Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Additional Tags:
Language:
Polski
Stats:
Published:
2022-11-03
Words:
3,351
Chapters:
1/1
Comments:
1
Kudos:
1
Hits:
18

Uzależnienie od pełzania, błagania i oczywiście - kofeiny

Summary:

Hej!

Napisałam krótki oneshot. Jest to dystopia (osadzona w bliskiej przyszłości). Historia jest opowiedziana z perspektywy młodej, przepracowanej dziewczyny, która spotyka drugiego człowieka. Czego się od niego dowie? Czy to spotkanie w jakiś sposób zmieni jej życie? (Musze się nauczyć pisać lepsze streszczenia haha) ...Jak jesteś zainteresowany/a zapraszam do czytania:D

Notes:

!!!TW: ataki paniki; krew (nieprawdziwa, ale nadal) i może lekkie przekleństwa !!!

Od jakiegoś czasu miałam ochotę napisać dystopię i w końcu to zrobiłam. Jednak zajęło to dużo więcej czasu niż myślałam. Powiedziałabym, że jest to dużo bardziej ✨angsty✨ niż to co pisze zazwyczaj, ale hej to przecież dystopia. (Proszę jeszcze raz przeczytaj TW)

(See the end of the work for more notes.)

Work Text:

Leżałam na łóżku czekając na to, aż mój budzik zadzwoni. Dziś nie spałam. Nie chciałam. Skończyłoby się to tylko tym, że byłabym jeszcze bardziej zmęczona po przebudzeniu niż przed zaśnięciem. Po spaniu musiałabym wstać i iść dalej do pracy, a koncept wyrwania się z błogiego odpoczynku, żeby następnie doczołgać się do drzwi wyjściowych był tak okropny, że wolałam po prostu nie zasypiać - żeby nie musieć wstawać.

Leżałam patrząc się w sufit. Skupiłam się na moim oddechu. Wdychałam powietrze nosem i następnie powoli wydychałam ustami.

Z czasem nauczyłam się kochać te momenty, kiedy leżałam we własnym pokoiku. Mogłam wtedy być sama. Z dala od innych ludzi. Pozwolić moim myślom się wyciszyć. Było cos przyjemnego w słuchaniu milczenia i zwykłym, bezwarunkowym istnieniu.

Może też dlatego nie chciałam iść spać, kiedy dostawałam dwugodzinny czas, który miał być właśnie na niego przeznaczony. Za bardzo mi było żal zmarnować tych momentów na sen.

Moje rozmyślania przerwał dźwięk alarmu. Mechanicznie się podniosłam i spoglądałam na wypadające z utworu na dole budzika tabletki. Zabrałam je do ręki i bez namysłu wrzuciłam do swojej budzi. Językiem wyczułam, że są wszystkie: te na oddychanie, inne na energię, tamte na zmiany i choroby skórne itd...

Nie wiedziałam czy lubię ich smak.

Z jednej strony przypominał mi on o tym, że jestem jedna z niewielu osób, którym udało się zdobyć tabletki i utrzymać się na rynku pracy. Pokazywał jaki wielki sukces osiągnęłam, ale jednocześnie podkreślał, że mam jeszcze wiele do opanowania. Był nagrodą i pochwałą za bycie dobrym pracownikiem oraz robienie tego o co proszą moi pracodawcy.

Z drugiej strony był on nieprzyjemnie gorzki.

 

Do moich uszu dobiegł głośny szum.

"Idealnie 3:57 - jak zawsze" - pomyślałam zerkając na zegarek. Następnie posłusznie, skierowałam się w stronę mojej maszyny higienicznej. Po tym jak gaz przestał wydostawać się z psikawek, wyszłam za drzwi.

Następnie kierowana przez ruchome ścieżki i jaskrawe strzałki (mimo że nie było nic podobnego potrzebne - moje kończyny tak dobrze znały trasę, że czasami mi się wydawało, że chodziłam nią w tych jakże nieczęstych snach) doszłam do mojej sali. Skierowałam się w stronę mojego biurka i usiadłam na krześle.

Moje oczy chwilę spoczywały na ekranie startowym, zanim wpisałam hasło. W końcu przeszłam do pracy.

