Actions

Work Header

Kwiaty

Summary:

John Watson od wielu miesięcy nie potrafi pogodzić się ze śmiercią Sherlocka, codziennie odwiedzając jego grób znajdujący się na jednym z londyńskich cmentarzy, rozmawiając z granitowym nagrobkiem tak, jakby Holmes stale przy nim był, a jednocześnie próbuje pozbierać się po stracie najlepszego przyjaciela. W między czasie na Baker Street 221B dostarczane są intrygujące przesyłki, których adresatem jest nieznany nadawca.

29.08.2021

Notes:

Zasadniczo, jest to one-shot, który początkowo był przeznaczony tylko na moje konto na Wattpadzie. Po długim namyśle (trwało to ponad dwa lata!), zdecydowałam się zamieścić to także na AO3. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to dość stara praca, a fandom od wielu lat wydaje się niemal martwy, jednakże liczę na jakiekolwiek opinie, które byłyby przydatne w rozwoju mojego stylu pisarskiego.

Work Text:

𑁍 𑁍 𑁍

Wrzosiec – samotność

– Wiesz co, Sherlocku? – spytał siwawy mężczyzna, stojąc samotnie przy jednym z grobów znajdujących się na londyńskiej nekropolii. – Prawdopodobnie, jeśli ktoś paręnaście lat temu powiedziałby mi, że będę dorosłym facetem chodzącym na cmentarze, prawdopodobnie bym go wyśmiał. Spójrz na mnie – uśmiechnął się gorzko, robiąc teatralny ruch ręką w kierunku swojego ciała od stóp do głów. – Ledwo skończyłem trzydzieści lat. Ludzie w moim wieku albo biorą śluby, albo rozwody – przerwał swoją wypowiedź krótkim, nerwowym parsknięciem, spoglądając na doniczkę z rośliną, którą trzymał w lewej ręce, a następnie pociągając lekko zakatarzonym nosem. – Przyniosłem ci kwiaty – zakomunikował, spoglądając ponownie na granitowy nagrobek. – Pani w kwiaciarni je dla ciebie wybrała. Mówiła, że to – zatrzymał swoją wypowiedź, przymykając oczy i próbując sięgnąć do swojej pamięci. - Wrzosiec. Tak, to zdecydowanie wrzosiec. Wiesz, gdyby nie ty, gdyby nie to – przerwał, przełykając gulę, która zaczęła formować się w jego gardle. – Gdybyś nie umarł, prawdopodobnie nie poznałbym tyle gatunków roślin ozdobnych – poinformował ze sztucznym rozbawieniem w głosie, schylając się, aby postawić doniczkę i oprzeć ją o nagrobek.

– Ale wiesz co, Sherlocku? Oddałbym tą całą nabytą wiedzę za ciebie. Za to, żebyś żył. Żebyś nie był martwy – wyprostował swoje plecy, ponownie kierując swój wzrok w stronę pozłacanych napisów. – To już pół roku odkąd cię ze mną nie ma, kiedy nie grasz o czwartej nad ranem na tych swoich pieprzonych skrzypcach, kiedy nie rozwiązujemy już wspólnie tych wszystkich spraw. Gdybym tylko wiedział, co zamierzasz zrobić, może by do tego nie doszło. Może zdołałbym cię powstrzymać. Może byś teraz tu ze mną był – zakończył, ściskając pięści i rozluźniając je, by po chwili jedną ręką sięgnąć w kierunku swojej twarzy, z której starł strużki gorzkich łez.

– Przyjdę jutro, co? – uśmiechnął się słabo. – Do zobaczenia, Sherlocku – powiedział, ostatni raz spoglądając na granit i ruszył w kierunku cmentarnych bram.

𑁍 𑁍 𑁍

Jaśmin — przywiązanie; Różowa piwonia — oddałem ci serce

Zaledwie pół godziny później zirytowany John Watson przekroczył próg Baker Street dwieście dwadzieścia jeden. Zamykając drzwi, przeklął siebie w myślach, ponieważ gdyby zbierając się na cmentarz, pomyślałby o kapryśności londyńskiej pogody i wziął parasolkę, uchroniłby siebie przed całkowitym przemoczeniem. Deszcz nie zostawił na mężczyźnie suchej nitki, a dodatkowo typowa dla późnej jesieni temperatura sprawiła, że do domu wrócił cały przemarznięty.

W mieszkaniu roznosił się zapach cynamonowych bułek, które pani Hudson robiła stale w okresie jesienno-zimowym. John, czując to, czym prędzej ściągnął swoje przemoczone buty oraz kurtkę i udał się w stronę kuchni, z której wydobywały się zapachy.

- Dzień dobry, pani Hudson — powiedział uprzejmie, przystając w progu. Kobieta w podeszłym wieku była odwrócona do niego bokiem i schylała się, wyciągając przez rękawice blachę wypełnioną pysznymi, zarumienionymi drożdżówkami, którą następnie położyła na blacie kuchennym i ruchem nogi zamknęła drzwiczki piekarnika. Po chwili, ściągając odzież ochronną z rąk, spojrzała w stronę drzwi wejściowych.

– Och, John! Cały przemokłeś — powiedziała karcąco, spoglądając na niego litościwie. - Idź się szybko przebrać, bo jeszcze się przeziębisz! Zrobiłam cynamonowe bułeczki! Co prawda, są jeszcze gorące, ale obiecuję, że jak tylko wystygną, dostaniesz ode mnie trochę — obiecała, puszczając w jego stronę oczko. - Właśnie, prawie bym zapomniała. Kiedy cię nie było, przyszedł do nas kurier z paczką dla ciebie. Zostawiłam ci ją na wyspie.

