znajdzie swojego przeznaczonego. To jest coś takiego jak... Nie wiem, jak ci to wytłumaczyć, abyś zrozumiał. Dla syreny ta osoba jest bardzo ważna, zostaje już w sercu na zawsze i żyje dla niej. Jeśli ona zniknie, syrena przestaje żyć. Umiera z tęsknoty, złamanego serca.

— Louis odnalazł taką osobę?

Horan przytaknął, a mnie zakuło w sercu. Czy to była zazdrość? Nigdy nie myślałem o uczuciach. Nie względem Louis'a. Wiedziałem, jak bardzo się różnimy i nic by to nie dało. Moje serce zawsze wariowało, kiedy on był przy mnie, ale to nie była... Miłość, prawda?

To nie było to. Na pewno nie.

— Och... To dobrze. Nie przeszkadzam? — Zapytałem i ściągnąłem wianek z głowy. Horan wsadził go z powrotem.

— Nie przeszkadzasz. Teraz pójdziemy i powitamy gości, a później pójdziemy na plac.

Kiwnąłem głową, choć wcale mi się nie uśmiechało tam iść. Wolałem wrócić na powierzchnię. Wykorzystałem nieuwagę Niall'a i oddaliłem się od niego, siadając na wielkim kamieniu, blisko wyjścia. Zastanawiałem się, czy zostać, czy popłynąć samemu, a później poprosić Bruno o doprowadzenie na powierzchnię, nawet blisko pomostu. Wiedziałem, że dla niego było to niebezpieczne, ale nie miałem innego wyjścia. Ściągnąłem wianek i spojrzałem na niego. Piękny, bardzo różowy. Byłem ciekawy, kto go robił. Ten ktoś miał ogromny talent.

Usłyszałem oklaski i spojrzałem w tamtą stronę. Wszystko się zaczęło. Odłożyłem rzecz na kamień i spojrzałem w górę. Tunel. Musiałem się tam dostać.

— No proszę — powiedział ktoś za mną. Podskoczyłem przestraszony. — Marny człowieczek, całkowicie sam. Gdzie Louis?

— Tam, gdzie powinien być.

— Och tak, zaraz ogłosi, że ja i on bierzemy ślub za niedługo. Super co nie?

— Ty i on? — powiedziałem i parsknąłem. — Louis wolałby, abyś wylądował w lochach. Sam mi to powiedział. Nie znosi cię, nienawidzi. Myślisz, że on kiedyś zmieni zdanie?

— A ty myślisz, że mógłby cię pokochać tak jak ty jego? Nie rób sobie nadziei.

Zacisnąłem usta w cienką linię. Zabolało. Bardzo zabolało.

— Gówno wiesz! Ty nic nie wiesz.

Nie zauważyłem, kiedy do mnie podpłynął i popchnął na skałę. Dotknąłem dłonią tył głowy, a potem spojrzałem na nią. Czerwony, który bardzo szybko się rozmywał. Rozszerzyłem oczy na to. Chwycił mnie za koszulkę i szarpnął do przodu, a następnie do tyłu. Znów uderzyłem głową w kamień. Obraz powoli rozmywał mi się. Widziałem jego zadowolony uśmieszek.

— Cholera! Odejdź stąd ty paskudo!

Kątem oka zauważyłem Bruno, który odepchnął ogonem Nick'a, a potem była tylko ciemność.

Pov Louis

Wszystko było dopracowane do ostatniego punktu. Wyglądało to idealnie i miałem nadzieję, że każdemu będzie się podobało. Krążyłem bezsensu po swoim pokoju i myślałem. Czy dobrze robiłem? Harry był człowiekiem, miał swoje życie na powierzchni. Jednak... Gdyby tak nie było, on nie oddałby mojego pocałunku. A zrobił to. Byłem taki szczęśliwy, jak to zrobił.

Ktoś zapukał do drzwi, więc podpłynąłem do nich i otworzyłem. Spojrzałem na rodziców, którzy trzymali w ręku szkatułkę. Tam była moja korona, którą dzisiaj musiałem założyć.

— Jesteś pewny?

— Najbardziej na świecie, kocham go.

— W takim razie, masz naszą zgodę, synu. Zakładaj i musimy już iść.

W kilka minut znalazłem się przy Zayn'ie, który stał przy samej scenie. Nigdzie nie widziałem Harry'ego, ale obstawiałem, że był z Niall'em. Mieli przyjść dopiero po wpuszczeniu wszystkich gości. Czułem dziwny niepokój, bo nie widziałem nigdzie Nick'a. Miał być gdzieś, gdzie go będę widział. Straż o tym wiedzieli. Wolałem dmuchać na zimne i mieć wszystko na oku. Nie mogłem pozwolić, aby zrobił co Hazz'ie. Zwłaszcza w tym dniu. Muzyka ucichła i znalazłem się na scenie, razem z rodzicami. Teraz doskonale widziałem wszystkich. Zobaczyłem idącego Niall'a. Rozszerzyłem oczy, kiedy nie zobaczyłem z nim loczka.