Nie trwało to jednak specjalnie długo. Mój mózg wydawał się być przyćmiony jakąś mgłą. Nie mogłam się skoncentrować, przeprowadzić najprostszych czynności.

"Nie proszę nie teraz!" - błagałam w myślach (nie do końca wiem kogo) - "Czemu akurat teraz? Przecież właśnie zaczęłam pracę!"

Poczułam rosnącą we mnie falę frustracji. Miałam ochotę uszczypnąć się, walnąć siebie w twarz - cokolwiek co mogłoby przywrócić mnie do stanu, w którym nic nie czułam oprócz "chęci" do pracy.

Spróbowałam podnieść dłoń.

Nie udało mi się.

Nie miałam nad nią kontroli. Nie mogłam jej podnieść, nieważne jak mocno o tym myślałam, jak bardzo tego chciałam. W panice próbowałam unieść też inne kończyny, ale moje ciało... nie wydawało się już być moje.

Wpadłam w panikę.

"Marnujesz czas!" "Weź się w garść" "W tym czasie powinnaś zarabiać na tabletki, które są POTRZEBNE CI DO PRZEŻYCIA" "Czemu jesteś leniwa?' "Nie masz szacunku do czasu, który ktoś poświęcił, żeby Cię nauczyć i wychować!" "CZY TY CHCESZ DO CHOLERY ZGINĄĆ???"

Z moich myśli wyrwały mnie dziwne dźwięki, pochodzące zza okna. Jeden z nich przypominał śmiech. Śmiech może być wartościowym narzędziem, możesz nim przychylać sobie innych ludzi, reagując na ich słowa, ukazując serdeczność, radość, pokój ducha...

Jednak nie brzmiało to jak narzędzie. Nie umiałam tego wyjaśnić, ale w tym śmiechu było coś... szczerego... i zaraźliwego. Czułam jak na końcu mojego własnego gardła tworzy się... coś, co za chwilę z niego wyskoczy i zaplami nieskazitelne powietrze swoją wstrętnością.

Kiedy byłam mała ludzie ostrzegali mnie przed "śmiechem-nienarzędziem". Był on bezużyteczny. Zabierał tylko czas. Używali go tylko próżniacy, którzy albo byli za głupi, aby zrozumieć powagę obecnej sytuacji albo za słabi, aby móc się w niej odnaleźć.

 

Ciekawość to jednak nieodłączna cecha ludzkiej natury. Bardzo chciałam wiedzieć co dzieje się za oknem, chociażby tylko po to, żeby zmusić się do patrzenia na to czym mogę się stać jeżeli nie wezmę się teraz w garść.

Ku mojemu zdziwieniu, moje ciało mnie posłuchało i odsunęło krzesło od biurka na taką odległość, żebym mogła wstać. Towarzyszył temu nieprzyjemny pisk nóżek fotela o podłogę. Wzdrygnęłam się i spojrzałam na moich współpracowników. Mimo, że nie przestali pisać na klawiaturze, ani nie oderwali wzroku od swoich ekranów, byłam w stanie powiedzieć, że w jakiś sposób patrzą na mnie z pogardą.

Mimo to nie zrezygnowałam ze swojego planu. Ruszyłam w stronę wyjścia i podeszłam to skanera. Wsadziłam do niego moja kartę i wybrałam opcje, że muszę opuścić na chwilę budynek.

"Z jakiego powodu?" - zapytała mnie maszyna i pojawiło się wiele opcji. Szybko przejrzałam je i w końcu kliknęłam opcje "inna" i już chciałam sprecyzować używając klawiatury, kiedy okazało się, że nie wiem do końca co mam napisać.

"Chce zobaczyć, co dzieje się na zewnątrz"? Byłoby to uznane ze plugawe marnowanie czasu. "Źle się czuję"? Nie mogłam napisać o fałszywej chorobie, gdyż moje tętno, temperatura itd. były cały czas sprawdzane. Moje kłamstwo wyszło by od razu na jaw, a nawet nie chciałam wiedzieć jakie mogłyby mnie czekać konsekwencje.

"Potrzebuje przerwy" - moje palce szybko wstukały w puste miejsce. Moja ręka przez chwilę zakłopotanie unosiła się nad opcją "enter", a później ją kliknęłam.