– Dziękuję, pani Hudson – odpowiedział John, marszcząc brwi na informację o przesyłce i powoli wycofał się, kierując się prosto w stronę schodów. Nie przypominał sobie, żeby coś zamawiał w ostatnim czasie, dlatego też z duszą na ramieniu, podejrzewając, że w paczce może znajdować się jakiś ładunek wybuchowy, pokonał kilka stopni, otwierając zamaszyście drzwi od swojej kuchni. Tam, na wyspie kuchennej, stał średniej wielkości biały karton. Watson podszedł do niego powoli, by wczytać się w naklejkę, na której widniało jego imię i nazwisko wraz z adresem jako dane adresata. Pole nadawcy było o dziwo puste, dlatego zaniepokojony siwawy mężczyzna podszedł do szuflady ze sztućcami, wyciągając z niej nożyczki, by już po chwili ponownie znaleźć się blisko paczki. Zamarł na chwilę, przysłuchując się, starając wyłapać się jakikolwiek dźwięk, który mógłby dochodzić z opakowania. Przez chwilę myślał nawet, aby zadzwonić do Grega Lestrade'a i poinformować go o swoich obawach, jednak szybko odrzucił tę opcję, przypominając sobie, że – jeśli tylko jego przypuszczenia okazałyby się niesłuszne, dałby kolejny powód, aby policjanci ze Scotland Yardu utwierdzili się w przekonaniu, że mężczyzna po stracie przyjaciela kompletnie oszalał.

– Cholera jasna, dobra, dasz radę, John – powiedział sam do siebie i jednym, zdecydowanym ruchem ręki przeciął taśmę zabezpieczająca przesyłkę. Po odłożeniu nożyczek wziął głęboki oddech i szybkim ruchem otworzył karton, by następnie w przypływie dezorientacji i zdziwienia zmarszczyć brwi. W przesyłce zamiast oczekiwanego skomplikowanego ładunku wybuchowego znajdował się mały bukiet. Blondyn ostrożnie wyciągnął go z pudełka, myśląc, że to pod nim znajduje się coś niebezpiecznego, jednak gdy tylko okazało się, że to była cała zawartość, zdziwienie Watsona osiągnęło zenitu. Obejrzał wiązankę ze wszystkich stron, starając znaleźć się jakiś liścik, który naprowadziłby go na ślad nadawcy, jednak gdy nic takiego nie znalazł, uważnie przyjrzał się kwiatom. Był to bukiet z kwiatami jaśminu w kolorze białym oraz pudrowo-różowymi piwoniami. Rozpoznał je bez problemu – to były kwiaty zaproponowane przez ekspedientkę kwiaciarni, kiedy zjawił się tam po raz pierwszy – dzień po pogrzebie Sherlocka, kiedy ta jeszcze myślała, że przyszedł po prezent dla swojej ukochanej (Pamiętał również jej zdziwienie wymalowane na twarzy, kiedy spytał się jej, czy nadają się na grób).

– O, jaki piękny bukiet! – przerwała ciszę w pokoju pani Hudson, przystając na chwilę w drzwiach. W rękach trzymała wypełnioną po brzegi tackę ze swoimi wypiekami. – Co prawda,

są jeszcze bardzo ciepłe, ale pomyślałam, że już ci je przyniosę. Od kogo ten prezent? I kiedy go poznam?

– Nie jestem gejem, pani Hudson – wywarczał, przez co spotkał się z karcącym wzrokiem kobiety. – Przepraszam. Nie wiem, od kogo to. Nie zdecydował się podpisać – dodał, rzucając niedbale bukiet z powrotem do pudełka.

– Rozumiem. Właśnie, zamierzasz wrócić do pisania bloga? – spytała, przechodząc do dużego pokoju, aby na małym stoliku kawowym, tuż przy fotelach, postawić talerzyk z jedzeniem. Ten tylko w odpowiedzi na jej pytanie pokręcił przecząco głową, przez co kobieta tylko westchnęła ciężko i skierowała się w stronę schodów.

– Byłeś u psychologa? – ponownie zadała pytanie, zatrzymując się w drzwiach, jednak widząc ponownie tę samą reakcję, pokręciła litościwe głową i bez słów skierowała się na dół.

Oczywiście, że John nie był u psychologa. Nie miał zamiaru tam się wybierać. Od śmierci Sherlocka był tam zaledwie raz i to nie z własnej woli, a z woli Mycrofta, którego czarny samochód śledził blondyna przez pół dnia, a kiedy w końcu zirytowany poddał się i wsiadł do niego, ten zawiózł go prosto pod gabinet Elli Thompson. Mówiła wtedy banały, które doskonale znał i słyszał już wielokrotnie – „powinieneś zapomnieć", „Sherlock chciałby, żebyś poszedł naprzód", „Sherlockowi nie spodobałoby się, że odwróciłeś się od wszystkich przyjaciół". Skąd ona mogła to do cholery wiedzieć, skoro nigdy nie poznała jego przyjaciela? Nie wiedziała, jaki był, jak myślał i że, co najważniejsze, o Sherlocku Holmesie nikt, kto poznał go bliżej, nie jest w stanie zapomnieć. Kiedy słyszał te wszystkie wyuczone frazesy w głowie miał tylko słowa swojego najlepszego przyjaciela, który na początku ich znajomości powiedział mu, że powinien ją zwolnić, ponieważ kompletnie nie zna się na swojej pracy.

John westchnął ciężko i ostatni raz spoglądając na bukiet, udał się w stronę pokoju Sherlocka, w którym aktualnie mieszkał. Pierwsza noc na Baker Street bez niego była trudna – blond włosy nie mógł zasnąć, stale obracał się z boku na bok na swoim łóżku, aż w końcu postanowił się z niego zwlec i udać do kuchni. Gdy tylko się tam pojawił, jego uwagę przykuły zamknięte drzwi prowadzące do pokoju zajmowanego przez jego współlokatora, do którego natychmiast się udał, a kiedy tylko się w nim znalazł, od razu poczuł się lepiej. Czuł się tak, jakby Sherlock dalej tu był – z nim, przy nim, dlatego też, gdy tylko wstał rano, obudziwszy się już w łóżku należącym niegdyś do Holmesa, od razu przeniósł wszystkie swoje rzeczy do swojego nowego sacrum.

Gdy tylko przekroczył próg, omiótł wzrokiem zabałaganione pomieszczenie, by następnie podejść do szafy, z której wyciągnął pierwszy lepszy sweter i spodnie, a z szuflady w komodzie wyciągnął czystą bieliznę. Następnie udał się w stronę łazienki, która znajdowała się tuż obok pokoju. Tam rozebrał się, przemoczone ubrania włożył do pralki, którą nastawił, by już po chwili zmywać z siebie trud dnia gorącą, parną wodą.