— Mamo... Nie ma Harry'ego — powiedziałem, a ta dotknęła mojego ramienia. Sama rozejrzała się zmartwiona. — Nie ma go.

— Może jest gdzieś w tłumie?

— Nick'a też nie ma! — Szerpnąłem. Chciałem stamtąd zniknąć i poszukać go, ale nie mogłem pokazać, że coś się stało. — Coś się stało. Ten psychol mu coś zrobił! To na pewno.

— Musisz się uspokoić i...

Spojrzałem na tłum, w którym zaczynało się robić zamieszanie. Zauważyłem Bruno, który trzymał kogoś w pysku. Rozszerzyłem oczy, kiedy zobaczyłem Harry'ego.

— Bruno! Co się stało!? — Zapytałem. Puścił go prosto w moje ramiona. Wysłuchałem go i spojrzałem na twarzy Harry'ego. Robiła się coraz bladsza. — Kurwa jasna! Idź i go zjedź. Rozszarp go, cokolwiek! Nawet zjedz na przystawkę!

— Louis? Musisz... Musisz to zrobić.

— Nie pytałem go o zdanie!

— Wybaczy ci. Woli żyć niż umrzeć. Idź do swojego pokoju. Przyjdziemy później. Idź synu.

Kiwnąłem głową i ruszyłem w stronę sypialni. Walczyłem ze łzami. To nie mogło się stać. Dlaczego on odszedł od Horan'a? Nic by się mu nie stało. Miałem nadzieję, że Bruno mnie posłucha i naprawdę go rozszarpie. Nie chciałem patrzeć na Nick'a.

Położyłem go na łóżku i zacząłem szukać szkatułki, którą miałem dać mu dopiero dzisiaj wieczorem, po wszystkim. To jego wybrałem, to on był osobą, którą kochałem i nie mogłem go stracić. Wyciągnąłem naszyjnik, który założyłem mu na szyi. Nie zastanawiałem się nawet na tym, jak bardzo będzie na mnie zły. Liczyło się jedynie to, aby przeżył. Mógł mnie nawet zostawić i ruszyć w ocean, ale nie mogłem pozwolić, aby umarł. Spojrzałem na dwa pierścienie. Westchnąłem i wsunąłem je jednocześnie, całując go. Zobaczyłem światło, które powoli mnie oślepiało. Zacisnąłem bardziej oczy i po chwili odrzuciło mnie do tyłu.

Spojrzałem na jego ogon. Był piękny. Zielony z różową poświatą. Zaszlochałem, uświadamiają sobie, że się udało. Teraz musiałem czekać, aż jego organizm przystosuje się do tego. Czekałem długo, bo aż trzy dni. Rodzice zajrzał tylko raz, upewniając się, że wszystko było dobrze. Słyszałem od nich, że Niall się odwiniał się oto wszystko. Tutaj nikt nie miał winy. Nie wiedziałem, co robił Harry tak daleko od pałacu. Znał go bardzo dobrze, więc tym bardziej go nie rozumiałem. Musiałem tylko poczekać na jego wytłumaczenie. Westchnąłem i przetarłem twarz dłońmi. Byłem zmęczony. W nocy ledwo spałem, bo naprawdę się o niego martwiłem. Co, jeśli... Jego ciało przemieniło się, ale nie udało się go uratować? Nie mogłem tak myśleć. Wszystko poszło dobrze. Starałem się załagosić sytuację, która była podczas festynu. Poddani pytali się, co z Harry'm i kogo wybrałem. Większość wiedziała, że to właśnie człowiek był moim wybrankiem. Nie buntowali się, tylko życzyli nam szczęścia, tego potrzebowałem i byłem im wdzięczny. Pytali się też o stan bruneta. Nie mogłem kłamać. Nie było źle raczej stabilnie.

Westchnąłem już po raz kolejny i spojrzałem na talerz pełen jedzenia. Przyniosła go jedna ze służek, które były odpowiedzialne, aby dostarczać mi jedzenie do pokoju. Nawet go nie tknąłem. Musiałem przejrzeć wszystkie media społecznościowe. Wstawiłem też zdjęcie z Harry'm, wyjaśniając, że to właśnie on jest wybrankiem, a Nick próbował go zabić. Jego rodzice byli wstrząśnięci i nie chcieli widzieć syna. I nie zobaczyliby. Nie wiedziałem, co dokładnie zrobił z nim Bruno, ale miałem nadzieję, że same najgorsze rzeczy, a później go pożarł. Dotknąłem jego policzka i błagałem w myślach, aby się obudził. Położyłem głowę na łóżku. Poczułem ruch, więc poderwałem głowę do góry. Harry patrzył się na mnie.

— O mój Boże! Harry! — Krzyknąłem i przytuliłem go mocno. Zaszlochałem mocno i głośno. — N-nie rób tak więcej! Dlaczego nie trzymałeś się Niall'a?! Nawet nie wiesz, jak się wystraszyłem, kiedy... Kiedy Bruno tutaj się przyniósł! Myślałem, że... Że to już za późno!