Patrzyłam jak na ekranie pojawiło się kółko, które miało zadecydować o moim losie. Czekałam, a ono wydawało się obracać, kiedy AI przetwarzało dane. Już zaczynałam, żałować, że w ogóle pomyślałam o wyjściu z budynku, kiedy wyświetliła się informacja:

"#B362, masz wolna wolę, aby wyjść z budynku, jednak pamiętaj, że za każde negatywne działanie czekają Cię konsekwencje. Twoja dzisiejsza porcja tabletek na energię będzie niewydana, z racji tego, że będzie Ci niepotrzebna, skoro idziesz teraz na przerwę. Jesteś pewna, że chcesz to zrobić?"

I pod spodem dwie opcje: "tak" i "nie".

Fale niepewności znowu mnie zalała. Byłam pewna, że wyjście nie było tego warte, ale zaszłam już tak daleko. I tak w rejestrach pokazałoby się, że zadałam takie pytanie...

Ciężko oddychając, wcisnęłam opcje "tak" i wyciągnęłam moja kartę ze skanera. Następnie zeszłam po schodach i stanęłam przed drzwiami wyjściowymi.

Moje serce waliło mi w uszach. Co jeżeli, któryś z pracowników tu teraz przyjdzie i zobaczy mnie z ręką na tej klamce? Miałam wrażenie, że moje ciało jest brudne po jej dotknięciu. Chciałam skoczyć pod prysznic i drapać moja skórę póki nie zetrę tego dziwnego uczucia.

Wtedy znowu usłyszałam te dźwięki.

To wyrwało mnie z zamyślenia i pociągnęłam za klamkę.

Znalazłam się na zewnątrz. Powietrze wydawało się tu śmierdzieć i smakować nawet gorzej niż w budynku. Mocne słońce bezlitośnie przygrzewało każdy nieosłonięty teren. W moja twarz od razu walnął wiatr, niosący pył i piach.

W skrócie, miejsce było bardzo niegościnne.

Ale było coś jeszcze. Coś nietypowego. Te dźwięki, które wcześniej usłyszałam zza okna były tutaj głośniejsze. Zauważyłam innych ludzi, niosących jakieś dziwne bryły. Niektórzy w nie uderzali, szarpali albo nawet dmuchali. Inne osoby używali swojego głosu, nie do zwykłego mówienia, lecz do stworzenia czegoś innego. Rozciągali, bądź ucinali słowa jakby do jakiegoś wcześniej ustalonego wzoru. Nie było to jednak ani nieprzyjemne ani tak ułożone, jak dźwięk mojego budzika. Ich dzieło wydawało się być bardziej chaotyczne, ale dzięki temu też…

- Podoba Ci się? - nagle usłyszałam głos obok mnie. Szybko się odwróciłam i zauważyłam sylwetkę innego człowieka. Przypatrywał się mi on z bardzo delikatnym uśmiechem...

- Co wy tu robicie wy plugawe próżniaki? - warknęłam na niego. Straciłam jednak trochę swojej pewności siebie gdy zauważyłam jak jego uśmiech został zastąpiony zranionym wyrazem twarzy.

Nie, chwila, STOP! Przecież, nie mogłam się dawać mu tak manipulować. Doskonale wiedziałam o różnych technikach, jakimi próżniacy próbowali zwabić swoją ofiarę. Chcieli ją odciągnąć od pracy, potencjalnych sukcesów i bezpieczeństwa, fałszywą obietnicą jakiś głupich zysków. Byłam teraz już pewna, że śmiech który usłyszałam wcześniej był jednak narzędziem. Wywołał mnie z mojego schronienia i wpędzi na niebezpieczne terytorium, w którym będę zmuszona walczyć o swoje życie.

- Tylko przechodzimy. Za chwilę już nas tu nie będzie. - odpowiedziała cicho druga osoba.

- A ty, czemu z nimi nie biegasz i nie... robisz tego cokolwiek oni robią? - starałam się, żeby mój głos wręcz ociekał pogardą gdy mówiłam i wskazywałam palcem na drugi koniec ulicy. Wiedziałam, że powinnam wrócić do środka, ale mimo to zadałam to pytanie.