Dwadzieścia minut później wykąpany i przebrany doktor Watson wyszedł z łazienki i razem ze telefonem, który przed wyjściem na cmentarz zostawił na komodzie w salonie, usiadł na swoim fotelu i wgryzając się w jedną z cynamonowych bułeczek, odblokował smartfona. Wszedł w przeglądarkę internetową, w którą wpisał adres swojego bloga, by gdy ten tylko się załadował, wejść w ostatni post. Spostrzegł, że od ostatniego jego wejścia przybyło sporo komentarzy, jednak nie dziwiło go to aż tak bardzo, jak na początku. Ludzie dalej nie potrafili pogodzić się ze śmiercią wspaniałego detektywa, który postanowił odebrać sobie życie. Pisali słowa wsparcia w stronę Johna, wierzyli w jego przyjaciela, a niektórzy snuli teorie spisowe na jego temat.

Watson w zasadzie nie wiedział, dlaczego czuł potrzebę czytania tego wszystkiego, co wylało się pod jego postami. Możliwe, że była to jakaś forma autoagresji werbalnej, bo doskonale zdawał sobie sprawę, że zaglądanie na bloga zawsze sprawiało mu ogromny ból. Możliwe też, że pośród tych wszystkich komentarzy, chciał znaleźć rozwiązanie zagadki tajemniczego bukietu i znalezienie informacji dotyczących jego nadawcy.

Kiedy przedarł się przez ponad dwieście komentarzy o treści „wierzę w Sherlocka Holmesa" napisanych przez członków stowarzyszenia Andersona, John swoje dalsze poszukiwania uznał za bezcelowe i kończąc trzecią już bułeczkę, wygasił ekran telefonu. Westchnął ciężko, odkładając telefon obok talerzyka, jednocześnie spoglądając na jego zawartość. Kiedy już miał sięgnąć po kolejny wypiek, w jego głowie pojawił się niemal od razu obraz Mycrofta Holmesa zajadającego się drożdżówkami z budyniem w związku z czym, zdecydowanie zrezygnował z jedzenia kolejnego wyrobu pani Hudson i zmęczony udał się w stronę sypialni

𑁍 𑁍 𑁍

Zimowit jesienny – moje najlepsze dni przeminęły; Wiciokrzew – oddanie

– Byłem dzisiaj na rozmowie o pracę – poinformował John, wyciskając mokrą szmatkę, którą przed chwilą czyścił nagrobek. – Genevieve, czyli dyrektorka szpitala, okazała się być naprawdę miła. Poznałem również Mary, to pielęgniarka, która będzie mi asystować – wyjaśnił, wstając z klęczek, wkładając czyścik do torby, z zamiarem wyrzucenia go później, a następnie wyciągnął z jednorazówki plastikowy wazon w kolorze brązowym oraz wiązankę. – Zdecydowałem się dzisiaj kupić ci wazon. Mam dla ciebie również kwiaty. To zimowit jesienny. Tym razem kupiłem w innym sklepie, bo w tamtym sklepie patrzą się już na mnie ze współczuciem. Pamiętaj, nigdy nie przychodź za często do jednej kwiaciarni, bo uznają cię za wariata – powiedział, kiwając palcem jak rodzic, który chce pokazać dziecku, że tak nie należy robić. Następnie westchnął ciężko i postawił wazon przy nagrobku, używając trochę siły, by dobrze ustabilizować go w ziemi, by już po chwili wsadzić do niego zakupiony wcześniej bukiet.

– A co do mojej rozmowy kwalifikacyjnej, przyjęli mnie. Jutro zaczynam swój pierwszy dzień – poinformował, uśmiechając się słabo. – Wiesz, muszę zacząć w końcu pracować. Pieniądze nie rosną na drzewach, przez ostatnie parę miesięcy utrzymywałem się głównie z pieniędzy, jakie mi przepisałeś w testamencie oraz renty wojskowej, ale teraz czas zacząć zarabiać – objaśnił, otrzepując swoje spodnie i spojrzał na nagrobek, podnosząc z ziemi torbę.

– Pamiętasz, gdy mówiłem ci, że dostałem bukiet z kwiatami? Minęło parę tygodni od tej sytuacji, ale na pewno pamiętasz. Wczoraj, gdy tylko wróciłem od ciebie, w domu czekała na mnie przesyłka. W środku była doniczka z jakąś rośliną. Z pomocą internetu dowiedziałem się, że to wiciokrzew. Na paczce nie było adresata. Domyślam się, że ty dowiedziałbyś się, kto nim jest po sposobie przyklejenia taśmy albo poprzez firmy kurierskiej, jaką wybrał – przerwał, parskając wymuszonym śmiechem. – Końcowo podlałem tę roślinę i wystawiłem ją na balkon. Pani Hudson powiedziała, że ten, kto mi to wysłał, wprowadził trochę życia do domu. Rozumiesz, że ona dalej uważa, że jestem gejem? – spytał, pocierając skostniałe ręce.

– Przyjdę jutro. Opowiem ci o moim pierwszym dniu pracy – oświadczył, podchodząc bliżej wygrawerowanego granitu. – Tylko się nigdzie nie wybieraj – powiedział ironicznie z żalem w głosie, delikatnie klepiąc nagrobek, by już po chwili zmierzać w stronę wyjścia z nekropolii.

𑁍 𑁍 𑁍

Goździk różowy – nigdy cię nie zapomnę

– Wiem, że obiecałem, że przyjdę wczoraj, ale wróciłem zbyt późno, by móc to zrobić. Przepraszam, Sherlocku – powiedział z pokorą Watson. – Ale przyniosłem ci kwiaty w ramach rekompensaty. To goździki różowe – poinformował, wyciągając z wazonu poprzednią, przesuszoną wiązankę i wkładając nową na jej miejsce.

