Work Text:
Pov Louis
Trzydziesty pierwszy października dwa tysiące piętnastego roku. To wtedy było to potworne morderstwo. Młody chłopak — nie miał nawet dwudziestu pięciu lat. Ludzie mówili, że był naprawdę sympatyczny w stosunku do innych; przeniósł się z Los Angeles, z bogatej rodziny, do której należał ten dom. Był ładny. Dwupiętrowy, biały, z dosyć dużym gankiem, ogrodem z przodu i z tyłu posiadłości. Poza tym — miał też mały lasek. Było dużo pokojów — aż dziesięć, duży salon, kuchnię połączoną z dużą jadalnią, na dole dwie łazienki, na górze trzy. Poza tym, w każdym pokoju też była łazienka. Podwójny garaż, bo czemu by nie? Główna sypialnia była ogromna; miała również wyjście na balon. Posiadłość ogromna, ale za niską cenę. To była jak perełka.
I oto jestem. Louis Tomlinson, dwudziestoczterolatek, z dwoma walizkami, trzema pudłami, trzema kartami kredytowymi, samochodem i wielkim bagażem przeżyć.
Czy już mogłem się ukłonić? To był ten czas?
Nie wiedziałem, co skłoniło poprzednich właścicieli, aby wystawić na sprzedaż taki metraż za jedynie sto tysięcy dolarów. To była wieść — spokojna okolica. Historia domu nie była za ciekawa. Każdy, kto tam wchodził — uciekał z piskiem po tygodniu (jakby wierzyć kobiecie, której wypisywałem czek). Ostrzegała mnie przez tym domem. Mówiła, że duch tego chłopaka wypędzał niechcianych lokatorów. No błagam — duch? W bajki nie wierzyłem. Byłem za stary. Pukanie w podłogę, w ścianę, drzwi, ruszające się firanki, rzeczy i przeraźliwe hałasy — nie wierzyłem w głupie legendy, bajki czy cokolwiek to było. To nie istniało. Jednak ta cena... Bardzo mnie to intrygowało. Lubiłem takie rzeczy, musiałem to sprawdzić. Straciłem sto tysięcy dolarów. To musiało być warte.
Spojrzałem na klucz w dłoniach. To było moje nowe życie i nawet gdyby miało się tutaj skończyć — w tym domu, byłem na to gotowy. Przeżyłem wiele i miałem chwilę załamania, ale spełniłem co, to chciałem. Moje pięć książek sprzedawały się niesamowicie szybko, w wielu egzemplarzach, a drukarnie nie nadążały drukować, a hurtowanie wysyłać. Byłem z siebie dumny. Oczywiście nie wydałem pod imieniem i nazwiskiem. Byłem anonimowym gościem, który wydał książki, zgarnął kasę i żyje w luksusach. To miało swoje plusy. Minus był jeden — pytania. Skąd ja na to miałem pieniądze? Gdzie pracuje? Dlaczego nie wychodzę z domu? Co robię całymi dniami? Dlaczego mam takie 'bogactwo'? Wiele razy zastanawiałem się nad ujawnieniem swojego prawdziwego imienia i nazwiska, ale przeszło mi to. Wolałem, aby to było, jak było. Jest, jak jest.
Uśmiechnąłem się lekko i ruszyłem w stronę drzwi. Zmarszczyłem brwi, patrząc na ruch firanki. Nie cofnąłem się. Szedłem do przodu. Cokolwiek to było, nie mogło mnie przestraszyć. Nie i koniec. Wszedłem do środka i poczułem... Coś. To było coś. Wielkie coś, co od razu wrzucało się w oczy. Nie było widoczne, ale atmosfera była raczej kiepska. Odstawiłem walizki i zamknąłem drzwi. Czułem się trochę dziwnie. Byłem w obcym miejscu. Apartament w Los Angeles nie był za przyjemny. Miałem mało miejsca, nie miałem świeżego powietrza i nie miałem tego czegoś, to coś.