— Och... Ja... Ja mam ogon — powiedział. Odsunąłem się od niego i spojrzałem uważnie. — Dlaczego mam ogon? Co się stało?

— Myślałem, że ty mi to wyjaśnisz. Co cię podkusiło, aby iść do tunelu!? Wiedziałeś, jaki niebezpieczny jest Nick.

— Co mam ci powiedzieć? Że nie chciałem patrzeć na syrenę, którą wybierzesz? Że... Że to mnie zbyt mocno bolało? Chciałem wypłynąć na powierzchnię, poprosić Bruno, aby podrzucił mnie na pomost. Nie chciałem wam przeszkadzać. A potem... Nick. Twierdził, że planujecie ślub, popchnął mnie na skały, rozwaliłem głowę, a potem nie pamiętam... Co ja tuaj robię? Gdzie Nick?

— Nick? Pożarty przez Bruno, pozwoliłem mu — powiedziałem i prychnąłem pod nosem. — Nie planowałem żadnego ślubu z tym śmieciem. Nawet bym go nie dotknął. Fuj! Hm... Do tego, co tu robisz... Bruno cię tutaj przyniósł, robiłeś cię coraz bladszy i przemieniłem cię w syrenę. Zrobiłem to, bo nie chciałem, abyś umarł, rozumiesz? Możesz mnie za to znienawidzić, proszę bardzo, ale... ale... Nie umiałem inaczej postąpić. Wybacz.

— Okay... Ja... Muszę chyba pomyśleć i... Przystosować się do tego. Gdzie twój wybranek?

Zmarszczyłem brwi. On naprawdę się nie domyślał. Pokręciłem głową i się zaśmiałem.

— Jesteś niemożliwy. Nie domyśliłeś się? Myślałem, że robię to dobrze.

— Ale co?

— Ty jesteś moim wybrankiem! Zawładnąłeś moim syrenim sercem.

— Och? Ja? — Zapytał zdezorientowany. — Och... Ja.

Uśmiechnąłem się do niego i przyciągnąłem do pocałunku. Odsunęliśmy się od siebie, jak ktoś zapukał w drzwi.

— Proszę!

Przez drzwi weszła cała trójka, Niall ze spuszczoną głową, Zayn, który go obejmował i uśmiechnięty Liam.

— Louis, ja... — Przerwał Niall, kiedy spojrzał na Harry'ego. Rozszerzył oczy i rzucił się na niego. — Nie rób mi tego więcej, ty dupku! Mówiłem ci, abyś się ode mnie nie oddalał! Mówiłem! Nawet nie wiesz, co przeżywałem przez te trzy dni! Chciałem iść prosić Louis'a o odpowiednią karę!

— Nie przesadzaj, Niall. Mówiłem ci, że to nie była twoja wina ani niczyja. My... Chyba się nie zrozumieliśmy i to, co syreny wykorzystują do podrywania, to na ludzi nie działa.

— Hej! Ja po prostu... Nie myślałem... Ty jesteś syreną, a ja...

— Też syreną? Och no, dalej. Pocałujcie się i wszyscy będą szczęśliwi. Twoja mama już planuje ślub — powiedział Zayn. — No dalej, całujcie się. Jak zobaczy to Niall to chociaż nie będzie się cały obwiniać, prawda, skarbie?

— Oczywiście!

Liam zaśmiał się, a ja przewróciłem oczami. Pocałowałem szybko loczka i potem spojrzałem na przyjaciół.

— Już? To wypad. Zobaczymy się później.

Wyszli, a my zostaliśmy otoczeni ciszą. Nie wiedziałem, jak zacząć ten temat. Bo... Ślub był za pasem, a ja nawet nie wiedziałem, czy Harry chciałby spędzić ze mną resztę życia. Wyciągnąłem pudełeczko z szuflady i ścisnąłem je mocno. Musiało się udać.

— Hazz?

— Co się stało? — Zapytał i podniósł głowę.

— Chciałem cię o coś zapytać... Cóż, jesteś moim wybrankiem. I... Mam coś dla ciebie. Nie wiem, jak to potraktujesz. Sam słyszałeś Zayn'a, moi rodzice szykują ślub i jeśli... Jeśli będziesz chciał to...

— Tak.

— Rozumiem, że to kró-co? Tak? Zgadzasz się?

— Zakochałem się w tobie już parę tygodni temu i do tej pory nic się nie zmieniło. Ty jesteś księciem, a ja muszę się przystosować do panujących zasad. Jeżeli go konieczność... To oczywiście, wyjdę za ciebie. To i tak nie zmieni moich stosunków do ciebie, nadal będę postrzegać cię jako zwykłego Lou, w który się zakochałem.

Uśmiechnąłem się do niego i wsunąłem mu pierścionek na odpowiedni palec. Wyglądało to cudownie.

— Teraz może być tylko lepiej.

— I będzie — powiedziałem i przyciągnąłem do pocałunku. — Musi być. Inaczej tego nie widzę.