Work Text:
Adam ziewnął. Nie było to co prawda zjawiskiem rzadkim, wręcz przeciwnie, Adam zdawał się ziewać bardzo często, otwierając przy tym szeroko usta lub nieumiejętnie przysłaniając je dłonią w kiedyś białej, teraz już kremowej, żeby nie powiedzieć żółtej, rękawiczce. Wszystko zależało oczywiście od sytuacji i od towarzystwa, jednak wśród na wpół pijanych rewolucjonistów petersburskich praktycznie leżący na fotelu Mickiewicz stracił już chyba wszelkie skrupuły bo ziewnął przeciągle, przeciągając się przy tym jak kot, czym zasłużył sobie na dobrotliwy uśmiech posłany mu przez krzątającego się wśród gości Puszkina. Krzepki Rosjanin z zadziwiającą, biorąc pod uwagę ilości alkoholu, jakie w siebie wlał, gracją balansował między ledwie trzymającymi się na nogach gośćmi, dolewając im wina. Adam patrzył na całe widowisko z wyraźnie rosnącym zniecierpliwieniem.
— Aleksandrze, jemu chyba już starczy — ocenił krytycznie, spoglądając na praktycznie nieprzytomnego Rylejewa, któremu Puszkin podtykał pod nos napełniony przez siebie kieliszek. Aleksander wzruszył ramionami, ale posłusznie odstawił butelkę. — Mieli wpaść tylko na pół godziny.
— Czas jest pojęciem względnym — odpowiedział krótko Puszkin, próbując udobruchać Adama rytmicznym gładzeniem jego poplatanych włosów. Mickiewicz gniewnie strącił jego rękę.
— Obiecałeś, że będziemy sami.
— Byliśmy… przez chwilę… Adam, nie obrażaj się na mnie.
Litwin przewrócił oczami i ostentacyjnie przesiadł się na pobliski fotel. Puszkin pokiwał głową i z wyrozumiałym uśmiechem wcisnął Adamowi herbatę, którą ten nieufnie przyjął.
— Musisz przestać urządzać takie — Mickiewicz wykonał nieokreślony ruch ręką. — Libacje! To przecież nie do pomyślenia!
— Uspokój się.
— Słyszą ich aż w Moskwie — ciągnął Adam. — Naprawdę, któregoś dnia nas nakryją, a Bestużew do reszty zedrze sobie gardło…
— Dramatyzujesz.
Adam z przesadną ostrożnością odłożył porcelanową filiżankę i stanął na fotelu.
— Zabijmy cara! Zabijmy cara! — wrzasnął, wymachując przy tym zerwaną z szyi chustką. Rylejew ocknął się i mruknąwszy coś, co przypominało „polać mu!” opadł z powrotem na kanapę. Puszkin wzniósł oczy do nieba. Adam z satysfakcją zwinął się na fotelu.
— Przysięgam, jesteś niemożliwy — stwierdził finalnie Aleksander.
— Gdzie idziesz? — głos Adama zdradzał niepokój, chociaż złośliwy uśmiech nie schodził mu z twarzy. Puszkin wymijająco machnął ręką. Po krótkiej szamotaninie w przedpokoju pojawił się opatulony w stanowczo za duże na niego futro, dzierżąc w dłoni podobne, jeszcze większe i, jak się okazało, przeznaczone dla Adama.
Mroźne powietrze szczypało gderającego Mickiewicza w nos a nieznaczna warstwa śniegu pod ich stopami zdążyła już urosnąć w jego wyobraźni do rozmiarów wysokich za kolano zasp. Puszkin ujął go pod rękę.
— Miałeś nauczyć mnie mówić po polsku — napomknął, głaszcząc miękki materiał Adamowego futra. Mickiewicz wzruszył ramionami. Chociaż Adam znał język rosyjski, rozmawiali ze sobą po francusku.
— Zapominam polskiego — odpowiedział krótko starszy poeta. Puszkin spojrzał na niego zdumiony. — Śnieg pada.
Delikatne płatki opadły na kruczoczarną czuprynę Aleksandra, upodobniając je do przetykanych siwizną włosów Adama.
— Gdzie dawniej źrenicami oświecane twemi — zaczął z wahaniem Mickiewicz. — Kwiaty wychodziły godne archanielskiej skroni,
Potem rwałem ci bukiet na tej samej błoni,
Pomięszany z piołunem z wierzby płaczącemi.
Kiedy ją chwast i blekot na zawsze zaciemi,
Za cóż się czysty kwiatek na niej płoni —
I wtenczas bukiet przyjmij, niegodzien twej dłoni,
Lecz zrósł na poświęconej twym pobytem ziemi.
— Niedługo wyjeżdzasz, prawda?
Adam skinął głową. Palce Puszkina przesunęły się po przedramieniu Mickiewicza, żeby złączyć się z jego własnymi.
— Mogę cię nauczyć czterech słów po polsku jeśli obiecasz, że przestaniesz mnie męczyć — mruknął po namyśle Adam ze wzrokiem uparcie utkwionym w ich splecionych dłoniach. Aleksander podniósł głowę i objął spojrzeniem ostro zarysowany profil Adama, zatrzymując się dłużej na ulubionej krzywiźnie nosa. Mickiewicz spojrzał mu w oczy. — Będę za tobą tęsknić.
