Work Text:
— Jeśli mama oskarży nas o podpalenie firanki, weźmiemy to na klatę jak dorośli faceci i podzielimy się winą na pół. Wiesz, tak fifty-fifty...
Pół roczne dziecko z uśmiechem przytaknęło. Rzecz jasna nie zrozumiało ani słowa, ale manipulacyjne metody Jamesa Pottera osiągnęły pożądany efekt.
Albowiem Harry, gdy mówiono do niego kojącym głosem, zawsze ochoczo przytakiwał.
Owa firanka, którą Lily dostała od matki, zmieniła swój kremowy kolor na mocną czerń. Odpruta koronka zwisywała nad podłogą, na którą kapała woda z przemoczonego materiału.
— Dobrze, że udało mi się rzucić Aquamenti. — James przetarł dłonią spocone czoło i jeszcze przez krótką chwilę był z siebie dumny.
Szybko jednak pozytywne uczucie zostało zastąpione lękiem. Lękiem przed żoną.
— Ona mnie zabije! — Wiedział, ile ta ozdoba dla niej znaczyła.
Harry wydał z siebie wysoki pisk.
— Tak, Harry, tak. — Pogłaskał syna po główce. — Już po mnie — westchnął. — Ale nie martw się, — spojrzał synowi w oczy — zapewniam cię, iż wujek Syriusz uczyni z ciebie zacnego psotnika... po tym jak Lily wykopie mi grób.
Harry pisnął rozbawiony.
— A jeśli nie Syriusz, to wujek Peter, bo w wujku Remusie nie pokładam nadzieji. On wiecznie tylko siedzi nad książkami.
Malec zaśmiał się.
— To nie jest śmieszne. — James pogroził palcem.
Harry ochoczo go chwycił i pociągnął do siebie.
— Widzę, że ci się nudzi, Mistrzu. Opowiem ci pięćdziesiąt ciekawostek.
Mężczyzna zgasił światło, po czym kontynuował.
— Wiedziałeś, iż nieprzeciętną urodę dziedziczysz właśnie po mnie? — Przełożył Harrego z prawego ramienia w lewe. — Ciekawostka numer dwa: wiesz jak nazywał się ten bystry czarodziej, który miał pozycję Ścigającego w drużynie? Odpowiedź brzmi: ty, tato. — Przeczesał dłonią czuprynę. — Trzecią ciekawostką jest... — Nie dokończył, gdyż listopadowy wiatr mocno uderzył w szybę.
James zadrżał.
— Wiesz, co by mama powiedziała? — zapytał po minucie stania w ciszy.
Harry nie słuchał. Był pochłonięty podziwianiem kolekcji porcelanowych figurek na szawce nieopodal.
— Powiedziałaby, że zło się zbliża wielkimi krokami. — James uśmiechnął się pod nosem.
Znał charakter żony. Parę dni temu rzuciła zaklęcia ochronne na dom. Wynikiem miało być całkowite ukrycie domu przed wszelkimi oczami. Nawet wiatr nie powinien przedrzeć się przez barierę. No chyba, że zostaliby zdemaskowani.
— Ale nie się co martwić. — Podrapał syna po nosie. — Jesteśmy dobrze chronieni.
Harry zakwiczał.
— Pora na drzemkę, co?
Podszedł do dziecięcego łóżeczka i odstawił malucha za szczeblami. Odszedł do innego pokoju, ale po dziesięciu sekundach wrócił z niebieskim kocykiem w kratkę. Okrył syna, zaśpiewał mu kołysankę i zgasił światło.
Harry twardo spał.
Wkrótce w mieszkaniu rozległo się pukanie do drzwi.
James pobiegł do przedpokoju i otworzył zamki.
— W wejściu stoi najpiękniejsza kobieta świata. — Oparł się o filar i mrugnął do brązowookiej.
Na twarzy rudowłosej pojawił się delikatny uśmiech. Tego potrzebowała po dziewięciu godzinach pracy.
Przytuliła Jamesa.
— Dziękuję — wyszeptała mu do ucha. — Właśnie to chciałam usłyszeć. — Odsunęła się. — Dobrze wiedzieć, że prawisz mi komplementy nie tylko wtedy, kiedy puszczasz plamę. — Odwiesiła kurtkę na haczyku i wesołym krokiem skierowała się do kuchni.
W połowie drogi, jednak przystanęła.
— Nic nie zrobiłeś, prawda? — Przymrużyła oczy.
— Liliś... Ja? — Rozłożył ramiona. — Skądże znowu?
Ona skrzyżowała ręce na piersiach i rzuciła przeszywające spojrzenie.
— Nie zdziw się, gdy zobaczysz firankę. — Przgryzł wargę, zdenerwowany. — Chociaż nie musisz jej wcale oglądać, nie chcę byś źle spała — dodał, głaszcząc jej ramię.
Lily zrzuciła rękę Jamesa i szybko udała się do salonu.
— Potter! — Wrzasnęła rozwścieczona. — Co. To. Jest? — Wskazała na zniszczony materiał.
Oczy wyrażały niedowierzenie, a dłonie złożyła tak, że palce były szeroko rozłożone.
— Kochanie, co robisz? Wyglądasz, jakbyś coś ściskała. — Zaśmiał się.
— W mojej wyobraźni twoją szyję — wysyczała.
Mężczyzna wykonał dwa kroki do tyłu.
Tymczasem Lily dwa do przodu.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Bohaterowie spojrzeli na siebie pytająco. Nie spodziewali się gości.
— Kocham cię. — James podszedł i skradł całusa żonie. — Otworzę.
Lily rozluźniła się.
Potter leniwie szedł do przedpokoju, zastanawiając się, dlaczego mugole tak uparcie odmawiają używania sowich piór podczas pisania, ale tak chętnie spożywają „Ptasie Mleczko". Usłszał od Lily, że sowy najczęściej zamieszkują las i rzadko spotyka się osobę, posiadającą taką.
— „Ptasie Mleczko" to mięso z sowy, nie? Leśniczy muszą zbijać na nich fortunę — mruknął pod nosem.
Dłoń Jamesa spoczęła na gałce od drzwi. Przekręcił ją, popchnął i dopiero wtedy ukazała się jemu zgarbiona, zakapturzona postać. Długa peleryna ciążyła na plecach włóczykija.
— Jak mogę pomóc? — Życzliwie spytał nieznajomego.
Spod czarnego płaszcza wyłoniła się blada ręką, mocno ściskająca różdżkę.
— Avada Kedavra!
Przeraźliwy krzyk szybko dobiegł do uszu Lily. Wymierzyła różczkę w Harrego Pottera. Pospiesznie wymamrotała ochronne zaklęcie. Oparła się plecami do łóżeczka, celując zaklęcia w stronę wejścia do salonu.
Przełknęła ślinę.
Bardzo trudno było jej uwierzyć, iż to jej ostatni wieczór.