- Jestem nowy. Niedawno doszedłem do grupy. Nie czułem się jeszcze na tyle komfortowo, żeby dziś uczestniczyć, ale jest ze mną coraz lepiej. Uczę się.

- A co oni właściwie robią? - wydawało mi się, że każde z tych słów, jak przechodzi przez moje gardło, jest faszerowane tuzinami kolców. Ranią one moją całą krtań, która zaczyna ociekać krwią. Następnie czerwony płyn podlatuje mi do ust i wycieka mi między wargami. Spada na chodnik, a ślepia moich pracowników patrzą zza okna jak kapią kolejne krople. Czuję jak ich oczy się na mnie wydzierają: "Doskonale wiedziałaś jak to może się skończyć, więc nie udawaj zaskoczonej"

-...więc jak chcesz to mo-Hej! Hej. - nagle głos drugiej osoby wyrwał mnie z rozmyślań. Oh. Czyżby ona cały czas mówił, a ja nawet nie słyszałam. - Czy wszystko w porządku?

Nawiązaliśmy kontakt wzrokowy. Jego ręka powoli się uniosła i skierowała w stronę mojej. Objął mą dłoń i zaczął masować kółka na jej wierzchu. Moje oczy zaczęły się zamykać, ale za chwilę zdałam sobie sprawę z tego co się dzieje i je nagle je otworzyłam.

-Zabieraj te swoje łapska, ty próżniaku! - warknęłam, wyszarpując swoją dłoń z jego uścisku i odsuwając się o krok w tył.

- Przepraszam! - też zrobił krok w tył. - Nie chciałem Cię przestraszyć, ale wydawałaś się, no... Czy w ogóle słyszałaś co powiedziałem?

- Oczywiście, że tak, dupku. - skłamałam. "Dobrze, nie daj mu poznać swoich słabości" - pochwaliłam się w myślach.

-... Tak czy siak, myślę, że to piękne, że nawet w apokalipsie ludzie nadal nie zapomnieli o sztuce. -"apokalipsie"? Ten gość nawet nie wie o czym mówi! - W sumie to niedziwne. Sztuka pewnie to jedna z najbardziej ludzkich rzeczy na tym świecie. Ja osobiście kocham malować, ale staram się wystawiać na nowe doświadczenia, więc poszedłem z nimi pomuzykować.

Kolejne pojęcia, których wtedy znaczenia nie znałam. Plugawiec widząc moje zakłopotanie uśmiechnął się i podszedł do górki piasku, która ściana budynku chroniła przed wiatrem. Bezmyślnie za nim podążyłam. Przykucnął, rozprowadził piach tak, żeby tworzył równa warstwę i zaczął mówić:

-Malowanie, rysowanie, szkicowanie i inne takie... - patrzyłam jak jego palec zaczął drapać coś w piasku. - kocham to robić. Powiedziałbym nawet, że to moja pasja, ...ale nie wiem czy mogę, bo robię to dopiero od kilku dni. Chociaż z drugiej strony, nie mam ich za dużo. - Próżniak zaśmiał się pod nosem. - Rysując można próbować jak najlepiej odtworzyć rzeczywiste przedmioty. Skupić się na technice. Ale nadal najważniejsze jest coś innego. Tworząc sztukę odrywasz kawałek swojej duszy. Dajesz swoje serce i swój czas, żeby zrobić coś, co będzie opowiadać jakąś historię, zwracać na coś uwagę lub ukazywać twoje uczucia. Znaczy mogą też być inne cele, ale... Chyba nie jestem dobry w tłumaczeniu. - chłopak znowu zachichotał. Jego śmiech był inny od wszystkich jakie słyszałam. Nie był on narzędziem, ani też głośny i bez pohamowania, jak te próżniaków. Z jego ust wydobywał się on cicho, szybko i jakby niezgrabnie. Myślę, że nawet nie wiedział, że to robi. - Ale może nie oto chodzi. Czy da się w ogóle wytłumaczyć sztukę? Trzeba jej samemu spróbować, dotknąć, uderzyć, pogłaskać, a może nawet polizać. - Znowu się zaśmiał. Ale tym razem podniósł też głowę, żeby spojrzeć mi w oczy. Wydawał się na coś czekać. Też miałam się zaśmiać? Odpowiedzieć mu coś w tej dziwnej, niewerbalnej formie? Jak on był tak płynny w mowie, o której istnieniu nawet nie wiedziałam? - Jest tyle sposobów, na które można ją tworzyć, że nawet gdybym siedział tu latami i je wymieniał, nie dałbym rady opisać Ci wszystkich. A wiesz, dlaczego? Każdy człowiek jest inny, ma własną osobowość, doświadczenie, opinie, więc będzie miał lekko inny pomysł na przekazanie tego. Sztuka jest nieodłączna od człowieczeństwa. Jest nam potrzebna.

