Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Relationships:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Stats:
Published:
2023-03-14
Updated:
2024-03-07
Words:
1,709
Chapters:
2/?
Kudos:
5
Hits:
67

Upadek Al-Betyl

Summary:

Rozłam wśród czarodzieji zakończył się krwawą bratobójczą wojną. Podzielony dom nie może ustać - wiedzą o tym najlepiej ci, którzy budowali jego fundamenty. Historia dwóch czarodzieji w najczarniejszy dzień owego konfliktu.

Notes:

Panie, żebym to ja wiedziała co to jest.

Zobaczymy czy coś z tego będzie, postuje w sumie żeby było że Polska represent. Ileż można widzieć fików po rosyjsku na głównej.

Może przetłumaczę na angielski kiedyś.

Chapter Text

Upadek Al-Betyl

 

 Słońce leniwie wystawiało swoje płomienne oblicze zza pustynnych wzgórz, ogrzewając zmarznięte nocą mury Ir-Nadim. Promienie światła wspinałyby się jeszcze długo po wysokich oknach komnaty zarządcy miasta, gdyby nie przeraźliwy szept, mówiący tysiącem głosów, który wybudził młodego czarodzieja ze spokojnego snu.

-Al-Betyl upadło pod naporem Czarodziei…! - brzmiał ten nieludzki świergot.

Lious z Domu Duszy niechętnie zatrzepotał rzęsami walcząc z dociskającym je do siebie snem. Gdy wysiłek okazał się skuteczny, dostrzegł kogoś, kogo spodziewał się zobaczyć obok siebie w łożu. Emilia z Domu Wieczności stała w odrzwiach balkonu, suknia z czarnego jedwabiu powiewała w rytm z białymi włosami. Ostatni dech nocy żegnał się z nekromantką ponurymi wieściami. Duch unoszący się przed twarzą swojej pani, mimo swej nieumarłej natury, wyglądał na przerażonego, eteryczna twarz kobiety wygięta była w grymasie boleści i przerażenia. 

Odgłos odsuwanych pościeli odwrócił uwagę kobiety od zjawy, jej blada twarz ozdobiona pajęczym tatuażem nie różniła się wyrazem od ducha. Policzki błyszczały od świeżych łez.

-Dom Wieczności upadł. - powiedziała dławiąco Emilia.

Czarodziej podszedł do balustrady balkonu, wpatrując się w horyzont. Bez wątpliwości, świt który wstawał, był krwawy.

-Dopięli swego, co? - odparł, czule spoglądając na swoją rozmówczynię.

-Oboje wiedzieliśmy, że tak będzie. - odpowiedziała, nie podnosząc wzroku - Dlatego ja i ty jesteśmy tutaj, a nie - skinieniem głowy wskazała majaczące w oddali odłamki niegdyś potężnej bariery chroniącej stolicę Domu Wieczności. 

-Oni. - Lious wskazał nagłym gestem za siebie - Są głupi, a nie my!

-I co teraz?- zapytała białowłosa nekromantka w końcu patrząc swojemu kochankowi w oczy.

Ten odsunął się od niej, pocierając brodę w zamyśleniu.

-Nie zmieścimy tu wszystkich z Ahkh-Djetu. - powiedział mimowolnie, pomimo absurdalności tego stwierdzenia.

-Powinniśmy udać się wraz z resztą, stanąć do walki w tej głupiej sprawie-Emilia wypluła z boleścią, zaciskając alabastrowe pięści.

- Wróć do miasta i przekaż reszcie, żeby uciekali! - rzuciła do zjawy.

- Dokąd? Dokąd chcesz iść? - Głos czarodzieja również przesiąkł panującą w atmosferze beznadzieją.

- Ktoś musiał przeżyć, z pewnością udali się do Hereshu. Nekromanci używali go wcześniej jako samotni, to pustkowie a połączenie ze światem duchów jest tam mocne…- nekromantka z niewypowiedzianą tęsknotą wyjrzała przez balkon na zielone oazy miasta czarodziejów. - Podążą za Matką i będą bezpieczni… - wyszeptała pocieszająco do siebie.

- Tłumaczysz się, a nie masz z czego…-zauważył.

- Zostawiłam ich, zostawiłam braci i siostry na pastwę…- nienawiść, która płonęła w toksycznie zielonych oczach narastała z każdym słowem, gotowa by prysnąć i żreć jak kwas.

- Wiesz, że gdybym miał jakieś słowo w Radzie…-tym razem to Lious zaczął się tłumaczyć.

- Gdybyś je miał nie byłoby nas tutaj. - przerwała Emilia.- ale na placu, na stosie usypanym z drewna i siarki…

Ciepła, tak bardzo ciepła dłoń spoczęła na letnim policzku. Tylko tyle było w stanie wykrzesać jej rozgorączkowane ciało pojone pajęczym jadem, ale Lious nie narzekał, nawet jako lisz, ghul czy upiór, to wciąż była jego Emilia.

- Nie pozwolę. - mag ujął bladą pięść w drugą dłoń - by cokolwiek Ci zrobili, nie tutaj.

- Sto lodowych oddechów Simurghów nie powstrzyma gorączki, która toczy czarodziejów! Nie powstrzymasz ich! - dziewczyna protestowała.

- Nigdy nie interesowała mnie rada, ale jeśli trzeba…

- Będziesz się wspinał i wspinał po szczeblach szaleństwa, aż co? - Na bladych policzkach w końcu zawitał rumieniec, jaka furia targała czcicielką Ashy! - Jak daleko upadniesz? Pamiętasz Fahadę…?

- Pamiętam… - przyznał ponuro czarodziej.

- Muszę odejść, oni są słabi, nawet jeśli Anastazja przeżyła pogrom…- Na samą myśl o śmierci hierofantki dreszcz przeszył jej ciało.

- Poza murami Ir-Nadim nie będę miał jak cię chronić. - Mężczyzna rozłożył bezradnie ręce.

Emilia, na której twarzy pojawiły się odblaski obudzonego słońca uśmiechnęła się równie promiennie - Matka będzie…

Po czym zerwała się z objęć ukochanego, i zaczęła szybkimi ruchami przywdziewać pajęczą zbroję. 

- Niech wiatry Ylatha prowadzą cię w twej podróży. - Czarodziej pobłogosławił ją gestem, rysując w powietrzu symbol Boga Wiatru.

- Niech nici Tkaczki układają się w sprzyjający Ci wzór - odpowiedziała, w pełni odziana i gotowa do drogi. -Spotkamy się jeszcze...

- ...Jeśli Asha tak chce.- dokończyli oboje.