– Pamiętam, że mówiłem ci podczas naszego ostatniego spotkania, że opowiem, jak było w pracy. Było naprawdę fajnie. Cholera, w zasadzie nie wiem, czy powinienem tak powiedzieć. Najpierw przyszedł facet, który nakłamał w karcie pacjenta, żebym go szybciej przyjął. Okazało się, że jest zdrowy jak ryba, przyszedł pogadać, bo mu się żona w domu już znudziła, a nikt w Londynie nie chce rozmawiać z obcymi. Nie rozumiem, co ci ludzie mają w głowach. Później przyjąłem pięcioletnią dziewczynkę, która w ramach zakładu z kuzynem wsadziła sobie do nosa plastikowy klocek. Zrobiła to za jakąś gumę rozpuszczalną, nie rozumiem dzieci – powiedział, teatralnie chwytając się za głowę. – Później przez dwie godziny miałem raczej zwyczajnych pacjentów, jednak wszystko, co dobre, szybko się kończy. Przyszła do mojego gabinetu kobieta, która oczekiwała ode mnie wypisania jej tabletek na receptę. Spytałem się jej jakie to konkretnie tabletki, a ona zaczęła mi wymieniać. Przysięgam, że tam była chyba cała tablica Mendelejewa. To był cud, że ona jeszcze żyła. Na szczęście kolejne godziny pracy były raczej zwyczajne – zatrzymał swoją wypowiedź, próbując znaleźć odpowiednie słowa. – Podczas przerwy rozmawiałem z Mary na stołówce. Była naprawdę miła. Umówiłem się z nią na piwo i, cholera, chciałbym, żeby coś z tego wyszło. Chciałbym nie być sam, Sherlocku. Mam nadzieję, że mi to wybaczysz. Do jutra, Sherlocku.

𑁍 𑁍 𑁍

Chryzantema – lojalność i oddanie

– A więc oto one – powiedział John Watson, unosząc doniczkę i spoglądając na grób, którego był stałym bywalcem. – Chryzantemy. Zapewne powiedziałbyś teraz, że to najbardziej oklepana roślina cmentarna, jaką kiedykolwiek widziałeś i pewnie bym się z tobą zgodził, ale gdy zobaczyłem je w kwiaciarni, nie mogłem sobie odmówić kupna ich – powiedział, stawiając pojemnik, z której wyrastały długie zielone łodygi zakończone pomarańczowo-żółtymi kwiatami. – Na wiosnę ci je posadzę wraz z wrzoścem, teraz by przemarzły. – Watson wziął głęboki oddech, by zaczerpnąć świeżego powietrza i ułożyć sobie w głowie wszystko, co miał do przekazania.

– Kojarzysz może Mary? – wypalił nagle, z powrotem kierując swój wzrok w stronę pozłacanych napisów. – Opowiadałem ci o niej kilka tygodni temu. To pielęgniarka, która asystuje mi w szpitalu. Umówiłem się z nią na randkę. Czuję, że może serio coś z tego wyjść – stwierdził, uśmiechając się. – Dawno nikogo nie miałem i – przystopował. – Cieszę się jak małe dziecko z tego powodu – skończył, przypominając sobie, co jeszcze miał do powiedzenia swojemu przyjacielowi. – Właśnie, od jakiegoś czasu nie dostałem żadnej tajemniczej przesyłki. Ktokolwiek wysyłał mi te przesyłki, widocznie się tym znudził. Nie, żebym narzekał. Ostatnio musiałem wtargać wiciokrzew do domu, bo pani Hudson krzyczała na mnie, że z pewnością jest mu zimno i jeśli tego nie zrobię, dołączę do niego na tym balkonie – powiedział, a na jego twarzy na to wspomnienie zagościł uśmiech. – Zaczęła się teraz spotykać z piekarzem, który pracuje w twojej ulubionej piekarni. Poza tym przestała robić cynamonowe bułeczki, rozumiesz? Teraz robi pierniki i gdy tylko wracam z pracy, rekrutuje mnie do dekorowania ich. Ta kobieta jest naprawdę fantastyczna. – Z tą deklaracją jego telefon zaczął wibrować. Wyciągnął go z kieszeni swojej grubej kurtki i westchnął ciężko, patrząc na ekran wyświetlacza.

– Muszę już iść. Za czterdzieści pięć minut zaczyna się moja zmiana w szpitalu, a jeszcze muszę tam dotrzeć – wyjaśnił, chowając komórkę. – Do zobaczenia, Sherlocku.

𑁍 𑁍 𑁍

Ciemiernik — nadzieja

– A więc to jest to twoje mieszkanie? – zapytała Mary, siadając na kanapie i rozglądając się po pokoju. – Szczerze? Wyobrażałam je sobie kompletnie inaczej.

– Tak? Jak je sobie wyobrażałaś? – zadał pytanie w odpowiedzi, spoglądając na blondynkę podczas gdy rozlewał wino do kieliszków.

– Wyobrażałam je sobie jako, wiesz, takie typowe mieszkanie lekarza. Wszystko sterylne, paleta barw to odcienie bieli.

– Faktycznie, nie trafiłaś ze swoimi przypuszczeniami – zaśmiał się, podając jej jeden z kieliszków, na co ta podziękowała skinieniem głowy i usiadł obok niej. – Mam nadzieję, że jednak ci się podoba tutaj.

– Jest naprawdę fajnie! Tak... – przystopowała, by znaleźć odpowiedni dobór słów. – Ciepło i przytulnie. Jedyne co jest zastawiające to ta czaszka stojąca na kominku – powiedziała, wskazując palcem w stronę przedmiotu.

– To Yorick – poinformował z uśmiechem John.

– Nadałeś imię czaszce? Powiedz jeszcze, że ukradłeś ją z kostnicy, a przysięgam, że zadzwonię po policję – zażartowała w odpowiedzi.

– Nie, w zasadzie, nie wiem, jak się tutaj znalazła. To była ulubiona czaszka mojego współlokatora.

– Ulubiona czaszka? – powtórzyła. – Miał jakieś inne? – spytała, przez co obydwoje parsknęli śmiechem.

– Chyba nie. Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Czasami tylko widywałem czyjąś głowę w lodówce – wzruszył ramionami w odpowiedzi, sącząc wino ze swojego szkła, gdy nagle usłyszał natarczywy dzwonek do drzwi a po chwili kroki pani Hudson.

