Actions

Work Header

Acta non verba

Summary:

Zalotna Telimena stara się o względy,
Ale biedny Tadeusz widzi zgryzy wszędy.
Szczęście wciąż przeplata się ze strachem panicznym;
A wszystko napisane jest wierszem rytmicznym.

Notes:

Tak jak napisałam w tagach, właściwie to niczego nie żałuję. Ze wszystkich dziwności — jak na przykład nagłe przejście na strukturę dramatyczną lub dzik zamiast niedźwiedzia — tłumaczę się w notkach na końcu.
Tytuł oznacza "Czyny, nie słowa" i wiem, że to bardzo cliche robić tytuły po łacinie, ale mi pasował i ładnie wygląda.
WAŻNA sprawa jest taka, że Hrabia w książce jest w wieku Tadeusza i jest ładniejszy niż w filmie.
Jako skromny człowiek muszę napomknąć, że wszędzie tu jest średniówka 7+6, tak jak u idola. (Moja skromność polega na tym, że nie napisałam o tym w tytule. To nie była prosta misja z tą średniówką.)
Staram się wprowadzać dialogi tak jak w Panu Tadeuszu, więc mogą wyglądać trochę dziwnie.
Jeżeli chodzi o słownictwo, żeby nie było, że walę błędy: "dwórurka" to stary zapis dla "dwururki", "sklep" to "sklepienie", "lilije" to "lilie".
!!! Pierwszy fragment tutaj to taki prolog, dzieje się nieco wcześniej, a następne fragmenty dzieją się po sobie. Ten drugi fragment zaczyna się wtedy, kiedy Tadeusz zaczął opowiadać o tym, jakie super są polskie lasy.
Nie radzę na tym powtarzać do matury, ale ilość razy, jakie analizowałam treść całej lektury na pewno mnie pomoże na maturze.
Więc ponownie, nie żałuję.
No, może tylko trochę.

Chapter 1: Księga I

Notes:

(See the end of the chapter for notes.)

Chapter Text

Telimena spojrzała w oczy Tadeusza;
Było w nich coś strasznego — może być, że dusza.
"Mój drogi, powiedziała, choć krótko się znamy,
To nie pełnię ja jeszcze, jak wiesz, roli mamy…
Mój miły, nie znalazłam chociażby młodzieńca,
Który by zebrał kwiaty i mi uplótł wieńca,
Zbudził rano ciepłymi kawą i uśmiechem,
A odbijającymi się miękkim echem
Po komnacie słodkimi pożegnał słowami.
Od czasu wieczerzy wiem, że coś między nami
Zaszło, bo żeś flirtował całkiem jak Gerwazy
Za młodu — jego wiecheć był tedy bez skazy
Jeszcze, więc był flirciarzem głównym w Soplicowie...
Wybacz! Nim człowiek chciane słowa wprost wypowie,
Ponosi się emocjom i zbacza z tematu.
Tadeuszu, podobny wręcz do róży kwiatu,
Chcesz zostać mym kochankiem?" — Oblał ją rumieniec,
Tadeusz, wręcz przeciwnie, wstrzymał przekleństw wieniec.
Choć spodziewał się tego od pierwszego słowa,
Nie przyniosła mu wcale szczęścia ta przemowa.
Jego myśli zaprzątał zupełnie kto inny,
Więc powiedział, co musiał, chociaż czuł się winny:
„To dość duża decyzja, przemyśleć ją muszę;
Żywię szczerą nadzieję, że serca nie kruszę.”