Pierwsze co zrobiłem, to odsłoniłem wszystkie okna. Zrobiło się jasno. Spojrzałem na wszystkie meble, które były przykryte folią. Podniosłem pierwszą z brzegu — kanapa. I to naprawdę bardzo ładna kanapa. Wyglądała jakby była tutaj od zawsze. Czarna, skórzana ze złotymi wstawkami. Pogładziłem oparcie i coś huknęło. Nie wystraszyłem się. Obróciłem się w tamtą stronę. Okno otworzyło się na oścież. Mój uśmiech się poszerzył. Lekki wiatr znalazł się w środku. Idealnie. Ściągnąłem każdą folię i przyglądałem się każdej rzeczy. Były piękne, pasowały do tego miejsca. Nawet panele, dywan w ogół stolika, kolor ścian czy tapeta na jednej z nich — to tworzyło idealną całość.
Wyciągnąłem telefon z kieszeni, kiedy zaczął dzwonić. Uśmiechnąłem się, patrząc na wyświetlacz. Niall.
— Cześć, stary! Co tam u ciebie?
— Idealnie. Właśnie zaczynam sprzątać.
— Kupujesz nowe meble? — Zapytał ze śmiechem. O tak! Dobrze pamiętałem ostatnie 'nowe meble' w mieszkaniu Niall'a. Koszmar. — Przyjechać ci pomóc?
— Coś ty! Nie zamierzam niczego tutaj zmieniać. Wszystko idealnie do siebie pasuje. Nie wiem, jak jest z górą, ale salon jest idealny — powiedziałem i okno zatrzasnęło się z hukiem. Parsknąłem śmiechem. — Tutaj jest chyba duży przeciąg.
— Minusy wsi?
— Niall, uwierz mi, oprócz tego, że kilka domów dalej jakiś facet ma dwieście krów i tyle samo świń, przez co mocno śmierdzi, nie ma minusów. Mam nadzieję, że będzie mi się tutaj dobrze pisać. Chcę dokończyć szóstą książkę i wysłać ją do wydawnictwa. Duszą mnie o kolejne i kolejne.
— Dużo ci brakuje? — Zapytał, a ja zaprzeczyłem. — Wpadnę we weekend. Kupię po drodze piwo, rozluźnisz się, a wena przyjdzie sama.
Chciałem zaprzeczyć, ale miał rację. Miałem za sobą trochę stresu. Nie mogłem przez to pisać.
— Dobra. Zdążę ogarnąć ogród. Kupię grill? Co ty na to?
— Jak na lato! Będę w sobotę od rana! Wyślij mi tylko dokładny adres.
I właśnie się tego bałem. Niall wpadnie tutaj jak burza, a mi niekoniecznie się to podobało. Nie chciałem, aby czegoś tutaj dotykał. To wydawało się takie... Cudowne. Mogłem patrzeć na różne meble, bo to mnie zachwycało. Oparłem się o kanapę i westchnąłem. Cztery dni. Tyle brakowało mi do tej tragedii, jaką był Niall.
Pov Harry
Minęło aż cztery lata. Wiedziałem, że byłem martwy. Co roku, w dniu śmierci, czułem niewyobrażalny ból. Przed oczami miałem tę samą scenę. Cierpiałem. Ja, duch, cierpiałem. Zabójca sam się przyznał. Syn sąsiadów, który nie rozumiał słowa 'nie'. Zaatakował mnie wtedy nożem z mojej własnej kuchni.
