Work Text:
Nie powinien się z nim spotykać.
Ludzie różnie mówili o Hrabim Henryku. Szalony, natchniony, fałszywy, dziwny. Ale mało kto określiłby go jako ciekawskiego. Sam Henryk jeszcze do niedawna nie znał tej swojej strony.
A jednak rozkazał wczoraj Przechrzcie zaprowadzić się do obozu rewolucjonistów.
A jednak siedział tu teraz i czekał na spotkanie z człowiekiem którego myślał że już nigdy nie zobaczy. Którego nie chciał zobaczyć.
Nie powinien się z nim spotykać.
Czuł dziwne napięcie. Nie powinien bać się tego spotkania. Człowiek z którym miał się spotkać był przecież nikim. On jest przecież szlachcicem - hrabią!
A tamten to nikt. Zwykły mieszczanin: bez imienia, bez przodków, bez anioła stróża.
Pojawił się z nikąd, i Henryk wepchnie go tam, spowrotem, choćby to miała być ostatnia rzecz jaką zrobi!
Dźwięk dzwonu wyrywa go z zamyślenia.
Do komnaty wchodzi jeden z jego strażników:
- Jaśnie Wielmożny Panie, człowiek który miał się stawić, przybył i czeka.
A więc już nie ma odwrotu.
- Niech wejdzie.
Pankracy zmienił się bardzo od kiedy się ostatni raz widzieli. Jego blond włosy są teraz zabrudzone ziemią, ubrania jeszcze brudniejsze a twarz ma wyraz takiego zmęczenia które tylko człowiek który przeżył dużo może odczuwać.
A jego oczy... ah jego oczy, ciemne jak świeżo przeorana ziemia czy mocna kawa. Henryk mógłby się wpatrywać w te oczy godzinami i jeszcze nie być znudzony-
Nie. Stop. Te czasy już dawno mineły.
Henryk odwraca wzork i ma nadzieję że nie widać że się zarumienił.
Po chwilowej ciszy Pankracy w końcu się odzywa:
- Witam Hrabiego Henryka.
To słowo "hrabia" dziwnie brzmi w jego ustach.
Henryk wydaje mentalne westchnienie na swoje myśli i siada razem z gościem do stołu. Jak ma to zrobić to musi się ogarnąć.
- Dzięki ci, żeś zaufał domu mojemu, starym zwczajem piję zdrowie twoje. - bierze łyk z kielicha i podaje go Pankracemu
Gość bierze łyka i rozgląda się po komnacie. Na tylniej ścianie wisi rodowy herb Henryka. Zawiesza na mi wzrok:
- Jeśli się nie mylę, te godła czerwone i błękitne zowią się herbem w języku umarłych. - popija z kielicha - Coraz mniej takich znaczków na powierzchni ziemi.
- Za pomocą Bożą wkrótce tysiące ich ujrzysz.
- Otóż mi stara szlachta, zawsze pewna swego, dumna, uporczywa, kwitnąca nadzieją, a bez grosza, bez oręża, bez żołnierzy...
I tak rozmawiali i pili. I pili i rozmawiali. Wymieniali się obelgmi ubranymi w grzeczne słówka. Dyskutowali o społeczeństwie i o religii, o rewolucji i o arystokracji. A wino powoli znikało. Obydwaj mieli mocne głowy jednak po skończeniu drugiej butelki atmosfera zdecydowanie była mniej napięta.
- Zdrowie twoje ostatni hrabio! - zawołał Pankracy kończąc długi wywód na temat szlachty
Henryk był nie tylko lekko wstawiony ale jeszcze podirytowany ciągłymi przytykami i na dodatek sfrustrowany gdyż podchmielony Pankracy wyglądał jeszcze lepiej niż zwykle.
- Obrażasz mnie każdym słowem jakbyś sprawdzał czy nadam się na niewolnika, jeśli wygrasz. Przestań, bo nie mogę ci się odwdzięczyć, gdyż obiecałem ci nietykalność na tą rozmowę.
- Honor święty! Honor rycerski wystąpił na scenę. Zwiędły to łachman w sztandarze ludzkości. Znam cię, wiem że oszukujesz się trzymając stronę tej kasty. Ale w głębi ducha sam wiesz, że braci twojej należy się kara, a potem niepamięć.
Henryk wzdycha i wstaje od stołu. Idzie i staje oparty o ścianę pod swoim herbem. Pankracy wodzi za nim wzrokiem.
- Tobie zaś i twoim należy się coś innego niż kara? - pyta i patrzy jak tamten wstaje.
- Zwycięstwo i życie. Jedno tylko prawo uznaję i przed nim kark schylam - Pankracy podchodzi w stronę sciany - tym prawem świat bieży w coraz wyższe kręgi. Ona jest zgubą waszą i woła teraz przez moje usta - stanął przed Henrykiem - "Zgrzybiali, robaczywi, pełni napoju i jadła, ustąpcie młodym, zgłodniałym i silnym"
Stali już tak blisko siebię że Henryk czuł jego oddech na policzku. Pankracy spojrzał się mu w oczy.