– Kogo niesie o tej godzinie, jest już po dziewiętnastej! – krzyknęła starsza kobieta, odkluczając drzwi. Para jeszcze przez chwilę słyszała jakieś głosy dobiegające z dołu, po czym, po charakterystycznym trzasku drzwi, odgłos skrzypiących schodów i – końcowo ciche pukanie.

– Proszę! – krzyknął John i po chwili drzwi do pomieszczenia otworzyły się ze skrzypnięciem, ustępując miejsca starszej kobiecie trzymającą kartonowe pudło. Mężczyzna, widząc to, co ma w dłoniach starsza pani, od razu podniósł się z kanapy, a w ślad za nim poszła Mary.

– John, przyszedł przed chwilą kurier do ciebie – poinformowała go Martha, podchodząc bliżej niego i podając mu przesyłkę. – Nie będę wam przeszkadzać – dodała i czym prędzej skierowała się w stronę wyjścia, by już po chwili zniknąć z zasięgu wzroku.

Zdezorientowana Mary spojrzała się na pobladłego Watsona, który wpatrywał się w przesyłkę, jakby ta była przeklęta.

– Wszystko okej? – zapytała, kładąc rękę na jego ramieniu, a ten – jakby wybudzony z transu, skierował niemal od razu swój wzrok na nią.

– Uch, tak – wyjąkał, starając się brzmieć jak najbardziej naturalnie.

– Przecież widzę, że coś jest nie tak. Możesz mi powiedzieć. Jeśli chcesz, oczywiście – zaznaczyła, na co Watson westchnął głośno.

– Pewnie uznasz mnie teraz za idiotę. Nie zdziwię się, jak nie będziesz chciała się ze mną po tym dłużej spotykać. Po prostu, od pewnego czasu dostaję takie paczki. W nich zawsze są jakieś kwiaty, cięte lub doniczkowe. Nie miałbym temu nic przeciwko, gdyby nie fakt, że nie znam nadawcy. Przez parę tygodni był spokój i już myślałem, że ten ktoś po prostu się znudził, ale ta paczka – wskazał na białe pudełko. – Pokazała, że to nie będzie mieć końca.

– Zgłosiłeś to gdzieś? Podejrzewasz, kto może to robić? – spytała z zaciekawieniem kobieta, nieprzerwanie wpatrując się w doktora.

– Nie, co miałbym powiedzieć? „Od jakiegoś czasu dostaję badyle od jakiegoś nieznajomego, zajmijcie się tym"? – zacytował, po czym westchnął ciężko i usiadł na kanapie, a po chwili dołączyła do niego blondynka – Pamiętasz, jak mówiłem ci o tym moim przyjacielu, który umarł? – spytał, na co ta tylko skinęła lekko głową. – Nie powiedziałem ci, że tym przyjacielem był Sherlock Holmes.

– Nie musiałeś – weszła mu wpół zdania, przez co ten spojrzał na nią ze zdezorientowaniem. – W sensie, trudno byłoby cię z nim nie skojarzyć. Byłeś razem z nim na pierwszych stronach gazet – wyjaśniła, wzruszając ramionami, a John od razu na te słowa spuścił wzrok.

– Obawiam się, że nadawcą tych kwiatów może być Jim Moriarty.

– Czy on przypadkiem nie umarł? W sensie wtedy, na dachu szpitala.

– Tak, ale mógł sobie to wszystko doskonale zaplanować przed swoją śmiercią. Zlecił komuś, żeby wysyłał mi kwiaty, żeby mnie zaszczuć – wyjaśnił John, wstając z kanapy i rozpoczynając swoją wędrówkę po pomieszczeniu

– I myślisz, że przestępca doradczy po śmierci wysłałby ci kwiaty? – spytała z politowaniem. – Wybacz, John, ale to się nie klei. Dlaczego kwiaty? Dlaczego nie martwe głowy jakichś zwierząt, tak, jak robi to mafia?

– Nie wiem, może ma to jakieś znaczenie dla niego, nie znam zasad funkcjonowania psychopaty – odpowiedział, łapiąc się za głowę, a brew Mary automatycznie uniosła się ku górze.

– Może tak naprawdę nie ma tam żadnych kwiatów, a jakaś wczesna paczka świąteczna? – zaproponowała, co jeszcze bardziej rozzłościło Watsona.

– Nie wierzysz mi – stwierdził, udając się w stronę kuchni, by już po chwili wrócić z niej z nożyczkami. – Udowodnię ci, że mówię prawdę – oznajmił, sprawnie przecinając taśmę zabezpieczającą, by następnie wyciągnąć z kartonu doniczkę z rośliną o białych kwiatach.

– Ciemiernik – stwierdziła Mary ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy, by następnie spojrzeć do środka pudełka i upewniwszy się, że nic w nim nie ma, ponownie spojrzała na Johna. – Okej, to jest przerażające, ale nie popadajmy w paranoję. Może to cichy wielbiciel twojego bloga, który po prostu nie chce się ujawnić.

– I dlatego robi z mojego mieszkania kwiaciarnię? To kompletnie nie ma sensu – powiedział, odkładając doniczkę na stolik i usiadł znowu na kanapę obok blond włosej. – Nie zdziwię się, jeśli po tym nie będziesz chciała się dłużej ze mną spotykać. To jest niebezpieczne, w każdej chwili poplecznicy Jamesa mogą zrobić coś mi albo tobie.

– Mam z tobą zakończyć znajomość, bo raz na parę tygodni dostajesz paczkę z kwiatami? Nie ma mowy. Lubię rośliny – poinformowała, przez co obydwoje parsknęli śmiechem. – Poza tym, podobasz mi się. Na ten mały mankament jestem w stanie przymknąć oko.

Powiedziała, mrugając do niego, na co mężczyzna uśmiechnął się szeroko, patrząc jej w oczy, by już po chwili pokryć jej wargi swoimi.

𑁍𑁍𑁍

Bluszcz pospolity – wierność; Dereń – miłość wbrew przeciwieństwom.