Najpierw usiłował się do mnie dobrać, a potem kiedy odmówiłem i kazałem wyjść, udałem się do góry, do sypialni. Nie słyszałem kroków ani tego, że był jeszcze w moim domu. Do dzisiejszego dnia czułem te sześć wbić noża w brzuch. Pamiętałem tę krew, która lała się coraz bardziej, a później jego przerażony wzrok i ucieczkę. Upuścił nóż, przez co policja nie musiała długo szukać sprawcy. Poza tym — kilka godzin po tym całym zdarzeniu sam się przyznał. To już widziałem na własne oczy. Żałował. To widziałem. Mówił, że mu się podobałem i nie mógł opanować złości, kiedy go odrzuciłem, ale to nie wróciło mi życia. I już nigdy nic nie miało mi go przywrócić. Nie mogłem zaznać spokoju. Coś mnie tutaj trzymało na siłę, w tym domu. I takim sposobem widziałem naprawdę wiele. Bardzo dużo osób chciało mieszkać w tym domu. Moja rodzina bardzo szybko go sprzedała. Byłem zły; naprawdę bardzo zły. Jakim prawem oni sprzedawali to miejsce? Dom, który należał do mnie. Po mojej śmierci, w dalszym ciągu do mnie należał. Nie mieli takiego prawa.
Cztery rodziny go kupiły. Każdą starałem się wypędzić z domu, dopóki go nie zmienili. Nie chciałem, aby ruszali moich rzeczy. Miałem do nich sentyment. Bardzo duży, zresztą. Widziałem i słyszałem, jak planowali. Chcieli wyrzucić wszystko. Zerwać nawet panele, wyrzucić dywan; zmienić kolor ścian i zedrzeć tapetę. Nie mogłem na to pozwolić.
Kiedy do mojego domu wszedł szatyn, coś podpowiedziało mi, aby poczekał. Widziałem już go wcześniej przed domem, widział tą ruszającą się firankę, ale dlaczego tego się nie wystraszył?
Było to ciekawe. Poczekałem. Pierwsze co zauważyłem to to, że nie miał dużo ze sobą. Ubrany też był normalnie, a nie tak jak poprzednicy. Przepych, drogie ubrania i ten blask niepotrzebnych dodatków na szyi, palcach czy uszach. A on nie miał nic. Miła odmiana. Kiedy zaczął się rozglądać, a potem odkrył kanapę — zdenerwowałem się. Okno trzasnęło, a on nawet nie podskoczył wystraszony. Obrócił się w tę stronę i się uśmiechnął. Czy ja go mogłem zabić? Przypatrywałem się, jak odkrywał kolejne rzeczy. Patrzył na wszystko... Z zachwytem. Denerwowało mnie to. Potem zadzwonił; rozmawiał z kimś. Kiedy usłyszałem „Coś ty! Nie zamierzam niczego tutaj zmieniać. Wszystko idealnie do siebie pasuje. Nie wiem, jak jest z górą, ale salon jest idealny". Okno zamknęło się, a ja poczułem się pierwszy raz... Szczęśliwy? Prawdopodobnie tak. Ktoś nie chciał tutaj czegoś zmieniać. To była odmienność od tego wszystkiego. Postanowiłem na razie zostawić go w spokoju.
Pov Louis
Sobota przyszła szybko. Te cztery dni tutaj... Nie powiem — było bardzo miło. Oprócz tego okna, nic więcej się nie działo. No... Prawie. Kiedy rano budziłem się, drzwi od mojej sypialni były otwarte (na sto procent je zamykałem na noc), a książki były w innym miejscu. Nie byłem przerażony, ja chciałem zobaczyć to na własne oczy. Nikt oprócz mnie (żywy) tutaj nie mieszkał. Byłem ciekawy, jak pierwsza noc wpłynie na Niall'a. Ja zawsze lubiłem mroczniejsze klimaty. Można było to zobaczyć w moich książkach.
Kiedy Niall przyjechał, wszystko było w porządku. Nic się nie działo. Jednak kiedy zaczął temat tego miejsca... Okno znowu się otworzyło z hukiem. Podskoczył przestraszony i spojrzał w to miejsce.
— Co to było!?
— Przeciąg. Nie przejmuj się. Zaraz się zamknie — powiedziałem i kątem oka zauważyłem ruch zasłony. — Nie wiem, co masz do tego miejsca. Uwierz mi, każdy kąt tego miejsca jest cudowny. Wszystko do siebie pasuje. Wszystko! No spójrz na ten...
