Chapter Text
Tsunayoshi klęczał na ziemi. Jego ciemny garnitur był w niektórych miejscach podarty, w innych brudny od krwi, kurzu i pyłu jaki wzbijały się w powietrze. Jego twarz kolorem przypominała kartkę papieru, oczy szeroko otwarte, wzrok wbity w pustą przestrzeń przed sobą. Mamrotał coś pod nosem czego Gokudera w pierwszej chwili nie mógł dosłyszeć i zrozumieć.
Gdy wzrok szarowłosego chłopaka padł na ręce szefa poczuł jak grunt osuwa mu się spod stóp.
Yamamoto leżał w ramionach Tsuny. Głowa bezwładnie opadała do tyłu, jedna nieruchoma ręka opierała się o szary beton. Hayato modlił się w duchu by się poruszył. By otworzył brązowe oczy, spojrzał na niego i powiedział, że znowu zrobił coś głupiego przez co znowu musi się o niego martwić. Zaśmiałby się głośno po czym zwinął z bólu za co Gokudera by na niego nakrzyczał.
- Yamamoto-kun… Yamamoto-kun… - mruczał Tsuna pod nosem jak mantrę. Wydawało się że nie zauważył obecności strażnika burzy. Pusty wzrok wbity przed siebie w nicość, dłonie zaciskające się bezwiednie na trzymanym ciele. Nie wiedział co się stało i jak do tego doszło. Jak mógł temu zapobiec? Był Juudaime, powinien dbać o swoich podwładnych a nawet do tego się nie nadawał… nawet to spieprzył. W końcu jego ksywka w szkole nie wzięła się znikąd.
- Juudaime! - zawołał Hayato a wzrok klęczącego chłopaka podniósł się powoli do góry. Gdy zobaczył przyjaciela przed sobą oczy mu się zaszkliły od łez.
Strażnik burzy widział naprawdę wiele. Z ich trójki był najbardziej przyzwyczajony do zabijania. Ile miał lat gdy pierwszy raz pozbawił kogoś życia? Siedem? Może osiem. co prawda z Tsuną przeżyli już dziesiątki misji, zarówno brutalnych jak i tych mniej, ale pierwszy raz w życiu widział go w tak złym stanie.
- Gokudera… ja… - zaczął cicho Sawada ale Hayato wyjął z jego ramion ciało strażnika deszczu bez słowa. Gdyby teraz się odezwał mógłby tego żałować do końca życia. Dopiero w tej chwili zauważył jak bardzo ręce mu drżą.
Chwycił Takeshiego delikatnie za brodę przyglądając się mu uważnie. Tak samo jak ubranie Tsuny, jego ubranie było zniszczone i brudne od pyłu i jego własnej krwi. Ile jej stracił? Nie był w stanie ocenić chociaż pod ich nogami była widoczna nie tak mała kałuża. Jego twarz, ta piękna twarz, którą pokochał całym sercem, była bielsza od papieru a usta zaczynały przybierać niepokojący siny odcień. Na jego policzku widniały smugi rozmazanej posoki, które przerażająco kontrastowały z jasnym kolorem skóry.
Policzek był zimny. Przerażająco zimny… wręcz lodowaty.
-Yamamoto? - poklepał delikatnie chłopaka po twarzy, próbując go obudzić. - Yakyubaka ?! - przysunął dwa palce do jego szyi.
Nie, nie, nie, proszę nie… przesuwał palcami po zimnej skórze starając się wyczuć chociaż najlżejszy puls. Nic takiego nie znalazł, nieważne jak bardzo zmieniał nacisk w miejscach gdzie w szyi Yamamoto znajdowały się żyły. Przytulił go do siebie starając się wyczuć puls czując jak po policzkach zaczynają płynąc gorące łzy. Kiedy pojawiły się w jego oczach? Nie miał pojęcia.
Ile razy myślał o tym, że nie powinien się angażować. Że powinien trzymać uczucia na wodzy, nie dać się zwieść głupim amorom, zachowywać się profesjonalnie. Wiedząc, że ich życie jest pełne niebezpieczeństw i każda misja może być tą ostatnią, powinien już dawno zamknąć serce na miłość. A jednak pozwolił się zwieść. Pozwolił by te usta całowały go na dzień dobry i dobranoc, pozwolił choć przez chwilę poczuć się komfortowo i zapomnieć o okrutnym świecie. Yamamoto był ucieczką.
Łzy Hayato płynęły bez końca. Zatkany nos nie pozwalał na złapanie powietrza przez co płuca paliły go żywym ogniem. Po raz kolejny wszystko co kochał zostało mu odebrane. Życie dobitnie próbowało mu pokazać, że nie zasługuje na komfort i miłość. Że każdy kto obdarzy go chociaż nikłym uczuciem zginie - prędzej czy później.
- Nie chcę takiego życia… - szepnął Tsuna wbijając wzrok gdzieś w przestrzeń. Cała pewność siebie, jaką wypracował przez ostatnie lata, zniknęła w jednej chwili. Ponownie czuł się jak czternastoletnia wersja siebie próbująca uciekać za każdym razem gdy życie stawiało przed nim wyzwania.
Był w szoku. Miał ochotę płakać a żołądek skręcał mu się boleśnie sprawiając, że zbierało mu się na wymioty. Sprawy przybrały bardzo zły obrót. Nie spodziewał się, że konflikt z mafią ze słowiańskiego podwórka będzie aż tak krwawy. Może gdyby nie rozdzielili się z Xanxusem, może gdyby Gokudera dostał wiadomość kilka minut wcześniej, może wtedy zapobiegli by najgorszemu.
- Nie chcę takiego życia… chcę do domu… - wyrzucał z siebie z łapiąc gwałtownie powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg. - niech to się wszystko skończy… błagam. - Hayato nie patrzył na niego skupiony na krótkich ciemnych włosach, w które wtulał twarz. Tak często się nimi bawił gdy Takeshi leżał z głową na jego kolanach grając w coś na swoim telefonie.
- Juudaime… - zaczął spokojnie Gokudera nadal nie patrząc na niego. - coś ty najlepszego narobił? - w tym momencie nie obchodziła go hierarchia. Nie obchodziło go nic. Nawet nie podniósł głosu co dla Tsuny było chyba najstraszniejsze. Sawada nie poruszył się nawet na centymetr. Zaciągnął się powietrzem starając się nie wybuchnąć histerycznym płaczem. Wolał by Gokudera na niego nakrzyczał, wytknął mu wszystkie błędy, nazwał nieudacznikiem, który nie nadaje się na Dziesiątego.
- ja…
- co ty?! - Hayato w końcu krzyknął nadal przyciskając do siebie martwe ciało tego cholernego maniaka baseballa. Tsuna nic nie powiedział. Spuścił głowę zaciskając powieki najmocniej jak tylko mógł i chwycił się za głowę modląc się o zniknięcie z tego świata. To on ich wszystkich w to wciągnął. To jego wina.
Hayato nie czekał na odpowiedź. Zaczął się rozglądać desperacko wkoło.
- Ryohei. Gdzie jest do cholery Ryohei?!
- Gokudera-kun… on nie…
- Zamknij się. Zamknij się do cholery! - krzyknął a jego głos załamał się gdzieś w połowie wypowiedzi. Nie chciał tego usłyszeć.
- Gokudera-kun on nie żyje… - głos Sawady gwałtownie zmienił brzmienie z nową falą łez.
Gokudera o tym wiedział. Wiedział o tym zbyt dobrze. Przecież czuł jak jego ciało ciążyło mu w ramionach. Jak robiło się coraz bardziej zimne, sztywne i pozbawione życia.