– Pamiętasz Mary? – spytał John, kończąc sadzenie bluszczu w okolicy granitowej płyty pamiątkowej. – Zerwałem z nią wczoraj. Wiem, że byłem z nią tylko dwa miesiące, ale nie mogłem postąpić inaczej. Nie czułem się szczęśliwy w tej relacji, a też nie chciałem jej okłamywać, że jest inaczej – objaśnił, podnosząc konewkę z wodą i polewając nią pnącze ze wszystkich stron. – Ona bagatelizowała moje obawy związane z przesyłkami, które dostaję, a ja nie chciałem narażać niewinnej osoby na niebezpieczeństwo. Wczoraj znowu przyszedł kurier. W pudełku znalazłem kilka gałązek derenia. Kompletnie tego nie rozumiem. Wszystkie rośliny, które dostałem, zawierały liście i kwiaty. To, co dostałem tym razem to suche, czerwonawe patyki. Nie wiem, czy powinienem spotkać się w tej sprawie z Gregiem – powiedział bezradnie, wzdychając ciężko. – Jednak muszę dowiedzieć się, kto je wysyła i w jakim celu, a on jest moją jedyną deską ratunku.

𑁍𑁍𑁍

– Cieszę się, że w końcu zdecydowałeś się ze mną wyjść – powiedział z uśmiechem siwawy mężczyzna, który razem z Johnem siedział w najcichszym miejscu w barze, jakie udało im się znaleźć.

– Wiesz, w zasadzie, mam do ciebie prośbę – stwierdził John, decydując, że warto postawić wszystko na jedną kartę, przez co Greg spojrzał na niego z zainteresowaniem, podnosząc swój kufer z piwem do ust. – Od pewnego czasu, w zasadzie od paru miesięcy, dostaję na mój adres przesyłki. Wszystko byłoby świetnie, gdyby nie fakt, że nie ma na nich nadawcy.

– Och, okej. I co jest w tych paczkach? – spytał zaciekawiony Inspektor.

– Tylko się nie śmiej. Wiem, jak to idiotycznie teraz zabrzmi, ale w paczkach znajdują się rośliny. Czasami są to kwiaty cięte, czasami doniczkowe. Oprócz tego nie ma tam nic – objaśnił, obserwując uważnie reakcje Gregory'ego, który spojrzał na niego zaskoczony.

– Próbowałeś może dzwonić do firmy kurierskiej, która dowozi ci te przesyłki?

– Tak, ale zawsze zbywali mnie tym, że jest ochrona danych osobowych – odpowiedział, wzdychając ciężko i opierając się wygodnie o wezgłowie siedziska.

– Pomogę ci.

𑁍𑁍𑁍

– Oto recepta. Proszę brać te leki systematycznie i zgodnie z zapisanymi przeze mnie dawkowaniami. Ponadto proszę za tydzień przyjść do mnie na konsultację, jeśli objawy by nie ustały – powiedział mężczyzna w kitlu, siedząc przy biurku.

– Oczywiście, panie doktorze. Do widzenia – odpowiedziała starsza pani, idąc powoli w stronę drzwi, by już po chwili zamknąć je za sobą. Wówczas John wstał ze swojego fotela, ściągając z siebie fartuch i odwieszając go na wieszak, by później chwycić za swój skórzany neseser, szykując się do zakończenia pracy. Kiedy mężczyzna zaczął zbierać swoje rzeczy z biurka, w pomieszczeniu rozbrzmiał się dźwięk jego telefonu. Szybko wyciągnął go ze swojej aktówki, przyglądając się wyświetlającym się napisom, by już po chwili odebrać połączenie przychodzące.

– Greg? Tak? – spytał niepewnie, zdając sobie sprawę, że jest już bardzo blisko poznania prawdy, kto przez ostatnie miesiące zatruwał mu życie.

– Rozmawiałem z firmą kurierską, która przywozi do ciebie przesyłki. Wyciągnąłem z nich informację, że nadawcą jest John Watson – powiedział śmiertelnie poważnie głos w słuchawce. – John, czy potrzebujesz pomocy? Jesteś pewien, że wszystko okej?

– Nie, to niemożliwe. Nie mogłem sam wysłać do siebie tych durnych przesyłek. Wiedziałbym. Greg, wierzysz mi, prawda? – spytał, a gdy odpowiedziała mu cisza przerywana jedynie oddechem Lestrade'a, ten westchnął ciężko i zdezorientowany, a jednocześnie przerażony, rozłączył się i chowając twarz w dłoniach, odrzucił telefon na biurko.

𑁍𑁍𑁍

„Sherlocku, powinieneś przestać. MH" napisał jasnowłosy na swoim BlackBerry, jednocześnie uważnie wpatrując się w ekran monitoringu.

„Przestać co? SH"

„To nie jest zabawne, Sherlock. MH"

„Jeśli dalej będziesz robić to, co robisz od paru miesięcy, John zwariuje. MH"

„I dlaczego postanowiłeś użyć akurat jego imienia i nazwiska w danach nadawcy? MH"

„Starałem się, aby nikt mnie nie zdekonspirował. SH"

„To było pierwsze, co mi weszło do głowy. SH"

„Powinieneś przestać. MH"

„Niedługo nie będę musiał tego robić. SH"

„Zadanie wykonane. SH"

„Wracam do Londynu. SH"

„Prześlij helikopter. SH" Mycroft widząc tę wiadomość na wyświetlaczu, westchnął ciężko i rzuciwszy ostatnie spojrzenie na zanoszącego się płaczem Watsona, wybrał numer telefonu do jednego ze swoich pracowników.

𑁍𑁍𑁍

– Wróciłeś do Londynu, co więc zamierzasz? – spytał starszy Holmes, kiedy jego brat przeglądał się w lustrze znajdującym się w jego gabinecie.

– Zamierzam pójść do Johna i powiedzieć mu, że nie umarłem – wzruszył ramionami ciemnowłosy, jakby to była najprostsza rzecz na świecie.

– Tak po prostu? – spytał z kpiną Mycroft. – Zdajesz sobie sprawę, że jeśli tak po prostu pojawisz się na Baker Street, John może zejść na zawał? Albo oszaleć?

– Nie zamierzam zrobić tego „tak po prostu" – zacytował Sherlock, wzruszając ramionami i już po chwili zniknął za drzwiami, co spotkało się z głębokim westchnieniem rezygnacji u starszego mężczyzny.

𑁍𑁍𑁍

Białe róże – serce nienawykłe do miłości; Fioletowe róże – oczarowanie; Żółte róże – miłość platoniczna, troska.