- Ale - szepnął - ja pragnę cię wyratować. Ciebie jedynego...
To co stało się później, stało się tak szybko że Henryk w sumie nie wiedział jak to się stało. W jednej chwili stali potrząc sobie w oczy a w następnej usta Pankracego były na jego.
Hrabia stał w szoku tylko przez chwilę, a później odwzajemnił pocałunek.
Gdzieś z tyłu głowy wiedział że nie powinni tego robić. To jest przecież jego największy wróg... Ale słodki smak ust Pankracego, jego ręce w włosach hrabii, ich języki splecione w rozpaczliwym tańcu... To wszystko odganiało negatywne myśli w jego głowie.
Jego ręce zaczeły wędrować w dół koszulki Pankracego i zaczął ją podnosić-
BANG zabrzmiał dzwon i przywołał ich do zmysłów. Odskoczyli od siebie tak szybko jak dwa tak samo naładowane magnesy.
Przez chwilę patrzyli na siebie w osłupieniu.
- Nie powinniśmy tego robić.
- Henryku, proszę cię...
- NIE! Pankracy! Tak nie można, nie wolno, a ci którzy ten zakaz złamują wieki całe będą w piekle się smażyć.
- Nie musisz się ich słuchać. Co jeśli nie mają racji?
- To wiara moich przodków, mojej braci!
- Henryku proszę cię, porzuć tą wiarę która każe ci ukrywać swoją twarz prawdziwą!
- Pankracy...
- I tych panów którzy ciekawią się tylko swoimi pieniędzmi i końcem własnego nosa!
- Pankracy...
- Zostaw ich wszystkich i pójdź ze mną! Zbudujemy razem nowy pomnik, erę, trwalszą niż ze spiżu, gdzie nie będziemy już uciska-
- KRACY!
Dawno nieużywane imię, pierwszy raz użyte w tak ostrym tonie groźnie zawisło w powietrzu. Spojrzeli sobie w oczy.
- Kracy mój, wiesz dobrze że nie mogę tego zrobić. Honor mój nie pozwala mi, wiara nie pozwala. A tych wartości porzucić nie zdołam i nie chcę.
W oczach Pankracego coś zgasło i rzucił ostatni swój argument.
- Jeśliś znudzony życiem, przynajmniej ocal syna swego.
Henryk posmutniał widocznie.
- Dusza jego czysta, już ocalona w niebie.
- Odrzuciłeś więc? - spytał Kracy zawiedzionym głosem.
- Nie mogę przyjąć tej oferty. - wskazuje na portrety na ścianie - Spójrz na nich wszystkich. Przyjmując twą ofertę zawiódłbym ich wszystkich.
- Tak, tak chwała przodkom, lecz co to za przodki? Ten, starosta, baby strzelał po drzewach i Żydów piekł żywcem. Ten z pieczęcią w dłoni i podpisem „kanclerz” sfałszował akta, spalił archiwa, przekupił sędziów, trucizną przyśpieszył spadki. Stąd wsie twoje, dochody, potęga. Tamten, z ognistym okiem, cudzołożył po domach przyjaciół. Ten ze złotą czupryną, w kolczudze włoskiej, służył u cudzoziemców, a ta pani blada, z ciemnymi puklami, kaziła się z giermkiem swoim. Tamta czyta list kochanka i śmieje się, bo noc bliska. Tamta, z pieskiem na spódnicy, królów była nałożnicą. Stąd wasze genealogie bez przerwy, bez plamy. Lubię tego w zielonym kaftanie, pił i polował z bracią szlachtą, a chłopów wysyłał, by z psami gonili jelenie. Głupstwo i niedola kraju całego, oto rozum i moc wasza.
Henryk widocznie wzburzył się:
- Mylisz się, mieszczański synu. - Pankracy prychną z pogardą - Ani ty, ani żaden z twoich by nie żył, gdyby ich nie wykarmiła łaska, nie obroniła potęga ojców moich. Oni wam wśród głodu rozdawali zboże, wśród zarazy stawiali szpitale, a kiedyście z trzody zwierząt wyrośli na niemowlęta, oni wam postawili świątynie i szkoły, podczas wojny tylko zostawiali doma, bo wiedzieli, żeście nie do pola bitwy. Słowa twoje łamią się na ich chwale, jak dawniej strzały pohańców na ich świętych pancerzach, one ich popiołów nie wzruszą nawet, one zaginą jak skowyczenia psa wściekłego, co bieży i pieni się, aż skona gdzie na drodze. - dwrócił się do niego plecami - A teraz czas już tobie wyniść z domu mego. Gościu, wolno puszczam ciebie.
Panracy odwrócił się w stronę drzwi.
- Jak tak, to wychodzę! Do widzenia na okopach Świętej Trójcy. A kiedy wam kul zabraknie i prochu…
- To się zbliżym na długość szabel naszych. Do widzenia.