Po tych słowach odwrócił ode mnie wzrok i spojrzał na piach pod jego stopami. Następnie wstał, żebym ja też mogła go zobaczyć.

Chłopak wyskrobał w piachu linie. Krótkie, długie, krzywe, proste - wszystkie razem składały się w całość i ukazywały twarz jakiejś osoby. Chyba to byłam ja. Na tą myśl zrobiło mi się ciepło. Nie było to moje odbicie. Odbicie można powtórzyć. Jest takie samo w każdym lustrze. Ten obrazek był tylko w jednym miejscu, był niepowtarzalny. I mi się podobał.

-Nie jest on idealny. - chłopak znowu zaczął mówić. - Do tego są potrzebne ćwiczenia, a ćwiczenia wymagają czasu, a go niestety nie mam za dużo. Ale nadal mogę mieć więcej od Ciebie.

"Więcej ode mnie? To ja pracuję całe dnie, żeby dostać tabletki! On tylko grzebie sobie w brudnym piasku! Ja robię różnice w tym świecie. Ja go zmieniam. Ja wywiązuje się z moich obowiązków. On tylko lata sobie z innymi podróżnikami. On robi się z siebie pośmiewisko. On tylko zajmuje miejsce i marnuje powietrze. On tylko zabiera, nic nie dając. On jest okropnie samolubny.

Ja osiągam sukces, kiedy on głoduje i jego dni są już dawno policzone."

Myśli tłoczyły się w mojej głowie. Chciałam mu je wykrzyczeć, wyśmiać go, żeby pokazać jak bardzo się myli. Ale zanim zdążyłam to zrobić, on znowu się na mnie popatrzył.

Cichutki głosik podpowiadał mi, że może tak naprawdę to chcę, żebym to ja byłam w błędzie. A kiedy chłopak spojrzał mi prosto w oczy, stał się on głośniejszy. "To o czym mówił ten chłopak nie wygląda jak samolubstwo. On też coś daje i też coś zmienia. I może ty też chcesz spr-"

Nic nie powiedziałam. Tylko stałam i czekałam, co dalej zrobi.

Wtedy wyciągnął rękę. I powiedział:

- Jeśli chcesz mogę Ci pomóc? Możesz ze mną pójść do bazy. Nie musisz zostawać, tylko ją odwiedzisz. Wtedy pokaże Ci moje-

Ale ja już nic nie słyszałam.

Zawiodłam. Zawiodłam siebie. Zawiodłam wszystkich.

To moja wina.

Dałam się zwieść w pułapkę.

Pytałam, kiedy powinnam odejść. Słuchałam, kiedy powinnam uciekać.

A najgorsze, że przez króciutki moment chciałam mu podać moją rękę.

CHCIAŁAM MU PODAĆ RĘKĘ DO CHOLERY!

Przez sekundę pragnęłam robić to co on.

Nienawidzę tej sekundy. Muszę ją odpokutować. Chce o niej zapomnieć. Życzę, żeby nigdy się nie zdarzyła.

Moje oczy znowu skupiły się na tej ręce. Była obrzydliwa, brudna, pokryta zmarszczkami i obwisłą skórą, mimo że jej właściciel, był pewnie młodszy ode mnie.

Chciałam uciec. Musiałam uciec.

I to zrobiłam. Rzuciłam się w stronę drzwi nawet nie obracając głowy, żeby spojrzeć na chłopaka. Szarpnęłam za klamkę i byłam już w środku. Bezpieczna.

Kiedy spojrzałam przez szklane drzwi. On nadal tam stał. Z wyciągnięta rękę.

Może w innym życiu złapałabym go za dłoń. Pozwoliłabym się zabrać.