Martha jęknęła głośno zrezygnowana, gdy podczas wyciągania patelni, na której zamierzała usmażyć ciasto na naleśniki, usłyszała pukanie do drzwi. Domyślając się, że to kurier z przesyłką dla Johna, pognała do drzwi wejściowych, jednocześnie w lewej ręce trzymając w ręce aluminiowy sprzęt kuchenny.

– Dzień dobry, przesyłka do pana Watsona oraz do pani Hudson – powiedział wysoki, chudy mężczyzna o bardzo znajomym głosie stojący w wejściu, w dłoni trzymając dwa bukiety – jeden z nich głównie składał się z białych i fioletowych róż, natomiast drugi składał się z tego samego gatunku kwiatów, co poprzedni, jednakże dominował w nim kolor żółty. Starsza kobieta, widząc te wiązanki, uśmiechnęła się wesoło, spoglądając na twarz nieznajomego i zamarła.

– Wróciłem – poinformował detektyw, przerywając niezręczną ciszę. Martha jeszcze przez chwilę stała w osłupieniu, po czym z krzykiem rzuciła się na nowoprzybyłego, uderzając go patelnią, która cały czas trzymała w lewej ręce.

𑁍𑁍𑁍

– Och, przepraszam, Sherlocku – powiedziała, przykładając do czoła siedzącego przy stole kuchennym ciemnowłosego przed chwilą wyciągnięte z zamrażarki opakowanie mrożonek. – Na swoją obronę dodam, że rzadko przed moimi drzwiami pojawia się ktoś, kto uważany jest za martwego – zaznaczyła, przez co obydwoje po chwili parsknęli śmiechem.

– To prawdopodobnie moja wina, pani Hudson, ale na przyszłość proszę nie wychodzić do gości z ciężkimi przedmiotami. – Z tymi słowami wskazał na położoną na szafce patelnię, po czym wstał, chwytając za bukiet żółtych kwiatów i wyciągając je w stronę kobiety – To dla pani.

– Och, Sherlock – krzyknęła uradowana, z uśmiechem przyjmując prezent i zaciągając się zapachem wiązanki. – Dziękuję, są piękne.

Z tymi słowami usta detektywa również wykrzywiły się, a następnie schylił się, by ucałować kobietę w policzek.

𑁍𑁍𑁍

– Pani Hudson, wróciłem! – krzyknął jasnowłosy mężczyzna, zamykając za sobą drzwi wejściowe. Westchnął ciężko, kiedy odpowiedziała mu głucha cisza i po ściągnięciu kurtki i odwieszeniu jej na wieszak, ruszył w stronę schodów kierujących na górę. Zmarszczył brwi zdezorientowany, kiedy zobaczył, że drzwi prowadzące do dużego pokoju są uchylone – zawsze je za sobą zamykał z przyzwyczajenia. Rozejrzał się po przedpokoju, poszukując przedmiotu, który mógłby mu posłużyć jako ewentualna broń przeciw intruzowi, a gdy dostrzegł metalową figurkę kota zawieszoną na ścianie, bez zastanowienia ściągnął ją i trzymając wysoko, aby móc się obronić w każdym momencie, zakradł się do pokoju. Kiedy przekroczył próg, zamarł, widząc intruza.

– John... – wyszeptał Sherlock, wstając ze swojego fotela.

– Jesteś martwy – wysyczał w odpowiedzi niższy, jakby sam do siebie. – Nie ma cię tutaj, a ja zwariowałem. Wysyłałem sobie jakieś durne paczki, a teraz mój chory umysł wygenerował sobie ciebie.

– Byłem martwy, John, bo tak było bezpieczniej – wyjaśnił ciemnowłosy, skracając dystans ze swoim rozmówca. – Jestem tutaj – zapewnił, kładąc swoje ręce na ramionach doktora. To było jak zapalnik, dzięki któremu chwilę później Sherlock trzymał się za nos, który bolał z powodu spotkania z pięścią przyjaciela.

– Dwa lata! Pieprzone dwa lata! – wykrzyczał Watson, robiąc się czerwony na twarzy i wymachując metalowym kotem. – Myślałem, że nie żyjesz! Chodziłem na twój grób, opłakiwałem cię, rozmawiałem z twoim nagrobkiem, żeby na sam koniec dowiedzieć się, że żyjesz! Dlaczego to zrobiłeś, do jasnej cholery? – spytał z żalem w głosie.

– Cóż, kiedy wszedłem na dach, dwa lata temu, wiedziałem, że muszę przeżyć. – zaczął wyjaśniać, jednak przestał, widząc jak Watson, podnosi rękę w celu przystopowania go.

– Nie obchodzi mnie, jak to zrobiłeś, Sherlock – wysyczał. – Po co to zrobiłeś?

– Wiedziałem, że jeśli James zginie, a ja będę dalej żył, to ktoś zaatakuje ciebie albo panią Hudson. Musiałem was chronić, więc zniknąłem! Przez ostatnie dwa lata zajmowałem się siatką Moriarty'ego.

– Wiesz co to SMS? – spytał kpiąco doktor. – Wystarczyło napisać! Jeśli tak bardzo byłeś przeciwny pisaniu przez telefon, to mogłeś wysłać pieprzony list!

– Wysyłałem ci kwiaty – zaoponował, co – ku zdziwieniu geniusza, spotkało się z jeszcze większą złością rozmówcy.

– To byłeś ty?! – wykrzyczał i, na litość boską, był pewien, że w tym momencie usłyszał go cały Londyn. – Po jaką cholerę podałeś moje nazwisko w danych nadawcy?! Zdajesz sobie sprawę z tego, jak bardzo skompromitowałeś mnie w oczach Grega?! – widząc dezorientację na wspomnienie imienia Lestrade'a, Watson westchnął ciężko i schował twarz w dłoniach.

– Przepraszam, John. Myślałem, że się domyślisz – odpowiedział ze skruchą w głosie.

– Jak miałem się domyślić? Hm, dostałem paczkę, ale spokojnie! To pewnie od mojego martwego przyjaciela! – zironizował, wymachując rękami.

