Chapter Text
Upadek Al-Betyl
Słońce leniwie wystawiało swoje płomienne oblicze zza pustynnych wzgórz, ogrzewając zmarznięte nocą mury Ir-Nadim. Promienie światła wspinałyby się jeszcze długo po wysokich oknach komnaty zarządcy miasta, gdyby nie przeraźliwy szept, mówiący tysiącem głosów, który wybudził młodego czarodzieja ze spokojnego snu.
-Al-Betyl upadło pod naporem Czarodziei…! - brzmiał ten nieludzki świergot.
Lious z Domu Duszy niechętnie zatrzepotał rzęsami walcząc z dociskającym je do siebie snem. Gdy wysiłek okazał się skuteczny, dostrzegł kogoś, kogo spodziewał się zobaczyć obok siebie w łożu. Emilia z Domu Wieczności stała w odrzwiach balkonu, suknia z czarnego jedwabiu powiewała w rytm z białymi włosami. Ostatni dech nocy żegnał się z nekromantką ponurymi wieściami. Duch unoszący się przed twarzą swojej pani, mimo swej nieumarłej natury, wyglądał na przerażonego, eteryczna twarz kobiety wygięta była w grymasie boleści i przerażenia.
Odgłos odsuwanych pościeli odwrócił uwagę kobiety od zjawy, jej blada twarz ozdobiona pajęczym tatuażem nie różniła się wyrazem od ducha. Policzki błyszczały od świeżych łez.
-Dom Wieczności upadł. - powiedziała dławiąco Emilia.
Czarodziej podszedł do balustrady balkonu, wpatrując się w horyzont. Bez wątpliwości, świt który wstawał, był krwawy.
-Dopięli swego, co? - odparł, czule spoglądając na swoją rozmówczynię.
-Oboje wiedzieliśmy, że tak będzie. - odpowiedziała, nie podnosząc wzroku - Dlatego ja i ty jesteśmy tutaj, a nie - skinieniem głowy wskazała majaczące w oddali odłamki niegdyś potężnej bariery chroniącej stolicę Domu Wieczności.
-Oni. - Lious wskazał nagłym gestem za siebie - Są głupi, a nie my!
-I co teraz?- zapytała białowłosa nekromantka w końcu patrząc swojemu kochankowi w oczy.
Ten odsunął się od niej, pocierając brodę w zamyśleniu.
-Nie zmieścimy tu wszystkich z Ahkh-Djetu. - powiedział mimowolnie, pomimo absurdalności tego stwierdzenia.
-Powinniśmy udać się wraz z resztą, stanąć do walki w tej głupiej sprawie-Emilia wypluła z boleścią, zaciskając alabastrowe pięści.
- Wróć do miasta i przekaż reszcie, żeby uciekali! - rzuciła do zjawy.
- Dokąd? Dokąd chcesz iść? - Głos czarodzieja również przesiąkł panującą w atmosferze beznadzieją.
- Ktoś musiał przeżyć, z pewnością udali się do Hereshu. Nekromanci używali go wcześniej jako samotni, to pustkowie a połączenie ze światem duchów jest tam mocne…- nekromantka z niewypowiedzianą tęsknotą wyjrzała przez balkon na zielone oazy miasta czarodziejów. - Podążą za Matką i będą bezpieczni… - wyszeptała pocieszająco do siebie.
- Tłumaczysz się, a nie masz z czego…-zauważył.
- Zostawiłam ich, zostawiłam braci i siostry na pastwę…- nienawiść, która płonęła w toksycznie zielonych oczach narastała z każdym słowem, gotowa by prysnąć i żreć jak kwas.
- Wiesz, że gdybym miał jakieś słowo w Radzie…-tym razem to Lious zaczął się tłumaczyć.
- Gdybyś je miał nie byłoby nas tutaj. - przerwała Emilia.- ale na placu, na stosie usypanym z drewna i siarki…
Ciepła, tak bardzo ciepła dłoń spoczęła na letnim policzku. Tylko tyle było w stanie wykrzesać jej rozgorączkowane ciało pojone pajęczym jadem, ale Lious nie narzekał, nawet jako lisz, ghul czy upiór, to wciąż była jego Emilia.
- Nie pozwolę. - mag ujął bladą pięść w drugą dłoń - by cokolwiek Ci zrobili, nie tutaj.
- Sto lodowych oddechów Simurghów nie powstrzyma gorączki, która toczy czarodziejów! Nie powstrzymasz ich! - dziewczyna protestowała.
- Nigdy nie interesowała mnie rada, ale jeśli trzeba…
- Będziesz się wspinał i wspinał po szczeblach szaleństwa, aż co? - Na bladych policzkach w końcu zawitał rumieniec, jaka furia targała czcicielką Ashy! - Jak daleko upadniesz? Pamiętasz Fahadę…?
- Pamiętam… - przyznał ponuro czarodziej.
- Muszę odejść, oni są słabi, nawet jeśli Anastazja przeżyła pogrom…- Na samą myśl o śmierci hierofantki dreszcz przeszył jej ciało.
- Poza murami Ir-Nadim nie będę miał jak cię chronić. - Mężczyzna rozłożył bezradnie ręce.
Emilia, na której twarzy pojawiły się odblaski obudzonego słońca uśmiechnęła się równie promiennie - Matka będzie…
Po czym zerwała się z objęć ukochanego, i zaczęła szybkimi ruchami przywdziewać pajęczą zbroję.
- Niech wiatry Ylatha prowadzą cię w twej podróży. - Czarodziej pobłogosławił ją gestem, rysując w powietrzu symbol Boga Wiatru.
- Niech nici Tkaczki układają się w sprzyjający Ci wzór - odpowiedziała, w pełni odziana i gotowa do drogi. -Spotkamy się jeszcze...
- ...Jeśli Asha tak chce.- dokończyli oboje.