Może w innym życiu. Poszłabym inna drogą niż tą wyłożoną równymi kafelkami i oznaczoną świecącymi strzałkami. Może moje stopy dotknęły by piachu, kurzu, popękanego asfaltu i ostrych kamyków.

Zaczęłabym poznawać wszystko co przykułoby moją uwagę. Włoski pędzla. Stalówkę pióra. Szorstkość materiału. Plastyczność gliny. Opór struny.

Czy całkowicie poświęciłabym się jakiemukolwiek z tych zjawisk? Czy nazwałabym jakieś z nich moją Wielką Pasją? Nie. Ciągle bym szukała i odkrywała, ponieważ na tej planecie jest tyle rzeczy, które można spróbować, dotknąć, uderzyć, pogłaskać, a może nawet polizać.

 

Odkrywałabym też na nowo człowieka.

Usłyszałabym śmiech tak głośny i długi, że jego autor musiałby przerywać swoje dzieło, aby nabrać powietrza. Niezdarny chichot próbujący wpychać się między słowa jakiejś historii. Parsknięcie, które niespodziewanie opanowałoby czyjeś usta. Taki, który bardziej przypominałby szept w środku nocy, próbujący schować się przed uszami tych, którzy już śpią. Zaczepny rechot nie bojący pokazać się w całej swojej okazałości.

Śmiech, który przybywałby razem z łzami na twarz trzymaną w moich dłoniach - bezsłowne pożegnanie. Taki, który zabraniałby powietrzu wejścia do środka, tyle, że tym razem towarzyszy mu tylko strach, beznadzieja i zmęczenie - histeria. Te, wszystkie, które już znałam, ale teraz bolałyby bardziej.

 

Poznawałabym ludzką naturę - troszkę więcej z każdym dniem.

Budzenie się. Ręce, które wyciągałyby się tak jakby próbowały po coś sięgnąć. Sklejone powieki. Powoli otwierające się oczy. Ciche jęknięcia i szerokie ziewnięcia.

Dłonie szybko ruszające się w dół i do góry, pragnące w ten sposób strzepnąć nadmiar ekscytacji z koniuszków palców. Nerwowa zabawa kosmykiem własnych włosów. Bezwiedne kiwanie głową w rytm muzyki.

Usta, które poruszają się, nawet gdy nikogo nie ma w pobliżu. Nadawanie imiona najdrobniejszym rzeczom.

 

Kochałabym ludzi trochę mocniej z każdym dniem.

Zakochałabym się w tym jak ich glos rozbrzmiewa po pokoju, kiedy siedzę na podłodze, a herbata ociepla mi zimne kończyny. Nierównym ruchu rak kiedy razem przybijali byśmy gwoździami łaty na nasza dom. Szorstkość skóry ramienia, na którym położyłam głowę. Delikatność dłoni instruującej jak odpowiednio złapać instrument. Oczy wspólnie oglądające nocne niebo rozświetlone przez drony i wysoko pnące się wieżowce. Komfort towarzyszący byciu czochranym po głowie. Chłodność ładnego kamyka ułożonego na mojej dłoni, jako drobny prezent.

 

Próbowałabym tez zrozumieć siebie samą - troszkę więcej z każdym dniem.

 

Po raz pierwszy zobaczyłabym moje włosy, które wcześniej zawsze były zmuszone do chowania się pod moja skórą. Byłyby pięknego koloru. Kiedy promienie słońca padłyby na nie mieniłyby się wielką kolekcją swoich odcieni.

Nadałabym sobie nowe, własne imię. Namiliso. Nie byłby to numerek. Ani słowo, które służyło tylko po to, żeby oplatać się wokół mojej szyi. Byłoby moim imieniem, własnym imieniem. Byłoby piękne.

Kochałabym to jak przechodziło by ono przez moje usta. To jak brzmiałoby gdy jest wymawiane przez kogoś innego. Z jaką ciepłością i miłością.

Obserwowałabym moja zmieniającą się skórę. Jak pojawiałyby się plamki, zmarszczki, rumieńce, krostki, pieprzyki i rany, które później zostawiałyby blizny. Nikt inny nie miałby dokładnie takich samych jak ja. Byłby to mój wygląd, własny wygląd.