Patrzyli jeszcze na siebie przez chwilę, jakby czekając, żeby drugi uległ i żeby nie musieli się rozstawać. W końcu Pankracy, westchnął i ruszył w stronę drzwi. Wychodząc rzucił tylko:
- Przechodząc próg ten, rzucam nań przeklęstwo, należne starości. I ciebie, i syna twego poświęcam zniszczeniu.
Henryk w milczeniu wodził tylko za nim wzrokiem.
•○•○•○•○•
W czasie bitwy tylko raz się widzieli. Henryk stał wtedy na murach, a Pankracy zajęty był podrzynaniem gardła jakiegoś szlachcica.
Kiedy było już po wszystkim, Pankracy nigdzie jednak go nie mógł dostrzec. Omiótł wzrokiem grupę arystokratów w łańcuchach. Pyta pierwszego z brzegu:
-Twoje imię?
- Krzysztof na Volsagunie
- Ostatni raz go wymówiłeś. - spojrzał na następnego - A twoje?
- Władysław, pan Czarnolasu.
- Ostatni raz go wymówiłeś.
Powtórzył to jeszcze kilka razy po czym poddał się i zwrócił się do Leonarda, swojej prawej ręki:
- Oddaję ci wszystkich, niech ich krew płynie dla przykładu świata - jeszcze raz omiótł wzrokiem zgromadzenie - a kto z was mi powie, gdzie Henryk, temu daruję życie.
Szlachcice spojrzeli po sobie w zdziwieniu.
- Zniknął przy samym końcu - odezwało się kilka osób
Odezwał się jeden z nich w ostatnim z momentów by przejść na ich stronę. Pankracy w pół tylko go słucha i odpowiada, każąc zabrać stąd tych ludzi. Dużo ważniejszą sprawę ma teraz na głowie.
- Gdzie Henryk? Czy kto z was nie widział go żywym lub umarłym? - ogląda się po armi rewolucjonistów. - Wór pełny złota za Henryka, choćby za trupa jego!
Powoli czuje że ogarnia go panika. Gdzie on może być? Przecież musi gdzieś być!
Widzi oddział schodzący z murów.
- A wy nie widzieliście Henryka?
- Obywatelu wodzu, udałem się za rozkazem generała Bianchetti ku stronie zachodniej szańców, zaraz na początku wejścia naszego do fortecy, i na trzecim zakręcie bastionu ujrzałem człowieka rannego i stojącego bez broni przy ciele drugiego. Kazałem podwoić kroku, by go schwytać, ale nim zdążyliśmy, ów człowiek zeszedł trochę niżej, stanął na głazie chwiejącym się i patrzał chwilę obłąkanym wzrokiem, potem wyciągnął ręce jak pływacz, który ma dać nurka, i pchnął się z całej siły naprzód. Słyszeliśmy wszyscy odgłos ciała spadającego po urwiskach, a oto szabla, znaleziona kilka kroków dalej.
Pankracy wziął szablę do ręki. Tak, to jest szabla Henryka. A to znaczy...
- To szabla hrabiego Henryka - wciąż słowo "hrabia" dziwnie mu leżało w ustach - on jeden spośród was dotrzymał słowa. Za to chwała jemu, giliotyna wam.
Odwrócił się i razem z Leonardem wszedł na basztę. Chłopak wspomina coś o odpoczynku. Pankracy mu odpowiada. Jednak to wszystko dzieje się dla niego jakby zza zasłony. Odpowiada, ale nie wie co ani na co.
Nagle coś czuje. Nie, kogoś.
- ślisko tu od krwi ludzkiej. Czyjaż to krew Za nami dziedzińce zamkowe, sami jesteśmy, a zda mi się, jakoby tu był ktoś trzeci.
- Chyba to ciało przebite. - odpowiedział Leonard
- Ciało jego powiernika, ciało martwe, ale tu duch czyjś panuje, a ta czapka, ten sam herb na niej, dalej, patrz, kamień wystający nad przepaścią, na tym miejscu serce jego pękło.
Czuje go. Widzi prawie. Wie, że tam jest. Ale czemu? Co tu robi? Czeka na coś? Na kogoś? Czemu-
- Bledniesz, mistrzu. - słowa jego prawej ręki na chwilę go wyrwały z szaleńczych myśli, ale tylko na chwilę:
- Czy widzisz tam wysoko, wysoko?
Widział go. Stał tam. Czekał na niego. Lecz obok niego...
- Stoi tam. Taki piękny. Czeka na mnie?
- Co się z tobą dzieje? co tobie jest?
- Czy mi wybaczy? Czy mi pozwoli obok siebie być choć przez chwilę?
Pankracy osunął się na Leonarda.
- O mistrzu mój! - Leonard odwraca się i woła do zebranych na dole - Hej! obywatele! Hej! bracia! Demokraty, na pomoc! Hej! ratunku! Pomocy! Ratunku!
Pankracy uśmiechną się delikatnie:
- Tu vicit, formosum nobilem.
I skonał w końcu, łącząc się ze swoim kochankiem.
