Chapter Text
Spocony koński kark mienił się w słońcu blaskiem podobnym do odbijanego przez leniwie przelewające się wody Niemna. Tęten kopyt, śmiejące się gałązki mijanych drzew, dźwięczący ekwipunek, zmęczony oddech – ballada ostatnich ostatnich godzin. Radość z przełamania rutyny i chwilowy pęd adrenaliny szlachcic zostawił za sobą dwa kilometry temu, teraz podróż wydawała się być równie nużąca, jak jeszcze parę godzin temu, kiedy z dwukonnej bryki obserwował wycofujące się zabudowania miejskie. Nie pamiętał, kiedy ostatnim razem podróżował tak długo na oklep, kiedy w ogóle tak długo podróżował wierzchem. Tak, ostatnie lata pomimo rygoru nie mogły zapewnić mu krzepkości, jaką wypracowywał u niego dom rodzinny. Jednak te czasy już przeminęły, z każdym kolejnym uderzeniem podków Tadeusz był coraz dalej od mieszczańskiej etykiety, czujnego oka kaznodziei, pustych rozmów o malarskich reprodukcjach.
Słońce królowało samotnie ponad szerokim horyzontem. Młodzieniec zaczynał poznawać okolicę, rozpoznawać ścieżki i zagajniki. Dumna wstęga rzeki wyłoniła się po raz kolejny po lewej stronie, kusząc wędrowca swoim szmerem. Tym razem nie była ona osamotniona; przy drugim brzegu Soplica zauważył zarys sylwetki, która wraz z kolejnymi metrami zaczynała być coraz wyraźniejsza. Początkowo chaotyczne i niezrozumiałe dla obserwatora wymachiwania rękoma zaczynały przechodzić w harmonijny układ, w którym ciężkie ostrze bez wysiłku kreśliło nieskończone linie szlaczków. Tadeuszowi nie spieszyło się, więc skierował konia ku wodzie. Ciemny kasztan powoli brodził po nadpęcie zanurzony w soczystej zieleni nadbrzeżnych traw, mężczyzna po drugiej stronie zdawał się tego nie zauważać. Zwinnie przechodził od figury do figury, od cięcia do cięcia, napinając mięśnie, które jak i szabla zajęte były swoim własnym tańcem. Rozwiany włos tworzył złocistą aureolę wypłowiałych od słońca fal, spod białego materiału koszuli błyskała opalona skóra, do której nieustannie powracał wzrok zmęczonego młodzieńca. Soplica w końcu zsiadł z konia i podprowadził go bliżej nurtu, żeby mógł się napoić. Szermierz nie przerywał swoich ćwiczeń, więc przysiadł w wysokiej trawie i bezwstydnie począł badać fragment po fragmencie nieznajomego. Tadeusz był pod wrażeniem gibkości i muskulatury mężczyzny. W Wilnie widywał już różne pojedynki szermiercze. Podobała mu się ta sekwencja zwodniczych ruchów, ta finezja, która prowadzić miała do pokonania przeciwnika. Była w tym poezja, zaklęta w niewzruszonym łuku szabli, lekkości napiętych nóg, brzdęku z jakim spierały się dwa ostrza. Pomimo wielu treningów sam nigdy nie opanował tej sztuki, posiadał jedynie siłę, brakowało mu drugiego równie ważnego składnika tej sztuki – gracji, przez co nadawał się bardziej na bezmyślnego rębacza, niż na przebiegłego szermierza.
Nieznajomy zakończył swój taniec i stał przez chwilę z szablą przed twarzą. Pierś unosiła mu się wolno, ciężko, pomiędzy każdym oddechem słowiki skryte w pobliskim lesie zdążały zaśpiewać dwa razy. Pomiędzy ich trel oraz leniwy szum rzeki wpisane były oddechy dwóch mężczyzn, obu w pełni świadomych swojej obecności i świadomie w niej trwających. Tadeusz czuł, że wrócił do swojej rodzinnej arkadii; przymknął oczy, mógł przysiąc że słyszy każde najmniejsze stworzenie schowane na łące. Czuł spokój, lecz uświadomił sobie, że to spokój powierzchowny. Paliło go pragnienie, ciekawość związana z osobą odpoczywającą po drugiej stronie. Nie ośmielił się odezwać, nie potrafił odnaleźć w sobie ani słów, ani głosu. Leżał, mając nadzieję, że przyroda przemówi za niego.
Do dworku dotarł popołudniem. Pierwsze ciepłe refleksy przebijały ciemną zieleń topoli, która pozostawała na straży pobielanych ścian. Stodoła stała taka, jaką ją zapamiętał, obok trzy stogi użątku; powodziło się w Soplicowie. W domu też wszystko na swoim miejscu czekało na powrót panicza: zastawy, meble, portrety, zegar. Z wszystkim się Tadeusz witał po kolei. Poważnie skinąwszy na jenerała Kościuszkę, na przegranego Rejtana, poszedł głębiej w dom. Pokój mu najbardziej znany okazał się być już zajętym przez kogoś innego. Porzucone w nieładzie nuty i suknie otoczone fijołkowymi zapachami były jedynymi świadkami zdziwienia młodzieńca. Za oknem, gdzie wzrok jego powinien był spotkać dostojne pokrzywy, przywitała go mała zagrodka wypełniona kwiatami. Nim zdążył wyjść z nowego zdumienia, przed oczami mignęło mu kolejne dziwo. Spłoszona dziewczyna nie czekała jednak, by się sobie mogli przyjrzeć, z cichym okrzykiem wypadła tak szybko, jak wpadła, pozostawiając Soplicę skonfundowanym.