***

Hrabia z pewnością wczuł się w przyrody opisy,
Patrzył bowiem nad siebie, na białe kulisy
Nieba z zachwytem wielkim — w samej rzeczy, chmury
Coraz to inne z wdziękiem wirowały: szczury,
Jabłoń, rycerzy, kości, a nawet widelce
Dało się dostrzec. Był to jednym słowem wielce
Ciekawy widok — chmury wcale nie jednakie.
Tadeusz wpadł w zadumę, na szczegóły takie
Właśnie patrząc, rozmyślał, wyszukiwał weny,
I położył dłoń swoją na dłoń Telimeny.
Siedzieli tak, z ku górze skierowanym wzrokiem,
Aż się dzwon ozwał. Królik odpowiedział skokiem
Na nagły hałas, po czym zniknął w liściach krzaków,
Wyleciało z korony drzewa kilka ptaków,
Stropiona Telimena szybko się zerwała.
Co dziwne, Tadeusza dłoń wciąż spoczywała
Na czyjejś. Wtem świadomość uderzyła w niego,
Że w zamyśleniu ujął był rękę Hrabiego.
Niepewny, co mógł począć, podniósł się niezgrabnie,
Purpurowy na twarzy, gdyż Hrabia powabnie
Wyglądał mimo wszystko... "Nie, skarcił się w duchu
Tadeusz, wyobraźnia moja była w ruchu,
Gdy patrzyłem w sklep, ale do rzeczywistości
Muszę wrócić — ze wstydu płonę, nie z miłości."
Zaprzeczał może, lecz nad słowa biją czyny,
A wyraźnie nie uszło uwadze chłopczyny,
Że podczas, gdy patrzył, jak chmura chmurę goni,
Nie próbował wycofać Hrabia swojej dłoni.
Dzwon przestał dzwonić, wszystko pogrążając w ciszy,
W której dwóch ruszyło do dworku towarzyszy.
Nie była to cisza dla romansów typowa –
Miła, ani ta znana z powieści – grobowa;
Niełatwo ją opisać, była bowiem licha,
Krucha, wątpliwa, nie do końca nawet cicha,
Przerywana przez drzew szum i czasem dzięcioła
I pełna kontemplacji, wciąż toczyła koła
Nad obojgiem szlachciców, co na obiad uszli;
Sytuacja sprzed chwili, jak dźwięk wewnątrz muszli,
Odbijała się wewnątrz ich głów, niszcząc czaszkę.
Tadeusz poniósł w bitwie z myślami porażkę;
Czasem pogodzić się z czymś to ciężkie zadanie
I nie pomaga nawet romantyzowanie.
Nie wiedzieli, co zrobić, ale to w porządku
– Już Grecy znali, że jest chaos na początku.

***

Zmęczona oraz głodna szlachta Soplicowa
Zasiadła wokół stołu; zastawa gotowa
I posiłki pachnące, ale coś nie grało,
Bo nie ziemniakami czy bigosem pachniało,
A żywicą, powietrzem leśnym i grzybami.
„Bardzo miłe, ozwał się Sędzia, było z wami
Grzybobranie. Niektórych wprawdzie brakowało,
(Spojrzał na Tadeusza), lecz grzybów niemało
Zebraliśmy. Okażmy teraz wdzięczność Panu.”
Doprowadziły wszystkich te słowa do stanu
Napięcia, bo jeść chcieli; mimo wszystko wstali,
Niby w skupieniu całą modlitwę zmawiali,
Lecz tak naprawdę poza Sędzią i Robakiem,
Nikt się nie skupiał. Wtem drzwi otwarły się z hukiem,
Wbiegł sługa i, choć tylko wypełniał zadanie,
Przeprosił: „Wybaczcie mi państwo przeszkadzanie;
Muszę przekazać, że dzik dość sporych rozmiarów
Grasuje w lesie; starczy, by wypełnić garów
Kilka.” — Skończył i wyszedł. Drzwi, skrzypiąc w zawiasach,
Zamknęły się powoli. W soplicowskich lasach,
Dotarło do każdego wraz z dźwiękiem skrzypienia,
Grasował dzik; choć sługa mówił od niechcenia,
To świat szlachty rządził się innymi prawami
— Bo byli chętni chwały, znudzeni psotami.
Pierwszy Sędzia głos zabrał: „Cóż za niespodzianka!”
Chcąc gdzieś swój wzrok zawiesić, spojrzał na bratanka.
"Myślę, rzekł Podkomorzy, że nie znajdziesz drania,
Który by nie ogłosił teraz polowania.
Wybierzmy się go szukać jutro, tuż po świcie,
Wszystkich dobrych myśliwych proszę o przybycie."
Wzniósł się wiwat i wrzawa, stukały kielichy,
Sędzia pozwalał na to, acz sam siedział cichy.
Tadeusz zaś wpatrywał się w deski stołowe,
Jakby mając nadzieję, że są pomysłowe
Na tyle, iż wymyślą, jak uczucia schować,
Na nieszczęście nie chciały deski współpracować.
Powoli opadł zapał — w końcu musiał opaść,
Tak jak wszystkie emocje, co wpierw mogą dopaść
Człowieka biedną głowę, nie dadzą spać w nocy,
Lecz człowiek ostatecznie, myśląc o ich mocy,
Porówna je do starych, do tych, co już były
I ujrzy, że pod nową postacią się skryły.
Minęła reszta uczty; gdy każdy wychodził
Hrabia Tadeuszowi drogę wręcz zagrodził.
„Przepraszam, zaczął słabo, ale mam zmartwienie
— Telimena nie przyszła wcale na jedzenie.”
Tadeusz dojrzał wtedy, że Hrabia miał rację
— Sam, wracając do dworu, przeżywał prostrację
I nie patrzył za zgubą, zajęty myślami;
Lecz nieszczęścia, wiadomo, chadzają parami.
„Musimy jej poszukać, to jest oczywiste,
Z niebezpieczeństw w tym lesie można zrobić listę.”