Ucisk w moim gardle, zapowiadający śmiech, stal by mi się znajomy.

Mój głos brzmiący tak cicho, że nie chciałby dojść nawet do mych uszu.

Ryk tak donośny, że wypełniłby cały pokój, jednak nie mógłby dostać się do mojego własnego mózgu.

Satysfakcja, która wypinałaby moja pierś, kiedy pokazuje innym pierwszego własnoręcznie wyhodowanego ziemniaka.

Próba stania się jak najmniejszym, kiedy świat byłby tak duży, głośny i przytłaczający. Owijanie swoich dłoni wokół głowy i desperacka próba jej schowania, mimo że doskonale wiedziałabym, że jest to niemożliwe.

Słona woda lecąca po moich policzkach, która przeszkadzałaby mi w powiedzeniu tego co muszę.

Moje brwi, które wędrowały by po moim czole. Próbowałyby się razem zetknąć podczas jakiegoś trudnego, wymagającego skupienia zadania. Biegły by do góry, kiedy stałoby się coś niespodziewanego. Skakały by w dół, dając tym samym znać mojemu rozmówcy, że go nie zrozumiałam.

Ciepło w moich policzkach i klatce piersiowej gdy dostałabym jakiś komplement.

Lina, która wiązałaby moje kończyny po bardzo ciężkim dniu.

Trzęsąca się warga i piekące oczy, które próbowałabym uspokoić, bo teraz nie chcę płakać.

Mój wzrok, który padłby na to wszystko co byłoby przede mną. Patrząc na to mimowolnie by się uśmiechnęłam. Poczułabym się jakoś lżejsza. Nagle świadoma wszystkiego co mnie otacza. Szumu wiatru. Trzeszczenia kamyków pod stopami moich przyjaciół. Jasności słońca wiszącego nade mną. Każdej drzazgi słupa, o który się opieram. Włosków i gęsiej skórki na moim ramieniu. Oparzeniu na języku, które jeszcze się nie zagoiło. Obecności materiału owijającego moje ciało.

Cala czułabym się wyjątkowo lekka. I po wzięciu paru oddechów, może stwierdziłbym, że to nieznane uczucie mogłabym nazwać wolnością.

Byłyby też chwile, w których moje myśli były tak ciężkie, że przygniatały moje całe ciało. Włosy które tak bym kochała, usta, które nauczyłyby się ruszać, ręce, które robiłyby to co chciały, nogi, które poznawałyby nowe szlaki. Zmiażdżyłyby by mnie moje wszystkie wątpliwości, wyrzuty sumienia i lęki. Ponieważ, czemu tak cholernie trudno kocha się siebie samą?

Pokochałabym mój każdy dzień.

Nadal bym pracowała. Może nawet więcej, tylko w innej formie.

Nadal bym walczyła. Może tym razem miałbym o co.

Aż pewnego dnia mój organizm nie dałby już rady. Skóra stałaby się zbyt zniekształcona, pomarszczona i przebarwiona. Płuca nie byłyby już ze mną w satnie współpracować. Czoło byłoby za gorące, a ręce za zimne. Moja ciało rozkładałoby się, kiedy ja szeptałabym imiona wszystkich ludzi, których kochałam, niczym pieśń, modlitwę, podziękowanie, wiersz, pochwalę, błaganie i wszystko inne czego się nauczyłam, a nawet to co jeszcze nie zdążyłam zrozumieć.

 

Ale to nie było to życie. Ja i ty, mój drogi czytelniku, doskonale to wiemy patrząc jak moje nogi niosą mnie korytarzem do pokoju. Jak wpycham głęboko do mojego suchego gardła kolejną tabletkę przeciw atakom paniki. Jak się nią krztuszę i z przerażeniem próbuję nie wydać przy tym żadnego dźwięku, żeby czasem nie przykuć spojrzeń moich współpracowników.

Współpracowników, których, mimo wspólnego dzielenia sali od dziewięciu lat, imion nadal nie znałam.

-----KONIEC-----

Notes:

Dziekuję za przeczytanie<3 Mam nadzieję, że się podobało. Jeżeli chcesz zostaw komentarz lub kudos!

Miłego dnia/nocy:D