Work Text:
Już teraz wiem, że dni są tylko po to
By do Ciebie wracać każdą nocą złotą
Odłożył długopis na biurko i wyciągnął ręce nad głowę żeby rozprostować obolałe od siedzenia plecy. Jego wzrok padł na kalendarz wiszący na ścianie. Ostatnimi czasy bardzo często na niego patrzył, jakby liczył na to, że samo patrzenie na narysowane kratki przyspieszy czas oczekiwania.
Jeszcze trzy miesiące. westchnął cicho wracając wzrokiem do wypełnianych papierów. Nienawidził papierologii z całego serca. Był spontaniczny i w gorącej wodzie kąpany a dokumenty próbowały go zatrzymać w miejscu, w jakichś określonych przez Vongole, nieznośnych ryzach. Przesunął wzrokiem po przyczepionych do korkowej tablicy kartkach. Krótkie notatki, najczęściej pisane w biegu, na kolanie, przez co były nie do rozszyfrowania. Nawet jeśli były po japońsku. Wpatrując się zbyt długą chwilę w odręczne pismo Hayato, dopiero po kilku sekundach zauważył jak bardzo zapiski różnią się między sobą. Na części kolorowych karteczek widniał alfabet łaciński, a złożone z niego słowa w żadnym stopniu nie przypominały angielskiego, którego kiedyś się uczył. Uśmiechnął się do siebie. Czasami umykał mu fakt, że dla Hayato bardziej naturalnym językiem jest włoski a nie japoński. W końcu to tam się urodził i w tym języku wychował.
Gdzieś między notatkami zauważył jakiś rysunek przedstawiający Uriego. Jeśli dobrze pamiętał narysowała go Kyoko jak jeszcze byli dziećmi i wydawało im się, że cała mafia, o której mówił Reborn, to tylko niewinna zabawa .
Zaczął szukać po blacie biurka karteczek samoprzylepnych. Gokudera zawsze miał tego dużo. Był bardzo zorganizowany i nie wyobrażał sobie życia bez robienia wszelkiego rodzaju zapisków i notatek. Musiał mieć wszystko zaplanowane co do minuty, inaczej się gubił, nie umiał funkcjonować i stawał się rozdrażniony. Przeszukując kolejne szuflady biurka po twarzy Yamamoto błąkał się lekki uśmiech na samo wspomnienie gdy Gokudera, nic nie mówiąc, podszedł do niego i nakleił mu karteczkę na czoło. Miały one zazwyczaj proste przekazy, to po prostu Takeshi ciągle zapominał o swoich obowiązkach.
Otworzył jedną z kolejnych szuflad w biurku. Może i nie znalazł w niej karteczek ale w jego ręce trafiła kolejna rzecz mocno przypominająca mu strażnika burzy - otwarta paczka papierosów. Patrzył chwilę na opakowanie. Ulubiona marka Hayato.
Paczka papierosów leżąca w szufladzie po chwili znalazła się na biurku. Yamamoto szybko wyciągnął jedną z fajek i zaczął ją obracać w palcach. Nienawidził papierosów. Od małego robiło mu się niedobrze od samego zapachu tanich papierosów jakie paliła nieżyjąca już babcia. Te jednak były inne. Różniły się już na poziomie estetycznym. Tanie papierosy, które kojarzył z dzieciństwa, były zawinięte zawsze w cienki biały papier, który bardzo łatwo się rwał i rozpadał.
W tej samej szufladzie znalazł zapalniczkę. Wyciągnął ją i zapalił trzymanego w palcach papierosa bez większego zastanowienia. Siedział przez chwilę obserwując z satysfakcją jak papier i tytoń nikną powoli w płomieniu. Do jego nozdrzy dotarł znajomy zapach. Nadal uważał, że dym papierosowy śmierdział, jednak przez ułamek sekundy poczuł się jakby ktoś go obejmował od tyłu. Odwrócił głowę gwałtownie ale nikogo za sobą nie zastał. Westchnął cicho. Trzy miesiące rozłąki, czy zaczynał już wariować? Niby byli w kontakcie, na co dzień wymieniali się krótkimi wiadomościami a gdy Gokudera miał możliwość skontaktować się z Vongolą dzwonili do siebie by chociaż na kilka minut się usłyszeć. Jeszcze kolejne trzy miesiące. Powtórzył w głowie jak mantrę, która miała go utrzymywać przy zdrowych zmysłach. Trzymając w dwóch palcach papierosa, podniósł go do góry i przyłożył do ust. Wiele razy widział jak Hayato palił, nie mogło to być takie trudne. Spróbował się zaciągnąć jednak jego płuca sportowca nie były przyzwyczajone do używek tego typu. Po jednym nieudolnym wciągnięciu dymu tytoniowego zaczął się krztusić i dusić. Zaśmiał się ocierając wierzchem dłoni załzawzione od wysiłku oczy.
- jak on to znosi? – mruknął przyglądając się białemu dymowi unoszącemu się w powietrzu. – aj cholera – mruknął strzepując szybko z leżących na blacie papierów popiół. Odłożył nadal zapalonego papierosa na popielniczkę stojącą w rogu biurka.
Przyłożył dłonie do twarzy opierając się łokciami na blacie stołu. Wracaj szybko. Proszę. Pomyślał. Potarł twarz dłońmi czując, że oczy go zapiekły. Podskoczył na krześle gdy coś ciężkiego opadło na kolana. Spojrzał w dół prosto w duże niebieskie ślepia Akity Inu, obserwujące go z dołu wymownie. Zatracony w rozmyślaniach nawet nie usłyszał, że pies przemieścił się ze swojego posłania pod jego nogi. Jego ogon poruszał się wolno po podłodze. Zastrzygł uszami jakby chciał mu coś powiedzieć.