Okno zamknęło się. Właśnie o tym mówiłem. To powtarzało się za każdym razem, kiedy z kimś rozmawiałem — czy to przez telefon, na Skype czy osobiście.
Niall znowu podskoczył w miejscu i rozejrzał się po pomieszczeniu.
— Jak możesz tutaj wytrzymać? Wiem, że cena cię skusiła, ale na litość boską, czy ty słyszałeś, co tutaj się działo kiedyś?
— Wiem? Nie obchodzi mnie to. Nic jeszcze mi się nie stało. Poza tym Niall! Daj spokój! Nikt mnie tutaj nie zabije.
Chyba, dodałem w myślach i skupiłem się znowu na rozmowie z nim. Powoli do mnie dochodziło, że to miejsce jest dziwne, ale piękne.
Tylko ja nie wiedziałem co o nim myśleć. Bardzo mi się podobało; zapłaciłbym każdą cenę za ten dom.
— Wiesz dokładnie, kto to był?
Ponownie spojrzałem na Niall'a. Wzruszyłem ramionami. A miałem to wiedzieć?
— Powinienem? Naprawdę nie wierzę w to, Niall. Rozumiem, że ktoś już tutaj mieszkał i może wystraszył się różnych rzeczy, ale ja nie jestem taki.
— To był syn właścicieli twojego wydawnictwa. Trochę o tym poszperałem. To ich dom.
— Och? Nie spodziewałem się tego. I co z tego? Niall, nie wierzę w to. Możesz mi wmawiać, jakie tutaj złe rzeczy się dzieją, ale mam to gdzieś. Kupiłem ten dom. Cały dom. Jest mój dom; coraz bardziej czuję się tutaj jak w domu. To przytulne miejsce. Sam widzisz, nic nie muszę zmieniać. Nic a nic.
— Ale...
— Poza tym, to nigdy nie był ich dom. Sam też szperałem. To był jego dom, nie wiem nawet, dlaczego jego rodzina go sprzedała. To pogwałcenie prawa i jego prywatności.
Niall otworzył szeroko usta i spojrzał na coś za mną. Sam powoli obróciłem się w tamtą stronę.
— Ja pierdolę, niedobrze mi — powiedział i zerwał się z kanapy.
Nie spojrzałem na niego. Wpatrywałem się w postać przede mną. Chłopak był biały, jak kartka, przez co sińce na oczach były bardzo widoczne. Stał przy oknie i patrzył się na Niall'a. Tupał nogą, choć go nie słyszałem. Zacisnąłem usta, bo pierwszy raz miałem ochotę krzyknąć z przerażenia. Pierwszy raz się bałem. To nie był mój wymysł — Horan też go widział. Potem przeniósł wzrok na mnie. Rozszerzyłem oczy, kiedy go zobaczyłem. Wyglądał tak samo, jak zdjęcia w gabinecie pani Anne. Tylko mniej... nieżywy.
— O mój Boże.
Skrzywił się i rozejrzał po pomieszczeniu. Nie wiedziałem, co miałem o tym myśleć.
— Jak żywy, o matko przenajświętsza.
— Co?
Krzyknąłem i podniosłem się szybko z kanapy. Cofnąłem się, patrząc na niego. Nie zrobił ani jednego kroku. Czy on powinien mówić, chodzić, istnieć?
— O mój...
— O mój Boże, o mój Boże — powiedział pod nosem, przez co moje serce podskoczyło i wywinęło fikołka, a potem zmarszczył brwi. — Ty mnie...
— Ja...
— Co? Ty...
— Zwariowałem! — Krzyknąłem w tym samym czasie, co Niall zszedł na dół. Był bardziej blady niż zazwyczaj. — Niall! Padło mi na...
— Też go widzę. Siadaj, do cholery! Najpierw mi wmawiałeś, że się nie boisz, a teraz trzęsiesz się jak galareta. Boże, sam jestem przerażony, ale to można jakoś logicznie wytłumaczyć. Może to tylko wyobraźnia? Tak! Na pewno tak! Louis! Mamy wybujają wyobraźnię!