***

Telimeny nie było, więc, nie tracąc czasu,
Oboje udali się w głąb gęstego lasu.
Tadeusz zamarł, słysząc szelest oddalony
I z nadzieją pomyślał, że to może wrony
Czy też inne ptaszyska, lecz tylko z nadzieją,
Bo wiedział, jakie rzeczy faktycznie się dzieją —
Że dzik czyha w pobliżu, a on jest bez broni;
Wszak tylko dubeltówka przed zwierzem uchroni.
"To już koniec? Zginiemy?" szepnął nagle Hrabia,
Tadeusz nie był pewien, czy on dzika zwabia,
Znowu zgrywa poetę czy też szczerze pyta,
Ale gdy spojrzał mu w twarz, jedyna wyryta
Na niej emocja była czystym przerażeniem,
Niemal się trząsł; Soplica objął go ramieniem,
Niepewnie, ale czule, był to Hrabia przecież,
Delikatny. Tadeusz się odezwał: "Pleciesz,
To zapewne wiewiórka, oddychaj głęboko."
Udając, że w gąszcz patrzy, zmrużył jedno oko,
Zapatrzył się w leśny mrok, bacznie nasłuchiwał,
Zapadł tak w zamyślenie, nieznacznie się kiwał.
Rzekł nagle Hrabia: „Nie chcę tak bezczynnie siedzieć
W sieci śmierci, gdy musisz coś ważnego wiedzieć…”
Lecz wtedy coś za nimi z listowia wypadło,
Ale, wbrew ich obawom, to coś ich nie zjadło;
W zamian zrobiło ukłon, o ziemię trąc głową
I zatknęło za pas swój dwórurkę stalową.
Nie był to dzik więc, a mąż — śmieszny, w średnim wieku.
Tak on chodził, jak gdyby stanął był na ćwieku,
A z każdym szybkim ruchem chwiały się kutasy,
Które licznie zdobiły oba jego pasy
Oraz kuriozalny płaszcz długi jak sutanna.
Jednak jeszcze dziwniejsza niż on była panna,
Co niezauważona obok niego stała:
Była to Telimena, wesoła i cała.
[Nieznajomy]
„Zwą mnie Papkin, Lew Północy.
Nie postrzelę was z swej procy,
Ale mógłbym, bo potrafię;
Gdy na zwierza tu natrafię,
Świst!... zabiję jednym strzałem,
Ale, kiedy tak tu stałem
I czekałem adwersarza,
To — najlepszym też się zdarza —
Zapomniałem, skąd przybyłem.
Wcale się nie wystraszyłem!
Miałem już iść szukać drogi,
Aż mnie napadł potwór srogi.
Oczy jak sam Szatan czarne,
Nogi szybkie, chociaż marne,
Ogon wielki, najeżony.
Ale uciekł przerażony,
Kiedy tylko strzelbę wziąłem!
Wtem na pannę się natknąłem.
[Telimena]
O mnie chodzi; szłam do dworu,
Gdy ten przybysz wyszedł z boru.
[Papkin]
Tak też było. Miła dama
Mi pomogła całkiem sama,
Stąd jesteśmy razem w lesie.
[Tadeusz]
A więc dokąd pana niesie?
[Papkin]
Do wsi pięknej niczym wasza,
Gdzie wszelakie zło odstrasza
Nie kto inny jak ja właśnie.
I przynoszę zawsze kraśnię
Ze swych łowów — wszystkie sarny
Wiedzą, że los ich jest marny.
I, rzecz jasna, mamy zamek,
W którym tyle mamy klamek,
Drzwi do komnat i witraży,
Ile sobie kto wymarzy;
To w Kamieńcu takie mury.
[Tadeusz]
Wszak to z innej jest lektury!
[Telimena]
To jest tylko nasza strata,
Że z innego pan jest świata.
Zostań z nami, ach, Papkinie!
[Papkin]
Czas wybornie tutaj płynie,
Jednak wrócić raczej muszę,
Skąd przywiało moją duszę.
[Telimena]
Odprowadzę chętnie pana.
[Papkin]
To uprzejmość niesłychana!
Chodźmy zatem, ulubiona,
Uczta będzie wyprawiona.
I tak zniknęli razem w gęstym, ciemnym lesie,
Wiedząc, że żadnych słów ich cichy wiatr nie niesie.