-wiem Jiro, że to niezdrowe. - westchnął wsuwając palce w miękką sierść Akity. Zwierzę przymknęło ślepia mrucząc cicho. - ale to silniejsze ode mnie.
*
Po przekroczeniu progu mieszkania odetchnął. Otoczyła go znajoma mieszanina zapachów, które mógł nazwać domem . Szybko ściągnął szybko buty i z ulgą poluźnił krawat. Kolejna misja zakończona z sukcesem pomimo odniesionych ran, nigdy się nie skarżył. Była to dla niego codzienność, coś z czym wychowywał się od najmłodszych lat.
- wróciłem! - zawołał. Na początku odpowiedziała mu cisza na co wywrócił oczami. Pora była już późna ale nie podejrzewał, że Yamamoto już spał. Zawsze siedział do późna a potem miał problem z wstaniem rano.
Uri miauknął głośno i zjeżył ogon na dźwięk cichego szczeknięcia i odgłosu uderzania pazurów o drewniane panele. Kremowy kociak przebiegł między nogami właściciela starając się uciec przez przyjacielskim Jiro, który jak zawsze chciał się z nim czule witać. Mężczyzna pokręcił lekko głową.
Zwierzaki z pudełek idealnie ich odzwierciedlały. Uri był indywidualistą, lubiącym chodzić własnymi drogami, natomiast Jiro był wielkim kłębkiem szczęścia szukającym kontaktu i miłości wszędzie gdzie się tylko dało. Wiele razy Hayato musiał przerwać pracę, bo pies wybrał go sobie jako partnera do zabawy i nawet Yamamoto nie był w stanie go przekonać by odpuścił.
Gokudera ukucnął by przywitać się z psem, który stał przed nim merdając żywo ogonem. Niebieskie ślepia wydawały się błyszczeć z radości widząc go ponownie w domu.
- dbałeś o niego? - zapytał przesuwając palce przez jasną sierść Akity na co zwierze zamruczało jakby chciało przytaknąć. Uri tylko prychnął cicho i zniknął w głębi mieszkania. Zapewne zaszył się gdzieś w pobliżu kaloryfera. Po sześciu miesiącach towarzyszenia swojemu właścicielowi w końcu mógł się odizolować i odpocząć.
Fakt, że Yamamoto nie przybiegł za swoim psem był zadziwiający, jednak szarowłosy pezyjął to ze spokojem kierując swoje pierwsze kroki do łazienki. Będzie mógł sprawdzić czy jego chłopak faktycznie już śpi jak tylko zmyje z siebie cały brud misji.
Ściągnął z siebie szybko krawat, marynarkę i zaczął rozpinać koszulę, która jeszcze nie tak dawno, była biała. Z obrzydzeniem rzucił ją na podłogę. Cały czas starał się nie patrzeć w wiszące na ścianie lustro. Przez ostatnie 10 lat jego ciało uległo znacznym zniszczeniom z czym tak naprawdę nie mógł się pogodzić. Cała jego skóra w wielu miejscach była naznaczona białymi bliznami pozostałych po rozcięciach, po lewej stronie brzucha widniała rozległa pomarszczona skóra zdradzała, że kiedyś było tam silne poparzenie.
Teraz doszła kolejna. Syknął cicho ściągając z ramienia zakrwawiony bandaż. Próbował ją zszyć w trakcie misji tak jak potrafił najlepiej. Nie był jednak lekarzem, dlatego już w drodze powrotnej kontaktował się z Ryoheiem, żeby go prosić o pomoc. Strażnik słońca obiecał, że przyjedzie do nich nad ranem, bo sam był aktualnie w rozjazdach.
Po szybkim prysznicu i zabandażowaniu rany świeżym materiałem ruszył w końcu w stronę sypialni. Niczego nie pragnął bardziej niż położenia się we własnym łóżku, wtulenia we własną poduszkę i wsłuchania się w cichy oddech leżącego obok niego maniaka baseballa.
- yakyu baka… - westchnął cicho a w jego głosie nie było ani trochę jadu czy niezadowolenia z sytuacji jaką zastał w pokoju. Te dwa słowa, bardzo często używane w kłótniach, opuściły jego usta z zadziwiającą czułością i miękkością co nawet jego zaskoczyło. - A mówiłem ci żebyś się nie przemęczał. - burknął pod nosem tym razem lekko zirytowany głosem.
Strażnik deszczu siedział przy jego biurku z głową opartą na ramionach. Równomierny, cichy oddech zdradzał, że chłopak zasnął w trakcie pracy. Na blacie leżały porozrzucane, nadal nie do końca wypełnione, papiery. Wzrok szarowłosego padł na popielniczkę stojącą obok. Leżało w niej kilka spalonych papierosów, wśród których jeden cały czas się tlił i wypuszczał z siebie niewielką ilość dymu. Jedna z brwi Gokudery uniosła się. Takeshi nigdy nie palił papierosów, zawsze się brzydził i ganił go za ilość wypalanych w ciągu dnia fajek. Musiał strasznie tęsknić przez te sześć miesięcy skoro okupował jego biurko i marnował jego papierosy. Nachylił się w końcu i pocałował go lekko nad uchem zatrzymując się w tej pozycji na dłuższą chwilę. Na jego twarz pojawił się delikatny uśmiech gdy do jego nozdrzy doszedł dobrze znany zapach mydła i proszku do prania.
- wróciłem.