– Faktycznie, możliwe, że trochę nie wziąłem tego pod uwagę. Czyli nie domyśliłeś się również znaczenia tych przesyłek? – Blondyn na te słowa parsknął śmiechem, spoglądając na niego z furią w oczach. Ciemnowłosy westchnął tylko zrezygnowany i pokręcił głową na ignorancję swojego przyjaciela. – Wszystkie te kwiaty miały znaczenie, John! Myślałem, że to tak banalne, że się zorientujesz.

– Dalej boli cię nos? Jeśli nie, to mogę zaraz to zmienić – odpowiedział doktor na tę obrazę, wyminął mężczyznę, by końcowo usiąść z rezygnacją w swoim fotelu. – A więc oświeć mnie, Sherlocku. Powiedz mi, co mi umknęło.

– Każda roślina miała jakieś znaczenie, jakieś drugie dno. One były wiadomościami same w sobie. Zarówno te, które mi przynosiłeś na cmentarz, jak i te, które dostawałeś. To symbolika kwiatów. Każdej roślinie, jaka istnieje na tej planecie, przypisywane jest jakiejś znaczenie, dzięki któremu można poznać zamiary darczyńcy wobec osoby obdarowanej.

– Na twój grób wybierałem tylko kwiaty, które mi się spodobały, nie miałem pojęcia o jakimś ich podwójnym znaczeniu! – zaoponował.

– Robiłeś to podświadomie, John! Nie zdawałeś sobie sprawy z tego, ale twoja podświadomość naprowadzała cię na te kwiaty, które pokazywały twoje emocje.

– A więc słucham, wielki panie psycholog od siedmiu boleści – wysyczał Watson, unosząc ręce ku górze. – Powiedz mi, proszę, co takiego znaczyły wszystkie rośliny, które ci przyniosłem.

– Na pogrzebie dałeś mi wieniec z dzielżanem, którego znaczenie to gorzkie łzy.

– Chwila, byłeś na swoim pogrzebie? – przerwał doktor.

– Oczywiście – odpowiedział, wzruszając ramionami, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. – W każdym razie, później przyniosłeś na mój grób gipsówkę rozpierzchłą, która jest symbolem wiecznej miłości. Później w kwiaciarni tak bardzo spodobał ci się barwinek, który jest symbolem czułych wspomnień, że zdecydowałeś się posadzić dwie sadzonki na cmentarzu. Przez jakiś czas przynosiłeś kwiaty cięte – floks, który krzyczał, że nasze dusze są połączone, mieczyki, które dawały do zrozumienia, że złamałem ci serce swoim odejściem i bukiety z dodatkiem laku, który ukazywał twoją wierność w stosunku do mnie wbrew wszystkim przeciwieństwom. Później kupiłeś doniczkę z wrzoścem, który demonstrował twoją samotność, by następnie zakupić zimowit jesienny sugerujący, że twoje najlepsze dni przeminęły. Dostałem również goździki różowe. Pokazały one, że nigdy o mnie nie zapomnisz. Chryzantemy reprezentowały twoją lojalność i oddanie, a bluszcz pospolity, że na zawsze pozostaniesz mi wierny, podobnie jak wcześniej wspomniany lak.

– Czyli byłeś przez cały ten czas w Londynie i obserwowałeś mnie, kiedy byłem na cmentarzu?

– Nie – odpowiedział Holmes, układając ręce w wieżyczkę. – Mycroft był na tyle miły, że udostępnił mi widok z kamer na czas mojej misji.

– Więc Mycroft wiedział?

– Tak, w zasadzie, to był też jego pomysł. – Wzruszył ramionami, na co Watson westchnął ciężko, przecierając dłonią twarz.

– Dobrze, powiedz mi zatem, co oznaczały te wszystkie kwiaty, które do mnie wysłałeś.

– Bukiet z jaśminem pokazywał moje przywiązanie do ciebie i to, że masz moje serce – zaczął niepewnie Sherlock, po chwili ciszy. – Wiciokrzew reprezentował oddanie. Swoją drogą, pani Hudson ma rację, że wniósł trochę życia do mieszkania – stwierdził, spoglądając na stojącą w rogu pokoju doniczkę, nawiązując tym samym do tego, co kiedyś powiedział John na cmentarzu. – Później wysłałem ci ciemiernik, który wyrażał moją nadzieję, że wkrótce się spotkamy, ponieważ wiedziałem już wtedy, że moja misja dobiega końca. Ostatnia przesyłka, którą dostałeś, zawierała derenia, który przedstawiał miłość wbrew przeciwieństwom – stwierdził, podchodząc do stołu, na którym leżał bukiet. – I końcowo, fioletowe róże, wyrażają moje oczarowanie twoją osobą, a białe, że moje serce jest nienawykłe do miłości. – Kończąc wypowiedź, podniósł wiązankę, by już po chwili znaleźć się przy swoim przyjacielu. – I wiem, że ty darzysz mnie podobnym uczuciem. Świadczy o tym twoje przyśpieszone bicie serca – początkowo byłeś przerażony, jednak w trakcie rozmowy zdołałbyś się wyciszyć, a twoje serce by wróciło do normalnego funkcjonowania, jednakże dalej jest znacząco przyśpieszone, poza tym rumieniłeś się, kiedy sugerowałem, że możesz czuć do mnie coś więcej niż tylko platoniczną miłość...

– Sherlock, stop – powiedział Watson, wstając z fotela. – Nie dedukuj ze mnie – poprosił, na co jego rozmówca tylko skinął głową.

– Więc chcesz mnie, John? – spytał z iskierką nadziei tlącą się w oczach. – Czy mam rację? – Uśmiechnął się szeroko, widząc, że niższy mężczyzna niepewnie pokręcił głową z zakłopotaniem, by następnie pochylić się w jego stronę, łącząc swoje usta z jego w pocałunku pełnym tęsknoty i nadziei.

I Boże, John czuł wtedy, że przepadł. Dopóki nie poczuł miękkich warg Sherlocka Holmesa na swoich, nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo go pragnął. Odsunęli się od siebie dopiero wtedy, kiedy zabrakło im tchu i mogliby przysiąc, że w tym momencie stali się najszczęśliwszymi ludźmi na świecie.