***

Tadeusz i Hrabia szli dość powolnym krokiem,
Powracali do dworu ścieżką nad potokiem.
Telimena znalazła nowy sens w miłości,
Prosperującej związkiem cnoty i prawości.
Z Tadeusza zadrwiła, świergocząc gdzieś, sroka,
Gdy, myśląc tak, na Hrabię spojrzał kątem oka.
Jego cnota i prawość to myśli złożone,
Jednak raczej powinny zahaczać o żonę.
Zaczął myśleć o dziku, co dorwał ich prawie
I tak przypomniał sobie o istotnej sprawie
— Że Hrabia wcześniej w lesie mówił coś do niego
I określił to mianem niejako ważnego.
Tadeusz zaczął dialog, „Hrabio” mówiąc zwolna,
Przez co Hrabi wypadła z rąk stokrotka polna,
Której wcześniej odrywał ze skupieniem płatki.
Podniósł szybko stokrotkę, a z nią inne kwiatki,
I rzekł: „Wybacz, wyrwałeś mnie tym z zamyślenia.”
Tadeusz mówił dalej bez zastanowienia:
„Chciałeś coś powiedzieć, acz musiałeś zgubić
Wątek, kiedy ten przybysz, Papkin, przyszedł, by się chlubić.”
Hrabia ucichnął wtedy, jakby słowa ważył;
Tadeusz się na niego spojrzeć nie odważył,
Podziwiał łąkę dziką i skąpaną w słońcu
Do chwili, w której Hrabia odezwał się w końcu:
„Chlubił się naprawdę, a nie wiem dlaczego
— Niektórzy mają nazbyt wydumane ego;
On wszak w wiewiórce widział strasznego potwora!”
„Mnie też nieco zdziwiła tamta metafora
I choć popieram w pełni twoje o nim zdanie,
To nie odpowiedziałeś na moje pytanie.”
Zaszło słońce za chmury, pociemniała łąka,
Wiatr porwał ptaki, których śpiew brzmiał jak rozłąka;
Ale po chwili słońce wróciło radośnie,
Jakby natura szyła na człowieczym krośnie
Wszystko, co Hrabia odczuł wewnątrz swojej duszy,
Gdy czuł, jak cały jego mur nagle się kruszy
— Tak silny mur zburzony tylko od wyznania,
Które wyrzucił z siebie w obliczu konania.
„To już nieistotne,” odrzekł niespokojnie.
Dla Tadeusza dźwięk ten zabrzmiał niemal hojnie
— Dał mu odwagę, rozwiał jego niepewności.
„Nie chciałeś może mówić o martwej miłości?”
Do mowy pchnęła Hrabię nadzieja łapczywa,
„Nie… Chciałem dać jej szansę, by stała się żywa.”
Nic więcej nie mówili, ale miłość nowa
Tworzyła w piękny sposób swoje własne słowa.