Wpatrywałem się w jego chłopaka. Wyglądał, jakby się niecierpliwił.
— Och no błagam, no!
Podskoczyłem w miejscu i natychmiast usiadłem na kanapie. Przeszedł się po całym salonie, a potem spojrzał na mnie. Tylko na mnie. Przeszły mnie ciarki.
— Jak to się dzieje, że wy mnie widzicie? I teraz nie będę mógł otwierać tego przeklętego okna!
— Och? Ja... Jezus kochany...
— Och no przestań! Nie wzięli mnie do nieba! Może jednak zasługiwałem na piekło, a i tak mnie, tam nie chcieli! Więc jestem tutaj. A ty jesteś w moim domu i...
— Zapłaciłem za niego! — powiedziałem od razu. Spojrzał na mnie zły. — Wiem, że twoja rodzina...
— Nic mi nie mów. Zaraz tobie odechce się tutaj być.
Pov Harry
Może z początku się bał — naprawdę się bał. Do tej pory ja nie wiedziałem, dlaczego w ogóle on mnie zobaczył. Dlaczego jego przyjaciel mnie zobaczył? Byłem duchem. Nie miałem prawa istnieć. Dlaczego mnie widział? Mnie? Ducha? Dlaczego widział ducha? Dla mnie było to dziwne.
Czas mijał — bardzo szybko zresztą. Byłem przy nim, jak pisał swoje książki. Obserwowałem go w czasie pracy i to była najlepsza rzecz, jakąkolwiek mogłem w... martwym życiu zobaczyć. Obserwowałem go jak spał. Wyglądał tak bezbronnie. Wiele razy złapałem się na myśli, co by było, gdybym go zabił? Jego duch też by tu utknął? Zostałby ze mną? Pragnąłem jego towarzystwa. Pragnąłem tego jak szaleniec. W nim było to coś. Przyciągał mnie jak magnes, a ja powoli się łamałem. Nie wiedziałem, co to było.
Byłem martwy. Nie mogłem mieć uczuć. A jednak... A ja powoli wiedziałem, co mogłem zrobić, aby było dla nas dobrze.
Pov Louis
Uśmiechnąłem się, kiedy nacisnąłem kropkę na klawiaturę. Siódma książka — właśnie skończona, a ja mogłem powoli świętować. Teraz czekała ją korekta, wybór okładki i sprzedaż. Po drodze było jeszcze parę przystanków, ale ja czekałem na efekt. Na sprzedaż. Chciałem wiedzieć, czy ludziom się to podoba.
Zerknąłem na Harry'ego. Siedział na fotelu, który niedawno kupiłem. Bardzo się oto kłócił, chciał nawet wyrzucić mnie z domu, ale przekonał go argument 'Przecież nie wyrzucam twoich rzeczy, chcę tylko nowy fotel'. Coś go gryzło. Nie był w humorze od rana.
Miałem dwa zasadnicze pytanie. Czy ja miałem prawo widzieć duchy? Czy to było normalne?
Westchnąłem i zamknąłem laptopa — wtedy na mnie spojrzał. Lekko się uśmiechnął, ale wyszedł z tego grymas niż uśmiech.
— O czym myślisz?
— O tym, że jakby ktoś cię zobaczył, to pomyślałby, że masz coś nie tak z głową. Gadasz z powietrzem.
— Rozmawiam z tobą. To, że inni cię nie widzą, to mało mnie to interesuje. O czym myślisz?
— O... czymś. To dziwne.
— Chcesz o tym porozmawiać?
— Może później, wybacz.
Kiwnąłem głową i postanowiłem się nie odzywać więcej. Nie chciałem też na niego naciskać. Odłożyłem sprzęt na stolik i ruszyłem do kuchni. Miałem ochotę na coś dobrego. Najlepiej coś słodkiego. Już od kilku dni zauważyłem, że Harry był w dziwnym humorze. Nalałem sobie soku i spojrzałem na drzwi. Idealnie widziałem stąd Harry'ego. Nie pasowało mi coś tutaj. I to bardzo.
Dowiedziałem się też parę rzeczy od niego. Jako duch nie mógł jeść, nie spał, nie odczuwał żadnych potrzeb takich, jak mają ludzie. Mógłby wyjść z tego domu, ale czuł się dziwnie. Przyznał się, że po paru miesiącach chciał odwiedzić swojego oprawcę w więzieniu, aby zobaczyć, jak go tam traktują. Chłopak popełnił samobójstwo parę tygodni po śmierci Harry'ego, przed procesem sądowym. Właśnie w tym okresie pierwszy raz dom został sprzedany. Harry sam nie wiedział, jak miał się wtedy zachować — był zły na rodzinę, na wszystko i przyrzekł sobie, że nikt nie wejdzie do tego domu. Jednak ja wszedłem i mieszkałem tutaj już długi czas. I dlaczego coś mi nie pasowało.
Kiedy nastał wieczór, Hazz gdzieś zniknął. Trochę się martwiłem, ale postanowiłem trochę poczekać. W międzyczasie zrobiłem kolację, zjadłem ją, wziąłem prysznic i położyłem się do łóżka. Musiałem się bardziej przykryć; w pokoju było przeraźliwie zimno. Praktycznie spałem, wtedy usłyszałem skrzypienie drzwi. Nie podnosiłem się, aby zobaczyć kto to. Harry siedział co noc w pokoju, więc nie przeszkadzało mi to.
— Lou?
Podskoczyłem ze strachu, kiedy usłyszałem jego głos praktycznie przy uchu. Otworzyłem oczy i spojrzałem na niego. Siedział na skraju łóżka i coś trzymał w rękach.
— Jestem egoistą. Wiesz, ja...
— Nie jesteś egoistą — powiedziałem i naciągnąłem na siebie kołdrę. Było bardzo zimno. — Jak chcesz, możemy o tym porozmawiać.
— Louis, ja jestem egoistą. Gryzie mnie to od kilku dni. Zdałem sobie sprawę, że ty... Że ty w końcu stąd odejdziesz, przeprowadzisz się, a ja tego nie chcę. Jesteś pierwszym... Chłopakiem, człowiekiem, którego chcę w swoim, nawet, martwym życiu. Potrzebuję cię po prostu.
Otworzyłem szerzej oczy, kiedy wstał. W ręku trzymał nóż. Cofnąłem się do ściany.
— Harry, co ty...
— Muszę.
— Nie musisz, Harry, nie mus...
Najpierw był ból, a potem była tylko ciemność.
Podniosłem się gwałtownie, szybko mrugając. Rozejrzałem się po pomieszczeniu — to był ten sam pokój, a potem spojrzałem na łóżko po drugiej stronie. Harry spał. Rozszerzyłem oczy, zdając sobie sprawę, że to wszystko było snem.
— Lou? Dlaczego nie śpisz?
— Śniło mi się, że... O Boże, naprawdę mi się to śniło.
— Co takiego? — Zapytał i chwilę później poczułem, jak przyciąga mnie do siebie.
— Zabiłeś mnie. I nie rób takiej miny! Ty mnie zabiłeś! Byłeś jego duch i... Nie chciałeś pozwolić mi odejść i... O mój Boże.
— Miłość z premedytacją?
— Bardziej zabójstwo!
Spojrzałem na niego. Uśmiechnął się szeroko, a później usłyszałem dźwięk syreny. Podniosłem się i podszedłem do okna. Przed naszym domem stało kilkanaście straży, dwie karetki i policja. Później spojrzałem na dom naprzeciwko. W oknie zobaczyłem kogoś, kogo nie powinienem. I wiedziałem, że to był nasz sąsiad — Liam. Uśmiechnął się do mnie, a później zniknął.
Co to było?