***

Sędzia stał tyłem, strzelbę polerując swoją;
Tadeusz jak zwierzęta, które tej się boją
Właśnie strzelby, czuł się — czuł strach, innymi słowy.
Pomimo tego strachu zmusił się do mowy,
Odchrząknął i powitał stryja niemal rzewnie.
„Cześć, Tadku!, odrzekł Sędzia, czemuż tak niepewnie?”
Tadeusz wyjaśnił, że ma ważne tematy,
Usiedli więc na sofie przy kubku herbaty.
„Widzi stryj, młody jestem, serce szybko bije,
Niespokojne i dzikie jak wodne lilije,
Które rosną, bo ktoś w tym sercu zasiał wiosnę.”
„Ach, a więc to chodzi o problemy miłosne!
Zatem mów dalej, wszak ci zastępuję tatę.”
Objął bratanka, drugą ręką wziął herbatę.
„Jest między nami dużo więcej niźli zgoda,
Jest jednak pewien problem, swoista przeszkoda.”
Sędzia cichy wydał na to okrzyk zdumienia
I jął zgadywać: „Och, czy ona nie ma mienia?
Z pochodzenia chłopka? Już była zaślubiona—?”
„Nie!... o to chodzi, stryju, że to nie jest ‘ona’...”
Cokolwiek Sędzia myślał powiedzieć, nie zdołał;
Patrzył na Tadeusza, jakby ten przywołał
Właśnie, z pomocą książki kucharskiej, demona,
Lub jakby jego duma została zraniona.
Tadeusz nie był głupi — ledwo łzy wstrzymywał,
Ale stryj się odsunął, i już biedny pływał
Niemal w tych łzach, twarz ukrył w dłoniach, nie odważył
Się spojrzeć na Sędziego i naprawdę marzył,
Że to był jedynie sen, że to się nie działo;
Coś w uchu jego jakby przez watę rozbrzmiało
Jak brzytwa było ostre, lecz były to słowa,
Choć i cięły jak brzytwa — ciach! raz, dwa! od nowa!
„Robak w konfesjonale po wieczerzy siedzi,
Odwiedź go może, Tadku, w intencji spowiedzi.”

***

Tadeusz nie poszedł tam, gdzie stryj mu poradził,
Lecz nad leśny staw poszedł, czując, że go zdradził.
Ściskając w dłoni gałąź, wśród dzikiej przyrody,
Niepewnie schylił głowę ponad taflą wody;
Widział na niej odbicie, lecz odbicie czyje?
Zamknął oczy, wziął oddech, zrozumiał, że żyje,
Znów spojrzał na odbicie, które wyglądało,
Jakby nie żyło albo szybko umierało.
Za chwilę Tadeusz miał stać się tym odbicem,
Zastąpić je sztuczne swym równie martwym licem.
Nagle wydało mu się, że tafla z niego kpi,
Wszystko wokół umiera, a ona gładka — śpi.
Chcąc ją rozjuszyć, łzom nań pozwolił skapywać,
A żeby sobie ulżyć, wszczął skórę zdrapywać
Ostrym końcem gałązki, aż nie zaczął krwawić
I krzyczał przy tym słabo, jakby krzyk miał sprawić,
Że ból opuści całe jego nędzne ciało,
Lecz łkanie głuchym echem jedynie rozbrzmiało.
Płakał, a las bezkarnie śpiewał wokół niego;
Płakał i już właściwie nie wiedział dlaczego.

Notes:

Tłumaczę się teraz ze wszystkiego.
Papkin się pojawia w formie takiego żartu. A ponieważ jest z Zemsty, to napisałam fragment z nim tak, jak jest w Zemście. Bo to ostatecznie przeplatający się równoległy świat!
Dzik zamiast niedźwiedzia to żarcik ze współczesnych lasów, w których raczej się widzi dziki, nie niedźwiedzie. I trochę śmianie się z mojego brata, który uciekał przed dzikiem. I mam ogromną nadzieję, że teraz tego nie czyta, o w mordę.
Dziękuję bardzo za przeczytanie, rumienię się. Miło by było zobaczyć komentarz. :DDD
A swoją drogą pewnie stworzę drugą część, bo wciągnęłam się w trzynastozgłoskowce.